Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

sobota, 30 marca 2019

Dominikana, Saona i Altos de Chavon


Boska Saona
Przed opuszczeniem Punta Cana postanowiłyśmy jeszcze wybrać się z Polakami na jakąś wycieczkę, bo zakumplowałyśmy się z nimi i chcieliśmy wspólnie coś zobaczyć w rejonie, z nadzieją, że jednak coś ciekawego się  poza tym zamurowanym gettem Bavaro znajduje. Wybrałyśmy dwie wycieczki z polskiego biura podróży „ Tropical Sun Tours”, w którym pracował Romek i kilka polskich dziewczyn. 
Po kąpieli, wypoczynek w cieniu palm wskazany.
Stanowili  bardzo zgrany i wesoły zespół, którzy lubią swoją robotę, a tacy ludzie mi się podobają i wiem, że zrobią wszystko aby wycieczka się udała. I tak było. Wybrałyśmy wycieczki pn. Isla Saona i Vida Dominikana. Po powrocie z wycieczek wyrwałyśmy się z tego nieciekawego miejsca, jakim jest Punta Cana-Bavaro i ruszyłyśmy w Dominikanę na własną rękę i na własnych warunkach. A co widziałyśmy, opiszę w skrócie i pokażę na zdjęciach. Najpierw jednak wycieczki.
Obowiązkowa fotka z naszym kierowcą
Isla Saona
To bardzo ładna niezamieszkała wysepka, na której podobno nie ma żadnych hoteli. Odwiedza się ją  dopływając łodziami i wraca tego samego dnia. Dzięki temu jest taka ładna i nie zniszczona przez człowieka. Sama podróż na Saonę jest już dużą atrakcją. Odważni, chcący poczuć się, jak Robinson Kruzoe, mogą ewentualnie zanocować na wyspie w jakimś swoim małym namiociku, ale głównie przypływa się tu na jeden dzień. Chociaż słyszałam, że na drugim końcu wyspy, jakiś hotelik jest, ale to nie sprawdzona informacja. Saona wchodzi w skład Parku Narodowego.
Saona. Czysto, schludnie i bez tłoku.
Z portu znajdującego się w ślicznej wiosce Bayahibe, mającej zaledwie dwa tysiące stałych mieszkańców, wyruszamy motorówkami w Morze Karaibskie. Bayahibe, jeszcze do niedawna była małą, cichą wioską rybacką, ulubionym przez pasjonatów nurkowania miejscem. Ale to już historia. Obecnie otoczona jest hotelami all inclusive.
Na łodzi wesoło i swobodnie. Pełen luz.
Na pierwszym postoju zatrzymujemy się na płytkiej wodzie Piscina Natural, gdzie zazwyczaj cumuje już kilka łodzi z turystami, a jeżeli nie, to z pewnością zaraz dopłyną. Łodzie ustawiają się w na tyle  bezpiecznych odległościach od siebie, abyśmy mogli swobodnie popływać i ponurkować w przezroczystej wodzie, nie obijając się o siebie. Mnie one nie przeszkadzały.
Nawet do wody przynoszono nam egzotyczne owoce.
Woda ma tam przepiękny turkusowy kolor, a piasek na plaży jest nieskazitelnie biały. Palmy chylą się ku morzu, jak na kolorowych pocztówkach. Do wody wchodzą kelnerzy z tacami w ręku, częstując nas drinkami „santa libre” i cząstkami obranych i pokrojonych owoców egzotycznych. Pełen wypas.
Pokazano nam, jak się tańczy radosne marengue. To markowy dominikański taniec.
Następnie płyniemy w inne, równie piękne miejsce. Wysiadamy z łodzi na plaży Abanico, gdzie zabawimy trochę dłużej. Kąpiemy się w czystych wodach Morza Karaibskiego, niektórzy się opalają, inni spacerują wzdłuż plaży. Tutaj możemy sobie porozmawiać z nowo poznanymi współwycieczkowiczami, racząc się zimnymi napojami i drinkami przy otwartym plażowym barze. Jest przyjemnie.
Bufet na katamaranie miał wzięcie.
Na koniec, przy wspólnym, długim stole, ustawionym w scenerii nasyconej zieleni żywej przyrody, spożywamy bardzo smaczny obiad. Obie z Oliwią uznałyśmy te wycieczki za interesujące, dlatego mogę spokojnie je polecić innym podróżnikom.
Kamienne miasteczko Altos de Chavon w pobliżu La Romana, Dominikana.
Jadąc autokarem do portu w Bayahibe, zatrzymaliśmy się w Altos de Chavon, wiosce jakby wyrwanej z kontekstu, nie pasującej do innych poznanych wiosek dominikańskich. Jest to wioska artystów, zbudowana na terenie uzdrowiska Casa de Campo, w pobliżu miasta La Romana. 
Dom w przyrodniczej szacie.
Otóż nie tak bardzo dawno temu, bo w latach 70-tych XXw, dokładnie w roku 1976, ówczesny milioner, jak byśmy go dzisiaj nazwali, niejaki Charles Bluhdorn, wybudował tutaj replikę toskańskiej wioski z XVIIw, bo taki miał kaprys. Bluhdorn był kiedyś szefem koncernu Gulf &Western i w tamtym czasie właścicielem największej na świecie cukrowni, Central Romana. Zbudowane miasteczko podarował swojej córce Mercedes, która jednak nie chciała mieszkać na końcu świata nawet w tak pięknym miejscu i z czasem przekazała Alto de Chavon władzom Dominikany.
Takie piękne widoki można z miasteczka oglądać.
Koncern „Central Romana Ltd” znajduje się obecnie w rękach kubańsko-amerykańskich wspólników i zatrudnia ponad 25 tysięcy pracowników, co czyni go największym prywatnym pracodawcą w Dominikanie. Robotnicy pracujący dla koncernu mieszkają w tak zwanych bateyes. Są to kamienne domki składające się na osiedla robotnicze, pobudowane przez koncern na własnej ziemi. Osiedla ciągną się wzdłuż trasy dojazdowej na pola, do stanowisk pracy.
Gdzie nie spojrzeć, okrzyk zachwytu mimowolnie wydobywa się z ust turystów.
Koncern ten jest też w posiadaniu największego obszaru ziemi w Dominikanie liczącego 97 tysięcy hektarów. Biorąc pod uwagę, że cała Dominikana jest wielkości niecałych naszych dwóch województw, mazowieckiego i łódzkiego, to doprawdy Central Romana możemy uważać za wielkiego obszarnika. Mają tam swoją kolej i stacje benzynowe na plantacjach. Trzcina cukrowa dowożona jest ciągnikami do cukrowni, cukier potem jedzie do rampy kolejowej, gdzie ładowany jest do wagonów kolejowych wiozących go do portu w La Romana.
Muzeum w Altos de Chavon.
Robotnicy pracujący w upale na rozległych, równinnych połaciach pól trzciny cukrowej, to najczęściej Haitańczycy, stanowiący najtańszą siłę roboczą od wielu lat. Tak zwani „pośrednicy pracy” przemycają Haitańczyków nielegalnie przez granicę, najczęściej na początku grudnia, gdy zaczyna się sezon pracy na plantacjach. Pracujący na czarno Haitańczycy nie mają więc żadnych szans, aby zawalczyć o lepszą płacę u pracodawcy czy lepsze traktowanie. Dzięki nim koncern mógł pobudować luksusowe Caso de Campo, wioskę artystów Altos del Chavon i jeszcze nie wiadomo co, w różnych innych częściach świata.
Rio Chavon, na której były kręcone sceny do filmu "Czas Apokalipsy"
Haitańczycy pracują na ogromne zyski koncernu, wywijając maczetami po 12-14 godzin dziennie za równowartość 2 euro od tony ściętej trzciny. Pracują od chwili, gdy tylko nastaje dzień, aż do zmroku, aby ściąć jak najwięcej trzciny, bo od tego zależy ich zarobek. To ciężka, niewolnicza praca, która utrzymała się jakimś cudem do XXIw. Wieku, w którym nie ma już niewolnictwa. Wieku wszechobecnej nowoczesności, technologii i komunikacji. 
Wszystko tu zbudowane jest z kamieni.
Niektórzy robotnicy utknęli w bateyes na wiele lat, niektórzy wracają do domów, po nich przychodzą następni. Wobec tragicznej sytuacji życiowej w Haiti, pośrednicy pracy nie mają problemu z naborem coraz to nowych robotników. Mówi się, że w bateyes żyje ciągle ok.200 tysięcy ludzi. Kilka tysięcy stanowią dzieci, których trudno dokładnie policzyć, ponieważ nigdzie nie są rejestrowani, nie mają aktów urodzenia, nie są ani Haitańczykami, ani Dominikańczykami. Bezpaństwowcy. Jaki los czeka takie dzieci? Każdy wie.
Można w miasteczku przenocować, ale ceny noclegu są bardzo wysokie.
Dominikańczycy nie lubią Haitańczyków, bo czują się lepsi i pamiętają im haitańską okupację kraju w XIXw. Chociaż sami wówczas byli imigrantami przybyłymi do Dominikany z Afryki!  Haitańczycy z kolei,  nie lubią Dominikańczyków, bo zachowują w pamięci pokoleniowej rok 1937, kiedy to dyktator Dominikany, Trujillo, kazał wymordować wszystkich Haitańczyków żyjących po dominikańskiej stronie granicy. Ale biznes potrzebuje tanich rąk do pracy, a biedni potrzebują jedzenia. Nielegalna wymiana ludzi na granicy cały czas trwa.
Oliwia stoi przy kościele Św.Stanisława Kostki. W 1979r Jan Paweł II go poświęcił.
Ciekawe do kiedy ta sytuacja się utrzyma, ponieważ Dominikana nie jest już jednym z czterech  największych producentów cukru. Zapotrzebowanie na dominikański cukier spadło. Boom baronów cukru z XXw w Dominikanie wyraźnie się kończy. Central Romana nie potrzebuje już tak wielkiej ilości robotników. W osiemdziesiątych latach XXw Dominikana osiągała produkcję 1,2 mln ton cukru rocznie. Obecnie produkcja spadła do 500 tys ton (Brazylia produkuje 24 mln ton rocznie). 
Nawet fontanny są w Altos de Chavon.
Dominikana z rolnictwa przestawia się teraz na turystykę i z tego głównie czerpie zyski. Warto więc odwiedzić odchodzący świat obszarników ziemskich, po których niebawem ślad nie pozostanie. Niewolnicza praca ludzi dobiega końca. Niby to pocieszające, bo wyzwolą się, tylko z czego będą żyć, jeśli sytuacja w ich kraju się nie poprawi? Biednemu zawsze wiatr w oczy.
Potężne dzwony. Z tej góry słychać je chyba daleko w dżungli.
W Altos de Chavon spacerujemy wąskimi, brukowanymi uliczkami, przy których stoją ciężkie kamienne domy, małe urocze kościółki, żelazne studnie na małych placykach. Jan Paweł II na poświęcenie kościoła San Estanislao, czyli Św. Stanisława, przysłał w darze do Altos de Chavon prochy Świętego Stanisława. Milioner Bluhdorn zbudował też w wiosce Akropol, ogromny amfiteatr w antycznym stylu, który jest w stanie jednorazowo pomieścić pięć tysięcy widzów. 
Amfiteatr w Altos de Chavon.
Na otwarcie amfiteatru w 1982r, przybył do Altos de Chavon sam Frank Sinatra, aby dać pierwszy koncert w tym miejscu. Potem często występowały tutaj znane międzynarodowe gwiazdy. Wyobrażam sobie atmosferę tamtego pierwszego koncertu w tym pięknym otoczeniu. Jestem fanką piosenek Franka Sinatry. Po Rio Chavon, na której były kręcone sceny do filmu „Czas Apokalipsy”, pływają prywatne motorówki, wożące turystów na wyspę Saona. Regularnej żeglugi osobowej na Saonę nie ma, jedynie katamarany wycieczkowe lub miejscowi, prywatni przewoźnicy.
Wąskie, kamienne uliczki Altos de Chavon.
Są tu miejsca do nurkowania, gdzie zachował się jeszcze naturalny, bogaty świat podwodny. W drodze powrotnej na katamaranie życie towarzyskie ożywiło się. Były drinki, była muzyka i tańce. Głównie marangue, bo to narodowy taniec Dominikany. Zmęczenie po odwiedzonych atrakcjach i upalnym dniu gdzieś się ulotniło, gdy tylko zabrzmiała muzyka. Animatorzy uczyli nas tańczyć merengue i bachatę, które są w Dominikanie bardzo popularne, prawie tak, jak karaoke, chociaż o wiele od niej starsze. Wycieczka była bardzo udana.
Na pożegnanie podpłynęły do nas delfiny,budząc ogólny zachwyt.

cdn

piątek, 29 marca 2019

Dominikana, trochę historii

Nie kupowałyśmy, tylko tak sobie przymierzałyśmy różne kapelusze dla zabawy.

Zanim zaczniemy zwiedzać, zapoznajmy się z historią, bo to historyczne miejsca są zwykle najciekawsze i najpiękniejsze. Republika Dominikany zajmuję wschodnią część wyspy do spółki z Republiką Haiti, zajmującej jej zachodnią część. Stolicą Dominikany jest Santo Domingo, najstarsze miasto założone w 1496r przez Europejczyków w tej części świata. Założył je Bartolome Kolumb, brat odkrywcy, przy pomocy pierwszych osadników przybyłych tu z Hiszpanii w grudniu  1492r  wraz z wyprawą Krzysztofa Kolumba, niekwestionowanego odkrywcy nowych wysp i lądów.
Takie duże i dojrzałe avocado! były pyszne. Nie żałowałam sobie.
Pierwsi, rdzenni mieszkańcy wyspy z plemienia Arawak, do którego należał lud Taino, nazwali wyspę Aiti, co w ich języku oznaczało, górzysta kraina. Przed nimi do ok. 200r naszej ery żyli tam Sibonejowie, ale nie pozostał po nich żaden ślad. Cała wyspa Haiti rzeczywiście jest bardzo górzysta. W Dominikanie najwyższy szczyt o nazwie Pico Duarte wznosi się na wysokość 3175m  n.p.m. Tainowie utrzymywali się z rybołówstwa, myślistwa i z tego, co darowała im przyroda, która rozwijała się bujnie w sprzyjającym tropikalnym klimacie, obficie obdarzając swoimi darami wszystkie żyjące istoty, ludzi, zwierzęta, ryby i ptaki. Dopóki nie przybyli tam Europejczycy.
Oliwia na śniadanku u Magdy i Markosa.
Wraz z przypłynięciem na wyspę Hiszpanów, życie tubylczych ludów zdecydowanie się pogorszyło i jakieś 50 lat po przybyciu konkwistadorów zupełnie zanikło. Rdzenni Dominikańczycy nękani złym traktowaniem, zbyt ciężką pracą i chorobami, wymarli i po prostu przestali istnieć. Hiszpanie, gdzie tylko się pojawiali, kolonizowali dany obszar, zniewalali tubylców,  zmuszali do niewolniczej pracy, grabili, co tylko się dało i wywozili łupy do Hiszpanii w darze dla swojej Królowej. Królowa Isabela ich wynagradzała, sponsorowała ich morskie wyprawy, łaskawie przyjmowała nowe zamorskie tereny w swoje posiadanie i czekała na następne. Hiszpania się bogaciła. W utworzonych koloniach  obowiązkowo wprowadzano hiszpańską administrację, hiszpański język i hiszpańską religię katolicką. Miastom nadawano hiszpańskie nazwy.
Egzotyczne owoce rosną sobie swobodnie przy drodze.
Zasiedlanie zagarniętych terenów odbywało się mniej-więcej w ten sposób, że najpierw przywożono typów spod ciemnej gwiazdy, o których było wiadomo, że nie będą mieli skrupułów w bezwzględnym traktowaniu miejscowych, jeśli by się oni na przykład zbuntowali przeciw najeźdźcom. Jednocześnie przypływało z ekipą wojsko, które miało za zadanie bronić kolonizatorów przed tymi właśnie  typami spod ciemnej gwiazdy (bo opryszkom i kryminalistom jednak nie należy ufać, chociaż swoi) oraz przed ewentualnym, zbiorowym buntem tubylców (bo nie wiadomo, co się po tych dzikich, nieznanych ludach można spodziewać). Z ekipą konkwistadorów przybywały obowiązkowo misje katolickie, stawiając sobie za zadanie bezwzględne nawrócenie tubylców na wiarę chrześcijańską, różnymi, byleby skutecznymi metodami.
Śniadania u Luizy i Javiera serwowane były na tarasie.
Na zagarniętych terenach najpierw budowano solidne forty dla własnej obrony, więzienia dla krnąbrnych i kościoły katolickie dla ekipy i nowo nawróconych. Następnie budowano domy dla uczestników wyprawy i niezbędne do funkcjonowania budynki administracyjne oraz całe osady rozrastające się z czasem do wielkości miast. Przypływali więc robotnicy znający się na rzeczy, różni rzemieślnicy, murarze, cieśle, stolarze itp. Dzięki nim możemy teraz podziwiać piękne stare budowle i całe dzielnice będące wówczas miastami zwane teraz kolonialnymi, bo w tamtych czasach powstały. Budowano je oczywiście w stylu kolonizatorów, czyli hiszpańskim. Na wyspę przybywali też handlowcy i rzemieślnicy różnych innych branż. Tworzyło się nowe państwo. Do ciężkich prac na budowach, nie wymagających odpowiedniej wiedzy, a tylko siły ludzkich rąk, wykorzystywano ludność tubylczą. Tubylcy również pracowali na plantacjach trzciny cukrowej i kawy. To były ciężkie i wyczerpujące prace, bo wszystko wykonywano ręcznie przy pomocy prymitywnych narzędzi w trudnym, tropikalnym klimacie.
Dama. Często spotykałyśmy się przy śniadaniu na tarasie. Pięknie opowiadała.
Biorąc pod uwagę słabe wyżywienie tamtejszych robotników, pracę ponad siły i złe traktowanie ich przez brutalnych nadzorców, nie dziwi, że wyspiarze nie nawykli do takiego trybu życia, masowo chorowali i umierali. Choroby przywleczone przez Europejczyków, na które tubylcy nie byli uodpornieni, też zbierały swoje obfite żniwo. Robotników ubywało. Zaczęto więc sprowadzać ich z Afryki. W Afryce w tamtych czasach panowało niewolnictwo, więc po prostu za bezcen, hurtowo kupowano ludzi, ładowano ich na okręty  i przywożono na wyspę. Aż nadszedł taki moment, że Afrykanie oraz Mulaci urodzeni już tutaj z mieszanych związków, zaczęli stanowić większość na wyspie. Tubylców ubywało, osadników było niewiele, przymusowych imigrantów przybywało i rozmnażali się. W masie poczuli się pewniej, więc w pewnym momencie zawalczyli o poprawę swego losu. Zanim to się jednak stało, wyspa dążąc do stabilizacji musiała zmierzyć się z różnymi gwałtownymi wydarzeniami.
Dominikańskie śniadanko Oliwii u Magdy w Rivierze.
W tamtych czasach, w ramach różnych traktatów i porozumień zawieranych między państwami europejskimi, przekazywano sobie nawzajem terytoria zamorskie. W ten sposób w 1697r część Hispanioli dostała się w ręce Francuzów, a częścią nadal zawiadywali Hiszpanie. W latach 1795- 1808r, to nawet cała wyspa znalazła się pod panowaniem Francuzów. To właśnie Francuzi wpadli na taki pomysł i jako pierwsi zaczęli sprowadzać Afrykanów do pracy na plantacjach trzciny cukrowej doprowadzając do sytuacji, że  pod koniec XVIII w byli oni już większością etniczną na wyspie. Skutki swojej polityki migracyjnej Francuzi niebawem odczuli na własnej skórze.
Piękna potomkini afrykańskich niewolników. Serwowała nam śniadania u Luizy i Javiera.
Francuzi zarządzali zachodnią częścią wyspy, ale nie było im łatwo, bo sprowadzeni Murzyni  często się buntowali i co rusz występowali zbiorowo przeciwko swoim ciemiężycielom. Było to pierwsze w historii świata multi, chociaż póki co, bez kulti, gdzie biali przybysze z Europy mieszali się z ludnością tubylczą, często wbrew ich woli oraz z czarnymi Afrykanami, co dało początek nowej rasie, Mulatom. Rosły nowe pokolenia mieszanek europejsko-afrykańsko-haitańskich, które w miarę stabilizowania się ludzkiej świadomości,  dążyły do wolności i  samodzielności. Od 1791r bunty ludności powtarzały się cyklicznie. Pod ogromną presją buntów i powstań  zniesiono ostatecznie  niewolnictwo (w jednych z powstań niewolników walczyli nawet żołnierze Legionów Polskich, którzy w trakcie walk zrozumieli problem, więc walczyli niechętnie, a czasem nawet przechodzili na stronę niewolników, zwracając się przeciwko Francuzom).
Butik ciuchowy w Centrum Handlowym Lama.
W dniu 1 stycznia 1804r ta część wyspy przyjęła nazwę Haiti. W 1809r  oddano Hiszpanom ich dawniejszą część Hispanioli, która jest dzisiejszą Dominikaną. W 1821r Dominikana odzyskała niepodległość, a Republikę Dominikany proklamowano w 1844r. I taki podział oraz nazwy zachowały się do dnia dzisiejszego i do dnia dzisiejszego żyją tu potomkowie euro-afro-haitańskich przodków, i w Dominikanie, i w Haiti. Obecnie w Haiti 95% społeczeństwa  stanowi czarna ludność. Mulaci i biali razem wzięci, stanowią pozostałe 5% ludności. W Dominikanie mówi się po hiszpańsku, a w Haiti po francusku. Dominikana się rozwija, a Haiti pogrążone jest w chaosie politycznym i biedzie do dnia dzisiejszego.
Market w Centrum Handlowym Lama.
Z językami mówionymi, ludzie w krajach zagarniętych kiedyś przez  kolonizatorów angielskich, hiszpańskich czy francuskich, są do przodu i tylko tego im zazdroszczę. Jakoś się z nimi dogaduję, ale tak naprawdę nie znam tych języków. W trakcie wymiany informacji o własnych krajach, spotykałam się z różnymi dziwnymi pytaniami. Na przykład: mówię im, że nie znam języka hiszpańskiego, Nie? Dziwią się i dopytują, znasz angielski? Nie, odpowiadam, angielski znam szczątkowo. A! doznają objawienia, mówicie w Polsce po francusku! Nie! Wyprowadzam ich z błędu, po francusku też nie mówię. To w jakim języku wy w tej Polsce rozmawiacie? dziwią się. Mamy swój własny język, polski. W Polsce mówimy po polsku. Kręcą głową i cmokają z podziwem, więc im otwieram oczy.
Pomarańcze i mandarynki.
Hiszpański, to przecież nie jest Wasz język, to język Hiszpanów mających swój kraj w Europie, skąd ja przyjechałam. Przejęliście go od ludzi, którzy przypłynęli tu pewnego dnia okrętem i wzięli Waszą wyspę w swoje posiadanie. Języki zazwyczaj przypisane są do kraju. Hiszpański w Hiszpanii, francuski, we Francji, angielski, w Anglii, polski, w Polsce i tak dalej. Z tego wynika, że w Dominikanie powinniście mówić po dominikańsku, ale takiego języka nie ma. Aż im oczy, jak złotówki robią się okrągłe ze zdziwienia na taki tok myślenia.
Queso, czyli sery.
Ale się nie przejmujcie! dodaję zaraz dla załagodzenia sprawy, żeby za bardzo nie namieszać im w głowach. To świetnie, że mówicie po hiszpańsku! Ja bardzo bym chciała mówić po hiszpańsku, tak jak wy! Mogłabym teraz rozmawiać z wami szybciej, bez tej gestykulacji rąk i rysowania znaków patykiem na piasku. Możecie jechać do innych hiszpańskojęzycznych krajów, do Meksyku na przykład, ba! do samej Hiszpanii możecie jechać i bez problemu się dogadacie z każdym, a ja niestety, nie.  I tak sobie nieraz rozmawialiśmy, dziwiąc się niektórym konsekwencjom historycznych zdarzeń, o których na co dzień nikt zupełnie nie myśli i nie docieka źródeł w przeszłości, ale gdy się zastanowić? Wiele dają do myślenia. No tak, historia to pasjonująca nauka o naszej przeszłości. Ale znów odbiegłam od tematu. Stop!
Nektarynki i morele. Oj! chyba brzoskwinie?
Otóż, gdy Dominikana w 1821r stała się niepodległym państwem, to wtedy dopiero zaczął się cyrk. Haiti zawsze było awanturnicze, ciągle w stanie jakiejś wojny, buntu, niezadowolenia. Nawet haitańscy Murzyni walczyli między sobą z haitańskimi Mulatami. Ciągle panował tam jakiś kryzys polityczno-rasowy, równocześnie czyniono ciągle próby odbicia Dominikany, aby wrócić do jednego państwa na wyspie, Haiti. Uporczywe nękani przez sąsiadów Dominikańczycy do tego stopnia się wkurzyli, że  zwrócili się do Hiszpanii z prośbą, aby ich na powrót przejęli w swoje władanie, na co Hiszpanie ochoczo i z pewną satysfakcją przystali. W wyniku takiego obrotu sprawy, od 1861r Dominikana ponownie stała się kolonią hiszpańską. Jednak po dwóch latach Dominikańczykom się odwidziało i wrócili do walk wolnościowych, w wyniku których kraj po raz drugi, w 1865r ogłosił niepodległość, ale nie zaznał już spokoju. Chaos panował tam przez wiele następnych lat.
Jak nie ma co zwiedzać, trzeba siedzieć na plaży.
Panujący od 1882r dyktator Ulises Heureaux tak potwornie zadłużył kraj w bankach amerykańskich, że w 1916r do Dominikany wkroczyli  Amerykanie w obronie swoich interesów, żeby banki im nie zbankrutowały. Jak wkroczyli, to  stacjonowali tam przez następne 8 lat. Heureaux został zamordowany w 1899r, ale Amerykanie  opuścili Dominikanę dopiero w 1924r, gdy  do władzy doszedł Horacio Vasqueza. Ten prezydent próbował naprawdę jakoś ogarnąć kraj i poprawić sytuację ludności. W 1930r, po zakończonej kadencji prezydenta Vasqueza, urząd objął Rafael Trujillo, wprowadzając w kraju władzę dyktatorską. To był bezwzględny i brutalny człowiek. Bez skrupułów pozbawiał życia swoich przeciwników i zagarniał mienie państwowe. przekazując je w ręce swojej rodziny. Utrzymał się przy władzy  aż do 1961r, kiedy go zamordowano i dyktatura się wreszcie  skończyła, ale sytuacja Dominikany przez to się nie poprawiła. Łatwo i szybko można zrujnować kraj, lecz przywrócić mu normalność jest bardzo trudno i wymaga to ciężkiej pracy przez kilka dziesięcioleci.
Bardzo fotogeniczny jest ten mostek przy pensjonacie Magdy i Marcosa.
Nowo wybrany prezydent zdążył uchwalić nową demokratyczną Konstytucję, gdy już po roku obalono go w zamachu stanu i władzę przejęła junta wojskowa. Znowu Amerykanie musieli interweniować. Potem rządy zmieniały się, jak w kalejdoskopie, nie przynosząc poprawy jakości życia, ani stabilizacji społeczeństwu. Dopiero w 1978r w Dominikanie po raz pierwszy w sposób demokratyczny wybrano rząd. Burzliwe losy tego kraju spowalniały jego  rozwój, co plasowało Dominikanę w przedziale biednych, zacofanych państw przez wiele następnych lat. Obecnie  Dominikana rozwija się. Nadal uprawia się tam trzcinę cukrową, kawę i tytoń oraz produkuje rum. Towarem exportowym są również banany, fasola, nikiel, wyroby elektroniczne i jeszcze kilka innych rzeczy. Wymianę handlową kraj prowadzi głównie z USA, ale również z Meksykiem, Kolumbią, Wenezuelą. Jednak nie ma jeszcze z czego się cieszyć. Korupcja i  mafie narkotykowe mocno się trzymają mimo, że kraj wyszedł wreszcie z izolacji międzynarodowej. A może właśnie dlatego?
Fajnie jest podróżować z własną córką.
W  ostatnich latach największe dochody Dominikanie przynosi turystyka. Ta gałąź gospodarki  rozwinęła się najbardziej, przynosząc miliardy dolarów zysku rocznie. Budowane tam są ogromne hotele, niemal jeden przy drugim z obsługą all inclusive. Inwestorzy bez problemu dostają zezwolenia na budowę i ogromne działki, na których stawiają hotele-kombajny z wszelkimi dodatkowymi atrakcjami, terenem rekreacyjnym, basenami, polami golfowymi. Anektują też przylegające do terenu plaże. Ogradzają to wszystko murami, jako teren prywatny hotelu,  tworząc wydzielone  enklawy dla ludzi bogatych. Takie turystyczne rezerwaty. Za murami, z utrudnionym dostępem do plaż, pozostaje miejscowa ludność. Ale kraj się bogaci na turystyce, więc Rząd żądania zagranicznych inwestorów spełnia.
Przed wylotem do Polski, tyle kosmetyków zostawiła mi Marysia. Przydały się!
Do takich miejsc zalicza się między innymi Punta Cana, Bavaro. Bogaci obcokrajowcy i bogaci Dominikańczycy w ogrodzonych luksusach, biedniejsi  za murami w rozproszonych po terenie domkach. Między tym wszystkim egzystują też średniacy, czyli dobrze zarabiający Dominikańczycy, budujący sobie duże domy z nowoczesnym wyposażeniem, przed którymi garażują wypasione samochody z ciemnymi szybami i napędem na cztery koła. Ci również korzystają z dobrych hoteli w kurortach na terenie własnego kraju. Dominikana, to kraj kontrastów. Jedni bogacą się szybciej, inni wolniej, jeszcze inni wcale się nie bogacą, tylko żyją z dnia na dzień, a wieczorami siedzą pod palmą i grają z sąsiadami w domino, albo przy sklepiku lub barze uprawiają karaoke. Maniana.
Na kawce na terenie Centrum Lama
Drastycznej biedy w Dominikanie nie ma. Może ze względu na klimat? (nie marzną, nie potrzebują opału, pełnych butów, ciepłych ubrań, ani solidnych domów), może ze względu na tańsze życie? (wszystko rośnie tam jak głupie! W wielkich ilościach, rozmiarach i wszędzie, gdzie się tylko da. Wystarczy coś posiać, sięgnąć ręką lub zarzucić sieci w morze, a z głodu nikt tam nie umrze). Można też żyć z drobnego handlu lub różnego rodzaju usług (gastronomicznych, krawieckich, transportowych, fryzjerskich, spa). Jest też możliwość otrzymania pracy na plantacjach lub w hotelarstwie. Każdy z tych ogromnych hoteli potrzebuje przecież całej armii  ludzi do obsługi, gotowania posiłków, sprzątania, prania, ogrodnictwa, ochrony itp a takich hoteli są setki, tysiące nawet. Dla Haitańczyków Dominikana jawi się, jako bogaty kraj, do którego uciekają za pracą i lepszym życiem, bo u nich to już naprawdę jest bieda i horror.
Rodzina dominikańska
Tak więc turyści lubiący all inclusive mają ogromny wybór hoteli, bez względu na wybraną miejscowość, bo to przecież nie ma żadnego znaczenia gdzie się jest, jeśli ma się wszystko pod ręką, z dostępem do własnej plaży włącznie. Wtedy Dominikana wydaje się być rajem na ziemi. Największa koncentracja hoteli-kombajnów znajduje się w Punta Cana właśnie, ale również w Puerto Plata, Bayahibe, czy w Boca Chica. Ci zaś turyści, którzy oprócz plaż, kąpieli w morzu i siedzeniu w ogrodzonym turystycznym getcie, wolą trochę pochodzić, pozwiedzać, zapoznać się z historią i życiem mieszkańców, o takich miejscach niech zapomną i wybiorą się do paru innych miejscowości w Dominikanie. Tak właśnie z Oliwią zrobiłyśmy. Zebrałyśmy swoje manatki i bez żalu opuściłyśmy Punta Cana, aby zwiedzić ciekawsze miejsca w tym pięknym karaibskim kraju, o czym będzie następny post.
Ostatni dzień w Punta Cana, Bavaro.