Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

niedziela, 20 marca 2016

KK, male przyjemne miasteczko


Kota Kinabalu wita nas.
Podoba mi się na Borneo w Kota Kinabalu. Wiekszosc atrakcji w okolicy zwiedziłam za poprzednim pobytem, rok temu, wiec teraz mam czas tylko dla siebie i pobyt swój ograniczam jedynie do pomieszkania sobie w tym uroczym miasteczku.
Lodki pedza po morzu, jak szalone.
Miasto jest pięknie polozone. Tworzy dlugi prostokąt ograniczony z jednego długiego boku stroma gora, a z drugiego, morzem. Jak na azjatyckie zwyczaje, miasteczko jest czyste, zadbane. Mowia, ze to dzięki Muzulmankom, które z natury lubia czystość i sa bardzo pracowite, chociaż ja bym nie uogolniala opinii.
Dziecko rybaka w oczekiwaniu na tate.
Przebywalam w roznych krajach muzułmańskich, co pozwolilo mi wyrobić swoje zdanie na ten temat. Nie od nacji i przynaleznosci religijnej to zalezy, ale od poszczególnego człowieka. Jeśli już, to od nawykow wyniesionych z rodziny.
stoisko z muszlami morskimi.
Niestety, nawyki ludzi trudno zmienić i nawet w takim ogolnie zadbanym miasteczku, przy brzegu morza plywaja śmietniska, glownie plastikowe butelki i torebki foliowe. Na ulicach często widać osoby sprzatajace wokół posesji, oczyszczające grządki z kwiatami z zielska i rzucanych przez ludzi smieci.
Smietnik morski przy bulwarze
Wniosek z tego taki, ze owszem, ludzie sprzataja, ale tylko wokół siebie, swoich domow, swojego sklepu, swojej stolowki, za krawężnikiem niech już się dzieje, co chce. Widzialam, jak kobieta zamiatając swoje podwórko wymiatala smieci wprost na ulice i tam je zostawila. Na chodniku.
Myslalam, ze on bedzie zbieral, a on dorzucil do morza swoje smieci.
Wczoraj rybak sprzatal swoja lodke na wodzie pod murem bulwarowym i wszystko z niej wyrzucal do wody, takim ogromnym sitkowym nabierakiem. Papiery, plastikowe butelki, foliowe torebki z resztkami jedzenia i inne cudaczne rzeczy. Wszystko to wywalal wprost do morza!
Kupilam u tej milej dziewczyny pomidory, a  ona gratis dorzucila mi garsc papryczek.
Z poczatku myslalam, ze to pracownik miejski zbierający z powierzchni wody te smieci do lodki, żeby je stad wywieźć. Podeszlam bliżej i okazalo się, ze jest wręcz odwrotnie i on te swoje smieci dorzuca do morza i w ten sposób sprząta i myje swoja lodke. To jest przerazajace podejście do natury, do przyrody. Wkurza mnie takie cos.
Czy ktos zna te owoce? ja nie znam, a jakie drogie!
Kraje azjatyckie maja takiego ogromnego farta, ze dostaly od losu jedne z najpiękniejszych terenow ziemskich pod względem bogactwa przyrodniczego i cudownego klimatu, a nie potrafią tego docenic i o to zadbac. 
Na targu warzywnym jest duzy wybor znanych produktow i mniej znanych.
Mimo, ze latwiej i taniej jest zyc w ciągu całorocznego lata, a przyroda tworzy się i pomnaża sama, bez ingerencji człowieka. Czlowiek powinien tylko jej nie przeszkadzać i nie niszczyc jej dla zysku lub bezmyslnie.
A to, co to takiego? ostatecznie kupilam tylko pomidory, cebule i male bananki.
W odróżnieniu na przykład od Kambodzy, latwo tutaj znaleźć kosze na smieci, ale nie każdemu chce się podejść. Prawdopodobnie nie maja tutaj opracowanego programu ekologicznego i nie przewiduja zadnych kar za zaśmiecanie, skoro takie rzeczy można robic. Gdyby musieli placic kary, jak w Singapurze, nie robiliby tego przyrodzie.
Strzelam sobie fotke na nadmorskim deptaku.
Ochrona środowiska przewidziana jest chyba tylko dla parkow narodowych i ogrodow botanicznych, które podlegają międzynarodowym specjalnym przepisom. A myslalam, ze z tym problemem w Malezji jest lepiej. Ogolnie ten kraj stoi na wyzszym poziomie od wielu innych azjatyckich panstw. W temacie ochrony srodowiska, zawiodl mnie.
Wzdluz wybrzeza same restauracje. Zapelniaja sie dopiero wieczorem.
Ja to się bardzo dziwie, ze ludzie godza się na takie niszczenie przyrody w miejscach publicznych. Siadaja przy stolach na bulwarze i spozywaja posiłki majac przed sobą widok kołyszącego się na falach morskich, smierdzacego śmietnika.
Kazde miejsce dobre do wspolnego posilku, aby bylo w cieniu.
Mój laptop robi mi rozne tajemnicze psikusy i na przykład pozbawil mnie możliwości korzystania z internetu mimo, ze internet jest dostępny. Malezyjka siedzaca w recepcji nawet niezle sobie radzi z komputerami, ale tej sprawy tez nie zdolala zrozumieć, ani tego naprawić. Internet jest, a laptop go nie przyjmuje.
Widok z mojego okna. To jest sliczna uliczka w KK.
Malezyjka zawolala Igora, który po dluzszym poszukiwaniu znalazł w końcu awarie i przywrocil sprawność laptopowi w laczeniu sie z internetem. Laptop sam odlacza mi niespodziewanie funkcje internetu na dysku. Od nowa trzeba było instalować poczte, facebooka i bloga.Co sie dzieje z tym sprzetem? zachodze w glowe.
Te wszystkie czarne punkciki, to ptaki. Dra sie niesamowicie, jak koguty w Santa Fe.
W ten oto sposób poznałam Igora, Rosjanina z Kanady, który mowi po polsku, ponieważ jego matka wywodzi sie z naszego kraju. Mogłam swobodnie pogadać sobie po polsku na rozne tematy. Goracymi tematami sa teraz:
To moj drugi hotel. "Garden Budget Hotel". Nawet nie 100m w bok, od poprzedniego.
Totalitarne rzady pisu w Polsce (co się tam u was dzieje? pytaja mnie, a ja sama nie wiem, jak to najprościej wytlumaczyc), wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych (co czeka Swiat, jak wygra ten złotousty i zlotowlosy Donald Trump?) oraz porywanie dla okupu bialych turystow na południu Filipin (nikt tego nie może ukrocic w tym państwie?).
Pokoj duzo mniejszy, ale ma wszystko, co potrzeba.
Wrzucili wlasnie filmik na fcebooka z czworka porwanych turystow kanadyjskich Az się slabo robi, gdy się na to patrzy. O porywaniu i zabijaniu maczeta białych turystow na wyspie Mindanao i okolicznych małych wysepkach Archipelagu Sulu, mowi się i pisze od dawna. MSZ ostrzega, turysci na swoich blogach ostrzegaja i nic to nie daje.
Wazne, ze mam swoja lazienke.
Ja nie wiem, po co ludzie nadal pchaja się w tamte niebezpieczne rejony? Spragnieni adrenaliny? Nie wiem, czy władze Kanady odbija tych swoich lekkomyslnych obywateli, czy tez zaplaca wymuszony okup. Nie mogę sprawdzić, bo internet mi się wlasnie wylaczyl. I tak tutaj wszystko działa. Kiedy i jak chce.
Z okna widok na schody do lasu.Tu tez ptaki urzadzaja wieczorne koncerty.
Igor, to bardzo sympatyczny facet, jest w tym hotelu już prawie rezydentem. Pracuje na swoim duzym laptopie w holu hotelu przy dużym stole, a ostatnio postawil sobie ogromny hotelowy ekran tv przed nosem i obserwowal gielde. Jego praca ma chyba cos z tym wspólnego, ale nie dopytywałam.
W Kota Kinabalu maja rowniez swoje blokowiska.
Na koniec Igor stwierdzil, ze chyba już za długo tu siedzi i trzeba pomyslec o jakiejś zmianie. Ja tez postanowiłam zmienić hotel, bo uznałam, ze ten jest za drogi, jak na oferowane warunki. 60 zl to cena, która powinna zapewnić mi minimum komfortu.
Park Miejski bardzo skromniutki.
Na przyklad wlasna lazienke, a  nie zebym za każdym razem musiala paradować w kusym reczniku przez caly hol, rozdając turystom po drodze uśmiechy na prawo i na lewo. Do łazienek przechodzi się miedzy stolikami, przy których się jada.
Na ulicy, przy ktorej teraz mieszkam, jest wiecej malych hotelikow.
Znalazlam niecale 100 m dalej „Garden Budget Hotel”, w którym pokoj z wlasna lazienka kosztuje 50 zl, a na dodatek mam w pokoju telewizor i dostep do internetu również (jeżeli akurat działa). Zarezerwowałam ten pokoj i się do niego przeniosłam z bardzo przyjemnego poza tym hoteliku „North Borneo Cabin”. Ale cos za cos.
Tutaj mozna zjesc wloska paste na rozne sposoby. Za 6,50 zl porcja.
W tym drugim hotelu nie mam sniadan. Biorac jednak pod uwage, ze na sniadania serwowano nam jedynie chleb tostowy z margaryna i dżemem, nie mam czego zalowac. W innych krajach sniadania w hostelach były bardziej urozmaicone. Jakiś serek topiony był, pancake swiezo smażone z masa czekoladowa itp.
Zjadlam tu wloskie danie. Zawsze to jakas odmiana od rice and chicken.
Mam na szczęście swój maly czajniczek elektryczny, swoja kawe i herbate i sniadania przyrządzam sobie w pokoju sama. Zreszta w poprzednim hotelu tez na sniadania przynosiłam swoje bulki, kupiony ser, pomidory i takie tam. W tym nowym pokoju mam tez klimatyzacje, a nie wiatrak, co wszedzie zwieksza cene pokoju, chociaż ja osobiście wole wiatrak.
Tutaj kupilam wreszcie bilet lotniczy do Kuala Lumpur. Lece 22 marca, we wtorek.
W „Garden Budget Hotel” mam trochę taniej mimo, ze mam swoja lazienke, telewizor i aircondicion, a to z tego powodu, ze to jest po prostu pokoj jednoosobowy. W Azji za pokoj jednoosobowy placi się mniej, bo pokoj mniejszy, jedno lozko, mniej sprzątania, mniej pościeli itp. W Europie odwrotnie. Do pokoju jednoosobowego trzeba było zawsze doplacac, czego do dzisiaj nie rozumiem.
Przy deptaku stoi ogromny Dom Towarowy "Oceanus".
Niestety, w krajach azjatyckich rzadko można znaleźć tani hotelik lub guesthouse z pokojem dla jednej osoby. Przewaznie maja dwuosobowe (i większe, family room) i trzeba placic za pokoj, a nie za osobe, wiec single zawsze przeplacaja.
Ale ja nie lubie duzych sklepow. Wole spacer nad morzem.
Jeśli zas chodzi o czystość, to jest tak, jak w większości tanich hoteli. Znaczy to, ze sprzątany jest na bieżąco, ale sciany az się prosza o odswiezenie,  urządzenia w łazienkach wiecznie się psuja i nikt tego na dobre nie potrafi naprawić. Internet się zawiesza, albo działa z przerwami, nie wiadomo z jakiego powodu.Utrapienie boskie.
Dalej znowu ciagna sie restauracje, az do portu.
Najwazniejsze, ze nie ma tutaj tych cholernych mrówek, które nigdy nie wiadomo skad przychodzily i zjadaly kazda zywnosc przyniesiona do pokoju. Szczelne i wielokrotne opakownie zywnosci nie stanowilo dla nich problemu. Dobieraly się do wszystkiego, sobie tylko znanym sposobem. N Filipinach trzeba wszystko trzymać w szczelnej lodowce. Jak się ja ma.
Mala dama w kapeluszu mamy, a ponizej, rybak smieciarz.
Na Borneo nie mam tego problemu. Nie atakują mnie tu również komary, ale w Santa Fe tez nie mogłam na to narzekac. Jest dobrze. W Kota Kinabalu wszędzie mam blisko, wiec wszędzie chodze pieszo. Mój obecny hotel stoi tuz przy schodach wiodących lasem na taras widokowy, polozony 250 m nad miastem.
Wszedzie, gdzie spojrzec, widac wyspy male lub wieksze.
Patrzac w druga strone, widać wysoka, biala wieze zegarowa, która stanowi charakterystyczna i rozpoznawalna budowle dla Kota Kinablu. Jest tutaj gdzie spacerować, odpoczywać i delektować się ladnymi widokami.
Starsza siostra zabawia braciszka. Ta z kolei jest w za duzych butach mamy.
Wczoraj poszlam na nadmorski bulwar obejrzeć zachod slonca. To bardzo uczęszczany bulwar, bo morska bryza daje wytchnienie od niesamowitego upalu panującego w miescie. Wieczorami, gdy jest chłodniej, miasto ozywa. Zapelniaja się restauracje i te na ulicach w miescie i na bulwarze oraz przy targu rybnym.
Przystan lodek pasazerskich. Rozwoza ludzi po okolicznych wyspach.
Czuje się w tym miescie bezpiecznie nawet w nocy, chociaż to islamski kraj. Znajomi uprzedzaja mnie jednak, zebym się czasami sama nie wyrywala w góry, bo tam bezpieczeństwo się konczy. Wiem, wiem, nigdzie się nie oddalam sama, ale w samym miasteczku czuje się bezpiecznie.
Moj hotel noca. Schody do lasu tez sa oswietlone.
Bylam w Agencji Turystycznej i dowiedziałam się, ze chcąc dolecieć do Wietnamu, musze zawsze z przesiadka w Kuala Lumpur leciec. Promesę lub nawet wize do Wietnamu mogę podobno dostać w wietnamskiej ambasadzie w Kuala Lumpur. Wobec tego musze tam jechać wcześniej i zatrzymac sie na pewien czas w miescie.
Nawet noca czuje sie bezpiecznie w tych uroczych uliczkach.
Bilet lotniczy linii Air Asia z Kota Kinabalu, Borneo do Kuala Lumpur kosztuje 246 zl. Jestem na etapie myslenia, którego dnia jechać do Kuala Lumpur. Posiedziec dluzej w Kota Kinabalu? Czy lepiej w KL? Jak się zdecyduje, to pojde kupic ten bilet.
"Informacja Turystyczna" w Kota Kinabalu, Borneo.
Jeszcze wczoraj miałam przez skype kontakt z Piotrkiem. Sytuacje ma nie do pozazdroszczenia. Ciagle siedzi w Manili i wyjasnia sprawę kradzieży swojego paszportu w Santa Fe. Tyle czasu! W żaden sposób nie może opuscic Filipin, dopóki nie dadza mu jakiegoś zastępczego dokumentu.
Zachod slonca w Kota Kinabalu. Piekny !
Nie znam szczegolow, bo na skypie się przecież nie pogada, ale te krótkie komunikaty od Piotrka, niepokoją. Dobre wieści tez sa. Dostal dwie ciekawe i dobrze płatne propozycje pracy w roznych krajach. Sama jestem ciekawa, która wybierze. Chyba kiedyś w końcu wypuszcza go z tych Filipin? A co z Jessika?
Ktos mi zrobil zdjecie, ale i tak mnie nie widac. Za to wyraznie widac pobliskie wyspy.

poniedziałek, 14 marca 2016

Powrot do Kota Kinabalu, Borneo, Malezja

Odplywamy z Santa Fe.

Ostatniego dnia obeszłam Santa Fe i pozegnalam się ze znajomymi Polakami, zapewniając, ze wroce tu pod koniec maja i zostane na dluzej. Mojej gospodyni przekazlam info, ze jak wroce, to znowu zmieszkm u niej, bo kwatere u Nelsa mam zarezerwowna od 1 czerwca. Do Tego czasu ktoś tam jeszcze mieszka.
Ci panowie z karabinami plyna z nami. W kraju wlasnie trwaja Wybory i Oni sa wszedzie.
Mayeth bardzo się ucieszyla, a Julio, który pakowal moje bagaże do tricykla powiedział, abym przed przyjazdem przyslala maila do Mayeth, którego dokładnie dnia przypływam do Santa Fe, to on po mnie wyjedzie do portu.
Napis widzicie na koszulce? bo to nasz Polak z filipinska partnerka plynie do Cebu.
Czas podrozy na Borneo miałam dokładnie wyliczony, ale z dużymi przerwami czasowymi na przesiadki z uwagi na azjatycki transport drogowy, wodny i powietrzny, który rozkłady jazdy traktuje orientacyjnie, a potem wszystko jeździ, plynie i lata, jak chce.
Rybak za burta w swojej malej lodce.
Julio zawiozl mnie do portu na autobus firmy „Ceres”, który plynie najpierw promem, a potem 4,5 godziny jedzie droga do Cebu (jak nie ma opóźnienia. Może tez jechac 6 lub 7 godzin). W ten sposób wlasnie przyjechlam do Santa Fe.
Dopiero na lotnisku zjadlam pozywna zupe, gdy juz bylam pewna, ze zdaze na lot.
Mój autobus „Ceres” wlasnie zjezdzal z promu i pojechal do Bantayan City zabrać pasazerow. Za pol godziny miał wrocic, ale nie wrocil. Dowiedzialam się o tym, gdy prom wlasnie odbijal od brzegu (bo dowiedział się wcześniej telefonicznie). Musialam czekac na prom odplywajacy o 8.30. Dobry początek, mysle sobie. 
KK.Tak wyglada ulica w dzien. Po prawej stronie okragle logo i wejscie do mojego hotelu.
Może i doba nie wystarczyc, żeby dostać się na samolot do Cebu, jak tak dalej pojdzie. Na „Ceres” już nie czekalam (podobno się zepsul i go reperują w Bantayan City) tylko poplynelam promem do Hagnaya (1,5 godz, ticket 170 pesos, ale zalapalam się na znizke dla seniorow i zaplacilam 136 pesos). 
Mapka interesujacej mnie czesci miasta Kota Kinabalu, czyli po prostu KK..
Spotkalm za to znajomego Polaka, ktory jechal do Cebu w interesach, wiec mialam sobie z kim pogadac w czasie podrozy promem i autobusem. Nie ma zlego, co by na dobre nie wyszlo.
Wieczorami wejscie do hotelu zastawione jest stolikami barowymi. Wszyscy jedza.
Tam natychmiast z trapu podeszłam do już niemal pelnego autobusu jadacego do Cebu. Nie zdazylam nawet kupic sobie kanapki przy porcie, ale do autobusu wsiadła kobieta sprzedajaca opiekane banany na patyku, wiec kupiłam i zjadłam na sniadanie.
Hol i ogolnie dostepny komputer. Przedostatnie drzwi po lewej stronie, to moj pokoj.
Bilet autobusowy z Hagnaya do Cebu kosztuje 180 pesos, po znizce dla seniorow i studentow, 160 pesos. Bilet kupuje się w autobusie u konduktora.
Po przeciwnej stronie holu, kuchnia. Tu jemy sniadania. Potem niektorzy tu pracuja.
Na pierwszym przystanku przy stacji benzynowej kupiłam goraca kawe. Bylo ok, jechaliśmy sprawnie do samego Cebu. Na szczęście ranne niepowodzenie nie zapoczatkowalo pecha ciagnacego się przez caly dzień. 
Taki zajmuje pokoj. Okno wychodzi na ulice, ptaki tam spiewaja do poznej nocy.
Z końcowego przystanku w Cebu wzielam taxi na lotnisko w Lapu Lapu, bo nie mialam ochoty z bagażami szukac odpowiedniego jeepneya do tego miasteczka, lub jak kto woli, do tej dzielnicy Cebu, znajdującej się po drugiej stronie rzeki.
Widok z okna. Akurat przed moim oknem wisi troche sfatygowana flaga narodowa Malezji.
Mój samolot do Manili miał odlecieć o 20.15, ale gdy tylko spojrzalam na tablice, było już wyswietlone „delayed” i zapowiedz, ze wyleci o 21.40. Dochodzila 19.oo. Poszlam do stanowiska Air Asia i pytam. Pani drukuje mi nowy biet na 19.30. Ok, ucieszylm się, polece wcześniej, ale radość była krotka.
Bardzo blisko mam do przystanku autobusu, ktory za 5 zl dowiezie mnie na lotnisko.
Nikt z firmy nie przyszedł do gate, mimo, ze minal już czas odlotu tego o 19.30. Już się wystraszyłam, ze zmienili gate i odlecieli beze mnie. Ja przecież nie słucham komunikatow megafonowych, bo na tyle nie znam angielskiego.
Po miescie mozna jezdzic miejskimi autobusami. Ja chodze pieszo, bo lubie.
Komunikaty sa niewyraźne, a do mnie trzeba mowic wolno i wyraźnie, zebym pojela po angielsku w czym rzecz. Zapytalam sąsiada siedzącego obok na lawce przed gate. Ok, potwierdzio, ze on i ci wszyscy ludzie cierpliwie czekaja na ten wlasnie numer lotu, wiec jednak nie zmienili gate.
Lub minibusami, rowniez poza granice miasta.
Podziwiam niezmierzone pokłady cierpliwości u Azjatow. Zadnych pytan, zniecierpliwienia, niepewności, zlosci. Wszyscy spokojnie sobie siedza, jakby do odlotu było jeszcze ze dwie godziny czasu, chociaż powinnismy już być w powietrzu. Zegarki Filipinczykow nie interesują wcale, tylko to, co dzieje się wokół.
To musial byc straszny wypadek. Zostawili tu wrak ku przestrodze?
Jak panie w mundurkach przyjdą do gate, to wtedy trzeba wstac i ustawic się w kolejce, poki pan nie ma, można sobie siedzieć, lezec, podjadać lub bawic się z dziecmi. Nieważne, ze czas odlotu minal. Kto by się tym przejowal. No tak, ale bylam ja, Europejka i ja się tym bardzo przejmowałam.
Ciekawy architektonicznie budynek narozny dwoch ulic.
W końcu na tablicy ukazalo się znowu to okropne slowo „delayed”. No, to jednak mam pechowy dzień na podróż. Znowu ide do stanowiska Air Asia, żeby odkrecic sprawę i dostać bilet na ta godzine co miałam, czyli na 20.15, bo już niebawem będzie 21.40 i ten mój pierwszy, jako opóźniony poleci. Nic z tego. Nie poleci, powiedziała pani, bo wogole wypadl z rozkładu.
Wejscie do China Town
Co teraz? Teraz trzeba czekac na ten opóźniony z 19.30. Czekamy, czekamy, czekamy. Mija 22.oo, 23,oo. Dziesiec minut przed polnoca przyszli pracownicy z Air Asia ze skrzynkami i kazali nam z biletam w reku, ustawić się w kolejce po posilek i wode mineralna na koszt firmy za to spóźnienie.
Ja w chinskiej dzielnicy.
Zebysmy chyba nie pomdleli z głodu i zmeczenia. Jedni posiłek dostają, inni nie. Dostajemy tylko my, co mamy bilety na 19.30. Ci z 20.15 sa odsyłani, bo dla nich nie przewidziano jedzenia, chociaż tez wiele godzin siedza na terminalu. 
Azjaci lubia stawiac pomniki zwierzetom i ptakom. Po zmianie ustroju nie trzeba burzyc.
Akcje zorganizowal tylko nasz numer lotu. Może ich numer lotu dostanie posilek po polnocy, pocieszają ich nasze stewardessy. Dobrze, ze nie odkręcili mi tego lotu.
Budynek urzedu miejskiego
Bo to znaczy, ze kiedyś tam polecimy, ponieważ zaloga samolotu jest tu z nami,  a z tamtego lotu nie ma tu nikogo z pracownikow. Do jedzenia dostalismy to, co zawsze w Azji się jada o kazdej porze dnia i nocy, czyli rice and chicken w styropianowych pojemnikach i mala butelke wody mineralnej. 
Weszlam na tradycyjny obiadek. Ryzu, to tu nie zaluja.
Dobre i to, bo już bardzo glodna bylam po tych czterech placuszkach bananowych w autobusie. Generalnie w Air Asia, jako w taniej linii lotniczej, posiłku w samolocie nie dostaje się, ale można go u stewardessy kupic. Była godzina 0.45, gdy samolot się podstawil i zostaliśmy wpuszczeni na poklad. Uff! Jednak polecimy.
To stara, tradycyjna knajpka z historia.
Samolot z Manli na malezyjskie Borneo do Kota Kinabalu, miałam o 8.20 rano. Jak bym przeczula, ze takie spore odstępy czasu zastosowałam przy kupnie biletow. Zarówno autobusowych, promowych, jak rowniez lotniczych.
Sa tez w KK knajpki nowoczesne. Ta, w przewiewnym miejscu.
Gdy tylko siadłam w samolocie na swoim miejscu, natychmiast okrylam się polarem i zasnelam. Zdawalo mi się, ze minela dopiero chwila, gdy stewardess mnie obudzila, a to już podchodziliśmy do ladowania w Manili i musiałam wyprostować fotel oraz zpiac pasy. Lotnisko w Manili już znam, bo gdziekolwiek w Filipinach lece, w Manili musze się przesiadać.
Sa tez lokale roznych swiatowych marek. Wszedzie przewidziano miejsca do mycia rak.
Odebralam bagaż z tasmy i bez problemu znalazłam darmowy autobus lotniczy, który zawiozl mnie na odpowiedni terminal International, bo tym razem wylatywałam do innego kraju. Dotychczas krecilam się po terminalach Domestic, czyli w granicach tego samego kraju,  Filipin.
Chinskie duze sklepy. Takich na Filipinskich wyspach nie ma.
Jeżeli tutaj również na tablicy ukaze się informacja „delayed”, to nie zdzierze, pomyslalam. I ukazala się, ale na szczęście opóźnienie trwało tylko o 20 minut. Owinelam się w polar i dokonczylam w tym smolocie przerwany sen. Chyba się już wyrobiłam w tych lotach, bo kiedyś nigdy nie moglm w samolocie zasnąć.
Durian Durian, smierdzacy azjatycki przysmak wchodzi na artystyczne murale.
Kota Kinabalu, Borneo, Malezja. Inny Swiat. Dziewczyny w chustach szczelnie zakrywajacych wlosy, brak na ulicach jeepney, brak tricyklow. Tylko taksówki, ale za to za biletami kupionymi w specjalnej budce pn. „Taxi”. To dobrze, nie naciagna turyste, nie trzeba się targować. Najpierw wyplacilam gotowke z bankomatu. Tutaj waluta jest malezyjski ringhit o wartości zlotowki.
Sprobuje tu sie dowiedziec, gdzie w Malezji moge zalatwic promese do Wietnamu.
Nie musze nic przeliczać, jeśli cos kosztuje np. 5 RM, mowie, ze kosztuje 5 zl i jest to prawda, bo taka sama wartość naszych pieniędzy tu jest. Ceny również zbliżone do naszych, chociaż ja już za bardzo polskich cen nie pamiętam. Ale piwka już popijać się tutaj nie da, jak na Filipinach.
W China Town jest duzo sklepow, restauracji i rodzinnych hotelikow.
Muzulmanski kraj, ceny zaporowe, od 10 zl za puszke zwykłego piwa „Tiger” do 15 i nawet 20 zl za lepsza marke. Porazka. Trzeba pic coca cole lub zwykla wode mineralna. Duza 1,5l coca-coli kosztuje 5 zl. Rice and chicken plus pare jakis zielonych lisci ciężko strawnych, 9 zl, grillowana ryba szt. 1 przy bulwarze 5 zl.
Centrum Handlowe. Zeszlam tam na poziom -1 do spozywczego supersamu.
To nie jest zbyt drogo, ale ceny innych artykulow, jak papier toaletowy, mydlo, proszek do prania, podobne do polskich cen. Wedliny o wiele droższe, ale sa, czego na Filipinach trudno uswiadczyc. Cztery plasterki szynki lub gotowanego wedzonego boczku w sprasowanym foliowym opakowaniu, ponad 17 zl.
Sa rozne rodzaje mies i wedlin, ale ten towar dosyc tu drogi.
Zatrzymalam się w centrum miasta przy Jalan Gaya Nr.74 w hotelu „North Borneo Cabin” W zasadzie w pobliżu hotelu, w którym nocowałam w zeszłym roku, ale w bardziej przyjemnym, zazielenionym miejscu.
Smakowity wybor japonskiego przysmaku, sushi.
Wieczorem ptaki na drzewach wchodzących mi koronami niemal w okno, robia wieczorny koncert, czyniąc tak niesamowity hałas, ze trzeba okno zamykac, aby te występy wytrzymać. Sa prawie tak intensywne, jak karaoke wykonywane co wieczor przez Filipinczykow. Może tylko bardziej ujednolicone o odglosach.
Mozna tez sobie skomponowac salatke z roznych warzyw.
Wieczorem pod moim hotelem rozstawiane sa stoliki i zielone krzesełka i zaczyna się wielkie obżarstwo. Obzarstwo obejmuje wieczorami cale miasto gdzies tak od 5- 6 g.p.m. i trwa do 20 p.m., a w niektórych miejscach  i dluzej. 
Duzy wybor owocow egzotycznych i europejskich.
Najwieksze obszary z jedzeniem sa wlasnie przy mojej ulicy i przy bulwarze, gdzie stoliki ustawiane sa wzdłuż deptaka, dokładnie naprzeciwko cumujących przy brzegu lodzi rybackich.
Na nadmorskim deptaku restauratorzy przygotowuja sie na wieczorne przyjecie gosci.
Swiezo złowione ryby i owoce morza leza rozlozone na stolach, w misach, klient wybiera sobie rybke lub co tam woli i siada przy stoliku czekając, az kucharz na poczekaniu mu ja przyrządzi w sposób, w jaki sobie zażyczyl. Palce lizac! Ale co to sa za ryby!
Rybki piekne, kolorowe, tlusciutkie.
Zielone, niebieskie, zolte, duże, male i rozne inne morskie zyjatka, które caly czas tu jeszcze zyja, laza po pojemnikach, lypia okiem z roboczego stolu na swoich oprawcow czekając na swój los, od którego nie ma już odwrotu. 
Do wyboru, do koloru. Wszystkie swiezutkie. Niektore jeszcze zywe.
Wszystkie skoncza na patelni, a potem na talerzu klienta. Koty czekaja pod murkiem na resztki z talerzy. Nikt z nadmorskiego bulwaru nie odejdzie glodny.
Moze ta przyrzadzic? sprzedawca prezentuje piekny okaz morskiego stworzenia.