Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

sobota, 27 października 2018

Miami, miasto wiecznych wakacji


Spacer promenadą portową. Downtown Miami.
Ja już tak mam, że każde odwiedzane przeze mnie miasto interesuje mnie od zarania jego powstania. Zgłębiam więc najpierw jego historię, potem analizuję mapkę miasta, ustalam ciekawe miejsca i zaczynam zwiedzanie. 
Widząc ten zegar na wieżowcu nad parkiem, wiedziałam, że jestem już prawie w hostelu
Miami uznawane jest za typowo turystyczne miejsce z zawsze dobrą pogodą i pięknymi plażami. Jednak nie samymi plażami Miami stoi. Historia tego miejsca na tyle mnie zainteresowała i w miarę poznawania zaskoczyła, że nie zmieściłam tematu tego uroczego miasta w jednym poście. Wszystko co dotyczy Miami wydaje się tak ciekawe, że koniecznie muszę to opisać.
Wprost z ulicy można skręcić w wielu miejscach w taką ścieżkę i już jesteśmy na plaży.
Z filmów i reklam agencji turystycznych Miami kojarzyło mi się zawsze z sypkimi, białymi plażami, pięknymi dziewczynami w bardzo skąpych kostiumach kąpielowych, nad wyraz wysportowanymi sylwetkami młodych mężczyzn, kroczących po piasku z deską surfingową pod pachą, kolorowymi budkami czujnych ratowników, sprawnym działaniem policji i ogromnymi szklanymi wieżowcami pnącymi się w górę aż po chmury na wiecznie błękitnym niebie. Przyjechałam tu, aby zweryfikować ten obraz.
Na plaży można sobie zafundować spa w naturalnym otoczeniu w Miami Beach.
Na miejscu wszystko to okazało się prawdą. Do tej wyliczanki muszę jeszcze  dodać wyjątkową dbałość o czystość na ulicach i plażach i we wszystkich dosłownie zakamarkach miasta oraz wyjątkowych ludzi przyjaźnie nastawionych do całego Świata. Ludzie są wprost niesamowici! 
Lincoln Road, jedna z najbardziej atrakcyjnych ulic w Miami Beach.
Zupełnie obcy pozdrawiają mnie przechodząc obok, zagadują, gdy stoję na przystanku trolley, pytają w czym pomóc, gdy widzą, że sterczę na środku chodnika intensywnie wpatrując się w mapkę miasta. No, po prostu zauważają innego człowieka i nawiązują z nim kontakt w sposób zupełnie naturalny. Nie wpatrują się wiecznie w komórkę i nie chodzą po ulicach z błędnym wzrokiem ze słuchawkami na uszach. To było dla mnie cudowne odkrycie. Cieszą się życiem.
Wieżowce Downtown.
Miami, to tygiel różnych narodowości, ale bez względu na pochodzenie, kolor skóry czy orientację seksualną, a także przynależność do danej grupy społecznej, wszyscy byli tam dla mnie wyjątkowo mili i kontaktowi. Poczułam się pewnie z tego powodu, nabierając przekonania, że nic złego w tym mieście stać mi się nie może i mimo szczątkowej znajomości języka, wszędzie dojdę i dojadę, nie błądząc po zbędnych zakamarkach miasta. Media informują, że Miami nie jest jeszcze wystarczająco bezpiecznym miastem i lepiej chodzić przetartymi ścieżkami.
Chwilami można się poczuć, jak na Manhattanie w Nowym Yorku.
Autobusem 120 pojechałam do Downtown, aby zwiedzić dzielnicę biznesu i szklanych drapaczy chmur. Te wyjątkowo wysokie wieżowce nie stoją bowiem w całym Miami. Głównie są w Downtown i też nie całym. Tworzą taką jakby ścianę równoległą do zakola morza, dlatego tak ładnie wyglądają na zdjęciach i w reklamach. 
W Miami Beach wieżowce są, ale w przewadze jest niska zabudowa.
W Miami Beach, które stanowi odrębne miasto, wieżowce są rozproszone po całym obszarze miasta i nie ma ich wiele. To głównie nowoczesne hotele. W Downtown przeważnie w wieżowcach mieszczą się firmy i korporacje. Najpierw trafiłam w pobliże ogromnego, okrągłego budynku należącego do linii lotniczej American Airlines. Panował w nim i wokół niego ogromny ruch. Akurat odbywała się tam impreza American, na którą mnie zaproszono.
American Airlines Arena na Downtown Miami.
Impreza była biletowana, ale darmowa. Wszystko odbywało się tak, jak byśmy byli na lotnisku. Kolejka, bilet, przejście bramką wykrywającą rzeczy zabronione, kontrola bagażu, monitory informujące o gate, z których wchodzimy do wewnątrz itd. itp.Taka zabawa. Gdy w końcu dostałam się do środka, aż przystanęłam z wrażenia zastanawiając się czy nie zawrócić. Hałas był niesamowity! Taką ilość ludzi w jednym miejscu naprawdę nie często można zobaczyć i poczuć. Na scenie w dole były zespoły muzyczne i konferansjerzy prowadzący imprezę.
Cały czas jeszcze dochodzili nowi ludzie
Przekrzykując muzykę, wywoływali z tłumu „pasażerów” różnych narodowości przybyłych do Miami, którzy witani byli gromkimi oklaskami i odpowiednią muzyką. Skąd jesteś? Skąd? Witamy pasażera z Argentyny! I temperatura na stadionie podnosiła się do wrzenia. Przybyłeś do nas,,,? Głośniej! Skąd? Z Polski! Jestem z Polski! Ooo! 
Hala Sportowa była nabita ludźmi różnej narodowości.
Witamy Polskę! Gromkie brawa dla Polski! i decybele wzmagały się. No, istny cyrk! Przeszłam do innego „gate”, żeby zrobić zdjęcie facetowi z polską flagą narodową, bo oczywiście reprezentowane kraje natychmiast kołysały nad tłumem swoimi flagami, gdy wywołany „pasażer” okazywał się być ich krajanem. Potem grały różne zespoły muzyczne i śpiewali soliści, a ten tłum razem z nimi. Jakieś szaleństwo!
Z Polski jestem! krzyczeli z widowni. Brawa dla Polski! No, istny szał!
Gdy wyszłam z American Airlines Arena, najpierw zaskoczyła mnie niesamowita cisza na zewnątrz. Musiałam przez chwilę przyzwyczaić się do ciszy ulicy, po której nadal przecież jeździły samochody, górą jechała kolejka, a po ulicy chodzili ludzie. Taką oto przygodę niechcący przeżyłam z American Airlines, którą to linią latam ostatnio i jestem bardzo z niej zadowolona. Po tej dawce adrenaliny poszłam  zwiedzać miasto. Upał był niesamowity, jak to w mieście między murami, gdzie nie dochodzi bryza od morza.
Wchodząc, trzeba było przejść przez kontrolne bramki, jak na lotnisku. Butelki do kosza!
Downtown posiada 300 wieżowców, w tej chwili chyba nawet już więcej, bo ciągle są one budowane. To ogromna ilość. Chwilami czułam się, jak w Nowym Yorku, patrząc w górę, jak z dna studni. Sporo z nich jest usytuowanych w Brickell, najstarszej części Downtown, gdzie większość ziemi należała kiedyś do rodziny Brickell,ów przybyłych do Miami w XIXw z Cleveland w stanie Ohio. Stąd nazwa dzielnicy. Julia Tutle, o której pisałam w poprzednim poście, również tutaj mieszkała.
Arenę na zewnątrz otaczał korytarz. Można było wyjść i w bistro wypić kawę lub sok.
Ta dzielnica od początku była bogata i szykowna i taka pozostała. Chociaż miasto się rozbudowało i na początku XXw utworzono centrum Miami za rzeką, Brickley pozostało wiodącą dzielnicą biznesu. To droga dzielnica. Mieszkania osiągają tu zawrotne ceny, ale ktoś je jednak kupuje, skoro ciągle budują tu nowe drapacze chmur. W Brickell stoją też najdroższe hotele, mają swoje siedziby największe banki międzynarodowe i duże korporacje. Mieszczą się tu konsulaty różnych krajów świata.
Urocza obsługa American Airlines Arena udzielała informacji z czarującym uśmiechem
Z przyjemnością ogląda się te wieżowce, gdyż są one ładniejsze od innych. Mają wiele balkonów, przeszklonych fragmentów, dużo żywej zieleni. Na tarasach i na dachach rosną palmy. Często na dachach mieszczą się baseny kąpielowe otoczone zielenią. Budynki są kolorowe o nowoczesnych kształtach. Widać polot i  swobodę w projektowaniu, spowodowaną chyba tym wyjątkowym miejscem i gorącym klimatem przez okrągły rok. Brickell już nazywane jest Manhattanem Miami, a ciągle jeszcze rośnie i się rozwija.
Port Miami w Downtown, to bardzo atrakcyjne miejsce do zwiedzenia.
Port of Miami, to również dzielnica położona na obszarze Downtown. Mieści się tutaj nowoczesny port Miami. Można obejrzeć ogromne statki wycieczkowe i piękne białe jachty bogatych ludzi. Z portu kursują też jachty wycieczkowe po Zatoce, które wyruszają z przystani obok Bayside Marketplace. Widok całościowy na Miami z takiego jachtu musi być fascynujący. Trasa wycieczek przebiega między innymi wzdłuż dzielnicy milionerów, gdzie można podziwiać domy bardzo bogatych ludzi, do których należą sławni przedstawiciele mediów, filmowcy, aktorzy i ludzie biznesu.
Na Bayside Marketplace można zrobić zakupy i odpocząć w jednej z wielu kafejek.
Domy bogaczy od strony lądu posiadają garaże na ich luksusowe samochody, a od strony morza, przystanie na ich luksusowe jachty. Tacy wiedzą, że żyją na tym świecie i czerpią z niego przyjemności, ile się tylko da. Marina Bayside Marketplace warta jest odwiedzenia. Bardzo długi deptak ciągnie się wzdłuż brzegu morza. Mnóstwo restauracji i kafejek po jednej stronie, statki i jachty na morzu, po drugiej stronie, a przy brzegu rybacy dostarczający świeże ryby, które oprawiane są natychmiast na oczach przechodniów i dostarczane do kuchni.
Spacerując deptakiem, można oglądać wiele statków i jachtów cumujących przy brzegu.
Bardzo ciekawe miejsce na zrelaksowanie się po dłuższym zwiedzaniu miasta, posilenie się w którymś z lokali, wypicie kawy w ładnej scenerii z widokiem na toczące się życie w marinie. Dużo sklepów z markowymi rzeczami i pamiątkami. Na terenie Downtown mieści się również wiele parków, miejsc rekreacyjnych, ośrodków kultury, muzeów, galerii oraz wykwintnych sklepów i restauracji. 
Za mną widać jeden z tych strasznie długich mostów, łączących wyspy Miami.
Dzięki temu dzielnica biznesu w Miami nie zamiera wraz z zakończeniem pracy urzędników w bankach, urzędach i korporacjach, jak w podobnych dzielnicach innych miast, lecz wieczorami i w weekendy toczy się tu intensywne życie towarzyskie. Przy okazji można na chwilę wytchnienia wstąpić do pobliskiego parku Bayfront Park. Cudowna oaza spokoju.
Jedno z wejść na molo cumujących jachtów w Marinie
Największym rozczarowaniem dla mnie była dzielnica Kubańczyków, Little Havana. Poświęciłam sporo czasu, żeby do niej dojechać, ale przekazy w relacjach podróżników i w różnych folderach podróżniczych tak wychwalały to miejsce, jako małą oazę Kuby, z jej kolorystyką, kulturą, specyfiką i stylem życia, że uznałam, że warto. 
Spacerki po nabrzeżu są bardzo przyjemne.Jest trochę cienia.
W Miami żyje ponad 150 tysięcy Kubańczyków i wszyscy skupili się w tej jednej dzielnicy, z której raczej nie wychylają nosa. Nie dążą do polepszenia swoich warunków życia, do osiągnięcia sukcesu w jakiejś dziedzinie, do zintegrowania się z pozostałą społecznością Miami. Nie dbają o miejsce, w którym żyją. Cieszą się, że żyją w wolnym kraju i wegetują między swoimi w Little Havana. Główną ulicą tej dzielnicy jest Calle Ocho, co po prostu z hiszpańskiego znaczy ósma ulica.
Z każdego miejsca roztaczają się piękne widoki.
Poza nią nie ma już po co zagłębiać się w boczne, wiejące pustką ulice. Domy są zaniedbane, bary i puby puste, nie słychać muzyki na żywo, ani gwaru tak typowego dla dawnych kubańskich barów. Barmani puszczają przez głośniki salsę i uśmiechają się do każdego przechodnia z nadzieją na pozyskanie klienta, ale nie widzę tu turystów. Przed niektórymi domami siedzą osowiali mieszkańcy. Niektórzy w milczeniu grają w domino, inni bujają się w wiklinowym fotelu, wpatrzeni gdzieś w przestrzeń. Na kolorowych muralach widać znak czasu. Egzotyka szczątkowa.
Muzyka porywa do tańca o każdej porze i w każdym miejscu.Ta para dała super pokaz!
Małe obskurne sklepiki, warsztaty naprawiające stare amerykańskie samochody, w których mechanicy upaprani smarami próbują w nieskończoność przedłużać im żywot. Małe rodzinne fabryczki wyrobu cygar i wałęsające się pod nogami koguty, to obrazki dzisiejszej Little Havany. I nikt tu nie mówi po angielsku. 
Smutny los spotkał Krzysztofa Kolumba, odkrywcę Ameryki. Stoi wciśnięty między samochodami.
Albo trzeba znać hiszpański, albo porozumiewać się na migi. Smutna dzielnica. Chwilami zastanawiałam się, czy ja dobrze trafiłam? Może trzeba tu przyjść wieczorem? Ale wieczorem strach zagłębiać się w taką cicho-ciemną dzielnicę. Podobno gangi kubańskie ciągle działają. Nie jestem pewna, czy do tej dzielnicy docierają policjanci z Miami. Nie ma co fotografować.
Na Bayside stoją takie stoliki w przejściach. Można sobie kupić gdzieś kawę i tu usiąść.
Po tej stronie miasta znajdują się też inne dzielnice imigrantów, ale już nie zdążyłam do nich dotrzeć. Kiedyś mieszkała tu licznie społeczność żydowska, ale to ludzie biznesu i interesu, dążący do osiągnięcia kariery i dużych pieniędzy. Z czasem przeprowadzili się do bogatszych dzielnic. Teraz zamieszkują tu imigranci z ubogich  krajów latynoskich, z Ameryki Środkowej i Południowej. Haitańczycy, Jamajczycy, spotkamy też Afroamerykanów. Pomimo tak zróżnicowanej pod względem narodowościowym, kulturowym i stanem posiadania społeczności, nie ma w Miami dzielnic biedy, slumsów. Bieda jest rozproszona.
Lubię, jak bankomaty stoją wewnątrz sklepów, kawiarni, hoteli. Czuję się bezpieczniej.
W Miami mieszka ponad 15 tysięcy Polaków. W odróżnieniu od Kubańczyków, wtopili się w środowisko nie tworząc enklawy narodowościowej. Pracują, znają języki, żyją na poziomie. Na poziomie żyją tu również Francuzi i Rosjanie. Ci ostatni stanowią nawet sporą grupę. 
Strefa jedzenia w Porcie Miami jest bardzo długa. Na parterze i na piętrze.
W porcie Miami, gdzie jest tak dużo knajpek można poczuć zapachy i smak potraw z krajów całego świata. Obrazuje to wielkie zróżnicowanie etniczne społeczności Miami. Nie zaprzeczam, że żyje tu spora grupa biednych ludzi. Różnice w poziomie życia są ogromne, od niewyobrażalnie bogatych, poprzez średniaków, ludzi z trudem  wiążących koniec z końcem, aż do zupełnie biednych, żyjących z dnia na dzień przy pomocy państwa. Takie jest Miami. Tygiel.
Memoriał na cześć policjantów z Miami poległych na służbie.
Najbardziej znane na całym świecie jest Miami Beach, które zostało rozsławione przez filmy ”Policjanci z Miami” i  „Akademia Policyjna”. Było jeszcze kilka, ale te dwa były najbardziej znane w Polsce, no, może jeszcze „Człowiek z blizną” Ale, ale! serial „Słoneczny patrol” też kręcony był na plażach Miami Beach o czym świadczą charakterystyczne, kolorowe budki ratowników występujące w tym filmie. Takich nie ma w żadnym innym miejscu na ziemi. W Miami, bo gdzież by indziej, jak nie w tym zawsze słonecznym mieście, pewien farmaceuta o nazwisku Benjamin Green opracował recepturę filtru do opalania. Ten wynalazek miał miejsce w 1944 roku!
Przed główną siedzibą policjantów w Miami
Miami Beach leży na wąskiej wyspie o długości 11 km i szerokości 2,5 km. Jest to wybitnie turystyczne miejsce z bardzo długą białą plażą nad Oceanem Atlantyckim. Są tu wydzielone dwie dzielnice. South Beach i North Beach. Na South Beach znajduje się najbardziej znana plaża, którą od miasta oddziela pas rekreacyjny z wysokimi palmami i deptak do spacerów.
Taki jak w filmie "Policjanci z Miami"
Równolegle do niego ciągnie się Ocean Drive, najsłynniejszy bulwar Świata, na którym jest mnóstwo fantastycznych kafejek, barów, butików, galerii. Ocean Drive żyje intensywnie w dzień i w nocy. Nocą jest pięknie oświetlony kolorowymi neonami. Natomiast North Beach, to cicha dzielnica, w której mieszkańcy żyją sobie spokojnie w dzień, a nocą śpią. Ja mieszkałam w centrum South Beach na James Street, Między Collins Av, a 17 Street.
Budki ratowników w Miami Beach są jedyne w swoim rodzaju. Bardzo kolorowe i śliczne.
Centrum Miami Beach stanowi skupisko domów w stylu Art Deco, które upiększono w stylu karaibskim kolorowymi malunkami różowych flamingów i innymi motywami zaczerpniętymi z przyrody. W tych ślicznych budynkach zazwyczaj mieszczą się butikowe hoteliki, kawiarnie i galerie artystyczne. Lata 20-te XXw były okresem rozkwitu Miami. Realizowali tu wielkie projekty John Collins i Carl Fisher i w jednym momencie to wszystko się rozpadło przez wielki huragan w 1926r. Huragan niemal zmiótł z powierzchni ziemi całe Miami Beach, wydawało się, że miasto już się nie dźwignie z tej tragedii. Ono się jednak odrodziło.
Wreszcie w Miami mogłam zjeść prawdziwy chleb po kilku miesiącach w Meksyku.
Wtedy właśnie, po tym huraganie  zaczęto stawiać budynki mieszkalne w ładnym, tanim stylu Art Deco, nowoczesnym stylu użytkowym, który stawał się wówczas  bardzo modny na świecie. Miami ma takie położenie, że każdego roku nawiedzają go huragany. 
Przyjemna Portofino Del Cafe. Jest też Portofino Tower i Portofino Market.
Konstrukcje budynków musiały więc posiadać specjalne wzmocnienia odpornościowe, ale na żywioł nie ma mocnych. Budynki przetrwały, lecz podupadały po kolejnych huraganach oraz w okresie kryzysu, jaki Miami przeżywało w latach 70-tych i 80-tych. Kilka z tych unikalnych budynków zostało na zawsze utraconych, jak np. Hotel New Yoker.
Po bokach dużych ulic można trafić na ciche zakątki z ładną architekturą.
Opuszczone po huraganie domy zaczęto rozbierać i zniknęły by wszystkie z krajobrazu Miami, gdyby nie ruch społeczny i Barbara Capitman, która za wszelką cenę postanowiła ratować tą unikalną architekturę. Pod koniec lat 70-tych doprowadziła do tego, aby zapisano cały ten teren w Krajowym Rejestrze miejsc o znaczeniu historycznym. Zobowiązywało to do przerwania rozbiórek i remontowania budynków. Art. Deco uratowano. Wyremontowano 150 budynków w Miami Beach, niektóre od podstaw. W niektórych z nich znajdują się teraz te śliczne hoteliki, kawiarnie i butiki.
Taki postument w parku, postawili Barbarze mieszkańcy Miami  w dowód wdzięczności.
Najbardziej reprezentacyjną ulicą Miami Beach jest Ocean Drive w dzielnicy South Beach. Tutaj jest najwięcej uratowanych, pięknych, kolorowych budynków w stylu Art. Deco. Życie towarzyskie kwitnie tu przez całą noc. Wzdłuż South Beach ciągnie się promenada, z której oglądać można Ocean Atlantycki i plaże lub można po prostu wejść na plażę jednym z wejść. Na plaży stoją nadal kultowe, kolorowe budki ratowników znane nam z filmów amerykańskich. Można też na plażach Miami Beach spotkać kobiety toples, w skąpych stringach, co w pozostałej części statecznej  Ameryki jest niewyobrażalne.
Można tu znaleźć azjatyckie jedzenie, które ja bardzo lubię.
Co w Miami Beach warte jest obejrzenia oprócz pięknych plaż i deptaków? Oczywiście, ulice Ocean Drive i Collins Avenue, zabudowane ładnymi hotelami, eleganckimi sklepami i restauracjami. Po Collins Av jeżdżą te darmowe Trolley, którymi przemieszczałam się, zwiedzając miasto. I dobrze, bo Collins Av jest bardzo długa i trudno byłoby ją przejść pieszo. 
Takie przysmaki można kupić w supermarkecie.
Również Lincoln Road jest ciekawą ulicą do zwiedzenia. New World Symphony, obok którego codziennie przechodziłam z racji bliskości położenia mojego hostelu. Nowoczesny budynek powstał w 2011r i posiada niesamowicie ciekawą akustykę. 
Menu na desce surfingowej współgra z miejscem i tutejszą atmosferą.
Warto wybrać się na jakiś koncert do tego gmachu. Holocaust Memorial, który robi ogromne wrażenie, trochę przerażające, bym powiedziała, z tą wyciągniętą ręką błagającą o pomoc z wszechświata. Mam nadzieję, że jest przestrogą dla potomnych i szacunkiem dla ponad miliona zadręczonych przez Niemców nieszczęśników.
Memorial Holocaust w Miami jest równie wstrząsający, jak w innych miastach USA.
Lummus Park City, w którym można spotkać iguany, wiewiórki. Idąc wzdłuż parku, z jednej strony możemy bezpośrednio wejść na którąś z plaż, a patrząc w drugą stronę, podziwiać budynki Art Deco. W Miami Beach w samym mieście znajduje się Marina na Alton Road. Można pooglądać piękne białe jachty zacumowane w doku, obserwować wypływające i powracające do Mariny jachty i łodzie oraz statki wycieczkowe wożące pasażerów na różne wyspy Florida Keys. 
Bardzo realistycznie przedstawia tragizm ofiar.Wokół marmurowa tablica z ich nazwiskami.
Florida Keys, to ciąg wielu wysepek ciągnących się od Miami, aż do zakończenia cypla miejscowością Key West. Wyspy połączone są mostami, dlatego do Key West można jechać samochodem lub autobusem. Ja pojechałam autokarem z wycieczką. Miami Beach Botanical Garden przy Convention Center Dr. jest niewielkim ogrodem botanicznym, ale bardzo przyjemnym, pełnym różnorodnych drzew tropikalnych I krzewów, ptaków I owadów, stawów z kolorowymi rybami.
Z Lummus Park można wejść bezpośrednio na plażę.
Piękne, wyciszone miejsce. W tej chwili nieciekawe jest do niego wejście z ulicy, ponieważ trwa budowa ogromnego i długiego, że końca nie widać, obiektu Convention Center, ale budowa ma się ku końcowi i zapowiada się, że będzie to piękne i ciekawe nowe miejsce w Miami Beach, współgrające ze spokojem ogrodu botanicznego w bliskim sąsiedztwie. Wejście do Botanical Garden jest darmowe. Można tam wypić kawę i kupić pamiątkę w sklepiku.
Botanical Garden jest mały, ale ma też ogród japoński, kładki, rybki. Przyjemne miejsce.
Soundscape Park, mały i  inny od wszystkich. Mieści się przy 17 Street, czyli blisko mojego hostelu, przy New World Symhony. Są dni, że orkiestra symfoniczna daje darmowe koncerty przed swoim budynkiem dla ludzi zgromadzonych w Soundscape Park, a w środy wyświetlane są w nim filmy. 
W ogrodzie można poleżeć na kolorowych leżakach, odpocząć i obserwować ptaki.
Codziennie musiałam obok niego przechodzić, więc łatwo wychwytywałam atrakcje. Przyjemne miejsce. Ludzie robią tu sobie pikniki słuchając muzyki lub oglądając filmy. Gdy nic takiego się nie dzieje, też jest przyjemnie posiedzieć pod lawiną kolorowych kwiatów.
Convention Center jeszcze w budowie, ale zapowiada się na następne ciekawe miejsce w Miami
Dzielnica Bal Harbour położona jest na północ od South Beach, na samym końcu Collins Avenue. Jest to bardzo malownicze i ekskluzywne  miejsce w Miami Beach, które upodobali sobie bogaci amerykańscy emeryci. Drogie markowe sklepy, Ocean i słońce, to trzy rzeczy sprawiające przyjemność emerytom w jesieni ich życia. 
Można wejść na górny taras widokowy i napawać się widokiem zatoki.
Wybitnie pogodnej jesieni! Pływają jachtami lub grzeją się w słońcu na piaszczystej plaży, moczą swoje strudzone długim życiem ciała w turkusowej wodzie Oceanu Atlantyckiego poprawiając ich jędrność. Odpoczywają potem na wygodnych białych leżakach poddając się spa w cieniu palm i spod przymrużonych powiek obserwując, może nawet z lekką  zazdrością, wyczyny młodych ludzi surfujących na falach wzdłuż brzegu.
W Marinie można zjeść coś smacznego,nie tracąc z oczu pięknych widoków.
Po południu idą do wykwintnego Bal Harbour Shops, aby nabyć jakieś nowe stylowe ciuszki i cieszą się z każdej nabytej rzeczy, jak dziecko. Na koniec obwieszeni firmowymi papierowymi torbami, przysiadają dla złapania oddechu w eleganckiej, pachnącej świeżo parzoną kawą kawiarence i bez pośpiechu delektują się aromatycznym espresso, nie odmawiając sobie przy okazji porządnej porcji tortu czekoladowego, zdecydowanie poprawiającego samopoczucie.
Bardzo mi się podoba w Marinie w Downtown Miami. Spędziłam tu dużo czasu.
No, i oczywiście, bardzo atrakcyjnym do zwiedzenia miejscem jest Key West, do którego Kubańczycy mają bliżej (140 km z Kuby), niż my z Miami (240 km z Miami), ale być w tej części Ameryki i nie zobaczyć Key West byłoby grzechem nie do rozgrzeszenia. Niestety, posty mi się tak jakoś rozrastają niesamowicie pod klawiaturą, że Key West już tutaj nie zmieszczę. Muszę napisać osobny post o tym miejscu.
Na koniec smakowita ciekawostka. W markecie Miami mają polską kiełbasę!
A więc c.d.n.

piątek, 26 października 2018

Miami, miasto z historią


Marina w Down Town, Miami. Deptaki, kafejki,piękne widoki na morze i statki
Uwielbiam latać z American Airlines! Nigdy nie mam u nich problemu z nadwagą bagażu! Rejestrowany może mieć 23 kg, mimo, że to klasa ekonomiczna, podręczny niby powinien być jeden, ale mała walizeczka na kółkach plus niezbyt duży plecak, plus torba z aparatem fotograficznym i reklamówka z kanapkami nie są problemem w oczach służby lotniskowej tej linii. I za to kocham Amerykę! Jedynie  butelkę z wodą do picia trzeba  wyrzucić do kosza. Nie trzeba już nawet zdejmować paska od spodni, jeśli nie ma blaszanej sprzączki, ani butów, jak to bywało  jeszcze kilka lat temu, gdy podróżowałam po USA.
Oczekiwanie przed gate na podstawienie samolotu
Może moja radość z tak oczywistych spraw bierze się stąd, że ciągle pamiętam podróż z TUI, kiedy to musiałam cały plecak zostawić osobie mnie odprowadzającej, zabierając z niego jedynie garść rzeczy, które nie miały prawa przekroczyć 5 kg razem z laptopem i aparatem foto i poza tym nic więcej w ręku nie mogłam mieć. To koszmarne wydarzenie ciągle mam w pamięci (Jeden podręczny i 5 kg! wyobrażacie sobie? pięć!), więc podejście do pasażerów przez pracowników linii American Airlines tak mnie zawsze cieszy. 
W American Airlines mam też więcej miejsca na nogi. Kurtka niezbędna, bo klima
Kocham też Amerykę za to, że wszystko w niej jest takie naturalne i proste. Wszyscy starają się jak najbardziej ułatwić mi życie. Są mapki miasta na lotnisku. Informacja działa sprawnie i wyczerpująco wyjaśni, jak dojechać do miasta, jeśli nie chce się tracić pieniędzy na taxi. Wszyscy są uprzejmi i starają się być pomocni w każdej sytuacji.W łazienkach działają wszystkie urządzenia, wszędzie jest czysto i pachnąco. Po prostu życie tutaj od pierwszej chwili staje się łatwe i przyjemne.
South Miami Beach
Miałam zarezerwowane miejsce noclegowe w hostelu „Beds n,Drinks” w Miami Beach przy James Avenue. Może nie był to taki bajerancki hostel, jak ten w Dallas z ukrytym za drzwiami z kolorowych walizek barem, ale standardem nie odbiegał. Śniadania były w cenie, typowo amerykańskie, ale wystarczało, żeby nie wyruszać na wyprawę po mieście czy na plażę o pustym żołądku. Kawa była wyjątkowo dobra.
Beds n,Drinks Hostel wczesnym wieczorkiem na cichej James Avenue.
Z lotniska bezpłatna kolejka sky train wywozi nas do miejsca, skąd do miasta jeżdżą autobusy lub taksówki, jak kto woli. Lotnisko oddalone jest od Centrum Miami o 26 mil. 1 mila, to 1,6 km. Ja wsiadłam w bus 150. Na mapce z przystankami tego busu zaznaczono mi w lotniskowym punkcie informacji przystanek, na którym muszę wysiąść. Gdy wysiadłam i skierowałam wzrok na tablicę z nazwami bocznych ulic, natychmiast zobaczyłam napis James Av. I byłam w domu! Tak lubię! Szczególnie będąc z  bagażami.
Autobusem S dojedziemy do Downtown, dzielnicy biznesowej.
W Miami można poruszać się różnymi środkami transportu miejskiego. Chociaż lubię chodzić pieszo, odległości w Miami są zbyt duże, aby spacerem zwiedzać miasto, jak to było w Dallas. Między bajki należy też włożyć twierdzenie, że w Ameryce nie ma chodników do chodzenia pieszo, ani transportu publicznego, bo wszyscy tam jeżdżą samochodami, a dzieci do szkół dowożone są żółtymi, długimi school busami.
Taaakie długie school busy jeżdżą po Miami.
Kultowe school busy oczywiście jeżdżą po mieście, ale sprawnie działa transport miejski i można nim dojechać wszędzie, w każde nawet najbardziej odległe miejsce w mieście, jeśli wiemy w co i gdzie się przesiąść w odpowiednim momencie. Autobusy jeżdżą często i można nimi dojechać do Miami Centrum, do Little Havana i innych ciekawych dla turysty miejsc. W Miami Beach kursują one po głównych ulicach, jak Collins Av (najbliżej James Av, tu właśnie dojechałam z lotniska),Ocean Drive, najbardziej reprezentacyjna ulica i innych. 
Wjeżdżając do Downtown, znajdziemy się wśród drapaczy chmur
Bilet kosztuje 2,25 $ US. Jako, że seniorzy mają zniżkę, ja płaciłam 1,25 $. Bywałam w takich krajach, gdzie zniżki dotyczyły tylko stałych mieszkańców miasta i turysta nie mógł z nich korzystać. Ameryka nie dyskryminuje nikogo w tym względzie.Swój, czy obcy, zniżkę ma. Samoobsługa pod czujnym okiem kierowcy działa sprawnie i nie mają tu potrzeby zatrudniania kanarów, bo nikt bez biletu się nie prześlizgnie. 
Wprost z bocznej z hostelu wchodzę na przystanek trolley i bus 150 co jedzie na lotnisko.
Trzeba mieć odliczone pieniądze, wchodzi się tylko przednimi drzwiami. Tuż przy kierowcy jest maszyna, do której wkłada się papierkowe jednodolarówki i wrzuca w specjalny otwór do monet 25 centów w jednej monecie (napisane jest na niej quater, czyli ćwierć dolara) lub można wrzucić po 10 centów i piątkę. Maszyna nie brzdęknie, jeśli nie dostanie wystarczającej ilości pieniędzy, więc i tak, co się należy, wrzucić musimy i przesuwamy się dalej. Żadnych biletów nie dostajemy, kto jest w środku, musiał po prostu zapłacić, nie ma innej możliwości, to po co bilet?
Klimat w Miami taki, że prawie każda restauracja serwuje potrawy też na ulicy.
W ten sposób miasto oszczędza nie tylko na tym, że nie musi zatrudniać kontrolerów, ale też na papierze i drukowaniu biletów i na tym, że nikt nie jeździ na gapę. Bardzo mi się podoba takie rozwiązanie, szkoda, że u nas nie można zastosować podobnej metody. Ci, co mają bilety miesięczne, bądź inne zniżki, zwolnienia z opłat itp.,mają karty i wchodząc, dotykają swoją kartą odpowiednie miejsce na tej maszynie i musi ona dać odpowiedni sygnał. Kilka razy byłam świadkiem, że sygnału nie było, co znaczy, że karta była nieważna lub niedoładowana i osoba musiała wysiąść. Tutaj dyskusji i targowania się nie ma, ani obrazy ze strony pasażera.
Tuż obok mojego hostelu stoi taki pstrokaty hotelik. Punkt orientacyjny widoczny z daleka.
Do Downtown zwanego też centrum biznesowym można z Miami Beach dojechać busem nr 120 lub S. Na przystankach autobusowych wyraźnie jest napisane, które autobusy z niego jadą i dokąd. Są umieszczone rozkłady jazdy z nazwami poszczególnych przystanków. Autobusy zatrzymują się na przystankach, na których oczekują ludzie lub, gdy chcący wysiąść pociągną za linkę, która idzie wzdłuż okien autobusów. To też dla oszczędności czasu i paliwa. Z przodu przed autobusem przymocowany jest bagażnik na rowery ze specjalnymi zabezpieczeniami. Rowerzyści sami umieszczają tam rower i potem wchodzą do autobusu. Wszystko działa sprawnie i przestojów nie ma.
Bus 120 też jeździ do Downtown. Busy mają na przodzie urządzenia do rowerów.
W Miami od lat osiemdziesiątych ub wieku działa  nadziemne metro, czyli kolejka Metrorail, ale w Miami Beach jej nie ma, tylko w Downtown. Bilet kosztuje tyle samo, co autobusowy. Bilety kupuje się przed bramką w automacie lub na wielokrotne przejazdy kupuje się EASY Card lub EASY Ticket. W marketach też można je kupić. Podczas jazdy, z góry można oglądać miasto i plaże. EASY jest o tyle dobra, że w ramach limitu działa na wszystkie środki transportu w mieście. Metrorail jest też dobrym transportem z i na lotnisko dla tych, co zakwaterowali się w Downtown. Z Miami Beach, najlepszy jest autobus nr.150 expres.
Po Downtown jeździ Metroraill, kolejka nadziemna.
Poza tym, można po mieście jeździć żółtymi taksówkami, rowerami i segwayem. Rowery ustawione są do wypożyczenia w wielu miejscach w mieście i nie ma problemu ze znalezieniem takiego postoju. Za wypożyczenie roweru zapłacimy ok.8$ za godzinę. Są też dostępne wycieczki rowerowe z przewodnikiem. Koszt, 40$ za 2,5 godziny. Za taksówkę na wejściu zapłacimy 5$ i potem za każdą następną milę ok.3$, chyba, że ustalimy z taksówkarzem cenę za cały konkretny kurs. Kurs z lotniska kosztuje ok. 35-40$, zależy do której dzielnicy jedziemy.
Stacja Metroraill. Wieżowce-biurowce. Dużo ludzi dojeżdża do pracy kolejką.
Segway to taki pojazd o dwóch kołach, na którym stoimy i trzymamy się podłużnego drążka, którym kierujemy. To popularny sprzęt w Miami. Sporo ludzi widziałam jeżdżących tym osobliwym pojazdem po chodnikach, w parkach, ścieżkach rowerowych, a nawet stadami, jako małe grupy wycieczkowe, zwiedzające miasto z przewodnikiem. Koszt wycieczki na takim segway,u to 30$ za 1godzinę.
Śliczny zabytkowy Trolley. Niebieskie kursują po Miami Beach.
Moim przebojem w Miami był bezpłatny, zabytkowy tramwaj Trolley. W Miami Beach kursowały niebieskie wagoniki na czterech liniach, zielonej, żółtej, czerwonej i fioletowej. Niektóre trasy częściowo się pokrywały, więc można było przesiąść się do drugiego wagonika i jechać nim w inną stronę. Praktycznie można było wszędzie za darmo dojechać tym zabawnym, starodawnym pojazdem. W trolley jest też dostęp do bezpłatnego Wi-Fi.
Pomarańczowo-zielone Trolleys, jeżdżą po Downtown.
W takim trolley ławki są drewniane wzdłuż dwóch boków, ale też kilka stoi przodem do kierowcy. Niektóre pojazdy miały otwarte okna i przyjemny wiaterek chłodził zgrzane głowy, ale większość miało okna zamknięte i włączoną klimatyzację, dającą ulgę od upału. Często kierowca opowiadał, co mijamy po drodze, bo te trolley zorganizowano tak bardziej pod turystów, chociaż często korzystają z niego miejscowi wracający z zakupów, traktując go, jako bezpłatny transport miejski.
Zabytkowe pojazdy, nazywane są tramwajami i mają drewniane siedzenia
Każdy może jechać trolley, kontroli nie ma. Czasem tylko kierowcy opowiadać się już nie chce o mijanych atrakcjach miasta, no bo po co takie rzeczy mówić w kółko stałym mieszkańcom? W pojeździe są bezpłatne informatory do pobrania z mapkami tras tych pojazdów. Bardzo lubiłam tymi trolley jeździć, ponieważ zobaczyłam różne miejsca, gdzie przecież pieszo bym nie szła, bo o nich nie wiedziałam.
Nie tylko turyści jeżdżą trolley w Miami, ale też miejscowi chętnie z nich korzystają.
Żeby dostać się do Downtown pojechałam autobusem nr.120 przez dwa mosty i co? Patrzę, a w Downtown znowu trolley, tylko wagoniki są pomarańczowo-zielone i obsługują więcej tras. Znowu wsiadłam i zwiedziłam trochę Miami po tej stronie mostów, ale nie wszystkie, z braku czasu. Bo trzeba wiedzieć, że Miami leży na wielu rozsianych wysepkach połączonych wieloma mostami. W ten sposób poszczególne wyspy są jakby osobnymi miastami tworzącymi aglomerację Miami.
W Downtown trolley ma ciekawą trasę po starych dzielnicach miasta.
Bardziej skomplikowany jest dojazd z Miami Beach do Little Havana bo trzeba się przesiadać w Downtown i inaczej jest tam oznakowany system ulic, ale można to ogarnąć. Jedziemy bus S do Downtown, wysiadamy na NE 3 Street przy NE 2 Avenue. Pieszo dochodzimy do NE 1 Street łamane na 4 Street i wsiadamy w bus 7 jadący w kierunku Towards Airport Station, wysiadamy przy NW 7 Street w miejscu przy NW 25 Avenue i walk, walk, walk, 3 minuty i jesteśmy w Little Havana.
Mają tam sklep delikatesowy " Europa"
Oznakowania na szyldach ulic oznaczają: N-North, E-East, W-West. Przez Little Havana kursują też autobusy turystyczne i Hop Off, Hop On, wiecie, te z otwartymi siedzeniami na dachu itp, ale to już droższa opcja. Jeśli kogoś stać, to dlaczego, nie? Można przy okazji zobaczyć więcej miasta. Podobno można z nich na trasie wysiadać, zwiedzać sobie okolicę i znowu się dosiadać z tym samym biletem, ale nie sprawdzałam tego.
W Collins Park w Miami Beach rosną duże Baobaby.
Skoro mamy transport opanowany, to zgłębiamy historię miasta i zwiedzamy. Zwiedzając, można sobie robić przerwy na plażowanie lub w jedne dni plażować, w inne zwiedzać. W Miami się nie nudzimy, bo wszystko tu jest atrakcją. Ale nie zawsze tak było. Jeszcze w XIXw na bagnistym terenie półwyspu mieszkało od tysiąca lat indiańskie plemię Tequesta.
Po Baobabach biegają wiewiórki.
W 1566r dotarli na te tereny hiszpańscy kolonizatorzy i po roku założyli tu swoją misję. Nie było to przyjazne dla ludzi miejsce. Ze względu na bagna, było tu mnóstwo komarów uprzykrzających ludziom życie i powodujących choroby. Pogoda zawsze na wyspach była kapryśna, szalały często huragany, powodzie, co nie sprzyjało osadnictwu i budowaniu na takim niepewnym terenie domów. A jednak miasto powstało.
Jak się z wiewiórką zaprzyjaźnisz, to zapozuje do zdjęcia.
Najpierw była hiszpańska misja. Potem była energiczna Julia Tuttle, pochodząca z Cleveland, która otworzyła tu pensjonat dla panien i założyła plantację cytrusów. To ona wpłynęła na ówczesnego magnata kolejowego, Henrego Flaglera, aby przedłużył linię kolejową Florida East Coast Railway do Miami. 
Zwiedzanie, to ciężka praca. Trzeba czasem odpocząć i coś przekąsić.
Pierwszy pociąg wjechał do Miami 15 kwietnia 1896r. W tamtych czasach miejscowości, do których docierała kolej żelazna, szybko się rozwijały. Tak też stało się z Miami. 28 lipca 1896 roku Miami otrzymało prawa miejskie. Liczyło w tym czasie 300 mieszkańców. Nazwę miasto przejęło od Miami River, nad którą leżała osada.
Wejście na stację kolejki Metroraill przy Chopin Plaza.
Indianie z plemienia Tequesta, jak również plemię Mayaimi zamieszkujący tereny wokół jeziora Okeechobee, z którym połączona jest rzeka Miami (Od tego plemienia rzeka wzięła nazwę) przestali ostatecznie istnieć pod koniec XVIIIw. (Do czasów przybycia białych było ich w całej Florydzie 350 tysięcy). Zostały tylko jakieś niedobitki, śladowe ilości plemienia.
Ulice w Miami są bardzo zadbane. Ten różowy, to zabytkowy kościół z XIXw
Stało się to za przyczyną kontaktu z białymi ludźmi, którzy przywlekli z sobą choroby nie do zwalczenia przez organizmy tubylców. Część z nich próbowała się ratować ucieczką na Kubę. Hiszpanie zorganizowali nawet akcję  wywózki Indian na Kubę własnymi statkami, ale była to spóźniona akcja. Na pokłady statków wchodzili już chorzy ludzie i nim dopłynęli do celu, poumierali, znajdując miejsce stałego spoczynku dnie morza.
Skrzyżowanie Lincoln Road z Waszyngton Street. Obie bardzo popularne w Miami Beach
Tymczasem Miami szybko się rozwijało. W 1897r zaczął działać pierwszy hotel w Miami pod nazwą Royal Palm, pobudowany przez Henry,go Flaglera, tego od linii kolejowej. Potem ten sam przedsiębiorca zbudował więcej hoteli, ale ten był pierwszym luksusowym hotelem na Florydzie. Miał pięć pięter i 400 pokoi dla bogatych gości. Funkcjonowała kolej, ruszyły budowy, przybywali biedni ludzie do pracy, a bogaci dla interesów bądź wypoczynku. Powstawały niezbędne dla miasta urzędy, poczta, bank, kościół, sklepy, redakcja prasowa. Linię kolejową przedłużono aż do cypla Key West.
W Miami Beach można spotkać też taki pojazd.
Na początku XXw miasto liczyło już 1680 stałych mieszkańców. Jednak w drugiej połowie lat 20-tych XXw rozwój miasta raptem przystopował za sprawą niefortunnych  spekulacji na rynku nieruchomości. We wrześniu 1926r Miami zostało dodatkowo nawiedzone przez niszczycielski huragan, który zniósł z powierzchni ziemi wiele domów, jak również tych w trakcie budowy. Wielki kryzys światowy, który rozpoczął się spadkiem cen akcji na Wall Street w Nowym Yorku w październiku 1929r dokonał reszty. Miami miało problem. Gdy wybuchła II wojna światowa, miasto zaangażowało się w walkę z Niemcami.
Wycieczka po mieście taką amfibią musi być ciekawa. Wszystko widać od góry.
Marynarka Wojenna otworzyła tu szkołę pod nazwą „Donald Duck Navy”, w której szkolono specjalne jednostki do ścigania niemieckich łodzi podwodnych. Pobudowano koszary, ośrodki szkoleniowe. Znowu do Miami przybywali ludzie by tym razem pracować dla wojska. W 1940r, jeszcze w czasie II wojny światowej, liczba ludności Miami zwiększyła się do 172 tysięcy. Paul Tibbits, dowódca bombowca „Enola Bay”, który zrzucił pierwszą w historii świata bombę atomową na Hiroszimę, zmuszając Japończyków do poddania się, pochodził z Miami. Taka ciekawostka. 
A ja sobie chodzę pieszo i moja wycieczka również jest bardzo ciekawa.
Druga jest taka, że mieszkający już wtedy na Key West Ernest Hemingway został zwerbowany do patrolowania swoją łodzią o nazwie "Pilar" wód przybrzeżnych Zatoki Meksykańskiej i Oceanu Atlantyckiego, po których pływał i wypatrywania niemieckich łodzi podwodnych. Żadnej nie wypatrzył, ale pływał i szukał.
Taki żart fotograficzny.
Po zakończeniu II wojny światowej sporo żołnierzy tu stacjonujących pozostało w Miami na stałe.Następna fala przybyszów, to Kubańczycy, którzy uciekali masowo przed komunistycznym reżimem Castro. Fidel Castro przejął na Kubie władzę w 1959r. Średniacy i biedniejsi ludzie zauroczeni obietnicami władzy komunistycznej i bajkami o równości i sprawiedliwym podziale dóbr, zostali w kraju. Łudzili się, że życie im się polepszy.
BASS Museum, czyli Muzeum of Art.przy Coolins Av w Miami Beach, założone w 1963r
Uciekała elita, która wiedziała czym to pachnie, w tym przedsiębiorcy, którzy szybko likwidowali swoje kubańskie biznesy i lokowali pieniądze w nowe przedsięwzięcia w Miami. Miami się ożywiło i gospodarka ekonomiczna się poprawiła. Przypływ imigrantów się nasilił. Przybywali następni, biedni już Kubańczycy, zawiedzeni rządami komunistycznymi Fidela Castro. Docierali tu ludzie z różnych krajów Ameryki Środkowej i Południowej. Miami stało się rajem, do którego ciągnęli też uchodźcy z Haiti.
Obok muzeum znajduje się niewielki, ale malowniczy Collins Park.
W drugiej połowie XXw przyszedł taki moment, że miasto ugięło się pod nawałem imigrantów. Budżet Miami nie wytrzymywał takiego obciążenia i w pewnym momencie Miami tak podupadło, że stało się jednym z najbiedniejszych stanów USA. Wśród imigrantów byli różni ludzie, którzy w różny sposób chcieli realizować swój amerykański sen „od pucybuta do milionera”. Wzrosła przestępczość i na dużą skalę rozwinął się handel narkotykami. Policjanci z Miami musieli walczyć z kartelami narkotykowymi w realu (nie tylko w filmie) i walczyli. Głównie FBI i DEA. Wewnętrzne wojny toczone między samymi kartelami pomogły policji w tej walce nazwanej „War on Drugs”.
Miami jest bardzo kolorowe, takie bardziej w karaibskim stylu. Inne, niż miasta USA
Potem, w 1992r przyszedł huragan Andrew i całkowicie zniszczył 64 tysiące domów i uszkodził 124 tysiące. Można się było załamać w takiej sytuacji. Szkody oszacowano na 26,5 miliarda dolarów. To był ciężki cios dla Miami. Ale i tym razem Miami wykaraskało się z kłopotów. Główną gałęzią gospodarki Miami jest turystyka i z niej czerpie ono ogromne zyski. Działa tu z powodzeniem również przemysł metalowy i spożywczy. Miami, to również prężnie rozwijające się centrum finansowe uznane na świecie.
Wszędzie dużo bujnej zieleni, jak w tropikach i życie toczy się na zewnątrz domów.
Ogromnie ważny dla gospodarki Miami jest port lotniczy i morski, szczególnie w kontaktach handlowych z Ameryką Łacińską. Spedycja międzynarodowa, import-export, to kto wie, czy nie najważniejszy biznes Miami. Ogromny port przeładunkowy daje pracę wielu tysiącom ludzi. A port pasażerski? Przetaczają się przez niego bez przerwy fascynującej wielkości statki pasażerskie. Mówiło się statki-domy, teraz to już statki-wieżowce o imponującym wyposażeniu, luksusie i pojemności. 
Meksykańskie klimaty są wyraźnie akcentowane w Miami.
Taki na przykład Harmony of the Seas zabiera na swój pokład 5400 pasażerów plus 2115 członków załogi! Odkąd kolej na lądzie i statki pasażerskie na morzach zostały wyprzedzone w szybkości podróżowania przez samoloty w powietrzu, zaczęły funkcjonować statki wycieczkowe. Dla przyjemności samego pływania po morzach i oceanach świata. Miami jest ich głównym portem, skąd wyruszają w rejs po Karaibach.
Czasami, aż strach się bać! Z tej bujnej zieleni może wyskoczyć Zombi!
Wszystko to składa się na siłę Miami w pokonywaniu kryzysów często spowodowanych przez ludzi, ale również często przez samą przyrodę. Turyści nie odwrócili się od Miami z powodu dotykających go klęsk żywiołowych i niepowodzeń. Wiele ludzi  z różnych stron świata nadal odwiedza Miami w różnych porach roku, bo tutaj zawsze jest ciepło i słonecznie. Sporo ludzi się tutaj osiedla na stałe, głównie Amerykanie z innych rejonów kraju, ale też i obcokrajowcy. Miami, to tygiel różnych ras i narodowości. Dla klimatu bez zim i stosunkowo taniego życia przeprowadzają się na Miami amerykańscy emeryci.
Budynek FedEx amerykańskiej firmy, dostarczającej przesyłki do 220 krajów świata.
Miami zajmuje 140 km kwadratowych powierzchni, z czego tylko 92 km kw. to ląd, a resztę stanowi woda. Patrząc w ten sposób, to Miami jest jednym z najbardziej zaludnionych miast Stanów Zjednoczonych (do takich należy Nowy York, San Francisco, Chicago, Filadelfia i Boston). Nie jest najbardziej na południe wysuniętym miastem Stanów Zjednoczonych, jak czyta się w wielu opisach. Było takie do czasu, zanim w 1959r do USA, jako 50 stan Zjednoczonej Ameryki, przystąpiły Hawaje, ale długo to pierwszeństwo Miami utrzymywało. Na całym metropolitarnym obszarze Miami mieszka obecnie 5,5 miliona ludzi.
W Art Museum witają mnie po polsku
c.d.n.