Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

sobota, 10 marca 2018

Puerto Vallarta moimi oczami

Życie, jak w Madrycie. Kolonializm jest krytykowany, ale życie i zwyczaje odmienił tu na zawsze.
Podróży do Puerto Vallarta opisywać nie będę, bo to przykry temat i nie chcę do niego wracać. Napiszę jedynie, że leciałam z przesiadką w Londynie, skąd czarterem TUI do Puerto Vallarta i więcej tego nie zrobię. Żadnych czarterów! Szczególnie z TUI! Żadnych pośredników!, żadnych uzależnień! wolę normalne linie, gdzie zasady są określone jednakowe dla wszystkich i traktowanie pasażerów określone przepisami, które są stosowane. 
Plaża w pobliżu mojego hostelu. Ładniejsze są w starej części miasta.
Miałam to szczęście, że do Londynu odprowadzała mnie Oliwia i nie znalazłam się dzięki temu w sytuacji bez wyjścia. Sama użyła, jak pies w studni, wymęczyła się, zestresowała, ale to nie pierwszy raz, gdy moja córka poświęca dla mnie swój czas i spokój. We dwie łatwiej mi było znieść te wszelkie utrudnienia skomponowane dla mnie przez ludzi. Pierwsze koty za płoty, ostatecznie jakoś to wszystko przeżyłam i bezpiecznie wylądowałam w Meksyku, w mieście Puerto Vallarta, w stanie Jelisco.
Figury z piasku, to chyba specjalność miejscowych. Potem je polewają wodą, żeby się nie rozsypały.
Oliwia zarezerwowała mi wcześniej przez internet trzy pierwsze noclegi w hostelu „El Sunset” przy Calle Lucerna 146, żebym miała czas odespać podróż, stresy i rozejrzeć się po mieście za jakąś stałą kwaterą. Młody właściciel hostelu, Marco, bardzo sympatyczny i służący pomocą, chociaż warunki hostelowe, takie sobie. Dlaczego tak? pytałam,
Hostel "El Sunset" w Puerto Vallarta przy Calle Lucerna 146
Na co Marco z czarującym uśmiechem poinformował mnie, że to hostel na miarę Meksyku. Trudno dyskutować z taką postawą, chociaż hostel ma potencjał, dobre usytuowanie w centrum, dojazd z lotniska autobusem, dobrą komunikację miejską ze starą dzielnicą, w jedną stronę i z dzielnicą biznesową i zoną hotelara w stronę przeciwną, to mógłby jednak być bardziej zadbany, szczególnie patio i kuchnia. Chociaż może rzeczywiście przesadzam, mając w pamięci hostele w Australii i Stanach Zjednoczonych. W końcu tu mamy Meksyk.
Wybrałam sobie czerwone łóżko przy oknie, bo byłam w pokoju tylko z jedną dziewczyną tu pracującą.
Właściwie wszędzie z hostelu „El Sunset” jest blisko, zarówno na przystanek autobusowy, z którego dosłownie co chwilę odjeżdżają blue busy w obie strony miasta (za bilet płaci się 7 pesos u kierowcy. Wartość 1 dolara, wynosi 18 pesos), a jednocześnie jest on nieco ukryty za zakrętem, w równoległej, mniejszej uliczce Lucerna, co powoduje, że nie dochodzi tam hałas z głównej Avenida Francesco Medina Ascencio, jak i na plażę,do sklepów, barów.
Z blue bus trzeba wysiąść dokładnie na przeciw hotelu "new amber" i skręcić w prawo.
Puerto Vallarta ciągnie się zakolem wzdłuż brzegów Zatoki Banderas (Bahia de Banderas) w kształcie długiego prostokąta. Z jednej strony  miasto ograniczone jest przez Pacyfik, z przeciwnej strony, przez góry Sierra Madre, stąd ograniczona możliwość rozbudowy miasta wszerz. Za to wzdłuż ciągnie się kilometrami i ciągle budowane są nowe resorty turystyczne, bo przecież głównie z turystyki Puerto Vallarta żyje. Ja dla własnej orientacji podzieliłam sobie to miasto na trzy części.
W czasie suszy, koryta rzeki wykorzystywane są na parkingi. Ja stoję na betonowym moście.
I część. Zaczynając od centrum, to znaczy gdzieś na wysokości Parku Sportowego (Estadio Municipal Agustin Flores Contreras), możemy jechać samochodem lub  blue busem  Avenidą Francesco Medina Ascencio na północ, do Marina Vallarta, Galerii Mall, WalMartu, do przystani żaglówek API Terminal Martima i do lotniska Aeropuerto Internacional. Cały ten odcinek po stronie brzegu morza, zapełniony jest resortami, hotelami, polami golfowymi. Puerto Vallarta słynie z wielu i to najlepszych pól golfowych w całym Meksyku.
Oprócz golfa, popularna tu jest również piłka nożna.
W tej właśnie okolicy znajdują się wypasione hotele, takie, jak Holiday Inn, Hilton Puerto Vallarta, The Westin, Ocean Breeze i wiele, wiele innych, również pomniejszych. Teren ten podzielono na trzy kwartały: Marina Vallarta, Nuevo Vallarta i Punta de Mita. Patrząc na tablice informacyjne, jadąc od centrum, kierujemy się na Tepic.
Ci silni i odważni panowie pilnują bezpieczeństwa na stadionie sportowym.
Znajdują się tu również plaże. Niektóre należą do resortów, niektóre są ogólnie dostępne. Mamy tu plaże – Playa las Glorias, Playa el Salado I cały ciąg resortowych plaż, aż do Punta de Mita, naprzeciwko której leży wysepka Islas Marietas. Do pływania dobre są plaże: Playa de Salado, przy Riu Jalisco naprzeciwko Flamingos Golf, w marinie Riviera Nayarit, Destiladeras, Playa del Burro, a także przy wyspie Islas Marietas, w okolicy której można również zobaczyć wieloryby. Na Isla Marieta znajduje się mała ukryta plaża, o której potem.
czas zatrzymać się na tacos.
W tej właśnie części, północnej, ale bliżej centrum, znajduje się Hostel El Sunset, w którym się zatrzymałam. Jest to kwartał uliczek (Calle), znajdujących się dokładnie vis a vis, strzelistego budynku Hotelu Now Amber, między Plaza Caracol, a Sports Center. A ulice w Puerto Vallarta mają nazwy państw i miast z różnych części świata.
Peluqueria, to po prostu zakład fryzjerski.
Dzielnica, w której mieszkałam nazywa się Versalles i posiada ulice pod nazwą Havre, Francia, Hamburgo, Lucerna, Lisboa, Berna, Berlin, itp. Na rogu Avenidy Francesco Medina Ascencio, gdzie skręcałam w prawo do Calle Francia i znowu w prawo do Calle Lucerna, znajduje się bank HSBC, który również działa w Polsce. Tam postanowiłam wybierać pieniądze. Bankomaty znajdują się wewnątrz, nie na ulicy, zawsze jest tam strażnik pod bronią i pracownicy mający oko na całą salę.
Wchodzimy w boczną idąc po ścianie banku HSBC i znów w prawo, bo Lucerna jest równoległą do Alei.
Pierwszy raz chcąc wybrać pieniądze, poprosiłam Marco o pomoc, bo się akurat nawinął, gdy podeszłam do bankomatów, sprawdzając który jest od czego. Marco chętnie mi pomógł i polecił się na przyszłość, żebym zawsze powiedziała, kiedy będę chciała skorzystać z bankomatu, to On ze mną tu przyjdzie. Bardzo uprzejmy jest Marco. Bank mieści się bardzo blisko hostelu. Trzeba tylko minąć kawiarenkę, przejść po dywaniku hotelu z nazwą Suites del Sol, rozłożonym na chodniku, złapać drugi zakręt i jesteśmy na miejscu.
Mała kawiarenka, zaraz za lub przed bankiem. Zależy, w którą stronę idziemy.
Ciekawe są wydruki z bankomatów HSBC. Podają kwotę pobraną w peso, kwotę pobranej prowizji (comision HSBC), kwotę dodatkowej opłaty (IVA), której nie rozszyfrowałam jeszcze, następnie ogólną kwotę ściągniętą z konta w pesos, teraz pokazują, ile to jest w przeliczeniu na polskie złotówki i na koniec informują, że w tej chwili 1 PLN = 5,21690 MXN (meksykańskie pesos). Dotychczas nie spotkałam się w żadnym kraju z tak dokładnym wydrukiem z bankomatu. Podoba mi się to.
 
W mieście jest też znany bank Santander. Weszłam, ale nie wzbudził mojego zaufania, więc wyszłam.
Gdy musiałam zapłacić za wynajem mieszkania z góry za dwa miesiące (zamiast kaucji) i pobiegłam dobrać pieniędzy, akurat bankomat w HSBC zawiesił się i czekali na speca, który miał to naprawić. Pracownik banku doradził mi skorzystanie w zastępstwie z banku  Banamex (Banco Nacional de Mexico S.A., powiązany z CityBank). Tutaj nie ma już takiej dokładnej rozpiski. Podane są tylko: kwota pobrana, prowizja i opłata, oraz podsumowane total w pesos i tyle. Ale też jest ok.
Czyż nie urocze są te domki w bocznych uliczkach?
Banków w Puerto Vallarta jest sporo, ale ja skupię się na tych dwóch, mając nadzieję, że są to najlepsze tutaj banki dla turystów zagranicznych, a i urzędnicy są tu uczynni i pomagają, jak się ich poprosi, nie tak, jak w niektórych krajach, że nie wolno im pomagać przy bankomatach i w ogóle zza biurka ruszyć się nie mogą. Generalnie, bankomatów na ulicach, w resortach, w marketach dużych i małych i gdzie tylko można, jest bardzo dużo w Puerto Vallarta .Nie ma z tym problemu.
Co rusz można zejść na brzeg morza, po czym wrócić na ulicę i dalej zwiedzać.
Ja zasadę mam taką, że nie korzystam z wolno stojących bankomatów na ulicach, tylko z tych, co stoją w bankach lub przed bankiem, jeśli urzędnik ze mną do niego podejdzie. W razie łyknięcia karty przez bankomat, łatwiej ją odzyskam, jak to już raz mi się zdarzyło w Kambodży. Najbardziej popularne są tutaj karty Visa i MasterCard. Ciekawostką jest, że można w Puerto Vallarta wybierać z bankomatów pieniądze nie tylko w pesos, ale i w dolarach amerykańskich. Stoją zawsze obok siebie, jeden na dolars, drugi na pesos.
Z tarasu Supersamu "Mega" widać doskonale trzypasmową aleję palmową Francisco Medina Ascencio.
II część. Jadąc od Centrum w kierunku południowym Puerto Vallarta, mamy najpierw ogromny supermarket „Mega”, następnie, gdy miniemy Sports Park, Avenida Francisco Medina Ascencio przechodzi w Avenida Mexico, główną ulicę miasta, a następnie w Malecon, główny bulwar Puerto Vallarta, który dochodzi aż do ujścia rzeki Cuale River, która w tym miejscu wpada do morza. 
Wszyscy kochamy słońce, a jak jest, szukamy cienia, aby się przed nim schronić.
To dzielnica Downtown, w której mieszkam obecnie w wynajętym mieszkaniu od Alice i Alexa. Wzdłuż brzegu morza ciągną się tu również hotele i resorty, a ulica Av.Mexico i Malecon, pełne restauracji i barów, tętnią życiem do późnych godzin nocnych. Miasto cały czas jest monitorowane przez policję i wojskowe pojazdy z uzbrojonymi  w karabiny żołnierzami. Moja Calle Colombia leży trochę wyżej, równolegle do Mexico i Peru, czyli trzecia przecznica od morza. Jest tu ciszej, ale też patrolują. 
Fajnie byłoby mieszkać w takim zacienionym domu z białym, ażurowym balkonem.
Tutaj również ulice noszą nazwy państw i miast, ale już nie tylko. Ja mieszkam przy Av.Colombia, która biegnie równolegle z Av.Mexico. Każda Avenide przecięta jest Galle, tworząc swoistą szachownicę na mapie miasta. Av.Colombia jest bardzo długa, ja mieszkam przy skrzyżowaniu z Calle Uruguay, lub Chile, zależy od której strony idę. Są tu jeszcze takie ulice, jak urokliwa Morelos, Hidalgo, Guadalupe Sanchez, 31 de Octubre, Panama, Peru, Juarez, Jamaica, Costa Rica itd.
Poczucie humoru Meksykanów może odbiega trochę od naszego, ale bywa interesujące.
Każda z Galle, wiedzie wprost do morza. Idąc Avenidą i spoglądając w mijane przecznice, czyli calle, widzimy zawsze na ich końcu jakąś statuę stojącą na tle błękitnego morza. Mijając Galle Iturbide, widać statuę z symbolem miasta i wielki  kolorowy napis z poustawianych ogromnych liter: PUERTO VALLARTA, na tle którego wszyscy, ale to dokładnie wszyscy, robią sobie zdjęcia całymi rodzinami i dodatkowo każdy z osobna. 
Rzadko kiedy można sfotografować napis, żeby nie było przed nim ludzi. Ale się udało.
Jest tu duży kościół z czerwonej cegły pod wezwaniem Virgin De La Guadalupe, Amfiteatr przylegający do Malekonu z białymi żelaznymi, ażurowymi ławeczkami i starodawne kamienice w wąskich, brukowanych ulicach. Zabudowa niska w całym mieście, drugie piętro, to rzadkość. Raczej jednopiętrowe domy. Najbardziej podobają mi się domy na Calle Morelos i w takich maleńkich, pnących się pod górę uliczkach. W niektórych jest tak stromo, że trudno podjechać samochodem. Wysokie są tu tylko hotele i apartamentowce w zamkniętych osiedlach.
Wszędzie brukowane ulice i tak pozostanie, żeby miasto utrzymało charakter.
Nie ma asfaltu, wszędzie kamienie, brukowa kostka. Właśnie przekładają kostkę na calle Peru i Wenezuela, przylegających do Av.Colombia, zwieźli tych kamieni całe tony, ale szybko im robota idzie i do weekendu skończą. Jest pięknie, ponieważ wszystkie ulice toną w zieleni. Palmy, drzewa bananowe, liściaste i kolczaste drzewa, którymi nieustająco się zachwycam, mnóstwo kwiatowych różnobarwnych krzewów i co najważniejsze, na ulicach, w parkach, na plażach, w podwórkach, wszędzie jest czysto. Nie walają się nigdzie śmieci i nie ma wałęsających się, bezdomnych psów. Marco ma dużego psa i od razu widać silną więź między nimi. Pies duży, jasnobrązowy, bardzo zadbany i rozpieszczany przez Marco.
Właśnie przekładają kostkę brukową przy mojej Av.Colombia i w dół do morza, w Calle Wenezuela.
Cały czas ulice są zamiatane, rano i wieczorem, na ulicach stoją kosze na śmieci, co zapobiega rzucaniu przez ludzi różnych odpadków wprost na ulicę, co mnie tak drażniło w innych krajach. Ale nie będę już przypominała, jakich, żeby nie piętnować. Marco kilka razy dziennie zamiatał patio w swoim hostelu. Co trochę liści z drzew spadło, Marco zaraz zamiatał. To samo Alex tutaj. Obalam często słyszany mit, że Meksykanie są leniwi. To pracowici,zapobiegliwi ludzie. Alex i Alicia ciągle coś robią w podwórku, bez przerwy rozmawiając ze sobą przy robocie, śmiejąc się, bo jednocześnie, to ludzie radośni i z poczuciem humoru.
To jest Miguel, czyli Majk, który załatwił mi mieszkanie za tą bramą.
Alex i Alicia dobudowują właśnie piętro domu. Zabudowa w podwórkach jest tak ciasna, że można pogubić się w ich zakamarkach, a jednak wciąż coś dobudowują. Mój i drugi bliźniaczy apartament stał najwyżej dotychczas i otaczały go tylko mury domów sąsiadów. Teraz gospodarze dobudowują piętro. Z mojego korytarza wchodzi się schodkami na taras, który zostanie niebawem przerobiony na następne apartamenty. 
Czyścioszek sprząta cały chodnik przed swoim lokalem.
Budowlańcy wraz z właścicielami, uwijają się z robotą, pracują od 9.oo godziny rano do wieczora z przerwą na lunch, a gdy nadszedł weekend, wszystko zostało wysprzątane, sprzęt wyczyszczony, ułożony w jednym miejscu we wnęce pod nawisem domu, wiadra, kielnie wszystko wyszorowane, równiutko ustawione obok, podwórko wymiecione co do okruszka, no po prostu błysk! Jestem pod wrażeniem.
Moje mieszkanie w zachodzącym słońcu. Od podwórka, za tymi szklanymi drzwiami, drugie drzwi.
Zadziwia mnie tak gęsta zabudowa, ale z drugiej strony, dzięki temu nie gotuję się w domu, nie muszę włączać wentylatora, chociaż mam pod sufitem w kuchni i w pokoju. Uchylam okno, czasami drzwi, które są całe przeszklone i czuję płynący od murów chłód. Chłód wieje też z wąskiego korytarza, od przejść, półpięter, podwórka, które znalazło się poniżej parteru i chociaż widzę słońce na niebie, nie dociera ono w te dziwne zakamarki. Dobrze się tu czuję.
No cóż, pracuje się.

piątek, 9 marca 2018

I znów w Meksyku!



                                  

  Witaj Meksyku! Wróciłam!
Brama wejściowa do Raju dla przybywających morzem.
Wreszcie pozamykałam wszystkie sprawy, które trzymały mnie w kraju i mogłam spokojnie wyjechać do Meksyku, co sobie wcześniej zaplanowałam. Zwiedzałam już Meksyk kilka lat temu, głównie Jukatan. Jakiś czas mieszkałam w Cancun, potem dojechała do mnie Oliwia i razem zwiedzałyśmy najciekawsze miejsca w tamtym regionie oraz stolicę, Mexico City. To wszystko zostało opisane na blogu i wzbogacone zdjęciami własnego wykonania.
Puerto Vallarta rozłożyła się wokół Pacyfiku półkolem Zatoki Banderas.
Teraz postanowiłam wybrać jedno miejsce, w którym zamieszkałabym dłuższy czas. Dość z włóczeniem się po Świecie i nocowania w różnych przypadkowych hostelach, hotelikach różnej maści czy guesthousach. Dość tych ciągłych zmian miejscowości i zwiedzania w biegu najciekawszych atrakcji. Rozpakowywania rzeczy i na powrót ich pakowania i ponownego dźwigania. To było dobre jeszcze kilka lat temu.
Wzdłuż wybrzeża ciągnie się kilometrami Zona Hotelara.
Pozwoliło mi zwiedzić kawał Świata, właściwie wszystkie miejsca, o których dawniej marzyłam, żyjąc w PRL, bez paszportu. Mając paszport, mogłam wreszcie jechać, gdzie tylko chciałam i robiłam to. Powłóczyłam się trochę po różnych krajach, które zawsze mnie pociągały i jestem z tego powodu szczęśliwa. Zwiedziłam Sri Lankę, Tajlandię, Malezję, Singapur (te ostatnie trzy, po kilka razy), Filipiny, Wietnam, Kambodżę,  Meksyk, kawałek Australii, w poprzek Stany Zjednoczone, od Nowego Orleanu po Nowy York, Gwatemalę, Belize, Brunei, Kostarykę, Panamę. 
Blue Busy jeżdżą tutaj bez przerwy. Wszędzie można dojechać z 7 pesos.
Nie wspominając krajów europejskich, które zwiedzałam w pierwszej kolejności, jak np. Czechy, Austria, Francja, Hiszpania czy Portugalia. Z wielkiej Brytanii poznałam tylko Londyn. Nie wspominam też o Tunezji, w której byłam kiedyś na zorganizowanym turnusie, bo w takiej wersji, to tylko byłam, a nie zwiedzałam.  
Tutaj rozmawiałam z Panem za pomącą komórki, która automatycznie głośno tłumaczyła.
Nigdy nie ciągnęło mnie do Turcji czy Egiptu, swego czasu kierunki atrakcyjne dla Polaków. Nie marzę o byłych Republikach ZSRR, którymi zachwyca się moja córka, Oliwia, jak Kazachstan, Uzbekistan czy inne tego rodzaju. Oczywiście zwiedziłam Lwów, Wilno, a nawet niefortunnie zaplątałam się do pięknego Kijowa w czasie wybuchu elektrowni atomowej w pobliskim Czarnobylu, bo ja, jak już trafiam, to w punkt. Zdążyłam też zwiedzić  Moskwę przed rozpadem ZSRR. 
Jadąc z miasta do Hostelu Marco lub do Wallartu, trzeba kierować się na Tepic.
Ale to były wycieczki, z których nie mam nawet zdjęć, bo aparaty fotograficzne były wówczas bardzo drogie, jak na urzędnicze zarobki (dzisiaj nadal są bardzo drogie), a komputerów, laptopów czy telefonów komórkowych wówczas jeszcze nie było. Wyobrażacie sobie, że na świecie nie było komputerów i komórek? Jak byście teraz żyli bez komputerów i komórek? Myślę, że Wasza wyobraźnia tego nie ogarnie.
 
Zacisznie tu. Okolice mojego hostelu.

Ja sama już od kilku lat nie ruszam się w podróż bez laptopa i aparatu fotograficznego (kiedyś miałam taki na klisze, co wymuszało oszczędność w robieniu zdjęć). Moje podróże wykończyły już trzy laptopy, dwa porządne aparaty fotograficzne, a przed kilku dniami padł mi już tutaj, w Puerto Vallarta taki mały, zgrabny Nikon, który kiedyś dostałam od Oliwii, bo mój duży, już był za ciężki dla mnie w podróżowaniu. 
Mówią, że w Puerto Vallarta wszystkie domy malują na biało. Sprawdzam. Są kolorowe.
Ładował się, a po odłączeniu go od kontaktu coś nagle zgrzytnęło, błysnęło i zamilkło na wieki. Znaczy, coś się spaliło. Generalnie sprzęt elektroniczny w tropikach, psuje się najczęściej z powodu wszechobecnej wilgoci i co jakiś czas trzeba go wymieniać. Nie straszę tutaj wczasowiczów wyjeżdżających do krajów tropikalnych na 2-3 tygodnie, czy nawet na miesiąc lub dwa. Mówię o długim podróżowaniu, od trzech miesięcy do roku lub kilku lat. Sprzęt elektroniczny siada.
Przyjemna restauracja na piętrze,ale jak już zajdzie słońce. Taxi cierpliwie czekają na turystów.
Niekorzystny wpływ na sprzęt ma również niestabilny pobór prądu, ale w takich krajach, które ja odwiedzam, niestabilność w czymkolwiek nie jest zaskoczeniem. Trzeba być na wszystko przygotowanym psychicznie i logistycznie. Tak więc, rozpaczy z mojej strony nie było, ponieważ przed wyjazdem z Polski otrzymałam w prezencie od Oliwii nowy,  porządny, nieduży, zgrabny aparat fotograficzny dobrej marki, którego jeszcze nie rozpracowałam i dlatego używałam starego.
Handel kwitnie od rana do nocy. W weekendy też.
Skoro stary padł, przyspieszyłam proces nauki i wdrażania zaleceń zawartych w instrukcji nowego aparatu i już nim fotografuję piękne Puerto Vallarta, chociaż jeszcze nie opanowałam wszystkich jego możliwości. Nauczka dla podróżników taka, żeby zawsze mieć w zapasie jakiś drugi aparat, gdyby pierwszemu się przydarzyło nieszczęście. 
Bankomatów jest w mieście dużo, nie trzeba nerwowo szukać. Są wszędzie.
Ale! ale! przecież turyści mają komórki i w razie awarii aparatu, mogą fotografować komórkami! Ja komórki nie używam, nie lubię, a więc i nie posiadam tego najmodniejszego w dzisiejszych czasach urządzenia. Z rodziną i przyjaciółmi kontaktuję się mailami. Dla mnie komórka, to taki szpieg osobisty. Wszystkie służby publiczne mogą śledzić każdy mój krok, ustalać, kiedy chcą, miejsce mojego pobytu, w jakim jestem kraju, mieście, ulicy, gdzie idę.
Jest też McDonald. Korzystałam z niego, zanim podłączyli mi internet w mieszkaniu.
Komórka to również straszny natręt, zabierający mi swobodę w decydowaniu i działaniu. Dzwoni, kiedy chce, łapiąc mnie na ulicy, przy kasie, gdy płacę za zakupy, w autobusie, w łazience lub wyrywa mnie nagle ze snu. Jest to ogromny dyskomfort, przestaję być panią swego losu, staję się nerwowa. Nie lubię takiego uzależnienia.
Pani mi zapozowała z radością, jak widać.
Wracając do tematu zasadniczego, uznałam, że właśnie nadszedł dla mnie ten czas, aby osiąść na dłużej w jednym miejscu i spokojnie sobie pożyć, jak rodowici mieszkańcy. Weszłam już w taki etap swojego pobytu na planecie Ziemia, że jedynym życzeniem jest żyć spokojnie, w zwolnionym tempie, po latynosku, leniwie, beztrosko, bez pośpiechu, na luzie. Smakować codzienność i pławić się w cieple, wodzie i słońcu przez cały rok. 
 
Symbol miasta, chłopiec na morskim koniku (z lewej, na górze) często jest prezentowany.
Wybór padł na Meksyk, na Puerto Vallarta w stanie Jalisco, na zachodnim wybrzeżu Pacyfiku, gdzie jeszcze dotychczas nie byłam. Decyzja podjęta po rozmowie na facebooku
z polską dziewczyną, która mieszka w Meksyku od kilku lat. Określiłam preferencje, a ona doradziła mi Puerto Vallarta. Dlaczego nie? pomyślałam.
Cieszy mnie, że wszędzie w mieście są ławeczki, żeby odpocząć, popatrzeć, pomyśleć.
Sam Meksyk, jako kraj, spełnia moje wymagania i ograniczenia. Znaczy to, że koszt życia, chociaż ciągle rosnący, jak wszędzie, utrzymuje się póki co, na poziomie możliwości polskiej emerytki. Przez cały rok jest ciepło i świeci słońce, co po zimnej i pochmurnej Polsce, wprowadza mnie w dobry nastrój i znacząco poprawia samopoczucie. Nie ma tu polskich kanałów telewizyjnych, więc depresja z powodu polskich wiadomości o zaistniałej dla nas rzeczywistości, mi nie zagraża.
Wzdłuż Bulwaru Malekon stoją rzeźby różnych artystów związanych z tym miastem
Nie muszę wydawać pieniędzy na wizę. Bezwizowy pobyt dla Polaków wynosi 180 dni, czyli pół roku. Wystarczy raz do roku wyjechać na weekend do pobliskiej Gwatemali, czy Belize, albo nawet wybrać się na tydzień, powiedzmy, do jakiegoś miasta Stanów Zjednoczonych, np. do Houston, które ominęłam w poprzedniej podróży po Stanach, wrócić i znowu na lotnisku dostaję pobyt na 180 dni, co znaczy, że spokojnie i legalnie jestem rok w Meksyku. Wizę do USA mam jeszcze ważną, bo dostałam ją na 10 lat.
Rzeźby są tak ustawione, że z końca każdej poprzecznej ulicy miasta, widać rzeźbę.
Dla zainteresowanych podaję, że lepiej latać samolotem, znaleźć sobie jakiś tani lot do wybranego, przygranicznego kraju, kupić bilet w tę i powrotny za określoną ilość dni, niż wyjechać lądem, powiedzmy autokarem. A to dlatego, że wyjeżdżając z Meksyku lądem, pobierają na granicy znaczącą opłatę, a sam bilet podróżny autokarem, też nie jest tani. 
Rzymski Bóg morza, Neptun i Nereida, morska Nimfa.
Tymczasem podróżując drogą powietrzną, takiej dodatkowej opłaty nie ponosimy i można trafić tani bilet lotniczy, szczególnie, gdy lecimy tylko z bagażem podręcznym (bagaż główny zostawiam w Meksyku, w wynajętym mieszkaniu, skoro tu wracam za kilka dni).
Świeżo usmażona rybka z jarzynami i tacos oraz salsa.
Jedzenie w Meksyku, w odróżnieniu na przykład od Filipin czy Gwatemali, jest tutaj smaczne i można nawet w zwykłym markecie kupić normalny chleb, bagietki, niedmuchane bułki. Jest duży wybór warzyw i owoców w przystępnej cenie. Małe bananki, dojrzałe, soczyste mango czy brązowo czerwone mandarynki, tylko tutaj tak wybornie smakują. Zawsze można zjeść świeżą rybę, jak to nad morzem. Rybacy codziennie łowią ryby.
Restauracji i barów jest tu bez liku, można wybierać w/g rodzaju kuchni i cen.
Z dań, nie tylko rice and chicken, ale są tu do wyboru różne makarony, kasze, ziemniaki i oczywiście tradycyjne tortille i pyszne tacos z różnym nadzieniem i specyficznymi, ostrymi sosami. Na wzór azjatyckich Seven-Eleven, mamy tu OXXO, dosłownie co kilka kroków, za rogiem, naprzeciwko, obok. Wystarczy przystanąć w dowolnym miejscu, rozejrzeć się, a z pewnością zobaczymy czerwono-biały szyld OXXO. Są tam zimne napoje i nie tylko.
Gdzie się nie obrócić, tam OXXO. Ten w pobliżu mojego hostelu "El Sunset"
W OXXO zrobimy podstawowe zakupy, sami nalejemy sobie kawy do kubka, zrobimy kanapkę z parówką lub bez i różnymi dodatkami. Kupimy mydło, proszek do prania, krem, notes, długopis, kartkę pocztową, ręczniczek, nożyczki, papier toaletowy pojedynczą rolkę, łyżkę i widelec, kartę do aparatu fotograficznego, kłódeczki do bagażu, podstawowy przybornik do szycia, plastry opatrunkowe, turystyczne gadżety i inne tego typu drobiazgi.

Restauracje są drogie i tanie, każdy znajdzie odpowiednią na swoją kieszeń.
Każdy jest w stanie zaspokoić swój apetyt, wybierając odpowiednią dla siebie kuchnię. Są tu restauracje europejskie, włoskie na przykład, czasem wytworne, czasem zwyczajne. Są też amerykańskie, azjatyckie, głównie wietnamskie, chińskie (korzystam) czy tajskie. Przeważa oczywiście kuchnia meksykańska. Najsmaczniejsze tacos sprzedają na ulicy, przy małych wózkach, gdzie można usiąść na murku lub na wolno stojących na chodniku plastikowych krzesełkach. Czasem jest jeden plastikowy stolik, czasem tylko krzesełka pod płotem.
Często jadam wprost na ulicy,siedząc na plastikowym krzesełku.
Oddając sprawiedliwość, trzeba przyznać, że z kolei takich plaż, płycizn i tak czystej, błękitno seledynowej wody w morzu, jaka była na Bohol, na Filipinach, to tutaj niestety, nie ma. No, może w Cancun w stanie Quintana Roo, po przeciwnej stronie lądu, nad Morzem Karaibskim, ale nie nad Pacyfikiem. Nie można jednak powiedzieć, że nie ma tu ładnych plaż. Są, nawet w Puerto Vallarta, ale karaibskie plaże nie mają sobie równych. Takie jest moje osobiste zdanie, co podkreślam, bo ludzie na różnych forach społecznościowych zachwycają się tutejszymi plażami, właśnie tymi w Puerto Vallarta. Może jeszcze do tych najpiękniejszych nie dotarłam? jestem tu dopiero chwilę.
Można też zjeść coś na plaży.
Mogłam wybrać sobie do zamieszkania jakieś małe, spokojne miasteczko z boskimi, niezaludnionymi plażami, ale co ja bym tam robiła przez kilka miesięcy? Na słońcu i tak nigdy plackiem nie leżę, do wody wchodzę co jakiś czas, żeby się schłodzić. Głównie spaceruję, zwiedzam ciekawe miejsca, fotografuję, odwiedzam kościoły, muzea, wystawy, galerie artystyczne, tradycyjne targowiska, pracownie artystyczno rzemieślnicze, różne wydarzenia miejskie, święta, pokazy, protesty, bo takie też tu bywają z różnych przyczyn. W obcym kraju, wszystko jest atrakcją.
Warto wejść do Informacji Turystycznej po mapki i podstawowe informacje, co, gdzie i kiedy.
Jednym słowem wszystko, co jest ciekawego w mieście i okolicy, nie ujdzie mojej uwadze. Dodatkowo lubię czasami skorzystać z oferty miasta i zgłosić się o określonej godzinie w wyznaczonym przez miejskiego przewodnika miejscu, który za darmo (na koszt miasta) oprowadza turystów po ciekawych, nie zawsze odkrytych przez turystów miejscach. 
Słynne rzeźby-krzesła artysty Alejandro Colunga.
Ogłoszenia o takich spacerach znajdują się w widocznych miejscach, przed hotelami, przy informacji turystycznej, w bezpłatnych gazetkach miejskich, na słupach ogłoszeniowych. Czasami korzystam z płatnych wycieczek autokarowych lub busikowych, jedno lub dwudniowych, w ciekawe miejsca, gdzie sama bym nie dotarła.
 
Jest taki Park Jedzenia, same restauracje, bary i pizzerie.
Chodzę, chodzę, chodzę. Dla zdrowia i żeby chudnąć po polskim jedzeniu, więc co ja bym robiła w małej cichej miejscowości? Ja potrzebuję ruchu, ludzi, obiektów do oglądania, plaży do chodzenia boso po rozlewających się na piasku falach, palmy do posiedzenia w jej cieniu w ciszy i spokoju, oglądania surferów, kolorowych spadochroniarzy, szalejących turystów pędzących łodziami po wzburzonych falach. Potrzebuję skwerów i parków miejskich do spacerów alejkami, z możliwością odpoczynku na ławeczkach i obserwacji toczącego się życia miasta. Jednym słowem, potrzebuję ludzi, zdarzeń i wydarzeń. Wszystko to mam właśnie w Puerto Vallarta i dlatego tutaj jestem.
Można pojeździć na koniu. Są specjalne trasy konne, podobnie, jak i rowerowe.
Może Meksyk nie jest bezpiecznym miejscem na Ziemi, przyznaję, zdecydowanie nie jest, ale po World Trade Center, nigdzie już nie jest bezpiecznie, a jednak wszędzie żyją ludzie. Znalazłam informację Rządu Stanów Zjednoczonych, skierowaną do swoich urzędników żyjących i pracujących w Meksyku w różnych instytucjach państwowych, bankach, przedstawicielstwach amerykańskich, oraz taki ” Assistance for Citizens” dla podróżujących po Meksyku obywateli USA. Podają tam również adres i telefony do ambasady USA, do meksykańskiego doradcy dla podróżujących, żeby amerykańscy obywatele w Meksyku naprawdę czuli się zaopiekowani.
Policja czuwa nad bezpieczeństwem. Często ich widać w różnych częściach miasta.
W informacji dokładnie im wypunktowali niebezpieczne miejsca, określając przy opisach stopień niebezpieczeństwa w taki oto sposób: zachowaj ostrożność, nie ryzykuj, bądź czujny, ponownie rozważ tam podróż, przemyśl, czy musisz tam jechać, zwiększ ostrożność, tam nie podróżuj! Wszystko to z powodu przestępstw, morderstw, działania gangów narkotykowych i nie tylko, które strzelając między sobą, nie patrzą na boki i można nieźle przy okazji oberwać lub stracić życie, gdy się nieświadomie człowiek napatoczy w takie miejsce. Zdarzają się też celowe porwania dla okupu i kradzieże.
Jeździ też po mieście taki oto opancerzony PanAmericano.
Amerykanie zastosowali następujące poziomy niebezpieczeństwa w rejonach:
Poziom 1 - stosuj normalne środki ostrożności
Poziom 2 – zwiększ ostrożność w postępowaniu
Poziom 3 - Podróżuj bez rozgłosu lub ponownie przemyśl podróż
Poziom 4 - Nie podróżuj!
Może kiedyś napiszę więcej o takich niebezpiecznych miejscach, tutaj wspomnę jedynie, że przy stanie Jalisco, w którym się zatrzymałam, widnieje taki opis:
„Stan Jalisco - poziom 3: Ponownie przemyśl podróż.
Proponuje się ponowne rozważanie podróży z powodu przestępstw. Brutalne przestępstwa i działania gangów są częste w niektórych częściach stanu Jalisco.
Ci, wyskoczyli nagle, nie wiadomo skąd, aż się wystraszyłam.
Pracowników amerykańskich obowiązuje zakaz podróżowania w rejony Michoacán i Zacatecas. Obowiązuje zakaz podróżowania między tymi miastami po zmroku i korzystania z autostrady nr 80 między Cocula i La Huerta. Pracownicy amerykańskiego
rządu mogą korzystać z federalnej drogi płatnej 15D w podróży do Mexico City. Nie mogą jednak zatrzymywać się w miastach La Barca lub Ocotlan z jakiegokolwiek powodu!
Marina? prędzej Marines. Lufy wymierzone, pełna gotowość bojowa.
Pracownikom amerykańskim nie wolno opiekować się klubami dla dorosłych i zakładami hazardowymi w Jalisco. W przypadku pobytów w następujących regionach turystycznych w stanie Jalisco, nie obowiązują żadne ograniczenia dotyczące pracowników z USA: Są to Guadalajara, Puerto Vallarta, Chapala i Ajijic!
W starej części miasta sporo uliczek jest jednokierunkowych, z powodu ciasnoty.
Jednym słowem, Puerto Vallarta zdaniem Amerykanów jest bezpiecznym miastem i tego się trzymam. Podróżuję bez rozgłosu, nie odwiedzę miejscowości Michoacan i Zatacetas, z autostrad nie korzystam, bo nie mam samochodu, a po zmroku nie ruszam się z mieszkania, wykorzystując ten czas na pisanie bloga.
Taki meksykański samochodzik by się przydał do zwiedzania okolic PV.