Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

środa, 22 stycznia 2020

Ostatni dzień na Krecie

Mała cerkiew na wzgórzu
Wiadomo, że czas leci bardzo szybko, szczególnie w dobrym towarzystwie. Tak więc nadszedł ostatni dzień mojego pobytu na Krecie, u wspaniałych gospodarzy, Giny i Takiego. To był poniedziałek, szósty dzień stycznia 2020r. Tego dnia, jak co roku, w wierze greko-katolickiej obchodzone jest święto połączone z osobliwą tradycją topienia w morzu krzyża. Od wielu lat Taki udziela się w życiu kościoła prawosławnego w swojej  dzielnicy Chani, szczególnie w organizowaniu tego właśnie obrządku. Od rana był podekscytowany.
Zdjęcia tej cerkwi zrobiłam wcześniej, w czasie samodzielnego spaceru, gdy była jeszcze piękna pogoda.
Poprzedniego dnia, gdy wracaliśmy z wycieczki, z nad jeziora, pogoda się zepsuła i rozpadał się deszcz. W nocy rozszalała się wichura na niespotykaną skalę powodując spory sztorm na morzu. Pioruny waliły, deszcz siekał po oknach, wiatr wył niesamowicie. Miałam wrażenie, jakby wszystko po drodze wywracał, drzewa z korzeniami wyrywał, aż dziw, że jeszcze nam dachu nie zerwał.
Dzisiaj było już zupełnie inaczej. Było zimno, wietrznie i morze szalało.
Rano okazało się, że dach znajduje się na swoim miejscu i drzewa trzymają się mocno ziemi, ale wichura nie minęła, przez co obrządek kościelny stanął pod znakiem zapytania. Gina powiedziała, że ta część uroczystości, która odbywa się w kościele, na pewno się odbędzie, ale ta część, gdy wszyscy idą na brzeg klifu i pop rzuca krzyż do morza, a tam w dole, stoją w morzu mężczyźni i go łapią, to może się nie odbyć w taką szaleńczą pogodę. Też tak myślę. Bo jak oni do tak wzburzonego morza wejdą? Fale ich poprzewracają.
Najpierw była msza. Na stołach leżał już poczęstunek, który będzie rozdany na koniec ceremonii.
Taki, jako jeden z organizatorów, poszedł do kościoła już z samego rana, żeby wszystkiego dopilnować, omówić z popem, ustalić, kto do tej wody wejdzie i czy w ogóle da się tego dnia do niej wejść. My z Giną pojechałyśmy później, już na właściwą uroczystość. Wszystko to odbywało się w tym pięknym kościółku na skarpie, gdzie samodzielnie trafiłam w pierwszy dzień zwiedzania okolicy i zachwyciłam się jego położeniem i widokami wokół.
Przerwa przed pójściem nad morze. Ludzie się witają, rozmawiają. Wszyscy się tutaj znają.
Chociaż deszcz ustał, wiatr szalał nadal. Gdy podjechałyśmy na górę, przed kościół, stało się coś niesłychanego. Z wrażenia zaniemówiłam i z tego powodu nie zdążyłam z torebki wyciągnąć aparatu fotograficznego. Patrzyłam i oczom nie wierzyłam, ale Gina potwierdziła. Widzisz? Spytała. Tak, widzę! Niesłychane! Otóż wzburzone morze przyniosło tak wielką falę, że spieniona woda stanęła ścianą przed nami, wysoka, jak wieżowiec, długa, jak najdłuższy budynek w Warszawie. Woda brązowa od piachu, spieniona, jak kipiel, wyłoniła się ponad wzgórze i stała tak chwilę przed nami.
Ciągle jeszcze przychodzą nowi ludzie.
Gdy ochłonęłam, wyjęłam aparat, ale ten przerażający i jednocześnie fascynujący obraz rozszalałego morza się cofnął i już się nie powtórzył. Tak mogła wyglądać fala tsunami w Indonezji i Sri Lance w 2004r, pomyślałam instynktownie. Tamten sztorm również wydarzył się w grudniu, w Boże Narodzenie. Ci, co wrośli wówczas w ziemię z zaskoczenia, zdziwienia i fascynacji, zginęli. Przerażająca siłą natury. Chyba nie będzie topienia krzyża w takiej sytuacji, ale zobaczę, co w kościele.
Duchowny kościoła prawosławnego zielonymi gałązkami święci wiernych.
W kościele ludzie już byli, nie siedzieli w ławkach, tylko skupili się wokół stołów, na których stał ogromny złoty puchar ze święconą wodą, leżał brązowy drewniany krzyż, który będzie rzucany do morza oraz talerze z ciastami świątecznymi i chlebem. Pop w świątecznych złocistych szatach odprawiał specjalne nabożeństwo, potem solidną wiązkę z zielonych gałązek moczył w święconej wodzie i święcił nas wszystkich po kolei i te dary boże na stole, czyli chleb i ciasta.
W tym kielichu znajduje się woda święcona, którą będziemy kranikiem pobierać do kubków i pić.
Ten puchar miał dwa małe kraniki, z których nalewano nam święconą wodę do plastikowych kubeczków i ją piliśmy, częstując się chlebem pokrojonym w grubą kostkę. Niektórzy ludzie podchodzili do księdza, prosząc o indywidualne poświęcenie, inni o błogosławieństwo. Ksiądz nie żałował nikomu i obficie skrapiał wiązanką każdego, kto o to poprosił. 
Młody zakonnik pomaga popowi w celebrowaniu święta.
Teraz miała nastąpić kulminacja, czyli rzucanie ze skarpy w dół do morza, brązowego krzyża. Pierwsi śmiałkowie rozebrali się szybko do slipek i weszli do wody. Taki w pomarańczowym szlafroku przebierał się przy samochodzie. Z daleka wyglądał, jak buddysta. Po chwili też był już w wodzie. Śmiałków przybywało, co robiło na nas ogromne wrażenie. Staliśmy opatuleni od zimna i wiatru szalikami, kołnierzami kurtek, kapturami i patrzyliśmy co się tutaj dzieje.
Pop prowadzi nas na niższy poziom półwyspu, gdzie odbędzie się obrządek
Na górze, przy murku ustawiony był stół, na którym leżały święte księgi i krzyż, a pop znowu odprawiał tajemnicze modły, co mnie bardzo niepokoiło, ponieważ ci mężczyźni musieli tam bardzo marznąć w tej wodzie, a tu się modły przeciągały. Ale cóż, procedury muszą być zachowane. 
Jak na tak niesprzyjającą pogodę, sporo mężczyzn zdecydowało się wejść do wzburzonego morza.
W końcu ksiądz zaczął się przymierzać do rzucenia krzyża, a mężczyźni w wodzie ustawili się w rzędzie i każdy chciał, żeby to on właśnie ten krzyż złapał. Ten, co złapał, wychodził z morza, wchodził na górę i podawał popowi krzyż, który ten podstawiał mu do ucałowania. Człowiek znowu schodził do morza i sytuacja się powtarzała. W ten sposób rzucano do morza krzyż trzy razy i trzy razy wnoszono go do góry.
Pop rzuci trzymający w ręku krzyż, jak skończy odpowiednią modlitwę.
Na koniec wszyscy wrócili za popem do kościoła i miało nastąpić wspólne spożywanie świątecznego poświęconego ciasta. Czekaliśmy, aż te dzielne morsy przebiorą się w suche ciuchy i przyjdą do stołu. Wszyscy oprócz Takiego już byli, ale pop nie zaczynał, tylko czekał spokojnie, aż Taki się pojawi. Nikt nie protestował. 
Zebrani w wodzie całują złapany krzyż. Mała pani, jako jedyna kobieta dołączyła do mężczyzn w morzu.
W końcu Taki przyszedł i pop jego wyznaczył do krojenia ciasta. Był taki jeden Grek bardzo wysoki i trochę dziwny, jak na moje oko. On też był łapaczem krzyża w morzu (na zdjęciu to ten, w różowym czepku), ale szybko się uwinął z przebraniem i pierwszy stanął przy stole. Na imię ma Janis i jest mężem Amerykanki. 
Jeden z mężczyzn wbiega na górę, żeby przekazać krzyż popowi i wszystko to powtarza się trzy razy.
Janis był najwyższy ze wszystkich. Przyszedł w śmiesznej wełnianej, kolorowej czapeczce z nausznikami, takiej wełnianej pilotce, a jak był w morzu, miał na głowie lila róż czepek kąpielowy. Gdy ustawił się przy stole na pierwszym planie, trzech mężczyzn o normalnym wzroście zniknęło mi z oczu, w tym nasz Taki. Ale to Taki pełnił honory, jako pierwszy po popie i kiedy go pop poprosił o pokrojenie świątecznego ciasta, Janis musiał ustąpić i
Taki przy samochodzie zdejmuje szlafrok, żeby przebrać się w suche rzeczy.
Takiego przepuścić do przodu. Za to Amerykanka była super! Bardzo wesoła kobieta, kontaktowa, miła, taka typowa Amerykanka. Śmiała się szeroko, w hollywoodzkim stylu. Przywitała się ze mną i poczęstowała ósemką pokrojonego jabłka, które przyniosła z domu.
Gdy Taki dotarł już ubrany do cerkwi, pop wręczył mu nóż, żeby pokroił świąteczne ciasto.
Wszyscy wierni częstowali się ciastami, popijali święconą wodą, śmiali się i rozmawiali swobodnie. W kościele. Taka tam panuje fajna, luźna atmosfera. Dlatego wszyscy z parafii się znają, bo spotykają się w kościele, pomagają organizować i uczestniczą w różnych świętach i uroczystościach kościelnych, stroją kościół, pieką ciasta, a potem wspólnie je jedzą i rozmawiają ze wszystkimi. Pełna integracja społeczności poprzez grecki kościół. 
W kolorowej wełnianej pilotce, to mąż Amerykanki. Nie może się już doczekać poczęstunku. Wygłodniał w tej wodzie.
Nie ma tam anonimowych wiernych. Nawet Gina, Polka, zna ich wszystkich, chociaż jest katoliczką, a nie prawosławną, ale z Takim od lat uczestniczy w różnych takich uroczystościach greckiego kościoła. O każdym uczestniku spotkania potrafiła mi coś opowiedzieć. Potem wszyscy się żegnali, wchodzili do swoich samochodów i wrócili do domów. My też, ale bez Takiego, który jeszcze coś tam załatwiał i miał wrócić później pieszo. My za to podwiozłyśmy do domu taką bardzo małą panią, która tam w kościele posługiwała cały czas przy księdzu i która, jako jedyna kobieta weszła do morza.
My też dostałyśmy swoją porcję, a ja dodatkowo dostałam biały kwiatek. Mąż Amerykanki czujny.
Wichura nadal szalała, pani nie mogła wyjść z samochodu, bo drzwiczki stawiały opór nie do przezwyciężenia, ale w końcu się udało je otworzyć, za to białą wełnianą tunikę zwiało pani na głowę tak, że nic nie widziała na oczy i znowu utknęła w miejscu, jedną nogą na ziemi, drugą w samochodzie. Gina już zamierzała wysiąść, żeby jej pomóc, gdy wreszcie pani udało się stanąć na ziemi. Gdy Taki wrócił, patrzyłam czy się nie przeziębił w tym morzu, ale on nawet nie kichnął.
Amerykanka, to bardzo miła i żywiołowa kobieta. Całkowicie, po amerykańsku wyluzowana.
Tak oto zakończył się ostatni mój dzień na Krecie. Poszłam prosto na górę do swojego pokoju, żeby się spakować. Zeszłam potem na dół, bo Gina wołała mnie na jedzenie. Z tym jedzeniem to było tak, że ja w cenie wyjątkowo (bo jedna tylko osoba i poza sezonem) miałam śniadania, no i je miałam. Tymczasem oprócz śniadań, Gina ciągle mnie zapraszała na obiady, a i Ona i Taki gotowali znakomicie.
Część osób spożywa dary Boże i udziela się towarzysko, a część tuż obok, pobiera błogosławieństwo.
Smaku tej jagnięciny w warzywach, czy szpinaku z sadzonymi jajkami, nigdy nie zapomnę!. Czułam się tą gościnnością trochę skrępowana. Nie dość, że uczestniczyłam w ucztach Wigilijnych, Świąt Bożego Narodzenia i Sylwestrowych, to jeszcze w zwykłe dni te pyszne obiady gospodarzy. Widziałam jednak autentyczną serdeczność u Giny i Takiego, nie mogłam więc ich urazić swoją odmową. To wspaniali ludzie!
To tutaj właśnie, na dziedzińcu tego kościoła Taki pocałował kiedyś Ginę po raz pierwszy. Teraz Gina mu pocałunek oddała.
Gdy zeszłam na dół, zapytałam Ginę, czy można się jakoś dowiedzieć, czy na pewno jutro polecą samoloty bo wiem, że gdy szaleją takie wichury, loty są odwoływane, gdyż samolot nie może złapać stabilności przy wznoszeniu się. Wiem to, bo gdy jeszcze oglądałam telewizję, pasjami lubiłam programy pt. „Katastrofy lotnicze” i tam takie sytuacje pokazywali. Teraz już prawie dwa lata telewizji polskiej nie oglądam, bo teraz  nie ma tam nic wartego poświęcenia mojego czasu i uwagi, dlatego telewizor skasowałam.
Pogoda się nie poprawia, mimo to krajobraz Chani zachwyca.
Gina zadzwoniła do swojej córki, która ze swoim greckim mężem i wspólnym dzieckiem też mieszka w Chani i ona powiedziała, że tego dnia rano loty były odwołane, a co będzie jutro, to nie wie, ale dała nam właściwy telefon na lotnisko. Gina zadzwoniła, pani wypytała o który lot chodzi i o kogo, sprawdziła i powiedziała, że wszystko jest w porządku, jestem na liście pasażerów tego lotu i samolot jutro poleci. 
W taką pogodę przyjemnie jest wrócić do domu i zasiąść przed kominkiem.
Odetchnęłam z ulgą, bo chociaż jest mi tutaj bardzo dobrze, to jednak, gdy jestem już całkowicie spakowana, w pełnej gotowości do podróży, z biletem lotniczym w ręku, to kłopotliwe się staje, żeby od początku otwierać bagaże i grzebać w nich, aby wydobyć potrzebne rzeczy do spania i kosmetyki. A i dla gospodarzy, to kłopot nieprzewidziany. Jednak polecę, więc jest ok! A latem z przyjemnością powrócę na tą piękną wyspę do Giny!
Zawsze można wrócić latem, plażować i spacerować po uroczych zakątkach w miasteczkach Krety.



wtorek, 21 stycznia 2020

Kreta-Posiadłość Yorgosa i jezioro Kournas.

Posiadłość Yorgosa składa się z wielu budowli rozproszonych pośród gaju oliwnego. Na okrągłej chacie stoi koza kri kri.
Dzisiaj drugi pogodny dzień na Krecie w tym nowym, 2020 roku. Postanowiliśmy to wykorzystać i zaraz po śniadaniu z Giną i Takim wyruszyliśmy na wycieczkę samochodową. Pojechaliśmy obejrzeć posiadłość pewnego Greka, który przez wiele lat budował z kamieni posiadłość na swojej rozległej działce. Posiadłość usytuowana została w gaju oliwnym na wzgórzu, skąd rozciągają się zapierające dech widoki w każdym kierunku. Ten oryginalny Grek nazywa się Havaledakis Yorgos, posiadłość została nazwana Koymoz i znajduje się w miejscowości Kalives.
Taki z Giną w bramie wejściowej do posiadłości
Kalives, to niewielka wioska turystyczna. Z racji swego malowniczego położenia między górami, a morzem, wszystkie niemal wioski na Krecie są turystyczne. Znaczy to, że w każdej można znaleźć jakąś plażę, noclegi i kilka greckich tawern, barów i małych sklepików. Od Chani dzieli ją jakieś 15 km. Przy wjeździe na drogę do Koymoz stoi tablica informacyjna. 
Wszystko zbudowane jest z naturalnego kamienia
W Koymoz znajduje się bar i tawerna, ale obecnie, poza sezonem są nieczynne. W ogóle nikogo tam nie ma. Jednak Yorgos zostawił bramę otwartą, żeby każdy, kto zbłądzi w te strony, mógł sobie wejść na teren posiadłości i obejrzeć wynik jego bujnej wyobraźni twórczej i wieloletniej pracy. Są ludzie, którzy uważają to za kicz, lecz ja jestem pełna uznania dla pracowitości i wytrwałości Yorgosa w realizacji swojej wizji, swojego marzenia.
Panowie na prawo, panie na lewo. Toaleta czynna mimo, że posiadłość opuszczona na czas zimy.
W sezonie można tą posiadłość zwiedzać również za darmo, tak jak my dzisiaj i dodatkowo, większość odwiedzających z przyjemnością zasiada w tawernie i zamawia tradycyjne greckie jadło, a potem przy ouzo lub lampce wina podziwia budowle oraz widoki roztaczające się na morze, Góry Białe i gaje oliwne. My możemy tylko zwiedzić, bo tawerny i bary ukryte wśród zieleni, są nieczynne. Za to jaka cisza! żadnych ludzi, tylko my.
Gina czyta i tłumaczy mi na polski przesłanie budowniczego Yorgosa Havaledakisa.
Zaraz przy wejściu stoi duża kamienna tablica z wypisanym po grecku przesłaniem właściciela – budowniczego artysty. W tłumaczeniu brzmi to mniej, więcej tak: „Yorgos Havaledakis to moje imię. To, na co patrzysz, zostało zbudowane przeze mnie. Pytasz, czy jestem dobry? Nie, ale mi się podobało. Pytasz, czy jestem młody? Nie, ale żyłem. Pytasz, czy jestem nieśmiertelny? Nie, ale zbudowałem. We wszystkich tych kamieniach Krety złożyłem kawałki mojej duszy. Zobacz i podziwiaj magię kamienia, ale to modlitwa, nie dotykaj. Moja dusza krzyczy w kamieniu. Nie rańcie mnie, aby pozostały nieśmiertelne. Kamień i dusza"
Wysoko, nad wentylatorem dostrzegłam zdjęcie Yorgosa, właściciela posiadłości.
Yorgos rozpoczął budowę tej niezwykłej posiadłości w 1990r. Po dziesięciu latach wszystko było już gotowe do zamieszkania i zwiedzania, ale ciągle było coś jeszcze ulepszane, poprawiane, upiększane, doposażone i tak oto wygląda w chwili obecnej. Na terenie posiadłości, wśród drzewek oliwnych, znajdują się różnego rodzaju użyteczne budynki, większe i mniejsze. Wszystkie zbudowane z kamieni, w dawnym stylu greckim. Kamienie zwożono z Gór Białych. Jest tu dom mieszkalny z gankami, schodami, tarasami na różnym poziomie, a z każdego widok zapierający dech w piersiach!
Kaplica, a po prawej pomnik- Yorgos przy pracy. Tak myślę.
Stoi tam całkiem spora kapliczka, owczarnia, mini muzeum z wnętrzami dawnych chat pasterskich, kamienna studnia, altanki, kamienna toaleta damska i męska (była czynna). Wiele budowli zostało pokrytych mozaiką z kolorowych kamyków. Jest też jaskinia. Wszystko to, co można znaleźć na Krecie, tyle, że skupione tutaj w jednym miejscu.
Stoliki do konsumpcji znajdują się w różnych miejscach. W sezonie czynne są bary i cafe na posesji.

Również fontanna, wozownia, piece chlebowe, młyn, stoliki różnej wielkości i kształtu z kamienia, ułożone na podstawie ze starodawnych maszyn do szycia  oraz ogrodowe stoliki pod parasolami wykonanymi z małych, kolorowych kamyków. Zaskoczyła mnie mała wartownia z dwoma żołnierzami.
 Ja w wartowni
Zobaczyć tam można dawne urządzenia używane w gospodarstwach greckich, jak prasa do tłoczenia oliwy, młyn do przerobu zboża na mąkę itp. Znajduje się tam również okrągła kamienna chata pasterska. Od nazwy tej chaty wzięła nazwę posiadłość pana Yorgosa Havaleakisa.
Ładnie prezentowana jest ceramika wśród różnych budowli.
W wielu miejscach na murach i balustradach ustawiono kamienie w kształcie  przypominającym różne zwierzęta. Jakie? To kwestia wyobraźni oglądających. Ja widziałam wyglądające zza murów jaszczury, fretki na dachu, kreta, skradającego się węża, kozę. Na szczycie okrągłej pasterskiej chaty, stoi kreteńska koza kri kri. To są dzikie kozy żyjące wolno tylko na Krecie w górach Lefka Ori.
Warto się wdrapać na różne wzniesienia, tarasy i wieżyczki, żeby z góry podziwiać widoki.
A wszystko to mieści się  między zielonymi drzewami, na obszernym terenie gaju oliwnego otoczonego jasnym kamiennym murem. Cała posesja ozdobiona jest ogromnymi, ceramicznymi donicami z kaktusami, opuncjami, aloesami, rozchodnikami i z wieloma innymi egzotycznymi dla nas roślinami, typowymi dla klimatu śródziemnomorskiego. Rosną tam figowce, bugenwille, różne zioła, jak szałwia, kminek, oregano, rozmaryn. Pięknie wśród zieleni prezentuje się modra, wpadająca w fiolet, lawenda. 
Wyraźnie tu widać, jak rozległy jest gaj oliwny, na terenie którego Yorgos stworzył swój Raj.
W sezonie, kiedy wszystko jest czynne i tętni życiem, organizowane są tu wieczorki muzyczne, na których Kreteńczycy grają na tradycyjnych instrumentach i śpiewają  greckie piosenki. Grecy lubią muzykę i lubią towarzystwo ludzi. Przy pysznym kreteńskim jedzeniu, dzbanku wina lub szklaneczce ouzo, wszyscy świetnie się bawią.
W wielu miejscach ułożone są różne kamienne zwierzęta.
Z posiadłości Koymoz pojechaliśmy nad jezioro Kournas, położone pośród gór. To jedyne na Krecie słodkowodne jezioro. Objęte jest ochroną przyrody „Natura 2000”. Znajduje się ono na  47 kilometrze od Chani, niedaleko miejscowości Georgioupolis. Gina orzekła, że skoro jesteśmy już prawie w pół drogi do tego jeziora, to warto go odwiedzić mimo, że to po sezonie i nie wygląda ono tak atrakcyjnie, jak latem. Jezioro ma w obwodzie 3,5 km, a jego głębokość dochodzi w pewnych miejscach do 21,5 m
Mimo pochmurnego dnia, góry pięknie się prezentują z posiadłości Yorgosa.
Spacerowaliśmy brzegiem jeziora, przyglądając się dzikim gęsiom i kaczkom, aż doszliśmy do niewielkiej zagrody, gdzie mieszkały konie. Naprawdę! Jeden koń wyglądał przez okno z drewnianymi okiennicami, drugi stał w rogu podwórka i trudno go było objąć obiektywem aparatu, ale też go trochę widać na zdjęciu. To podwórko należy do właścicieli ładnego, schludnego, kamiennego domu, tuż obok.
Koń, który wygląda przez okno.
Szkoda, że w taki sam sposób nie zadbali o teren, na którym trzymają konie. Konie potykały się co rusz o różne beczki, kable, skrzynie, bo koniecznie chciały stać przy murku, obserwować drogę i czekać na swojego przyjaciela, starego Greka, od którego oczekiwały poczęstunku. Ten konik w małym domku z okiennicami wybrał sobie doskonałe miejsce do obserwacji terenu, ale ten drugi koń, miał kłopot.
Idzie Grek z poczęstunkiem dla koni.
Zobaczyłam, że nadchodzi w naszą stronę starszy pan, wspomagając się kijkami trekingowymi. Pomyślałam, że to może właściciel i będzie niezadowolony, że tak długo stoimy tu, przy koniach i że ja je fotografuję. Ale to nie był właściciel, tylko stary Grek, który kocha te konie, codziennie obok nich przechodzi bo mieszka na wielkiej górze za nimi i za każdym razem coś smacznego przynosi im do zjedzenia. Był przyjaźnie do nas nastawiony.
Jezioro Kournas ukryte wśród gór, jak nasze Morskie Oko.
Konie znają starego Greka dobrze, bo wyciągają do niego łeb i łaszą się dosłownie do niego w podzięce za smakołyki. Nie mogliśmy oderwać się od tych koni, a one wcale się nas nie bały i cierpliwie znosiły moje fotografowanie. Stary Grek rozmawiał z Takim i z końmi na przemian, poklepując i głaszcząc je co chwilę, po czym pokuśtykał do swojego domu, stojącego wysoko na górze.
Taki wszędzie musi mieć chociaż chwilę tylko dla siebie.
Latem jest tu nad jeziorem gwarno. Działa wypożyczalnia sprzętu wodnego, kajaków, rowerów wodnych. Jest plaża, ludzie się kąpią lub siedzą w cieniu małych drzewek z płaskimi koronami, wyglądającymi, jak kapelusze dużych grzybów. Woda w jeziorze bardzo czysta, ponieważ jezioro zasilane jest przez podziemne górskie strumienie.
Jezioro, jak jezioro, ale położenie ma piękne, trzeba przyznać.
Obecnie czynna była jedna duża restauracja, w której zatrzymaliśmy się na małą przekąskę. Pogodę mieliśmy wyjątkowo dobrą, jak na tą porę roku, więc siedzieliśmy na otwartym tarasie i podziwialiśmy Góry Białe, okalające jezioro. W dole, między drzewami i krzewami spacerowały gęsi, na środku jeziora pływały dzikie kaczki. 
Na przeciwległym brzegu znajduje się duża wioska, a dalej widać ośnieżone góry Lefka Ori.
Nie wiem, czy już pisałam, że wszędzie na Krecie mieszkają koty? Były tutaj również. Jeden rudy kot upatrzył nas sobie i łasił się do Takiego pod stołem. Taki uwielbia koty! Dosłownie! Mówi, że kocha koty przez całe swoje życie. Kiedyś miał ich pełen dom, ale gdy nastała w nim Gina, zrobiła z nimi porządek. Koty? mówiła, też je kocham, ale każdy ma swoje miejsce na ziemi, a dom jest dla ludzi, a nie dla kotów.
Bez względu na porę roku i pogodę, gęsi i kaczki pływają po krystalicznie czystym jeziorze.
Taki był niepocieszony, ale poddał się. Koty się rozproszyły po okolicy, ale jeden taki biało czarny, pozostał. Jest wyjątkowo wierny i pilnuje się domu. Zazwyczaj siedzi na zewnętrznym parapecie okna i zagląda przez okno do kuchni, lub siedzi na murku i obserwuje, co dzieje się przed domem. Już wie, że do domu mu wchodzić nie wolno.
To ja na tarasie restauracji.
Kot, przyjaznego mu człowieka wyczuje na odległość. Tak więc rudy kot w tawernie natychmiast upatrzył sobie Takiego i łasił się do niego z wielką czułością. Taki był szczęśliwy bo wszędzie, gdzie zobaczy koty, szeroki uśmiech pojawia się na jego twarzy. W tawernie zamówiliśmy do zjedzenia typowo greckie przekąski i wszystko wybornie nam smakowało. Było świeże i dobrze przyrządzone.
Tutaj coś zjemy, bo to już ostatnia nasza wycieczka przed moim wyjazdem.
Główne miejsce na stole zajęła typowa grecka sałatka, następnie kalsounia, czyli pieczone pierożki nadziewane szpinakiem, następnie maratopita, czyli placek nadziewany koperkiem oraz ser feta zapiekany w kokilce z pomidorem, papryką i przyprawami. Pyszności! Do przegryzania podano nam świeżutki, biały chleb. Ja piłam sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy, ponieważ nie mogę pić nic alkoholowego, a Gina z Takim delektowali się ouzo pachnącym anyżkiem. 
Zamówiliśmy sobie typowo greckie potrawy. Zwyczaj jest taki, że chleb kładzie się na obrusie. U Giny też tak było.
Na deser dostaliśmy od firmy po ciastku, bardzo podobnym do naszej napoleonki.To była tradycyjna, typowo grecka, rodzinna tawerna p.n.”Omorfi Limni”. Wnętrze wyposażone w piecyk na drewno (dla zmarźluchów) i kominek, na którym stały rodzinne fotografie. Również na ścianach wisiały zdjęcia pokoleniowe rodziny i przyjaciół oraz strzelby myśliwskie, co by  świadczyło o tym, że właściciel tawerny był kiedyś myśliwym.
Obejrzałyśmy z Giną wnętrze tej rodzinnej restauracji.
Ten dzień nad jeziorem, do którego Taki już kilka dni temu chciał mnie przywieźć, czemu Gina była przeciwna, twierdząc, że jezioro, jak jezioro i poza sezonem nic tu ciekawego nie ma, to było, jakby takie nasze pożegnanie. Również zakończenie  naszych wspólnych, wspaniałych wycieczek po Krecie. Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy.
Na zewnątrz,w szklanym piecu pan piecze mięsiwo.
Następnego dnia bowiem, przypadał szósty dzień stycznia, u nas dzień Trzech Króli, u greko katolików również święto, ale zupełnie inaczej obchodzone. Dla Takiego szczególnie ważne. Dla mnie też, bo to ostatni dzień mojego pobytu na Krecie. Siódmego stycznia, o świcie Gina zawiezie mnie na lotnisko. Póki co, zobaczę jeszcze jedną, ostatnią atrakcję w wykonaniu mieszkańców Krety. Ale o tym, już w następnym poście.
Żegnamy jezioro Kournas, które polecam turystom, bo latem musi tu być bardzo przyjemnie.

C.D.N.