Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

czwartek, 25 sierpnia 2016

Walka o życie

Czasem trzeba przysiąść, odpocząć, żeby móc wędrować dalej.
Z dwumiesięcznego okresu przebywania w szpitalach nie mam zdjęć z oczywistych powodów. Zamieszczę więc tutaj zdjęcia wspomnieniowe ze swojego podróżowania po azjatyckich krajach i nie tylko. Myślę, że sam opis zdarzeń, bez zdjęć jest smutny, a fotografie z niedawnych, zdrowych jeszcze czasów, nieco rozweselą post. 
Kokosy, symbol dobrobytu i bogactwa, rosną na Filipinach w podwórkach i przy drogach.
W chińskiej klinice Chong Hue Hospital przy Fuente Osmena Street w Cebu, gdzie ulokował mnie mój syn Marcin za pośrednictwem internetu, pierwszy raz od początku choroby dopuściłam do siebie optymistyczną myśl, że może jednak wyjdę z tego i wrócę do życia. Cała armia lekarzy i pielęgniarek wzięła mnie natychmiast w obroty, wożąc wózkem po różnych piętrach do gabinetów, gdzie wykonują specjalistyczne badania, zabiegi i prześwietlenia. Trzeba było zlokalizować tą bakterię lub tego wirusa i unicestwić je, bo to była główna przyczyna gasnącego we mnie życia.
Klinika w Cebu, Filipiny, w którym spedziłyśmy z Oliwia ponad trzy tygodnie.
Nigdy nie przeszłam tylu szczegółowych badań i to w tak szybkim tempie, co w Chong Hue Hospital. Tak naprawdę, to ja w szpitalu byłam tylko dwa razy w życiu, żeby urodzić te swoje cudowne, wyjątkowe dzieci. Potem ze służbą zdrowia miałam raczej sporadyczną styczność i to jedynie kontrolną, dotyczącą dzieci. Tutaj badali i prześwietlali mi dosłownie wszystko. W poszukiwaniu tej złośliwej bakterii opróżnili mój żołądek i jelita do czysta, z precyzją i stoickim spokojem detektywa śledzac na monitorze każdy zakątek wnętrza mojego ciała.
I pomysleć, że jeszcze nie tak dawno, zdrowe i radosne zwiedzałyśmy razem Wietnam.
W Chong Hue Hospital mają taki zwyczaj, że na bieżąco informują, co robią, co widzą i co chcą zastosować, aby sytuację poprawić. Głośno więc, drogą eliminacji wymieniali czego się dopatrzyli na monitorach lub doczytali w wynikach badań otrzymanych z laboratorium. Poinformowali  nas między innymi, że z całą pewnością nie mam raka, malarii, dengi, mam zdrową wątrobę i zdrowe płuca. To już jakaś pociecha. Mam jednak wrzody w jelitach, czy wiedziałam o tym? Nie wiedziałam. No to trzeba je leczyć, zanim zacznę odczuwać, że je mam. Ok, a co z bakterią? Szukamy.
Przystojny Niels, jeszcze sprawny, chętnie towarzyszył Janeth przy ciuchowych zakupach.
Ponieważ Azjaci zawsze, wszędzie i w każdej sytuacji współpracują z rodzinami, wychodząc z założenia, że bliskość rodziny, to połowa sukcesu w leczeniu, Oliwia towarzyszyła przy każdej z tych czynności, obserwowała monitory wraz z lekarzami, trzymała mnie z rękę podczas każdego zabiegu. Jej obecność łagodziła mój stres i ból, bo dzięki jej bliskości czułam się bezpiecznie. Myślę, że ta obecność najbliższych w takich trudnych momentach, rzeczywiście jest w szpitalach wskazana.
Sprzedawca pereł w Santa Fe.
Na Filipinach problem jest taki, że rodziny pacjentów są zazwyczaj bardzo liczne. Przychodzą do szpitala grupowo, razem z małymi dziećmi, co wydaje mi się dla tych dzieci niebezpieczne, bo różni chorzy tu leżą i łatwo te dzieci czymś zarazić. Rodziny przynoszą ze sobą masę jedzenia, również zakupione w pobliskim McDonaldzie pizze, hot-dogi i inne specjały tej sieci i wszyscy pakują się z tym do pokoju chorego.
Dzieci filipińskie zawsze sa radosne. Nie spotkałam płaczącego lub drącego się dziecka.
Przez uchylone drzwi Oliwia podpatrzyła, że siedzą tam na czym się da, a jak się nie da, to na podłodze i wszyscy wspólnie spożywają to żarcie. Uff! Odsapnęłam z ulgą, bo już myślałam, że to chory ma zjeść te wszystkie frytki, hot-dogi itp. Taki tu panuje zwyczaj, że należy spożywać wspólnie. Jedzenie jest dla Filipińczyków najważniejszą czynnością, poza spaniem, więc taka rodzinna uczta w szpitalu ma choremu dawać namiastkę atmosfery domu rodzinnego, co przybliży go do zdrowia.
Moja córka, Oliwia, przy której wszystko się udaje.
Ja od dawna mam takie wewnętrzne przekonanie, że przy Oliwii to wszystko się udaje i prowadzi do szczęśliwego zakończenia. Moje dzieci coś takiego w sobie mają. Gdy Marcin był małym, trzy-czteroletnim dzieckiem, a mnie bolała głowa, kładł swoje małe rączki na moim czole i ból mijał. Gdy za jakiś czas ból głowy znowu mnie dopadał, jego tata wołał Marcysia: idź do matki synu i zabierz jej ból z głowy. Dziecko odrywało się od zabawy, przychodziło, kładło rączki na moim czole i było ok. Dosyć długo ta metoda działała w naszym domu z powodzeniem.
Plaże i woda w morzu są w Santa Fe cudowne.
Azjatycka służba zdrowia ścisłe współpracując z rodzinami pacjentów wychodzi na swoje, ponieważ członkowie rodziny w wielu czynnościach wyręczają pielęgniarki w niezbędnych czynnościach. Oliwia prowadziła mnie z kroplówkami do łazienki, karmiła, gdy byłam cala unieruchomiona, robiła mi zimne okłady, gdy gorączka skakała zbyt wysoko. Opukiwała plecy, abym nie dostała odleżyn, masowała stopy, zamrażała okłady w lodówce, pilnowała, żebym ciągle piła wodę dla zlikwidowania odwodnienia, bo kroplówki nawadniające nie wystarczały.
Jednakże zimowy krajobraz nad wodą w Kaprun w Austrii, ma też swój urok.
Posiłki były przynoszone w estetycznych, twardych plastikowych pudłach w kolorze beżowym. W pudle znajdowały się podłużne, kwadratowe i okrągłe przegródki na różne potrawy. Jedynym stałym elementem wyżywienia, które królowało w każdym posiłku, był ryż. Ryż to podstawa życia i zdrowia Azjatów. Pani doktor często dopytywała Oliwię, czy zjadam posiłki, a jeśli jem słabo, to czy przynajmniej zjadam ryż, bo to konieczne. Jak nie będę jadła ryżu, to nie wyzdrowieję. Wiara w cudowne działanie ryżu jest w krajach azjatyckich powszechna. Ja już na ten ryż nie mogłam nawet patrzyć, ale jadłam., bo byłam zdyscyplinowaną pacjentką.
Filipińczycy w różny sposób wyznają sobie miłość. Oby nie miała ona tyle kolców, co kaktus.
Oliwia sama próbowała każda potrawę, zanim mi ja podała, ponieważ nie wszystko, co w pudle się znajdowało, nadawało się do jedzenia. Klinika była chińska, ale posiłki typowo filipińskie, dostarczane prawdopodobnie przez firmę cateringową z miasta. Jednakże zamówienia szpital składał zgodnie z przepisaną przez lekarza dietą dla konkretnego pacjenta. Na pudle zawsze przylepiona była kartka z nazwiskiem i numerem pokoju pacjenta oraz wykazem, co się w pudle znajduje. Ta moja dieta była dla mnie niejadalna. Trzeba było wymyślić coś innego.
Słodkie banany są na Filipinach na wyciągnięcie reki.
Oliwia prosiła mnie na wszystkie sposoby, abym cokolwiek zjadła, bo inaczej nigdy nie wyjedziemy z tego kraju. Mój żołądek i wielometrowe jelita były zupełnie puste i trzeba je było czymś zapełnić, żeby organizm zaczął normalnie funkcjonować, ale ja nie mogłam się przemóc. To wszystko przez te kroplówki. Nawet woda mineralna, którą musiałam pić hektolitrami, aby nawodnić suchy, jak Sahara organizm, miała wstrętny smak. Zmuszanie się do jedzenia było dla mnie istną torturą. Oliwia próbowała kupić coś normalnego do jedzenia w pobliskim markecie, ale niczego z tego co jedzą Europejczycy, tam nie było.
Przypłyneli i poszli w busz podziwiać przyrodę.
Oliwia zawsze rano schodziła na dół, za bramę szpitala, bo tam była kawiarnia „White Café”, gdzie mogła zjeść śniadanie i napić się dobrej kawy, a także skorzystać z bezpłatnego Internetu. Dostała tam kartę stałego klienta i mogła korzystać z Internetu o każdej porze dnia. Była w stałym kontakcie z Marcinem i wspólnie obmyślali dalszą strategię działania. Schodziła do White Cafe o różnych porach dnia, chociaż powinna iść rano, bo z nawyku od kawy zaczyna każdy dzień. Tam się jednak tak nie dało, bo w tym moim pokoju panował bezustanny ruch i każdy coś od Oliwii ciągle potrzebował.
My też tam byłyśmy.
Oliwia prowadziła notatnik, co i o której godzinie jadłam i ile razy byłam w łazience i z jakim rezultatem. Gdy przychodzili lekarze lub dyżurne pielęgniarki, pytali, a Oliwia czytała im to sprawozdanie. Potem nawet notowała po angielsku i dawała im do przeczytania.Wielokrotne badania ciśnienia, pulsu i gorączki były z kolei wykonywane przez pielęgniarki, a wyniki odnotowywano na karcie wiszącej na łóżku. Oliwia notatki prowadziła rzetelnie, wiec z góry wiedziałam, że lekarze nie będą zadowoleni.
Na wyspie Bohol, Filipiny.
Na przykład, dzienna konsumpcja mojego pożywienia zawierała takie ilości: trzy pokruszone krakersy zmieszane z sześcioma łyżeczkami kisielu (Kisiele pochodziły z Polski, bo tam nie znają czegoś takiego), pół banana, sześć łyżeczek wegetables (posiłku dla niemowląt firmy Gerber), banan z trzema łyżeczkami gerbera truskawkowego, cztery łyżki herbaty bez cukru, pół butelki wody mineralnej, niegazowanej. To zdecydowanie za mało, jak na cały dzień. Nawet ja to wiem.
Zachody słońca sa fascynujace.
Gdy okazało się, że nie mogę jeść serwowanego w szpitalu jedzenia, Oliwia zakupiła w pobliskim markecie to, co ze znanych nam (czyt. jadalnych) rzeczy było dostępne, a było tego niewiele. Stąd te gerbery. W kisielu z kolei, Oliwia przemycała ryż, który inaczej trudno mi było przełknąć. Potem kupowała mango, które bardzo lubię. Rozdrabniała go widelcem w miseczce i też mieszała z ryżem, bo lekarze cały czas powtarzali, że muszę jeść ten cholerny, twardy, niedogotowany ryż.
Maleńka wysepka Panglao doczepiona do Bohol i resort Piotra Chylińskiego, to jest to!
Banany jadłam chętnie, bo filipińskie banany są naprawdę bardzo dobre. W pudle do każdego posiłku dokładali mi banana ze względu na dużą w nim zawartość potasu, a potas mi ciągle uciekał. Faszerowali mnie kilka razy dziennie wieloma tabletkami, z których, takie z potasem, były najgorszymi tabletkami do przełknięcia, ale podobno był u mnie duży problem z tym potasem. Wolałam już jeść te banany.
Popisy miejscowych małolatów sa imponujące.
Oliwia dokupiła więcej bananów ze względu na ten potas i wymyśliła gerbery, bo skoro niemowlaki mogą to jeść, to i mi nie zaszkodzą, a chodziło o to, żebym w żołądku coś miała. Sama zjadała pogardzane przeze mnie potrawy z pudła, oczywiście te, które się dały zjeść, bo nawet dla zdrowego człowieka niektóre były niejadalne. Dzięki temu nie wychodziła już z budynku na obiady, bo jej nawet chwilowa nieobecność w pokoju, skutkowała natychmiastowym zamieszaniem.
A ja sobie leżę na dowolnie wybranym boku :) Panglao-Bohol, Filipiny. To były czasy!
Najczęściej zaraz po jej wyjściu potrzebowałam natychmiast przemieścić się z kroplówkami do łazienki, albo niespodziewanie pojawiał się obchód lekarzy, którzy pytali, gdzie jest Oliwia, po czym oświadczali, że w takim razie jeszcze tu wrócą na koniec obchodu. Oliwia była po prostu wszystkim niezbędna. Ruch pracowników szpitala był tak częsty, że zawsze ją na podjadaniu z pudla ktoś nakrył. Boże, mówiła Oliwia, oni gotowi są pomyśleć, że ja tu objadam biedna pacjentkę i przez to ona nie wraca do zdrowia. Pewno tak myśleli, bo gdy znowu pielęgniarz nakrył Oliwię pochyloną nad pudłem, zapytał: a mama już jadła? Oliwii kęs stanął w gardle i niemal się zakrztusiła z wrażenia. Miałyśmy niezła zabawę.
Filipińska wysepka, jedna z wielu, na której nie ma tłoku.
Dzień zaczynał się od wizyty pielęgniarki, która badała mi gorączkę, ciśnienie i puls. Badanie pulsu polegało na włożeniu na mój palec naparstka, na którym wyświetlał się wynik. Po chwili otwierały się drzwi i wchodziła inna pielęgniarka, sprawdzała kroplówki, puste wymieniała na pełne, przepłukiwała specjalnym płynem kanaliki łączące kroplówkę z igła wbita w moja rękę. Nim zdążyłam dobrze opaść na poduszki, znowu otwierały się drzwi i wchodziła następna pielęgniarka, przedstawiała się: nazywam się Abigail, od teraz do godziny 11 am będę twoją osobistą pielęgniarką. Jeśli będziesz mnie potrzebowała, naciśnij ten guzik. Zza mojego zagłówka wyciągała kabel zakończony małym urządzeniem z guzikiem i kładła go obok mnie na poduszce.
Rybacy wyruszający w morze na połów.
Teraz wchodziła pani z wiadrami i mopami i sprzątała pokój oraz dokładnie myła i dezynfekowała łazienkę. Miała bardzo ciekawy lizol w rozpylaczu, który nie pachniał zwykłym szpitalnym lizolem, lecz kwiatowym zapachem. W tym szpitalu nie było wcale specyficznego szpitalnego zapachu, tylko czyste, pachnące powietrze, jak w hotelach. Filigranowe pielęgniarki nosiły kuse mundurki w różnych kolorach. Kolory informowały o zadaniach, do jakich pielęgniarka została przydzielona, a przypięty do mundurka identyfikator zdradzał jej imię, nazwisko i rangę. Na głowie nosiły miniaturowe białe toczki, a nie takie czepki, jakie znamy u nas.
Połów był udany.
Roznosiciel plastikowych żywnościowych pudeł, które kształtem i pokrywą przypominały małą walizeczkę, wsuwał się delikatnie na pół kroku do pokoju i kładł śniadanie na brzegu zapasowego łóżka, tuż przy drzwiach, po czym cicho znikał. Nim zdążyłyśmy wybadać zawartość pojemnika i ocenić, co się będzie nadawało do zjedzenia, drzwi uchylały się i tajemnicza ręka w miejsce zabranego pudła, kładła świeżą codzienna gazetę w języku angielskim.
Gdzieś w Tajlandii.
Następnie wchodziła pani zmieniająca pościel. Byłam unieruchomiona przez  kroplówki, wiec zazwyczaj mówiłyśmy, że może później, gdy pójdę do łazienki, to będzie właściwy moment, aby prześcielić łóżko. Pani odpowiadała, ok, prosiła, aby ją wtedy zawołać i toczyła swój ogromny wózek ze stertą pachnącej pościeli do następnych pokoi. Potem wracała i ubierała moje łóżko w kolorową pościel z wzorkiem w zielona łączkę, małe egzotyczne kwiatki, bądź błękitne obłoczki.
Ta wredna małpa zabrała mi wodę mineralną. Borneo.
Gdy z przyjemnością mościłam się na wygodnym łóżku, pachnącym kwiatami i łąką, drzwi się nagle otwierały i wchodziła pielęgniarka wypytująca Oliwię, ile razy korzystałam z łazienki, również nocą oraz co i ile jadłam poprzedniego dnia. Oliwia przekazywała jej info ze swojego notesiku. Nastepnie znowu wchodziła pielęgniarka i słodkim głosikiem zawiadamia: Mam na imię Princessa, od tej chwili do 9 pm bede twoją osobistą pielęgniarką....itd. Często wyganiałam Oliwię, aby zeszła wreszcie do „White Cafe” na śniadanie i kawę, bo nie doczeka przerwy w tym pielgrzymowaniu do naszego pokoju. A gdy w końcu poszła, do pokoju wtaczala się cała delegacja lekarskiego obchodu. Where is Olivia? O rany! Moja mina wyrażała wszystko i z rezygnacją opadałam na poduszki. Ok, ok, we get back.
Lasy namorzynowe
Ok, ok, wrócimy tu ponownie, jak będzie Oliwia. Lekarze i pielęgniarki już Oliwię znali, jak również obsługa i pracownicy White Cafe. Wszyscy witali ją po imieniu i zagadywali przyjaźnie. W szpitalu widzieli i cenili jej skrupulatność w przekazywaniu informacji i poświecenie, z jakim się mną opiekowała. Ale tylko  ja widziałam jej potworne zmęczenie z powodu zmęczenia i braku snu, ponieważ te wizyty w naszym pokoju trwały bez przerwy cala dobę, bez końca. Istny magiel.
Drzewo chlebowe. Bochenki, jak się patrzy.
Za każdym razem Oliwia zrywała się z kanapy, nawet wtedy, gdy to tylko ja wierciłam się na łóżku. Natychmiast podchodziła pytając, czy potrzebuję jej pomocy, a ja tylko chciałam trochę zmienić pozycję ciała, bo już nie wytrzymywałam tak nieruchomo leżeć pod tymi kroplówkami. Wracała na kanapę i natychmiast zasypiała, wykorzystując każdą chwilę, co oczywiście nie trwało długo, bo znowu otwierały się drzwi, gwałtownie zapalało się światło i następne pielęgniarki i pielęgniarze czynili swoja powinność. Nawet późnym wieczorem zmieniali mi kroplówki.
Z Wietnamu wysyłamy pocztówki przyjaciołom.
Były momenty, że Oliwia zataczała się półprzytomnie po wstaniu z kanapy i nie mogąc otworzyć oczu, mówiła, one moment, z powrotem padała na kanapę i dopiero po chwili podnosiła się ponownie, gotowa do pełnienia usług, czy to przy mnie, czy do rozmowy z lekarzami i pielęgniarkami. W takich momentach nie mogłam powstrzymać łez bezsilności, oskarzając się za to, do jakiego oto stanu doprowadziłam własne dziecko swoją chorobą. Ale Ona nawet w takich chwilach nie skarżyła się, nie narzekała, zawsze gotowa czynić to, czego od niej oczekiwano i zawsze z ciepłym, pocieszającym dla mnie słowem. Była po postu niesamowita. Takiej jej nie znałam.
Takie rzeźby? to z pewnoscia Singapur!
Administracja szpitala przeszła samą siebie, gdy dobrze po północy obudzono Oliwię, aby zeszła na dół do działu finansowego i wpłaciła następną transzę należności. Teraz? W nocy? Zaspane, więc nieco wolniej myślące, nie mogłyśmy pojąć o co chodzi. Nie można tego załatwić rano? Otóż nie. Chong Hue Hospital pracuje w systemie elektronicznym, a załoga w systemie zmianowym, przez całą dobę. Jeżeli elektronika pokazuje, że ostatnio wpłacona transza się kończy na przykład o godz. 2.20 w nocy, to należy dokładnie o tej godzinie przyjść i wpłacić następną transzę, aby po 2.20 leczenie było nadal kontynuowane.
Te trzy połączone wieżowce, to symbol Singapuru. Ciepłe, czyste, przyjazne ludziom miasto.
Generalnie, to nie jest zły system, bo nie płaci się od razu jakiś wielkich pieniędzy, nie wiedząc jeszcze, w jaki sposób leczenie pacjenta będzie prowadzone, jakie zabiegi będą wykonywane, ani jakie leki podawane. Płacąc zaś na końcu, przy wypisie ze szpitala, można by się za głowę chwycić, widząc kwotę na rachunku. A tak, to leczenie jest przez szpital dawkowane, kredytowane transzami. Do komputera wklepywany jest codziennie każdy zabieg, każdy podany lek, każda płatna usługa. Gdy komputer pokaże, że w tej chwili kredytowana kwota się kończy, trzeba zejść do działu finansowego i następną transzę wpłacić. Dla komputera godziny nocne nie istnieją. Po wpłaceniu należności otrzymuje się wydruk z dokładnie wypisanymi pozycjami, co w ramach tej transzy wykonano, zaaplikowano i jaki był tego koszt Perfekcja.
Droga wodna obfituje w piękne widoki przyrodnicze.
Taki system zabezpiecza też interesy prywatnego szpitala. Gdyby okazało się, że pacjent lub jego rodzina, nie są w stanie zapłacić następnej transzy, przerywa się dalsze leczenie i szpital nic nie traci. Tutaj też wskazano mi możliwość rezygnacji na własną prośbę z kontynuacji leczenia. Miało to miejsce w chwili, gdy w żaden sposób pielęgniarki nie mogły już znaleźć na moich rękach żył, w które mogłyby wbić następne kroplówki. Nie wyraziłyśmy zgody na przerwanie leczenia. Poniosłam już zbyt wiele kosztów i cierpienia, żeby teraz z takiego powodu rezygnować. Uznałam, że instalacja kroplówek jest problemem szpitala, a nie moim. Ja stosuję się do zaleceń, terminowo płacimy kolejne transze należności, więc mamy prawo oczekiwać, że mój stan zostanie doprowadzony do takiego stanu, abym mogła wrócić do kraju.
Można zatrzymać się i zabiwakować.
Oliwia zawsze była przy mnie trzymając mnie za rękę, gdy przychodzili instalować  nowe kroplówki. Odłączali stare, wyjmowali igły i odlepiali plastry z ręki. Te plastry, to była moja udręka. Nie żałowali ich, oblepiając nimi szeroko cale nadgarstki, bo tych kroplówek zawsze miałam kilka naraz, wiec igły i złącza musiały być należycie unieruchomione. Ale cóż to były za plastry, Boże ty mój! Jakaś extra duct tape, będące w stanie skutecznie zalepić dziurę w samolocie lub okręcie. Potem trzeba je było jakoś odlepić z mojej ręki, niestety i wtedy zaczynał się dla mnie horror.
Spacer ponad drzewami
Niektóre pielęgniarki robiły to bardzo delikatnie. Przynosiły ze sobą specjalny olejek, waciki i pocierając rękę tuż przy plastrze, milimetr po milimetrze ściągały te plastry. Ale pewnego wieczoru wraz z pielęgniarką przyszedł pielęgniarz o imieniu Iwan. Imię rzadkie w tej części Azji, aczkolwiek trafnie dobrane do tej osoby. Iwan był toporny, przystąpił do dzieła zdecydowanie, chcąc szybko się z tymi plastrami uporać. It hurts my mame, pain, Iwan, slow, prosiła go Oliwia, ale on po prostu nie umiał tego inaczej zrobić. W końcu jego koleżanka wzięła sprawę w swoje ręce i wszystko zaczęło iść sprawnie, minimalizując ból.
No, trochę zaszalałyśmy!
W swojej bezsilności wycedziłam w stronę Iwana jedno tylko słowo, sadysta. Dziewczyna zaśmiała się i dopiero wtedy Iwan poczuł się nieco urażony. Myślałam, że jak powiem po polsku, to nikt nie zrozumie, nie pomyślałam, że wiele wyrazów w różnych językach mówi się tak samo lub bardzo podobnie. Iwan chyba poczuł się ośmieszony w oczach swojej koleżanki po fachu. Jeszcze raz zobaczyłam Iwana z grupą na rannym obchodzie, ale kręcił się gdzieś na tyłach, wyglądając niepewnie zza futryny drzwi i potem już go nie spotkałam. Do zdejmowania plastrów przychodziły teraz bardzo mile i sprawne pielęgniarki.
Dobrze wieje! Santa Fe, Filipiny.
Mój stan zdrowia wreszcie się stabilizował. Biegunki ustąpiły, ciśnienie było w normie, gorączka ustępowała, udało się lekarzom ujarzmić tą wredną, tajemniczą bakterię i w organizmie zaczęło wszystko wracać do prawidłowego działania. Prowadząca mnie pani doktor powiedziała, że 21 lipca będę mogła opuścić szpital i wrócić do domu. Dobrze, że to na obchodzie powiedziała, bo odpowiednio wcześnie można było zareagować. Bilety lotnicze miałyśmy bowiem na 19 lipca i tego dnia musimy opuścić szpital.
Klimatycznie, nastrojowo.
Pani doktor zanotowała tą okoliczność i obiecała przyspieszyć zakończenie leczenia. Oliwia poprosiła o przygotowanie dokumentacji leczenia i ostateczne rozliczenie na 19 lipca. Samolot miałyśmy dopiero pod wieczór, a ze szpitala na lotnisko w Cebu było blisko, więc utkwienie w korku nam raczej nie groziło. Gdy nadszedł ten dzień, bez pośpiechu spakowałyśmy bagaże, Oliwia poszła do recepcji wydrukować z pendrive nasze bilety, bo na lotnisku wymagane są  papierowe. Po obiedzie zamówiłyśmy taxi.
W Cebu bywają takie korki, że pieszo szybciej by się doszło.
Po radosnym nastroju z pokonania choroby, natychmiast zaczęłam się zamartwiać, tym razem o naszą podróż. Bo ja ciągle czymś zamartwiać się muszę. Otóż samoloty nie zabierają na pokład chorych ludzi. Na wszelki wypadek poprosiłyśmy Chong Hue Hospital o zaświadczenie, że mogę odbyć podróż samolotem, ale miałyśmy świadomość, że linie lotnicze nie muszą takiego zaświadczenia respektować i najlepiej będzie udawać zdrową. W ostateczności posłużymy się tym zaświadczeniem, w myśl zasady, że tonący brzytwy się chwyta.
Wydaje się, że Filipiny to raj, lecz czasami potrafią okrutnie doświadczyć człowieka.
Z tym udawaniem zdrowej osoby był pewien kłopot, ponieważ po miesięcznym leżeniu na łóżku, nogi straciły swoją prężność i chodziłam zataczając się, jak pijak, a pijanych też na pokład nie biorą. Trzeba też było jakoś ukryć sine od kroplówek dłonie. Ostatnią kroplówkę pielęgniarka odłączyła mi, gdy już siedziałyśmy na bagażach, gotowe do wyjścia ze szpitala. Plasterki po wyjęciu igieł z rąk również powinny być ukryte przed pracownikami lotniska, bo gdy to wszystko zobaczą, cofną nas już przy pierwszej bramce i nie polecimy.
Moja córka, Oliwia, która przeleciała pół Świata, żeby ratować mi życie.
Jednym słowem, musiałyśmy być przygotowane na pokonywanie dalszych trudności, żeby wydostać się z Filipin, ale o tym już w następnym poście.
                                

piątek, 19 sierpnia 2016

Co wydarzyło się w Santa Fe


"Czas się zatrzymać na chwilę i stworzyć sobie dom”. Taki tytuł miał mój ostatni post pisany 25 czerwca 2016r w Santa Fe. Cieszyłam się, że wreszcie znalazłam swoje miejsce na Ziemi. Ładne mieszkanie, mili gospodarze, urocze miasteczko, przyjemni znajomi, sporo Polaków na wieczorne pogaduchy przy piwku, czyste i ciche plaże wokół nad pięknym turkusowym morzem.
Każde miejsce jest dobre do wypoczynku, jeśli daje upragniony cień.
Być może za bardzo się cieszyłam? Sobota 25 czerwca była nie tylko dla mnie ostatnim radosnym dniem w uroczym miasteczku Santa Fe, na filipińskiej wyspie Bantayan. Dzień wcześniej Adam rozbił się na motorze Wernera (to ten Niemiec, o którym pisałam, co to  jeździł czasami po głównej, najdłuższej ulicy Santa Fe i na całe gardło wykrzykiwał po niemiecku swoją złość, odreagowując własne frustracje).
Adam w swoim lokalu "Wawel" w Santa Fe
Adamowi nic się nie stało. Drobny, o wadze piórkowej, przeleciał nad motorem, a padając na piaszczystą drogę, pozdzierał sobie jedynie skórę na nogach i rękach. Cały się zdezynfekował, spryskał odpowiednim preparatem, zastępującym bandażowanie i o własnych siłach chodził po wiosce, taki cały w kropki i cętki zabezpieczonych ran.
Na jednej z plaż w Santa Fe
Tego zaś dnia, motor od Wernera pożyczył Niels. Często wściekający się Werner, wykrzykujący po wsi jakieś dziwne teksty w języku niemieckim, niezrozumiałe przez tutejszych ludzi i przez nas również, solidaryzował się jednak z Euopejczykami i pożyczał im często swój motor, gdy musieli gdzieś dalej pojechać. Niels miał akura potrzebę odwiedzić Bantayan City oddalony o kilkanaście kilometrów od Santa Fe, prawdopodobnie celem skorzystania z bankomatu.
Od rana do popołudnia są tu pustki. Tylko ja i pies.
Podjechał pod knajpę „Wawel” i namówił Adama, aby się z nim zabrał do Bantayan. Nie ujechali daleko, gdy na prostym, mało ruchliwym skrzyżowaniu, z bocznej drogi wyjechał nagle wprost na nich motorowy trójkołowy tricycle, uderzając z rozpędu w sam środek ich motoru. Pewnie myślał, że zdąży przed motorem przejechać.
Od czasu, do czasu dobije do brzegu jakaś rybacka łódka
Adam wagi piórkowej, znowu został podmuchem zniesiony na skraj drogi i poza odnowieniem się ran z poprzedniego dnia, doszło trochę nowych zadrapań i otarć, ale nic mu się nie zwichnęło ani nie złamało. Natomiast dla Nielsa, ten wypadek zadecyduje o jego dalszym życiu i sprawności. Złamana noga i pęknięte biodro to duży problem dla filipińskiej służby zdrowia, a cierpienia nie uśmierzają tu morfiną.
Ćwiczenia aerobikowe w parku w rytm muzyki. Bantayan City.
Gdy przyjechała karetka pogotowia, z trudem zapakowaliśmy do niej Nielsa, ze względu na jego bardzo wysoki wzrost i wygiętą w bok złamaną nogę, która nijak w takiej pozycji do karetki zmieścić się nie chciała. W końcu jakoś go dociągnęli do przodu i drzwi się zamknęły. Janeth pojechała z mężem.
Woda zanieczyszczonej potwornie rzeki, wpływa w Bantayan City wprost do morza.
Werner wydarł się na Adama, że to on prowadził motor, ale świadkowie potwierdzili, że motor prowadził Niels. Biedny Adam, nie dość że raz po raz ulega wypadkom, musiał się jeszcze tłumaczyć z niesłusznych posądzeń. Werner długo z troską oglądał swój motor i ze zdumieniem stwierdził, że zupełnie nic mu się nie stało, nawet zadrapania nie było. Najbardziej ucierpiał Niels. Jakie było moje zdumienie, gdy po jakimś czasie karetka ponownie zatrzymała się przed domem i wyjęto z niej Nielsa, umieszczając na wózku inwalidzkim. Janeth powiedziała, że w szpitalu próbowali złożyć to biodro, ale się nie udało i odesłali Nielsa do domu. I co dalej robić?
Gotowanie obiadu na ulicy przed domem.
Niels utkwił w domu w tym inwalidzkim wózku w dziwnym przykurczu, biorąc pod uwagę rozmiar wózka inwalidzkiego, obliczanego na wzrost Filipińczyka, a wzrost wyjątkowo długiego Duńczyka ze sterczącą w bok złamaną, wyjątkowo długą nogą. Nie dowiedziałam się, co Janeth i jej rodzina mają zamiar uczynić w tej sytuacji. Czy ewentualnie można jakoś przetransportować Nielsa do jego ojczystego kraju w Europie, gdzie duńska służba zdrowia z pewnością by mu pomogła. Nie zdążyłam zapytać, ponieważ sama poczułam się bardzo źle i nie wiedziałam co się dzieje.
Dzieciaki ćwiczą przed wieczornym karaoke. To bardzo popularna rozrywka Filipińczyków.
Następnego dnia, galopująca biegunka i ciągle rosnąca gorączka rozłożyły mnie na dobre i biedna Janeth biegała teraz z jednej części domu, na drugą, próbując pomóc, na ile mogła mężowi i swojej lokatorce. Ostatnim wysiłkiem, nie mogąc już otworzyć w laptopie poczty, wbiłam się na skype i klikając na moją córkę, Oliwię, napisałam jedno tylko słowo „umieram” . Janeth, zadzwoniła po karetkę pogotowia.
Dziewczyna sprzedająca hot-dogi z braku klientów, oddaje się swojej pasji, karaoke.
Elegancka, pachnąca nowością karetka pogotowia, prowadzona z fantazją po drodze będącej w remoncie przez syna burmistrza miasta, wiozła mnie do szpitala w Bantayan City. Do karetki wsiadła wraz ze mną Dżi Dżi, prawdopodobnie jedna z sióstr Janeth, ale ja już mało wówczas kojarzyłam. Dżi Dżi całą drogę rzygała w reklamówkę, tłumacząc, że ona tak zawsze w różnych pojazdach, więc żebym się nie przejmowała.
Motorowy tricycle zamienia się czasami w pojazd towarowy.
Chwilami otrząsałam się otwierając oczy, bo syn burmistrza jechał, jak kierowca ciężarówki przewożącej worki z ziemniakami lub kokosami. Dżi Dżi w chwilach gdy nie rzygała, trzymałą mnie za rękę i pocieszała oraz pilnowała mojego plecaczka, nie będąc pewna, czy cały czas jestem przytomna. Bezinteresowna pomoc Dżi Dżi bardzo mnie wzruszyła. Filipińczycy wychodzą bowiem z założenia, że żaden człowiek w tak cężkiej sytuacji nie powinien być sam. Z Nielsem jechała Janeth, a ze mną Dżi Dżi.
Stoiska z jedzeniem i napojami przed szkołą w Santa Fe.
W szpitalu w Bantayan położono mnie na łóżku w jednym z boksów, odgrodonych od siebie cienkimi, odrapanymi i przykrótkimi ściankami z dykty, zza których co chwilę rozlegały się rozpaczliwe krzyki pacjentów, nie mogących znieść potwornego bólu. Chyba nie stosowali tu znieczulenia. Kobiece i męskie krzyki się krzyżowały i nie sposób było się od nich uwolnić. Zatkałam sobie uszy i patrzyłam w podłogę, która okazała się być zwykłym klepiskiem z ubitej ziemi. Było mi już wszystko jedno.
Na kurczaka w sosie limonkowym często wpadałam do lokalu, gdzie pracowała Jessi.
Za przepierzeniem z wątpliwej czystości zasłonką z cienkiego materiału, stał zwykły drewniany stół, przy którym urzędował lekarz.Nie bardzo pamiętam, na czym polegało leczenie w tym szpitalu, ale mój stan się nie zmieniał, mimo mojej ufności, że skoro już znalazłam się w szpitalu, to wszystko będzie dobrze. Nie było. Cały czas miałam zamknięte oczy i zatkane uszy na zasadzie, nic nie widzę, nic nie słyszę, tylko czekam na pomoc lekarzy, aby odmienili mój los.
Czasami w "Wawelu" można było coś zjeść, a czasami, nie. Specyfika biznesu Adama.
Wiara w moc lekarzy zawiodła mnie całkowicie, bo lekarze w Bantayan nie wszystkim wyzwaniom potrafili sprostać. Mój przypadek był dla nich zbyt trudny, więc postanowili odesłać mnie do domu. Lekarz przyniósł formularz do podpisu, w którym po angielsku było napisane, że opuszczam szpital na własną prośbę. To jest nieprawda, powiedziałam, przyjechałam tu do szpitala po pomoc medyczną i nadal jej oczekuję. Nie chcę stąd wyjść na własną prośbę bez żadnej poprawy mojego stanu zdrowia, bo w domu bez fachowej pomocy, umrę. Nie podpiszę tego.
Boczna uliczka w Santa Fe.
Pan doktor odpowiedział, że on w takim razie odstępuje od dalszego leczenia, nie będą mi też podawane żadne leki i jak chcę sobie tu leżeć, to proszę bardzo, dla nich nie jestem już pacjentką. Ugięłam się i pokornie, z rezygnacją podpisałam formularz. Karetką pogotowia odwieziono mnie do domu. Podstawowa służba zdrowia na Filipinach jest bezpłatna, zarówno dla miejscowych, jak i dla obcokrajowców. Płaci się jedynie za lekarstwa. Ale to jest naprawdę podstawowa opieka, np opatrzenie ran, zmierzenie gorączki, ciśnienia, opukanie, obejrzenie, wypisanie recepty, skierowanie na dalsze leczenie do innego szpitala.
W Santa Fe można znaleźć ciekawe plaże i zatoczki
W tym samym czasie moje dzieci w Warszawie błyskawicznie zareagowały na mój ostatni wpis na skypie do Oliwii. Z info na moim facebooku nawiązały kontakt z Janeth. Wymienili się numerami telefonów. Marcin, mówiący płynnie po angielsku, dokładnie wypytał Janeth o wszystko, co się wydarzyło. Moja synowa, Monika skontaktowała się ze swoim ojcem lekarzem, mieszkającym w innym mieście, podając objawy i pytając o radę. Gdy wróciłam z Bantayan do domu, Janeth przyszła do mnie z komórką, gdzie miała na linii Marcina i on zapytał mnie, czy chcę, żeby Oliwia do mnie przyleciała. Chciałam. Wstąpiła we mnie nadzieja.
Błękit nieba i biel piasku na plaży w Santa Fe.Biel zaciera granice zdjęcia.
Moja rodzina wiedziała, że nie rozpadam się nigdy nad swoim zdrowiem, jestem odporna, energiczna i samodzielna, więc jeżeli coś takiego do Oliwii napisałam, musi to być poważna sprawa, dlatego zadziałali błyskawicznie, co jak się potem okazało, uratowało mi życie. Tymczasem stan Nielsa się nie zmieniał. Nadal leżał w wózku inwalidzkim w pokoju. Smutna Janeth opiekowała się nim, nie wiedząc co jeszcze można dla niego zrobić w tych filipińskich warunkach. Niels tkwił w półświadomości, chyba z powodu zażywanych leków. Trudno było z nim nawiązać kontakt. Janeth znowu udzielała się na dwa mieszkania, pośrednicząc między mną, a moimi dziećmi, bo nie byłam w stanie korzystać z laptopa, a telefonu komórkowego nie posiadam.
W Santa Fe jest pięknie i spokojnie, życie toczy się tutaj leniwie.
Nie wiem, jak udało się mojej synowej, Monice, kupić bilet dla Oliwii do Cebu (z lotniska w Cebu jest najbliżej na wyspę Bantayan) i powrotny do Warszawy oraz dla mnie z Cebu do Warszawy i zgrać to wszystko tak, abyśmy leciały w jednym samolocie. Tym bardziej, że działo się to w czasie, gdy wiele ludzi z całego świata kierowało się do Warszawy na Międzynarodowe Dni Młodzieży i na spotkanie z papieżem Franciszkiem. Samoloty miały pełne obłożenie. Nasza Monika w temacie internetowego kupowania biletów lotniczych jest the best!
Ale żeby tu żyć, trzeba zdrowym być.
Teraz została nam tylko nadzieja, że lekarze zdążą postawić mnie na nogi do 19 lipca, bo na ten dzień miałyśmy bilety powrotne do kraju. Myślę, że Oliwia nie spodziewała się, że mój stan jest taki ciężki. Julio, mój zaprzyjaźniony tricyklowiec przyjechał do domu Nielsa i pytał, kiedy Oliwia przyjeżdża, to on po nią wyjedzie i przywiezie ją do mnie. Nie wiedziałam, którym promem Ona przypłynie, więc Julio wyjeżdżał na każdy. Wśród filipińskich pasażerów Oliwia się wyróżniała i Julio bez wahania wprost do niej się skierował oświadczając, że zawiezie ją do mamy, do domu Nielsa.
Śmietnik na ulicy w Filipinach, na dodatek segregowany, to rzadkość.
Na miejscu, już nie pamiętam po jakim czasie, następnego, czy trzeciego dnia, Oliwia zobaczyła, że nie jest dobrze i z miejsca przystąpiła do działania. Stan mój był tak zły, że mogę mylić daty lub kolejność zdarzeń, ale Oliwia mnie wówczas poprawi i zrobię korektę. Świadomość moja była bowiem w tamtych dniach bardzo nadwątlona. Gdy Oliwia stwierdziła, że stan mój się pogarsza, pojechała tricyklem do Bantayan City szukać lekarza. Trafiła do lekarza o egzotycznie brzmiącym nazwisku Primo Tecarra i on przyjechał z kroplówkami do mnie, do domu. Za wizytę wziął 1200 pesos (niecałe 100 zł), bo to była wizyta prywatna.
Centralne miejsca w małych miasteczkach są do siebie podobne. Markety i tricycle.
Następnego dnia było jeszcze gorzej, więc Janeth ponownie zadzwoniła po doktora Primo Tecarra. Stało się jasne, że sytuacja wymaga szybkiego i intensywnego działania lekarzy mających większą specjalistyczną wiedzę, możliwości i sprzęt, bo inaczej na zawsze zostanę na tej filipińskiej ziemi, bez konieczności przedłużania wizy. Za drugą wizytę dr Tecarra nie wziął zapłaty uznając, że skoro poprzedniego dnia mi nie pomógł, nie może brać zapłaty po raz drugi. Bardzo to pocieszające, że są jeszcze lekarze kierujący się etyką zawodową i uczciwością
Tricycle wożą też takich pasażerów.
Tymczasem w Warszawie Marcin z Moniką intensywnie pracowali nad tym, aby znaleźć dla mnie właściwy szpital w Cebu i jednocześnie byli w ciągłym kontakcie komórkowo - mailowym z Oliwią, monitorując na bieżąco sytuację. Marcin zarezerwował dla mnie miejsce w prywatnej chińskiej klinice Chong Hua Hospital. Powstał problem, bo do szpitala w Cebu potrzebne jest skierowanie ze szpitala, w którym się przebywało obecnie. Nie można kierować pacjenta z domu, tylko ze szpitala do szpitala. Faktem jest, że przebywałam w szpitalu w Bantayan, ale teraz jestem w domu i przewożenie mnie na powrót do szpitala Bantayan (tego, z którego mnie wyrzucono) tylko po to, aby móc wypisać skierowanie, to zbyt skomplikowane, a czas nagli, aby wreszcie ktoś kompetentny się mną zajął.

Prom dopłynął do przystani w Cebu.
Pomógł doktor Primo Tecarro. Oprócz prowadzenia prywatnej praktyki, był również zatrudniony na etacie w szpitalu Bantayan i takie skierowanie mógł wypisać. No, ale byliśmy w domu Nielsa, w Santa Fe, a nie w szpitalu. Dr.Tecarro zdecydował się jednak ominąc ten przepis i wypisał nam to skierowanie w domu, żebym już jak najszybciej dotarła do Cebu. Równy gość z tego Tecarro, dlatego Oliwia w podziękowaniu podarowała mu flaszkę polskiej wyborowej, którą zabrała z kraju na wszelką okoliczność. Był zadowolony. Karetka czekała pod domem, a za nią ustawili się gapie, obserwując naszą ewakuację. No i co się tak gapicie? spłoszyła ich Oliwia.
W Cebu są takie czyste, kolorowe ulice....
Oliwia w pośpiechu zbierała z mieszkania rzeczy, które rozpoznała, jako moje, zabrała moją walizkę i plecaki oraz swój plecak i szybko żegnałyśmy się z Janeth, i Nielsem po czym lokowałyśmy się w karetce. Potem okazało się, że część moich rzeczy zostało w mieszkaniu, jak również wszystkie tiszerty Oliwii, które zapakowane w specjalny pokrowiec, zdążyła już Oliwia wyjąć z plecaka, ale "nie czas żałować róż, gdy płoną lasy" Niech te rzeczy służą Janeth. Dżi Dżi znowu jechałą z nami i całą drogę rzygała w reklamówkę, do czego już wszyscy przywykli. Biedna Dżi Dżi, pożegnałyśmy ją przed wejściem na prom, dziękując za opiekę pewną kwotą pesos, co jej się słusznie należało za poświęcenie własnego czasu i samopoczucia we wszelkich pojazdach.
I takie, co nie przeszkadza ludziom funkcjonować na gruzach i nie pozbawia ich apetytu.
Szpital w Cebu zaskoczył nas swoim luksusowym wyposażeniem, liczną perfekcyjną obsługą zadaniową i posiadaniem sprzętu na najwyższym światowym poziomie. Chiny wchodzą do mało rozwiniętych krajów nie tylko z ciuchami i chińską kuchnią, ale również z nowoczesną technologią, robiąc niezły biznes. W pokoju najbardziej spodobało nam się łóżko, którego możliwości Oliwia sprawdziła natychmiast, a potem szukała w internecie, czy coś takiego można kupić w Polsce, ale niestety, nie można.
Przed kościołem katolickim w Cebu
Guziki znajdujące się po obu stronach łóżka (w zależności na którym akurat boku leży pacjent) podnosiły i opuszczały łóżko w dół, w zależności od potrzeb, aby łatwo z łóżka zejść, inne przyciski podnosiły i zniżały podgłówek, inne podnosiły do góry stopy nóg, a jeszcze inne zginały nogi pod kolanami. Poza tym, łóżko było w ciepłym, beżowym kolorze, miało bardzo wygodny, przeciwodleżynowy materac i pachnącą czystością, wesołą kolorową pościel zmienianą każdego dnia.
Na tyłach kościoła, chłopiec bawi się puszczaniem baniek mydlanych.
Mieszkałyśmy na IX piętrze szpitalnego budynku, gdzie przydzielono nam apartament, czyli samodzielny spory pokój z własną łazienką. W pokoju oprócz tego czadowego łóżka, znajdowało się jeszcze jedno, normalne łóżko dla osoby towarzyszącej, szafa, stolik z fotelikami, lodówka, mikrofalówka, skórzana kanapa, a nad nią na wprost łóżka pacjenta, zawieszony był plazmowy telewizor z mnóstwem programów. Każdego dnia przynoszono świeże gazety w języku angielskim.
Życie toczy się na ulicy....
Nie było ani czasu, ani na tyle dobrego samopoczucia, aby tv oglądać, ale czasami włączałyśmy go na stację CNN, wyciszając głos, bo każdy odgłos drażnił moje uszy i podglądałyśmy aktualne wydarzenia na świecie, czytając tekst na pasku. Tam właśnie zobaczyłyśmy akt terrorystyczny w Nicei, jak ciężarówka rozjeżdżała z premedytacją zupełnie niewinnych ludzi, oraz pucz w Turcji. Odkąd ludzie stali się najgroźniejszymi wrogami dla innych ludzi, nigdzie już nie możemy czuć się bezpiecznie na naszej planecie.
....często wśród śmieci.
Oliwia spała na skórzanej kanapie, ale słowo „spała” to spore nadużycie, ponieważ szpital działał na pełnych obrotach przez całą dobę i ruch w naszym apartamencie toczył się wartko, jak na lotnisku Okęcie w Warszawie, co chwilę zrywając Oliwię z tej kanapy. Pielęgniarki i lekarze kontaktowali się jedynie z Oliwią, bo ja ogólnie rzecz biorąc kontaktowałam słabo. Co rusz otwierały się drzwi, gwałtownie zapalano światło i kolejna pielęgniarka czyniła swoją powinność.
Przewiewny salon fryzjerski.
Oliwia co rusz była zrywana z kanapy, aby przekazać informacje, co działo się między wizytami pielęgniarek i lekarzy. Dodatkowo ja również zrywałam Oliwię z jej kilkuminutowych drzemek, bo sama nie byłam w stanie dojść do łazienki ze stojakiem pełnym kroplówek podłączonych do mojej ręki. Bywało, że do jednej ręki miałam podłączonych pięć kroplówek jednocześnie i dodatkowo dwie, do drugiej ręki. Cały czas leżałam nieruchomo na plecach, więc z chodzeniem do łazienki był problem. 
Filipińska prowincja bardziej dba o porządek w otoczeniu, niż miasta.
Cdn w następnym poście.