Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

poniedziałek, 21 maja 2018

Nie ma tu pięknych plaż


          Czy można oprzeć się temu uśmiechowi? oczywiście, że kupiłam drożdżówkę!
Pod pewnymi względami Puerto Vallarta rozczarowało mnie, pod innymi, zaskoczyło przyjemnie. Rozczarował mnie brak dostępnych i ładnych plaż. Spodziewałam się białego piasku z dostępem do płytkiego brzegu morza, w którym bezpiecznie można się kąpać pod okiem ratownika siedzącego na plażowej ambonie, jak to było na Filipinach, czy nawet tu, w Meksyku, na Jukatanie,w Cancun. W Puerto Vallarta tego nie ma.
Miasto wita gości z ósmym Archaniołem, Santa Muerte. To czczony tutaj symbol śmierci.
Miasto ciągnie się chyba z 40 km wzdłuż brzegu morskiego, ale ładną plażę trudno znaleźć. Zazwyczaj brzeg jest kamienisty, woda od razu głęboka z dużymi falami, co ją mąci z piaskiem i uniemożliwia pluskanie się w niej. Można tylko siedzieć na brzegu i przyglądać się morzu, co też większość ludzi czyni. Bo plaże są, ale dla mnie ładna plaża to taka, że równocześnie mogę się kąpać w morzu, a tego to już tutaj nie mam.
Na tej plaży jest nawet ratownik, ale kogo chce ratować? nikt się nie kąpie.
Rozpytywałam o plażę uparcie w informacji turystycznej, w hostelu u Marco i rozmawiając z różnymi tutejszymi ludźmi. Każdy mówi, że przecież plaże są i kieruje mnie, a to do Zona Romantica, gdzie Rio Cuale wpływa do morza, a to do Zona Hotelara w dzielnicy Centro, gdzie chyba jakieś małe skrawki plaży z nawiezionym piaskiem są, ale wstęp mają tam tylko goście hotelowi. Teren jest ogrodzony i służby hotelowe pilnie strzegą, aby nikt obcy nie prześlizgnął się przez hol na wewnętrzny teren nad morzem.
Na Malekonie przy amfiteatrze
Nie mogę więc stwierdzić, czy dostęp do morza jest taki, aby w nim się kąpać, czy tylko taki, aby na nie patrzyć. Podejrzewam, że w wielu przypadkach jest tylko ta druga możliwość, ponieważ w niektórych słabiej strzeżonych  miejscach podejrzałam, że hotelowi goście leżą na leżakach ustawionych na piasku, a kąpią się w basenie usytuowanym  nad samym brzegiem morza. Mieć morze i kąpać się w basenie?
Widok z Malekonu. Nogi można pomoczyć, nie jest tak źle.
Pojechałam więc jeszcze dalej, do tej typowo turystycznej części Puerto Vallarta, którą nazwali La Isla. Tam to już w ogóle trudno morze zobaczyć, chociaż wszystko to ciągle jest na linii równoległej do morza. Hotele pozagradzały się na styk z sąsiadami, Condominia poogradzane murami ze stróżówkami dla security i wreszcie teren, gdzie można swobodnie chodzić,co to jest? a no, Centrum handlowo-rekreacyjne!
Wenecja w Puerto Vallarta.
Zajmuje ono sporą powierzchnię, zagospodarowane w każdym calu, jak takie małe, odrębne miasteczko. Palmy, kolorowe egzotyczne krzewy kwiatowe, stawy, rzeczki, wodospady, pałąkowate mostki na wzór weneckich, gondole pływające po sztucznych kanałach, nawet małe wodospady. Taka mała Wenecja w Puerto Vallarta.
Żółwiki są prawdziwe.
Wokół eleganckie sklepy butikowe znanych światowych firm, restauracje, kawiarnie, bistra. Wszystko wyciszone, lśniące czystością, pachnące markowymi perfumami. Po prostu inny świat. Spacerując po tej meksykańskiej Wenecji, nie czuje się Meksyku. Nic z Meksyku tam nie ma, atmosfera bardziej włoska i paryska. Plaży jednak tam nie ma. Mimo to bardzo mi się tam podobało, bo powietrze było czyste, czego nie można powiedzieć o dzielnicy Centro i Down Town Puerto Vallarta.
Jedna z poprzecznych ulic miasta. Każda zaczyna się przy morzu, a opiera na górach.
Jakość powietrza, to moje następne rozczarowanie, bo w przewodnikach o mieście piszą  „kurort”, a ja po kilku dniach pobytu zapadłam na infekcję gardła i ponad tydzień nie mogłam z tego wyjść. Przetaczające się przez wąskie uliczki tabuny blue busów, czyli miejskich, bardzo starych, rozklekotanych autobusów, plus samochody dostawcze oprócz ogromnego hałasu, wyrzucają z siebie czarne kłęby spalin. Teraz w maju zauważyłam, że miasto wycofuje najstarsze blue busy i wypuszcza zupełnie nowe, białe busy ecologico. Świetnie!
Płaski jest tylko pasek miasta między brzegiem morza a górami Sierra Madre.
Coś się zmienia na lepsze. Po tej chorobie próbowałam kupić maseczkę higieniczną i tak, jak wszyscy w Siem Reap w Kambodży, czy jak Chińczycy, chodzić w niej po mieście, ale tu żadnych maseczek nie mają, ani w marketach, ani w farmacy. Zatykałam nos bandanką i starałam się jak najszybciej dojść do Malekonu wyłączonego z ruchu samochodowego. I taki to kurort. Ale wracając do plaż:
Malecon. Można posiedzieć sobie na murku, podziwiając morze i nurkujące pelikany.
„Noc Iguany” z Richardem Burtonem i Avą Gardner kręcony był na plaży Mismaloya i ta plaża do dzisiaj jest zachwalana. Zwiedziłam miejsca, gdzie Burton z Liz Taylor bywali w Puerto Vallarta, obejrzałam ich dom na Galle Zaragoza, ale gdzie jest ta plaża? dopytywałam uparcie. Okazuje się, że leży ona 15 km od miasta, aktorzy byli tam dowożeni na zdjęcia samochodami. Tak więc w Puerto Vallarta plaży nie ma.
Kończy się Malecon, zaczyna się strefa restauracji na plaży, ale bez możliwości kąpieli.
Jest! mówią mi, w Town City, tam większość mieszkańców chodzi regularnie się kąpać. Ok, ja też tam chodzę, bo to jest w rejonie Zona Romantica. Piękna sceneria ukwieconych uliczek, Mercado , butiki, kafejki, świetna atmosfera, ale plaża dziwna jakaś. Ciągnie się wzdłuż morza, przecięta na pół przez wpływającą do niego rzekę, nad którą przechodzi się spacerowym mostem na drugą stronę miasta.
Proszę! jaka plaża! co odważniejsi, moczą się w morzu. Większość się przygląda.
Siedzą na tej plaży ludzie na kocach, piankach, pod własnymi wielkimi parasolami, rozkładają jedzenie przyniesione w turystycznych lodówkach i patrzą na morze, na budowlę stojącą w morzu w kształcie żagla, jak ten w Dubaju, tylko mniejszy. Potem wstają i idą kąpać się do rzeki, która wpływa tu do morza. Ci, którym zbyt dokucza upał, rozkładają swoje bambetle wprost pod mostem i kąpią się w rzece.
Leżą na plaży z drugiej strony mostu, a kąpią się tutaj, w delcie rzeki. Woda czysta.
I tak to z tymi plażami  w Puerto Vallarta jest. Niby są, a ich nie ma. Jeśli nie jest się klientem jakiegoś wypasionego hotelu z własną lub zawłaszczoną plażą, trzeba do nich dojechać samochodem lub dopłynąć łodzią. W samym mieście należy zadowolić się siedzeniem nad brzegiem morza lub na murku na Malekonie i wpatrywać się w morską toń, obserwując przesuwające się w dali żaglowce lub statki wycieczkowe. Albo pelikany.
Czasami sama sobie pstryknę fotkę, chociaż nie zawsze mi to wychodzi.
Wieczory na deptaku są atrakcyjne ze względu na piękne zachody słońca. Mnóstwo ludzi przychodzi co wieczór na  Malecon i patrzy z zachwytem na to piękne zjawisko natury. Spektakularne zachody słońca są jednym z tych przyjemnych zaskoczeń w Puerto Vallarta. Korzystając z dużego wieczornego ruchu turystów, o zachodzie słońca występują ponownie Voladores i rzeczywiście ich pokaz w takiej scenerii wygląda prześlicznie. I ta muzyka!
Pokazy Los Voladores o zachodzie słońca.
Pełna uznania jestem dla władz miasta, które dosłownie bez przerwy, każdego dnia coś ciekawego w rejonie Malekonu organizują lub dają zezwolenie na różne imprezy innym twórcom. Jak na przykład na te występy Voladores, przyciągające uwagę turystów. Tym mężczyznom wirującym wokół słupa bardzo wysoko nad ziemią, poświęciłam niedawno cały post na tym blogu, bo są to wyjątkowe występy obrzędowe.To atrakcja dla turystów.
Malecon w poświacie zachodzącego słońca.
Albo kiermasz potraw meksykańskich, któremu też poświęciłam cały post, bo był tego wart. To była bardzo  starannie zorganizowana i atrakcyjna dla turystów impreza. Zadbano o szczegóły. Świetny pomysł z kolorowymi drewnianymi obramowaniami, stanowiącymi jakby wystawę, w której umieszczono stoiska.
Pan przygotowuje stoisko z mixiote. To marynowane mięso pieczone w liściu agawy.
Przez ramy przerzucono kolorowe, ręcznie tkane kotary w typowo meksykańskich wzorach, tworząc odpowiedni klimat i umieszczono duże napisy z nazwą serwowanej potrawy. Każde stoisko prezentowało tylko jedną potrawę. To był świetny pomysł, wreszcie zaczęłam odróżniać te różne tacos, tortille i inne pyszności meksykańskie. Szczegóły w poście "Niedziela w Puerto Vallarta" Wszystkie meksykańskie potrawy narodowe, rozszyfrowane!
Z różnych Stanów Meksyku zjechały grupy artystyczne, żeby się tu zaprezentować.
Miłym zaskoczeniem są dla mnie częste występy grup artystycznych w amfiteatrze na Malekonie, wystawy obrazów artystów meksykańskich, różne korowody, festiwale grup artystycznych. Wieczorami na zielonej, ażurowej rotundzie gra orkiestra w białych uniformach, a przed nią na placu tańczą ludzie. Zwykli ludzie, mieszkańcy i turyści. Frekwencja zawsze jest zadowalająca.
Tańczyli Polkę! naprawdę! Amfiteatr pękał w szwach. Tego wieczoru wróciłam późno do domu.
Puerto Vallarta żyje z turystyki dlatego stara się, jak może umilić przyjezdnym czas i zrekompensować pewne niedogodności. Mówię o turystach zatrzymujących się w tańszych hotelach, hostelach i tych wynajmujących mieszkania prywatne, jak również o expatach i emerytach, co sprowadzili się tutaj z Kanady, ze Stanów Zjednoczonych i żyją tutaj na co dzień. O nich trzeba dbać, żeby się tutaj nie nudzili i zostali w mieście jak najdłużej.
W każdym bankomacie można wypłacić meksykańskie pessos lub dolary amerykańskie
Dobrze mają ci, których stać na wynajęcie samochodu. Mogą wtedy zwiedzać okolice na własną rękę i kąpać się na pięknych plażach spotkanych po drodze. Mieszkający tu obcokrajowcy mają przeważnie swoje samochody i urozmaicają sobie czas własnymi wycieczkami po całym stanie Jalisco i nawet dalej po Meksyku.
Kawiarnia i pijalnia czekolady w Zona Romantica, obok banku, z którego korzystam.
Chciałam koniecznie pójść do Ogrodu Botanicznego, obejrzeć egzotyczne drzewa, rośliny, ptaki. Gdy pytałam w informacji turystycznej, jak tam trafić, dowiedziałam się, że znajduje  się on 28 km od Puerto Vallarta! A jaki autobus tam jeździ? Dopytywałam. Żaden. Trzeba wykupić wycieczkę, albo jechać wynajętym samochodem. Nisko budżetowy turysta nie ma tu łatwego życia. Wszystko niby jest, ale poza miastem.
Jeden z barów tak czcił 19.05.ślub księcia Harrego z Meghan. Wewnątrz, jak na weselu!
Turyści zorganizowani, mieszkający w dużych resortach, w luksusowych butikowych hotelach w Zona Hotelara, żyją własnym życiem na terenie wydzielonym i zamkniętym dla innych. Tam mają swoje restauracje, kawiarnie, bary, własne plaże, baseny, siłownie, sklepy. Nie pętają się po mieście i nie muszą mieć maseczek. Ale za to, mało znają miasto.
Zejście na bulwar rzeczny do romantycznej części miasta. Tam są iguany!
Wożeni są statkami do pięknych plaż, na różne wyspy, do jaskiń, do atrakcyjnych miejsc na nurkowanie itp. To zupełnie inny rodzaj turystyki. Występy artystyczne mają organizowane na terenie swoich hoteli, autokarami wożeni są na wycieczki wgłąb interioru, na zwiedzanie Meksyku. W Puerto Vallarta bardzo dużo jest takich drogich hoteli.
Ale my skromniejsi, też się świetnie bawimy, jak ten pan z chodzącym Pinokio.
Jednym słowem Puerto Vallarta oferuje różne warunki i ciekawe atrakcje dla turystów o zróżnicowanym statusie materialnym. Nikt się tu nie będzie nudził. Miejscowi ludzie są do przybyszy pozytywnie nastawieni, świadomi, że rozwój turystyki w mieście im zawdzięczają, pomimo braku pięknych plaż Bardzo dużo z nich z turystyki utrzymuje rodziny, pracując w hotelach, pubach, restauracjach, czy prowadząc własny biznes sprzedaży pamiątek lub jedzenia przyrządzanego bezpośrednio w prowizorycznych blaszanych stoiskach na ulicy.
Market regionalny z rozproszonymi wśród drzew pawilonami.
Coś w tym mieście musi być magnetycznego, że ludzie przyjeżdżają tu nie tylko na dwa, trzy tygodnie wypoczynku, ale na kilka miesięcy lub osiedlają się na stałe.Dla mnie najpiękniejsze są małe uliczki tonące w kwiatach, kolorowe domy z dawnych, kolonialnych czasów, te kramy, markety ludowego rękodzieła, te różne małe kafejki ze stolikami wprost na ulicach, zacienione parasolami lub koronami drzew. Te uliczki, na których nie jeżdżą samochody. I pal licho plaże! Ostatecznie nogi można pomoczyć na każdej z nich.
Dla niektórych wyobrażenie życia na emeryturze. Babcia pracuje, robiąc na drutach dla dziadka szaliczek, a dziadek czyta sobie książkę, pykając fajeczkę. Typowe!