Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

środa, 25 lipca 2018

Pożegnanie z Puerto Vallarta


Ona się śmieje, że na mnie jeszcze nie czas! Mam sobie dalej podróżować.
Czy wiecie gdzie lecę? Do Dallas!!!! Bilet lotniczy kupiła mi moja synowa Monika, co już stało się tradycją w naszej rodzinie, a mnie natychmiast ogarnęło reisefieber,  gorączka przed podróżą, która zawsze nawiedza mnie z chwilą, gdy mam już bilet w ręku. To jest ten punkt krytyczny. Pakuję walizkę, ważę, rozpakowuję, zbieram informacje na temat miasta, tworzę sobie mały przewodnik spisując atrakcje, które chcę zobaczyć, szukam noclegów, informacji o transporcie miejskim, który podobno akurat w Dallas jest kiepski, bo wszyscy jeżdżą własnymi samochodami. No, po prostu szaleję, jak przed każdą podróżą i nie potrafię już o niczym innym myśleć. Będę tam całe siedem dni! Na jedno miasto wystarczy? Dla mnie zawsze za mało!

Takie atrakcje są w Puerto Vallarta. Każdy może tu zostać rozbójnikiem. Bezkarnie.

Monika jest w Warszawie, ja w Meksyku, przysłała mi bilet e-mailem, przerzuciłam go na pendrive i natychmiast poszłam do pana, który obok mojego domu prowadzi punkt „Copy”, żeby mi ten bilet wydrukował. Słyszałam, że wystarczy mieć bilet w laptopie lub na pendrive i na tej podstawie wystawią nam na lotnisku kartę pokładową, ale w rzeczywistości często są z tym problemy. Doświadczyłam już tego kiedyś i po raz drugi nie zaryzykuję. Zawsze bilety przygotowuję w wersji papierowej. I słusznie, bo właśnie doczytałam w informacji podanej na bilecie, chociaż tekst jest po angielsku, że bilet należy wydrukować i z takim zgłosić się do stanowiska American Airlines, co najmniej dwie godziny przed wylotem. Ok.! Dallas, to jest miasto, w którym American Airlines ma swoją główną siedzibę.
Bardzo stroma uliczka Puerto Vallarta, ale jaka ładna!
Dla mnie odprawa internetowa, to jest dobry pomysł. Uspokaja mnie, że wszystko jest w porządku ponieważ zdarza się, że po przybyciu na lotnisko może się okazać, że nie polecimy, bo nie ma dla nas miejsca w samolocie. Tak zdarzyło mi się raz, gdy wylatywałam z Warszawy. Linie często sprzedają więcej biletów, niż mają miejsc w samolocie, żeby zabezpieczyć sobie komplet pasażerów w sytuacji, gdy jacyś ludzie zrezygnują z lotu. Podobno zawsze kilka pasażerów z różnych powodów rezygnuje z podróży w ostatniej chwili. Tym razem wszyscy się stawili do odprawy i dla części z nich nie było miejsc.
Tu wieczorami grała orkiestra, a ludzie tańczyli na placu. Miasto sprzedało altanę, ludzie są wkurzeni; 

 Najważniejsze, to nie dać się zagadać. Nie zgodziłam się na rezygnację z lotu, bo bilet kupowałam z dużym wyprzedzeniem, żeby sobie ten lot zapewnić. Uznałam, że to nie mój problem, że linie do ostatniej chwili sprzedają podwójne bilety. Poleciałam, ale nerwy były i czas, który miałam przeznaczony na kawę i pożegnanie się z odprowadzającymi mnie osobami, straciłam na boksowanie się ze ścianą i udowadnianiem, że nie będę kozłem ofiarnym, z którym można zrobić wszystko, co się chce. No, ale to było w Warszawie. Mam nadzieję, że linie American Airlines są poważniejsze i bardziej odpowiedzialne. Tutaj odprawy internetowej nie ma i trzeba mieć bilet papierowy. Żaden problem! Już mam.
Orkiestra przeniosła się w zagłębienie muru Municipial i ludzie znowu tańczą.

Piszę tak sobie ten post i jednocześnie słucham polskiego radia, internetowej Trójki. Mówią o nowym pomyśle, chyba Ministerstwa Zdrowia? Żeby w aptekach można było wykonywać część szczepień. Są głosy za i przeciw oraz zdziwienia. W Polsce jest już 7.30 rano dnia następnego, ja jestem jeszcze w poprzednim dniu, więc nie śpię tylko piszę i słucham, o czym w moim kraju mówią jutro. Nie mam jeszcze wyrobionego zdania, co do tego pomysłu z aptekami w Polsce, ale jest okazja, abym napisała, że tutaj w Meksyku w wielu aptekach przyjmują lekarze.
Takie właśnie połączenie gabinetu lekarskiego z apteką. Po lewej, Consultorio, obok Farmacia.
Dla mnie, turystki, to świetna sprawa. Skorzystałam już dwa razy z tej możliwości. Pierwszy raz na początku pobytu, gdy zachłysnęłam się spalinami samochodowymi (w mieście, które nazywają kurortem) i miałam ostry nieżyt gardła, który leczyłam 10 dni! Drugi raz, gdy w na przedramieniu dostałam jakąś wysypkę? alergię? Czort wie, co to było, ale nie chciało się goić po żadnej maści, ani piciu wapna. Swędziało, zaogniało się, więc zdecydowałam się znowu pójść do lekarza przy aptece.
W innym miejscu. Po lewej Farmacia, po prawej Consultorio Medico.

Ta druga dolegliwość nie wymagała na szczęście leżenia w łóżku i swobodnie się cały czas poruszałam w przestrzeni Puerto Vallarta, ale wyleczyć jakoś to musiałam. Pierwszy raz wizyta kosztowała 30 peso, po kilku miesiącach już cena poszła w górę i za ponowną zapłaciłam 40 peso (1 dolar USA= 19 peso MX). Tu też wszystko co rusz drożeje, jak wszędzie.
Mała poczekalnia i gabinet lekarski. Wchodzisz i masz.

Otóż, zazwyczaj to odbywa się tak: Jest Farmacia, czyli apteka i ma jakby takie dwa odrębne  wejścia obok siebie. Często ściana wewnętrzna łącząca te dwa lokale jest przeszklona. Lekarze i farmaceuci od wewnątrz mają te lokale połączone i mogą do siebie przechodzić, ale klient wchodzi wprost z ulicy osobno do apteki i osobno do lekarza. Najpierw wchodzimy do apteki, płacimy za wizytę, otrzymujemy kwit i przechodzimy do lekarza. Jest mini poczekalnia z krzesełkami. Zazwyczaj nie ma więcej klientów, jak jeden lub dwoje. Na wezwanie wchodzimy do gabinetu. Lekarzowi w gabinecie już nie płacimy.
W ten sam sposób działają gabinety analiz medycznych.
 Daję lekarzowi kwit (podobno od ilości kwitów, czyli ilości przyjętych pacjentów zależy ile lekarz w danym miesiącu zarobi). Lekarz spisuje imię nazwisko, mierzy ciśnienie oraz naparstkiem bada puls, pyta o problem, ogląda to, co szwankuje i wypisuje receptę oraz tłumaczy, jak używać. Jak nie rozumiem, to dokładnie opisuje to na kartce po angielsku. Teraz wracam do apteki z receptą i farmaceutka wydaje mi lekarstwa. Za pierwszym razem dostałam antybiotyk, który postawił mnie na nogi. Za drugim razem też dostałam jakiś antybiotyk do łykania co 12 godzin i dwie maści, które miałam jednocześnie nakładać na zaognione miejsca. Wyleczyłam to coś skutecznie, znaczy, że  lekarka była ok.!

Ja tu chodziłam, bo miałam najbliżej. Mieszkam na równoległej ulicy, za tym budynkiem.

Obawiałam się, że wydam dużo pieniędzy, bo to i lekarstwa i po dwie tubki każdej maści, ale mile się rozczarowałam, bo te antybiotyki i 4 tubki maści nie przekroczyły kwoty 10$ USA, dokładnej kwoty już nie pamiętam, ale byłam zadowolona. No więc tak to działa. Ośrodki zdrowia, czy szpitale (nawet nie wiem, gdzie się tu właściwie chodzi do lekarza) są odciążone. Myślę, że lekarze biorąc dyżury w takich aptekach dorabiają sobie do pensji. Apteki połączone z gabinetami lekarskimi mają zapewnionych klientów i wszyscy są zadowoleni. Ja, pacjentka również. Wchodzę, jak do sklepu, wychodzę przebadana, zdiagnozowana i zaopatrzona w lekarstwa. Super sprawa!
Jedna z ładniejszych plaż, ale kąpiel niebezpieczna, bo duże fale tłuką o brzeg i jest głęboko.

Aptek połączonych z gabinetami lekarskimi jest w mieście sporo, co kilkadziesiąt metrów, ale nie wszystkie (chyba ze względów lokalowych). Nie ma kolejek, ilość pacjentów rozkłada się równomiernie po całym mieście. Nie trzeba być ubezpieczonym, lekarz od ręki sprawdza, czy lek, który chce przepisać jest dostępny w aptece, pacjent od ręki załatwia wszystko w jednym miejscu. Może to i niezły pomysł jest teraz w Polsce, aby pewne szczepienia odbywały się w lokalach przy aptekach? To byłby jedyny pomysł rządu PIS, który by mi odpowiadał, gdyby równocześnie przyjmował w takim miejscu lekarz na różne niegroźne dolegliwości i rutynowe badania.
Old City Puerto Vallarta. Spokojnie tu i mniej spalin, chociaż samochody też jeżdżą tutaj.

Rozładowano by kolejki w przychodniach i szpitalach? Nie wiem. Za szczepieniami kolejki raczej się nie ustawiają. Jeśli chodzi o porady lekarskie, to tak. A jaka byłaby wygoda! Wracając z pracy czy z zakupów, mogłabym po drodze wejść do najbliższej apteki i w parę minut załatwić sprawę swojej dolegliwości. Tyle, że z pewnością będą to już odpłatne usługi, bo gdzieś pies musi być pogrzebany. Tak myślę. U nas w kraju, nic nie dzieje się bez ukrytej przyczyny, stąd nieufność ludzi do rządowych pomysłów. Z pewnością i w tym przypadku nie chodzi tylko o dobro pacjenta. Zadowolenie pacjenta, to raczej korzyść uboczna.
W weekendy dają pokazy tańca profesjonalne ludowe zespoły.

Ludzie z katarami, stłuczeniami, skaleczeniami, bólem brzucha, gardła, kaszlem itp. woleliby czasem wejść do lekarza przyjmującego przy aptece, jeśli wizyta byłaby niedroga. Ci z poważniejszymi chorobami mieliby też lepiej, bo w przychodniach byłoby luźniej. Gdyby okazało się, że aptekowy lekarz stwierdzi coś poważniejszego, to zawsze może pacjenta skierować do odpowiedniego specjalisty. Ja nie lubię wysiadywać w kolejkach do lekarza. Tam się dopiero można zarazić i pogorszyć swój stan zdrowia. U siebie w kraju nie biegam z byle czym do lekarza.Często wchodzę po prostu do apteki i proszę farmaceutę o poradę, jaki lek kupić na swoją dolegliwość, więc mi się taki pomysł podoba, że byłby tam lekarz.
Księżniczki siedzą na kocyku i wszystko  wokół obserwują z wielkim zainteresowaniem.

Taki gabinet przy aptece, jest nie gorszy, jak w przychodni, czy przy szpitalu, czyli sterylny i odpowiednio wyposażony. Spokojnie można w podobnym pomieszczeniu zainstalować również punkt szczepień. W czasach mojej młodości gabinety lekarskie były w szkołach i tam dawali nam zastrzyki, czyli warunki były w porządku, to przy aptekach chyba tym bardziej?
Restauratorzy czekają, aż się ludzie umęczą upałem, zgłodnieją i przyjdą coś przekąsić.

Ja bym wolała takie właśnie przy apteczne punkty z lekarzami, bo wizyty u lekarzy są w Polsce najbardziej czasochłonne. Obawiam się jednak, że w Polsce zaraz by wymyślono jakieś przepisy utrudniające pacjentowi życie. Tak dla zasady. Na przykład, zabroniono by takiemu lekarzowi wydawania recept na antybiotyki lub leki reglamentowane. Mógłby tylko przepisać podstawowe. Albo by zabroniono wypisywania zwolnień lekarskich, jedynie płatna porada lekarska i leki bez recepty. To byłoby nie fair. Albo ustalono by wysoką opłatę za taką poradę, bo przecież z ludzi trzeba wydusić kasiory ile się da. Takie ograniczenia powodują, że każdy w zasadzie pomysł  traci sens, więc kiepsko to u nas widzę.
Santo Patrono de las cocineras. Pomnik patrona szefów kuchni, San Pascual Bailon. Hiszpan.
Wracając do mojej podróży, to jestem w euforii. Sama się dziwię, że tak mnie cieszy możliwość odwiedzenia Dallas. W końcu spędziłam już kiedyś w Stanach kilka miesięcy, odwiedziłam kilka miast, o których kiedyś marzyłam za kurtyną, jako młoda dziewczyna w PRL-u, między innymi Nowy Orlean, Los Angeles z Hollywood, San Francisco czy Nowy York, a tu nie wiadomo dlaczego znowu taka radość i akurat z Dallas. Miasto o złej sławie z powodu morderstwa dokonanego na Prezydencie Stanów Zjednoczonych. Tylko co miasto temu winne, że morderca wybrał je na dokonanie tego nikczemnego czynu?
Mieszkającym na wysokościach, zainstalowano windę z panem ją obsługującym.
Gromadzę wiadomości o Dallas i sporządzam listę atrakcji do odwiedzenia. Jest ich tyle, że chyba nie zdążę tego wszystkiego zobaczyć w siedem dni. Dallas to drogie miasto, więc dłuższy w nim pobyt nie jest dla mnie możliwy. Muszę tam każdą godzinę wykorzystać na maxa! Nie ma tam wielu hosteli dla backpackersów, raczej mają tam drogie hotele. Z trudem znalazłam trzy hostele, ale nocleg w nich droższy, niż w hostelach Los Angeles! Ba! Nawet droższy, niż w NYC!
Pan specjalnie pojechał, żeby mi pokazać, jak to działa. Pokiwaliśmy sobie na pożegnanie.
Takie ogromne miasto i tylko trzy hostele, wyobrażacie sobie? Pierwszy to „The Wild, Wild West” w Irving. W połowie drogi między lotniskiem, a centrum miasta. Bardzo mi się podoba, ale stoi on w miejscu skomplikowanego dojazdu z i do lotniska z i do centrum miasta. Kolejką z przesiadkami lub pół autobusem, pół kolejką. W niedziele kolejka nie jeździ, więc tylko autobus pozostaje, który rzadziej jeździ w taki dzień. I wcale ten hostel nie jest tańszy, niż pozostałe dwa, a przecież trzeba doliczyć koszt codziennych dojazdów i powrotów. Wyjdzie drożej, a i więcej cennego czasu  pochłonie, kosztem zwiedzania.
Niektórzy, zamiast windą, biegają pieszo po schodach do swoich domów.Taka ścieżka zdrowia.
Drugi, to ”Deep Ellum Hostel” na Elm Street w pobliżu Baylor University Medical Center. Dobrze położony, blisko centrum, do wielu atrakcji można dojść pieszo, ale też najdroższy. Trzeci, to „The Zila” położony jest niedaleko tego drugiego i jest najtańszy lecz z kolei pobiera jednorazową opłatę 50$ za sprzątanie. Dziwna sprawa, jak na hostele. Nigdzie dotychczas się z czymś takim nie spotkałam. Z tą obowiązkową opłatą za sprzątanie współdzielonego pokoju (płaci każdy z tego pokoju) przestaje on już być najtańszy. Poza tym, każdy z tych hosteli do ceny dodaje podatek miejski w wysokości 14,5%. Ten w Irving, to nawet 15%. I tak to wygląda. Tanio nie jest.
Powstaje mural na bardzo długim murze.Obok:"Join us and be a part of one of the biggest mosaic..
Jeszcze nie wiem który wybrać, ale skłaniam się ku temu drugiemu „Deep Ellum Hostel”. Cena + 14,5% podatku, ale w centrum i z łatwiejszym dojazdem na lotnisko. Wszystkie hostele mają w cenie śniadanie i bezpłatny internet. Chociaż tyle! Generalnie, to ja się mogę skłaniać, ale nie mam przecież pewności, gdzie będzie dla mnie miejsce w sali kobiecej, a na mix się nie godzę. Może się więc zdarzyć, że będę wędrowała od jednego, do drugiego, do trzeciego, żeby ostatecznie zatrzymać się bez marudzenia tam, gdzie będzie miejsce.
...murals in Mexico! Together we are art! Każdy może dołączyć i pomóc. To projekt komunalny.
Nie mają tam dużo hosteli bo to bogate miasto, bez dostępu do morza, więc nie jest nastawione na turystów. Bardziej może na spotkania biznesowe, konferencje i takie tam. Tak myślę ja, a jaka jest rzeczywista przyczyna braku tanich hosteli, to nie wiem. Jak widzicie, żyję już podróżą i miastem Dallas, dlatego ten post jest ostatnim z Puerto Vallarta. Następnego spodziewajcie się już ze Stanów Zjednoczonych, ale czas trudno określić. Mając tylko 7 dni na tak pasjonujące miasto, będę od rana do nocy biegała po mieście, a łatwo nie będzie bo podobno sierpień w Dallas, to upały niesamowite! Tak mi wypadło.
Ładny stąd widok na Sierra Madre.
Żegnam się z Puerto Vallarta. Pobyt w tym mieście mogę podsumować, jako udany. Bezpiecznie sobie mieszkałam u Alici i Alexa, warunki miałam dobre, dużo swobody i drogo mi ten pobyt nie wyszedł. Internet miałam w cenie. Brak mi jedynie było takich dostępnych i bezpiecznych plaż, jakie są w Cancun czy na Filipinach. Ale to Pacyfik. Burzliwy, gwałtowny, groźny, nieobliczalny. Niebezpieczny.
O takich plażach marzę. Miałam takie w Tajlandii, Wietnamie, Filipinach.Wspomnień czar!
Ostatnio fale Pacyfiku zabrały Polaka mieszkającego na stałe w Meksyku, Jerzego Suchockiego. Wprawdzie nie stało się to w Puerto Vallarta, ale w miejscowości leżącej nad tym samym Oceanem. Na granicy ze stanem Guerrero, w miejscu gdzie rzeka Rio Balsas wpływa do Oceanu Spokojnego. Suchocki, to był bardzo uzdolniony wszechstronnie człowiek. Badacz kultur, pisarz, kompozytor, dziennikarz, fotograf i podróżnik. Bardzo bogaty życiorys. Ciekawy gość. W Meksyku mieszkał od 28 lat, w znanym miasteczku Puebla. Niesamowity żal i smutek. W Polsce mało wiemy o wybitnych Polakach rozsianych po świecie i ich losach.
Jerzy Suchocki. Wielki żal! fotografia Kuby Jagodzińskiego zamieszczona w jego wywiadzie.
Kuba Jagodziński (blog „Broke on the road”) opublikował niedawno przeprowadzony z Suchockim wywiad. Z tego wywiadu dowiedziałam się, że Jerzy Suchocki bardzo lubił Puerto Vallarta. Na pytanie Jagodzińskiego, jakie miasta w Meksyku lubi najbardziej, odpowiedział: „To zależy. Być może ja lubię inne niż te, które będą interesujące dla turystów. Z pewnością Cuarnavaca jest interesująca. Natomiast ja jako osoba zakochana w morzu, to Puerto Vallarta na 100%. Ja dla Puerto Vallarta to kiedyś dałbym się powiesić jako pirat… (śmiech). A na przykład Acapulco… nie lubię, mówiąc krótko” Ciężko czyta się takie wyznanie teraz. Kochał Ocean, a on zabrał mu życie.
Policja czuwa nad naszym bezpieczeństwem w Puerto Vallarta.
Co do opinii o Puerto Vallarta, to tak mnie zaskoczył, że gdy wyszłam na spacer, to pomrugałam oczami i zaczęłam od początku przyglądać się miastu, jak bym wczoraj dopiero tu przyjechała. Ok, są tu ładne miejsca, zakątki, uliczki. Sama je co rusz pokazuję na blogu, ale żeby zachwycać się aż tak? Co On tu widział, czego ja nie dostrzegam? Myślę, że Suchocki smakował Puerto Vallartę w inny sposób, stąd trochę inne widzenie. Mieszkał w hotelach „pełen wypas” strzeżonych, bezpiecznych z własnymi plażami. Przemieszczał się wypożyczonym klimatyzowanym samochodem, albo swoim własnym. Nie człapał po tych nieludzko stromych ulicach, wdychając spaliny pojazdów z lat 50-tych ubiegłego wieku. Nie telepał się w ryczących starymi, zgrzytającymi silnikami blue busach, zjeżdżając tyłkiem  z za małych blaszanych siedzeń. Jechał na plaże najładniejsze, jakie sobie sam wybrał poza miastem.Każdy sposób turystyki ma swój niepowtarzalny urok.
I jak tu nie kochać Meksykanów? Troszczą się o nas, oferują nam bezpłatną pomoc prawną.
Wieczorami być może snuł się po uroczych, cichych uliczkach Zona Romantica tonących w kwiatach, przysiadając to w jednej, to w innej maleńkiej, kolorowej kawiarence, słuchając cichego, łagodnego bluesa. Lub wpadał na kolację do jakiejś  knajpki przy deptaku na Malekonie, aby znad talerza oglądać obłędny zachód słońca. A może zatrzymywał się w jakimś hotelu w zacisznej, spokojnej dzielnicy Marina Vallarta, spędzał czas na polach golfowych, pływał jachtami na pobliskie wysepki z pięknymi plażami? To zupełnie inny świat, chociaż to samo miasto.Prawdą jest, że punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. Dlatego twierdzę, że każdy sam musi odwiedzić jakieś miejsce, żeby osobiście je ocenić, bo opinie innych mogą być mylące z uwagi na różne możliwości i preferencje.
Urocze zakątki Zona Romantica zachęcają do zatrzymania się i odpoczynku.
Przyzwyczaiłam się do Puerto Vallarta, dobrze mi tu było, ale powiesić za nie bym się nie dała. Miesiącami opisywałam to miasto na blogu i pokazywałam zdjęcia, więc każdy może wyrobić sobie własną opinię o tym mieście. Cieszę się, że tu mieszkałam przez kilka miesięcy. Moje uczucia backpackersa do Puerto Vallarta są może trochę chłodniejsze, niż tego światowego faceta, jakim był Jerzy Suchocki, ale to nie powinno dziwić. Polecam Puerto Vallarta, jeśli ktoś chce zwiedzić Meksyk od strony Oceanu Spokojnego, bo to ładne i ciekawe miasto i w miarę jeszcze bezpieczne. Ale fale Oceanu gwałtowne i niebezpieczne.
Takie zachody słońca, to tylko w Puerto Vallarta!
Ja tymczasem się żegnam. Pojawię się na blogu już ze Stanów Zjednoczonych, jak wszystko dobrze pójdzie, oczywiście. W podróży bowiem nigdy nie wiemy, co nam się zdarzyć może jutro, czy za kilka godzin. Na pożegnanie słodkie, soczyste mango!
Takich pysznych mango, jak w Puerta Vallarta, to nigdzie jeszcze nie jadłam.
Acha! jeszcze informacja dotycząca poprzedniego postu.Paczka do Polski doszła między postami, chociaż rzeczywiście sfatygowana. Poszarpana, jak to określiła jedna z pań  na grupie tematycznej, opierając się na własnym doświadczeniu. Jeszcze nie wiem, czy wszystko w niej jest, co tam włożyłam. Mam nadzieję, że tak. Ważne, że paczka w ogóle doszła i to w podanym przez pocztę terminie! Jeden dzień przed upływem dwóch tygodni!
Poszarpana. Porwane sznurki przylepiono taśmami, Grzebali w niej w Meksyku czy w Polsce?