Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

sobota, 25 czerwca 2016

Czas się zatrzymać na chwilę i stworzyć sobie dom.

Dom Nielsa i Janeth został przystrojony flagą narodową Ojczyzny Nielsa.

Podróżując przez długi czas po różnych krajach świata, można sobie wyrobić zdanie o pewnych sprawach i zauważyć różnice w traktowaniu podróżników przez miejscowych ludzi. Wypasione hotele, resorty i hotele udostępniane dla zorganizowanych wycieczek nie są włączone do mojej oceny, bo nie znam ich.
Siedzę sobie na tarasie i myślę, z jakiej to okazji? Święto Narodowe Danii? Euro 2016?
Jestem niskobudżetową podróżniczką w jednoosobowym składzie i tylko o takim stylu podróżowania mogę się wypowiadać. Tanie hoteliki i guesthousy azjatyckie uważają, że jak są tanie, to nie muszą być czyste i wygodne i to jest dla mnie problemem.
Wejście na naszą ulicę przez bramę "Welcome to Barangay Talisay".
W takim tanim hoteliku nikt nie da upustu za to, że pokój brudny, ze wspólną łazienką na piętrze, lub nawet piętro niżej, gdzie jest urwany prysznic, a woda często jest wyłączana, ze szczególnym upodobaniem wtedy, gdy turystka już się w kabinie znalazła i cała jest namydlona. Śniadania w cenie, nie wchodzą w grę.
Janeth przed domem swoich rodziców, znajdującym się na tej samej ulicy.
Mieszkając w hoteliku BiBi tak właśnie było, ale w wielu innych hotelach w poprzednich krajach azjatyckich bywało podobnie. Przy ustalaniu ceny podawano atuty: jest okno (okno w azjatyckich tanich hotelach, to luksus), łazienka jest piętro niżej, ale w cenie jest free internet, całodobowy w pokoju i fan. Pokój kosztuje 400 pesos.
Tu mieszkam. Jest przyjemnie.
Fan, to jest wiatrak, jest też aircondition (klimatyzator), ale jeśli chcę go używać, cena podskakuje o następne 200 pesos. Bierzesz więc fan, potem okazuje się, że internet działa tylko na początku, potem nie jest opłacany na bieżąco przez właścicielkę i przestaje działać. Fan musisz sobie sama wyszorować, bo inaczej będzie ci po twarzy rozwiewał cały zebrany w sobie kurz i paprochy różne.
Na półeczce siedzi Budda, ale też Kopenhaska Syrenka. Żałuję, że nie mam warszawskiej.
Z wodą, jak wyżej napisałam, w łazience nie ma na czym powiesić ręcznika, ani położyć mydła, jakby wbicie chociaż jednego gwoździa w ścianę, było dodatkowym luksusem. Pod prysznic bezpieczniej wchodzić w plastikowych klapkach, nie boso. O zmianę pościeli trzeba poprosić, ale nie za często, pokój trzeba sobie samemu sprzątać, wymyć okno, żeby coś przez nie zobaczyć.
Z kuchni mam osobne wyjście na podwórko, a na prawo, do łazienki.
Nie ma w łazience żadnej miski, ani wiadra, abyś sobie podróżniku nie robił czasem samodzielnie prania, bo pranie trzeba oddać gospodarzowi do laundry lub po sąsiedzku (to też zazwyczaj rodzina) i osobno zapłacić za usługę. Byłam kiedyś w takim hotelu, gdzie fan był zawieszony pod sufitem i w całym pokoju nie było ani jednego kontaktu, żeby nie używać laptopa i nie ładować sprzętu fotograficznego, czy komórki. Pomysłowość właścicieli czasami szokuje.
W razie, gdyby mnie odwiedził ktoś z przyjaciół, mam w pokoju drugie łóżko pod oknem.
Zgłaszając u gospodarzy awarie, nie należy spodziewać się pozytywnej reakcji, przysłania kogoś, żeby prysznic, czy spłuczkę naprawił. Gospodarz wzruszy ramionami i powie, no trudno, zepsuło się, to nie ma. Można polewać się wodą z kranu, kubełkiem, a inne wc w podwórku działa, to można tam chodzić. Na wszystko jest gotowa odpowiedź.
Mango, to ja bym mogła jeść tonami.
Jednym słowem, w tanich hotelach azjatyckich cena nie jest ustalana od położenia, wielkości pokoju, wyposażenia (tv,czajnik elektrycny, lodówka lub ich brak), udogodnień (własna łazienka, free internet),lecz od tego, że wogóle jest, że można się w nim wyspać.
Dobrze mi tu, w domu Nielsa i Janeth. Oboje są mili i mam w nich oparcie.
Zupełnie inaczej jest w tanich hotelikach i hostelach w takich krajach, jak Stany Zjednoczone, Australia, nie wspominając o krajach europejskich. Do czystości przywiązuje się tam dużą wagę, zazwyczaj w cenie jest śniadanie, a gdy coś nie działa jak należy, proponowany jest upust, zostaje przysłany pracownik, który to naprawi. Gdy nie może naprawić, zmieniają nam pokój. Wszystko uprzejmie, z uśmiechem.
Spacerek po Santa Fe. Sporo tu domów "for rent" i "For sale"
Byłam w Australii w takim hostelu, gdzie od rana do wieczora uwijało się troje wolontariuszy i bez przerwy myli łazienki, korytarze, posadzki, naczynia w kuchni, kuchenki gazowe, szorowali stoły, wszystkie półki i rzeczy na nich stojące, framugi drzwi, okna itp. No, po prostu szoku tam doznałam. Robili to nie okazjonalnie, lecz codziennie wykonywali te czynności.
Dzieciaki są tutaj wesołe i lubią być fotografowane.
Sami tam sobie smażyliśmy pancakes z ciasta przygotowanego i ustawianego na blatach w wysokich dzbankach przez tych wolontariuszy i jedliśmy to na śniadanie z syropem klonowym. Oprócz tego opiekaliśmy sobie tosty, było masło, serki topione, dżemy i płatki kukurydziane z mlekiem.Wybór był duży i nikt głodny niewychodził.
W Santa Fe mamy terenowe biuro "Caritas". Główne biuro jest w Cebu.
Można sobie wyobrazić, jaki bałagan, my turyści różnych narodowości, robiliśmy w kuchni. Największymi bałaganiarzami byli Chińczycy, ale nikt z obsługi nigdy żadnego turysty nie upominał. Wszystko z uśmiechem było natychmiast sprzątane. Spóźnialskie śpiochy zawsze zastawali kuchnię czystą i wszystko dla siebie przygotowane na świeżo. Podobnie było w USA, chociaż zależy, gdzie.
Rybacy przywieźli świeże ryby. Od razu poszły na stół do sprzedaży. Wiatrak odgania muchy
Azja ma wiele do zaproponowania podróżnikom. Ciepłą przewidywalną pogodę, piękne plaże, ciepłe morze, warunki do sportów wodnych i inne ciekawe do zwiedzania miejsca na lądzie, unikalne zabytkowe budowle, historię kolonialną. Ale Azja ma też swoją specyficzną mentalność, czasami trudną do akceptacji.
Takich maleńkich kościółków jest tu kilka.
Azjata nie będzie się przejmował niezadowoleniem turysty. Jak się nie podoba, to wypad. Przyjedzie inny turysta, zapłaci i nie będzie nosem kręcił, że pokój jest zapyziały i latają po nich karaluchy. Nic nie jest w stanie zmobilizować Azjatę, aby porządnie sprzątnął pokoje i łazienki oraz uporządkował teren przed hotelem, żeby z czystym sumieniem móc zażądać wyższą cenę. I tak zażąda. A zamiast sprzątać, woli w cieniu pobujać się w hamaku, w oczekiwaniu na następnego klienta.
Dzisiaj urządzono tu festyn dla dzieci.
Będąc bardzo długo w podróży po Azji, przychodzi taki moment, że potrzebujemy wypoczynku. Azja potrafi umęczyć człowieka i to nie tylko upałem. W pewnej chwili pragniemy zatrzymać się gdzieś na dłużej. Żeby móc wreszcie rozpakować walizkę i plecak całkowicie, wywietrzyć, wyprać, posegregować rzeczy, odświeżyć je i nie gonić ciągle w nowe miejsca, żeby w jak najkrótszym czasie zobaczyć, jak najwięcej.
Starsi przyglądają się zza płotu i cieszą się, że kościół dba o ich dzeci.
Ba! Zrobić sobie nawet przerwę od zwiedzania. Znaleźć przyjemne miejsce, wynająć jakieś niedrogie, wygodne samodzielne mieszkanie z opłatą miesięczną, a nie za dobę, co zawsze wychodzi taniej i pomieszkać sobie w jednym miejscu, jak zwykły mieszkaniec. Slow life stało się moim marzeniem. Postanowiłam znaleźć takie miejsce, w którym chciałabym zatrzymać się na dłużej.
To ruletka, w którą można wygrać chipsy. No, nie wiem czy to dobry pomysł dla dzieci.
Ruszyłam więc na poszukiwanie odpowiedniego miejsca do zamieszkana, gdzie bym się dobrze i swobodnie czuła, a jednocześnie nie zrujnowała swojego skromnego budżetu polskiej emerytki. I co? zamieszkałam  w Santa Fe u Nielsa i Janeth. Jest pięknie, bardzo czysto, przestrzennie. Dodatkowo zyskałam bardzo serdecznych przyjaciół, na których zawsze mogę liczyć w razie potrzeby. To najładniejszy dom w Santa Fe! A Janeth codziennie dopieszcza ogród, grabi piasek, zamiata werandę.
Business woman chyba czuje, że to nie fair, bo niechętnie patrzy na mój aparat foto.
Jestem szczęśliwa, że trafiłam na to fantastyczne małżeństwo, że zaproponowali mi zamieszkanie w swoim domu. Żałuję jedynie, że nie znam na tyle języka, aby swobodnie sobie z nimi rozmawiać. Ale rozmawiamy, rozmawiamy na różne sposoby i piszemy do siebie zabawne liściki. Jest very ok! Mówiłam już, że od chwili zamieszkania w Santa Fe, moje posty będą krótkie? I są.

czwartek, 23 czerwca 2016

W Santa Fe życie toczy się w swoim rytmie

Poranek w Santa Fe. Niebo zasnute po nocnym deszczu, ale dzieci już biegają po plaży.

Zaraz następnego dnia spotkałam Nielsa na drodze, gdy szłam do „Wawelu” zobaczyć, czy Adam działa, czy też ma zamknięty lokal. Bo z Adamem, to nigdy nic nie wiadomo. Lokal działa, jest czysto, na półkach za barem różne rodzaje alkoholi, w kuchni gotują się polskie potrawy, pierogi, kotlety schabowe, ziemniaki itp. Jest miło, podjeżdżają ludzie skuterami i biznes się kręci.
Tato ładuje dzieciaki do łodzi i płyną w morze.
A innego dnia idziesz i nie ma nic. Krata przymknięta na znak, że lokal nie działa, a kto nie wierzy i podjeżdża pod „Wawel” skuterem, czy samochodem, zanim wysiądzie z pojazdu, dowie się, że lokal gości nie przyjmuje i nawet wody mineralnej tu się nie napijesz. Znaczy to, że trzeba poczekać, aż Adam upora się ze swoimi problemami..
Miejscowi przychodzą na plażę o poranku i potem drugi raz, pod wieczór.
No więc idę ja sobie główną ulicą Santa Fe, do „Wawelu” a tu Niels się pojawia na drodze. Siedział w cafe przy stoliku na zewnątrz i gdy mnie zobaczył, podszedł się przywitać i zaprosił do swojego stolika na kawę. Ale ze mną rozmowa to musi być bardzo komiczna, przy mojej znajomości angielskiego. Słowno - manualna.
Śniadanko na tarasie smakuje wybornie.
To Nielsa w ogóle nie zraża i często chce ze mną o wszystkim rozmawiać. Od tamtego dnia spotykamy się często zupełnie przypadkowo, bo Santa Fe małe, kamieniem można przerzucić, lub u Adama. Ostatnio przyszedł do Adama nawet ze swoją żoną Janet, co wiemy, że Janet rzadko mu towarzyszy, szczególnie do knajp.
Poranni obserwatorzy.
Gdy spotykamy się na ulicy, Niels natychmiast zaprasza mnie na kawę, ale ja grzecznie odmawiam, bo głupio mi zbyt często korzystać z zaproszenia, skoro to on zawsze płaci. Trzeba przyznać, że Niels zatrzymuje się zawsze w takiej kawiarni, gdzie dają najlepszą kawę. Koneser.
Spacerek rankiem po plaży jest ok.
Janet sama nie pije niczego, ale siedziała z nami u Adama, gdy popijaliśmy piwko. Bo znajomi na piwo do Adama mogą przyjść nawet wtedy, gdy „Wawel” jest nieczynny, ale muszą przynieść swoje. Dokuczam czasem Adamowi mówiąc, że co to za knajpa ten jego Wawel, że z własnym piwem trzeba przychodzić, o jedzeniu nie wspominając. Obiecał, że weźmie się w garść. Pożyjemy, zobaczymy.
Łodzie, jedna po drugiej wypływa w morze.
Niels upewnił się, że czekam na to mieszkanie u niego i nie wynajęłam w miasteczku niczego na dłużej u kogo innego. Powiedział, że nie 5-tego czerwca, jak się umawialiśmy, ale już 4-tego mam przyjść, bo Anglik wyjeżdża i Janet zdąży wysprzątać pokój i wszystko przygotować, jak trzeba. Tak więc w sobotę, 4-tego czerwca o 10 a.m. przeprowadzam się tam.
Dzisiaj wieczorem w Cou Cou Bar mamy Happy Hour.
Niels zapewnił, że u niego internet działa bardzo dobrze i mam go w cenie pokoju, a jak będę miała jakiś problem z laptopem, to on mi zawsze w tym pomoże. Bardzo mnie taka informacja ucieszyła. Wreszcie człowiek, co zna się na tym, na czym każdy nowoczesny mężczyzna znać się powinien. Ja przecież często mam jakieś problemy z laptopem, tu w Azji,  niestety.
Widok Wawelu od strony palmowego lasku.
Długo był problem z klawiaturą. Oliwia przywiozła mi do Wietnamu nową, polską  klawiaturę i powiedziała, że ta maleńka wtyczka jest najważniejsza, więc żebym jej nie zgubiła, bo bez tego klawiatura nie będzie działała. Tak się tym przejęłam, że schowałam ją oddzielnie, żeby nie wyleciała w podróży i nie zgubiła się.
Po przeciwnej stronie, zobaczymy wolny wychów świń. Wszyscy tu żyją w symbiozie.
Problem w tym, że kompletnie nie pamiętam, gdzie ją schowałam i do dzisiaj znaleźć jej nie mogę. Nadal więc pisałam na tej zewnętrznej azjatyckiej, kupionej kiedyś w Bantayan City, która nie ma polskich znaków zmiękczających ź, ć, ż, ś. Ponieważ od piątku nie mam u Bibi internetu, który mi się wyłączył w chwili pisania postu o Hoi An, wzięłam laptop i poszłam do „Wawelu” do Adama, u którego przynajmniej internet działa bez zarzutu… jeśli tylko jest w terminie opłacony.
Gdy miniemy teren z palmami, znajdziemy się na plaży.
Trzy dni już byłam bez dostępu do internetu, bo akurat weekend jest i nikt w dni wolne od pracy u Bibi tego nie naprawi. Zazwyczaj tak już jest, że wszystko psuje się przed weekendem. Chciałam tylko sprawdzić, czy ten post o Hoi An wraz ze zdjęciami się zapisał, czy przepadł i cała robota poszła na marne oraz chciałam pocztę sprawdzić. Nic się jednak nie dało zrobić.
Nawet ogrodzenie z blachy flistej można rozweselić kolorami.
Laptop uparcie nie chciał przyjąć Adama passwordu. Dostęp był, zasięg był, a po wpisaniu passwordu ukazywał się komunikat, że brak dostępu, no connect. Nic się z tym nie dało zrobić., znowu trzeba czekać, aż się coś odblokuje. Adam pokazał mi, gdzie urzęduje Włoch Max, u którego mogę coś z tą klawiaturą załatwić. Max podobno naprawia takie rzeczy. Zaniosłam więc Maxowi laptop i pokazałam, co w klawiaturze nie działa i jak długo już to trwa..
Tutaj właśnie naprawiają laptopy, wejście przy drzewie.
Pokazałam, że wspomagam się tą azjatycką, ale moje teksty są do niczego dla polskiego czytelnika bez tych znaków. Max popisał trochę w wordzie, zobaczył jakie i ile liter nie wskakuje, wziął jakiś rozpylacz i obficie skropił nim klawiaturę, aż cała w pianie była. Trochę się wystraszyłam, ale po chwili piana się ulotniła. Klawiatura była niemal zamrożona i trzeba było poczekać, aż się ogrzeje. I co? wszystko zadziałało!
Jak myślicie, co ta pani robi w takiej pozie? fotografuje chrabąszcza!
To są jakieś czary–mary! Zapytałam, co to za preparat, ale Max powiedział, że nie kupię go w Bantayan City, ani w Cebu, ani nawet w Manili. To włoski produkt i ze swojego kraju go ściągnął. W Italii on jest i w całej Europie, ale nie na Filipinach. Ok, gdy znowu mi się litery pozacinają, to ja tu do ciebie wrócę, Max, zapowiedziałam, bo aż mi się wierzyć nie chciało, że ona naprawdę zadziała na dłużej.
Ciekawa kabina prysznicowa na świeżym powietrzu. Jest kranik, wszystko działa.
No i dzięki temu, ten post jest już poprawnie gramatycznie po polsku napisany i ostatnie posty o Wietnamie tez w porządku, tylko niech ja się do tego internetu dostanę, to już po polsku posty o Wietnamie dokończę. Co za ulga! 50 pesos ta usługa  kosztowała, czyli 4 złote, przeliczając na polskie złotówki.
Przypływ oddalił łódkę rybaka od brzegu. Trzeba po nią popłynąć.
Wróciłam do Adama pokazać, że już działa moja klawiatura i przy okazji znowu spróbowaliśmy do internetu się dostać. Bez rezultatu. W „Wawelu” była akurat jego filipińska dziewczyna, Jenni i powiedziała, że to niemożliwe, żeby password nie chciał zadziałać. U niej w komórce działa. Usiadła przy moim laptopie i uparcie próbowała się z internetem połączyć. Raz, drugi, piąty, dziesiąty. Ciągle powtarzała tą samą czynność, a on jej uparcie pokazywał komunikat, że nie da się połączyć. 
No, już jest ok. Dobrze była zakotwiczona, więc nie odpłynęła.
Jenni cierpliwie, raz po raz wbijała ciągle ten sam password, aż laptop zaskoczył i uzyskał połączenie z internetem. Popatrzyliśmy na siebie z Adamem zdumieni. Co jest grane? A no, jesteśmy na Filipinach! Tutaj trzeba do wszystkiego cierpliwości i wytrwałości! Natychmiast weszłam na stronę bloga i stwierdziłam, że wszystko się zapisało, tylko jakąś dużą czcionką, ale w tym nikt już nie chciał grzebać, żeby przez nieumiejętność działania nie skasować całego postu. Zostawię go w takim stanie.
Wszystko to oglądam z tego oryginalnego pomostu restauracyjnego w Santa Fe.
W czasie, gdy robiłam porządek w mailach, Adam z dziewczynami ugotowali obiad. Włoski makaron i do niego sos z mięsa i jeszcze innych smacznych dodatków. Było ostro i smacznie, nazwaliśmy to danie „pasta a’la Adam”, bo on dodał tam różności, jakie akurat jeszcze w kuchni zostały i wyszła z tego bardzo smaczna potrawa. Uczciliśmy tym daniem sukces, że wszystko naprawione i działa, jak powinno. Żeby jeszcze ten jego Wawel zadziałał, to byłoby ok!
Również wyczyny paralotniaków.
Jutro rano jedziemy do Bantayan City. Ja do bankomatu, żeby Nielsowi za cały miesiąc z góry zapłacić za mieszkanie i po bagietki, Adam po zakupy, bo wreszcie „Wawel” ma wznowić działalność. Francuz, który piecze bagietki w Santa Fe, wyjechał do rodziny do swojego kraju i wróci na Filipiny dopiero w lipcu. 
Sporo hoteli stoi przy samej plaży, bo plaża w Santa Fe jest bardzo długa.
Janeth , żona Nielsa właśnie u niego pracuje, więc teraz ma bardzo długi urlop, dopóki szef z Francji nie wróci, a bagietki trzeba kupować z Bantayan City, będąc tam przy okazji. Te w Santa Fe są jednak lepsze, smaczniejsze. Wiem, bo je kupowałam, jak byłam w Santa Fe dawniej, przed wyjazdem do Wietnamu.
Lubię takie puste plaże, bez hałasu, krzyków, nawoływań.
I tak to tutaj wszystko działa. Francuz od bagietek, Włoch Max od naprawy laptopów, jeden Polak, Adam od pierogów i schabowego, drugi Polak, Mike od pizzy, Niemiec Werner od kilełbasek i ciężkiego chleba, Duńczyk Niels, tajemniczy intelektualista i ja Polka, Sofia odpoczywająca od życia rezydentka. Obcokrajowcy często przyjeżdżają do Santa Fe, również Polacy. Już z daleka rozpoznajemy  się na ulicy i zawsze się pozdrawiamy, chociaż się nie znamy. Ale miejscowi również pozdrawiają nas za każdym razem, więc to chyba taki tutaj jest zwyczaj wymiany uprzejmości. Miłe.
Słychać tylko szum fal, czasami jakiś ptak krzyknie niespodziewanie nad głową.
Przy okazji Adam zapytał, dlaczego zablokowałam go na facebooku? Bo bardzo brzydko coś napisałeś do mnie, odparłam szczerze, dlatego Cię zablokowałam. Nie lubię, jak ktoś względem mnie zachowuje się nie fair, jeśli ja w stosunku do niego, wręcz odwrotnie. To było, jak byłam w Wietnamie. Adam przepraszał mnie i tłumaczył, że tego nie pamięta, musiał akurat być nawalony, jak to pisał. 
Można spacerować plażą i posiedzieć co rusz w innej kafejce.
Nawalony, czy nie, każdy musi ponieść konsekwencje swojego zachowania, odparłam. Wiem, że na trzeźwo byś głupot nie pisał, ale kara musi być. Wyrzuciłam cię ze swojego facebooka i tyle. Adam bardzo mnie przepraszał i ciągle wracał do tego tematu, ale ucięłam dyskusję. Już się przecież nie gniewam, gdyby było inaczej, to bym po powrocie do Santa Fe nie przyszła do „Wawelu”, a jednak przyszłam. Ok, zapomnijmy o sprawie. Przeprosiny przyjęte.
Filipińczycy lubią różnorodne kolory w wystroju.
Ale odblokujesz mnie? dopytywał. Odblokuję, ale jak jesteś nawalony Adaś, to do internetu lepiej nie wchodź, tylko wejdź do łóżka i się wyśpij, ok? poradziłam mu. I tak się tu żyje na tych Filipinach. Dzisiaj spotkałam nową parę Polaków w Santa Fe. Są w podróży poślubnej, na razie bardzo zadowoleni, że wybrali Filipiny, mimo pogody. A pogoda teraz tu jest taka, że za dnia słońce praży i gorąco jest, a w nocy deszcz wali w blaszane dachy, wszczynając taki hałas, że spać nie można i burza z piorunami przewala się nad miasteczkiem.
W baraczkach z ręcznie robioymi pamiątkami z muszelek.
Widok wspaniały, wprost fascynujący. Gdy patrzę przez okno, to w poświacie błyskawic widzę kolorowe łódki kołyszące się na dużej fali. Jak jakieś widma, zjawy nieziemskie ukazują się w krótkiej chwili błysku i nikną po chwili w ciemnej czeluści nocy. A grzmoty przewalają się nad nami, jakby jakaś ogromna kamienna góra nad miasteczkiem się rozpadała na części i w kawałkach wpadała do wzburzonego morza.
Muszelek tu jest zatrzęsienie. Pani cały czas robi z nich cuda, gdy nie ma klientów.
Rano budzimy się i śladu po tych nocnych szaleństwach nie ma. Nawet kałuży nie ma, wszystko gdzieś natychmiast spływa i wsiąka w ziemię. Słoneczko świeci, ptaszki śpiewają, koguty pieją, fale wolno, miarowo biją o brzeg plaży, a koty przeciągają się leniwie na kamiennych barierkach. Rybacy wypływają w morze już o 6.oo godzinie rano, przyuważyłam, bo zaczynam się tak wcześnie budzić. Przystosowuję się do rytmu życia Filipińczyków.
Na deptaku Santa Fe, na Square, jest taka pijalnia soków. Można w łóżku się ulokować.
O szóstej rano, to już nawet dzieciaki po plaży biegają. Filipińczycy wstają o piątej rano, potem drzemią sobie w dzień, gdzieś w cieniu i ożywiają się znowu po południu. Wieczorem wystawiają przed domy stoliki, pitraszą coś, sprzedają to, co ugotują i sami się raczą jedzeniem. O 22.oo robi się cisza i śpią tu już wszyscy  na dobre. No, może o 23.oo. Wtedy, to nawet już karaoke w różnych częściach miasteczka cichnie.