Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

niedziela, 28 lutego 2016

Zwiedzanie tricyklem wyspy Bantayan

Drzewka kokosowe i bananowe rosna przed domami i przy drogach tez.

Zycie w Santa Fe plynie spokojnie i leniwie. Pogoda jest przewidywalna, bo zawsze tutaj swieci slonce, a temperatura oscyluje miedzy 30 a 32 stopnie C. Nieraz pada deszcz, ale krotko i caly czas jest cieplo. Każdy oddaje się swoim ulubionym zajęciom.
Dzieci maja swoj mini tricykl
Niektorzy wieksza czesc dnia przebywają na plazy kapiac się w turkusowej, czystej wodzie z przerwami na wypoczynek w cieniu palm. Inni czytają książki, urzadzaja swoje zakupione bądź wydzierżawione domy, organizuja sobie wycieczki lodkami na pobliskie wysepki lub zwiedzają skuterem okolice. Nikt sie tutaj nie nudzi,

Blekit nieba z blekitem wody daje po oczach. Trzeba miec na nosie okulary.
Piotrek zdecydowal się zostać tu na dluzej, wiec kupil wlasny motor. W sprzedaży maja tutaj glownie japońskie marki motorow i skuterow. Przed wyjazdem zawsze taka rzecz można latwo sprzedać, ale jest pewność, ze podczas całego tutaj pobytu, motor nie będzie się psul i nie trzeba placic za każdy dzień jego użytkowania. 
Nowy motor Piotrka stoi przed "Wawelem" Pranie, tez Piotrka.W przeswicie palm, morze.
Gdy się ma zamiar wracac na Filipiny, można motor zostawic u znajomych Polakow, co mieszkaja tu na stale, żeby od pierwszego dnia po powrocie, mieć wygode w poruszaniu się po wyspie.
To ja, zwiedzam Kota Park w Madridejos, na samym czubku wyspy Bantayan.
Ja na objazd wyspy Bantayan wybrałam się tricyklem z Juliem, moim driverem, który pierwszego dnia po przyjezdzie szukal ze mna dobrego taniego hotelu w Santa Fe. Przejechalismy cala niemal wyspe z południa na polnoc, do najdalej położonego miasteczka Madridejos.To drugie takie wieksze miasteczko na Bantayanie, zamieszkle przez ok. 35 tys ludzi.
Na molo w Madridejos dzieciaki urzadzaja sobie zabawe ze skokami do wody
Molo w Madridejos wchodzi daleko, na 200 m w morze i jak widac, sluzy dzieciakom za skocznie do wody. Wieczorami przychodza tu ludzie ogladac spektakularne zachody slonca. 

Bantayan, Madridejos
Za caly dzień jezdzenia tricyklem po wyspie, zaplacilam Julio 800 peso (ok.15$). Z Santa Fe wyjechalismy o 9,oo rano, wrocilismy o zmroku. Julio tak wyznaczyl trase, zebysmy nie wracali z Madridejos ta sama droga, tylko rownolegla do niej. Zeby podróż była bardziej urozmaicona. 
Ogromny, kolorowy napis na cyplu "Lawis". To dawna nazwa miasteczka Madridejos.
Najpierw jechalismy caly czas brzegiem morza, potem wracalismy ladem. Julio zatrzymywal się w ciekawych miejscach i dawal mi tyle czasu na zwiedzanie i fotografowanie, ile mi było potrzeba. 
Na przystanku busa mozna cos zjesc, napic sie, a nawet uciac sobie drzemke
Nie poganial, chociaż akurat tego dnia jeden z jego braci miał jakis problem i ciagle wydzawanial do niego na komorke. Rozmawial przez telefon w czasie jazdy, wiec nie rzutowalo to na moj czas podrozy, ale na bezpieczenstwo, tak.  Nie powinno tak być. 
Przy deptaku nadmorskim w Madradejos
Na drodze był spory ruch i driver powinien pilnowac drogi i kierownicy, a nie przenosić się myslami w inna rzeczywistość, rozwiazujac rodzinne problemy w czasie jazdy. Nie podoba mi się to, Julio, powiedzialam. Szybko pojal w czym rzecz i ostatecznie wylaczyl komorke. Filipinczycy sa bystrzy i uprzejmi.
Ok, byly miejsca, gdzie ruchu nie bylo zadnego. Ogladam z tricykla male, oddalone wioski.
Ale chodzi o to, ze maja taki swoj specyficzny sposób bycia. Sa malo zdyscyplinowani w pracy, punktualnosc, to dla nich abstrakcja, godzine lub dwie spóźnienia nie uwazaja za żadne faux pas. Chociaz musze przyznać, ze rano Julio mnie zaskoczyl. 
To Julio. Zeby wejsc na teren Ogtong Cave, trzeba zaplacic. Tu nic nie ma za darmo.
Wyszlam z pokoju piec minut przed umowiona godzina, a Julio już  przed brama na mnie czekal. Pierwsza atrakcja po wyjezdzie z Santa Fe, to byl resort "Ogtong Cave". Podobno to najlepszy, a moze tylko posiadajacy najwiecej atrakcji resort. Jakos nie wzbudzil mojego zainteresowania, ale weszlam do holu.
Z ciekawosci podejrzalam troche przez dziure w plocie. Coz, resort, jak resort.
Maja tam jakas mala jaskinie, ladna plaze i basen. Ja widzialam tylko recepcje i sklep z pamiatkami. Gdy okazalo sie, ze trzeba zaplacic, zeby tam wejsc, ponioslo mnie troche i zrezygnowalam. Plaze, to ja tez mam ladna i za darmo, a nie po to przyjechalam nad morze, aby baseny ogladac i jeszcze za to placic. No, moze tylko jaskini zal.

Na mangrowcach spotkalismy brata Julio. Jak dwie krople wody. Tez wozi turystow.
Potem dopiero pomyslalam sobie, ze chyba Julio traci przez to moje oszczedzanie, bo slyszlam od kogos w "Wawelu", ze driverzy tricykli dostaja jakies pieniadze od wlascicieli za przywiezienie do atrakcji turystycznej klienta. Zrobilo mi sie glupio. Potem juz wchodzilam grzecznie do wszystkich miejsc uznanych przez miejscowych  za atrakcje dla turystow zagranicznych.
Do Paradise Beach musielismy dojsc pieszo kamienista droga, potem jeszcze sciezka.
Po drodze spotkalismy brata Julio, ktory rowniez wozi turystow po wyspie. Staneli obok siebie tricyklami i zobaczylam, ze sa do siebie podobni, jak dwie krople wody i nawet zapuscili sobie takie same smieszne brodki, jakie czesto nosza Chinczycy. 
Paradise Beach prywatna, rowniez platna. 50 peso dorosly, dzieci 50% mniej.
No, to teraz sobie wyjsnijcie wszystko, co trzeba, zebyscie nie musieli ciagle do siebie dzwonic, powiedzialam. Tamtej turystce, to chyba nie przeszkadzalo, bo ona tez cala pograzona byla w swojej komorce, wiec nawet nie zauwazyla, ze stoimy i chlopaki rozmawiaja. Wyjasnili sobie co trzeba i rozjechalismy sie, kazdy w swoja strone. Julio juz nie zajmowal sie komorka.
Paradise Beach, Bantayan
Z samodzielnymi wycieczkami po Filipinach jest taki problem, ze oni nie sa tu jeszcze przygotowani na obsluge dużej ilosci turystow. Sztuke tworzenia baz noclegowych w formie niedużych hotelików, guesthousow, chatek kmpingowych już opanowali
To koles od zbierania kaski za wstep na plaze. Biletow zadnych nie daje.
Wieksze hotele i restauracje hotelowe buduja tu jednak glownie cudzoziemcy, Wlosi, Niemcy, natomiast miejscowi prowdza raczej niewielkirodzinne biznesy. Placic kaza sobie doslownie za wszystko, a jak maja w sprzedazy wode mineralna czy jakies inne artykuly, to cena jest podwojna w stosunku do tej, co w miescie. Lepiej wozic z soba.
Piekne kwitnace kaktusy. Z wyrytymi wyznaniami milosnymi na lisciach.
Rodzinne biznesy, to mala ilość pokoi w niewielkim budynku lub dwa, trzy bungalowy na terenie podworka. Stolowac się trzeba gdzies na zewnątrz w osadzie. Rzadko maja u siebie taka możliwość, ale jakiś bufet zawsze oferują, jak kawa, herbata, piwo nieraz jakies owoce (banany, mango, kokosy), soki owocowe czy woda mineralna.
Biuro kolesia od zbierania pieniedzy. Nad dachem tablica "teren prywatny".
Przy tak malej bazie noclegowej oszczedzaja na czym się da i nie mozna się temu za bardzo dziwic bo i dochody maja przeciez ograniczone. Pokoj jest rzadko sprzątany, recznik zmieniany raz na tydzień lub wcale. Mydlo i papier toaletowy sa na wejście, a potem trzeba samemu uzupelniac braki we własnym zakresie. Zmora tu jest czeste wylaczanie pradu.
Pojechalismy do Eko Parku obejrzec lasy mangrowe (namorzynowe)
Przy wylaczeniach pradu trzeba długo czekac na wlaczenie agregatu i pracuje on z przerwami, podczas gdy w dużych hotelach wlaczany jest natychmiast i wylaczany z chwila zapalenia się swiatla. Rzadko w takich hotelikach jest dostep do internetu. Jak jest, to przeważnie dodatkowo platny, jak w cafe internet, na godziny.
Ceny wstepu i dodatkowe atrakcje dostepne w Eko Parku
W moim niewiekim hoteliku mam Wi-Fi w cenie i odbior w pokoju, ale trochę czasu z Julio stracilismy, aby takie miejsce znalezc. Bywa tez tak, ze udostepniaja swojemu  klientowi internet za darmo, ale trzeba z laptopem zejść na dol i usiasc w pobliżu recepcjonistki, bo tylko tam jest zasieg. Kiepskie warunki do skupienia sie.
Specyficzne korzenie tych drzew utrzymuja je w grzaskim, bagnistym podlozu.
Wówczas praca nad blogiem jest raczej niemozliwa. Mozna jedynie odebrac poczte i napisac maila. Wogole tutaj wszystko jest płatne, nawet wejście do jakiegoś ogrodu czy na prywatna plaze, Często takie płatne miejsca nie sa warte tej ceny, ale to mozna stwierdzić dopiero wtedy, gdy się tam wejdzie, czyli po zapłaceniu naleznosci.
Korony z kolei, dostarczaja im tlen. Byl akurat odplyw morza i widoczne byly cale drzewa.
Problemem bowiem jest tutaj brak mapek, jakiegoś spisu ciekawych do zwiedzenia miejsc z info o cenach wstępu, znizkach, folderow obrazujących i opisujących, co w danej atrakcji możemy obejrzeć, żeby chociaż stwierdzić, czy jesteśmy tym zinteresowani i czy rzeczywiście jest to taka atrakcja, żeby wydac na nia tyle pieniędzy. Jednym słowem, brakuje bardzo punktów informacji turystycznej.
Lasy mangrowe bardzo ucierpialy w czasie tajfunu Jolanda, ale odbudowuja sie pomalu.
Tutaj jest wszystko na gebe. Biletow oczywiście zadnych się nie dostaje po dokonaniu zaplaty. Często nie ma zadnych wywieszek z cenami. Osoba przy bramce może każdemu mowic inna cene, w zaleznosci na ile własnym okiem i wyczuciem wyceni zasobność portfela turysty.   
Natural Park, obiecujaca nazwa, do zobaczenia niewiele.
Nawet w tych małych kolorowych minibusach nie ma ustalonych cen. Ile gościu powie, tyle trzeba zaplacic. Na szczęście one sa z zasady tanie, wiec nikt się o to nie będzie targowal. Miejscowi nie maja z tym problemu, bo znaja ceny doskonale i bez pytania o nia, placa. Czasem usmiechaja sie widzac, ile musi zaplacic turysta.
Jaskinie mnie nie ominely. Wprawdzie nie w Ogtong Cave, ale tutaj  je obejrzalam.
Zdarzaja się miejsca, gdzie ceny sa jawnie wywieszone, a nawet stosowane sa zniżki np. dla dzieci, studentow, czasami dla seniorow tez i to wszystkich narodowości, a nie jak bywalo w niektórych, bogatszych nawet krajach, ze tylko dla swoich obywateli. Wtedy jestem mile zaskoczona i czuje się w takim miejscu mile widziana.
Polskie kury? interesujace. Ale to chyba jakas pomylka?
Wszystko to swiadczy o tym, ze ten piękny kraj nie jest jeszcze przygotowany na turystow, nie potrafi ich zachecic, nie ma jak poinformowac o swoich atutach, chociaż widac, ze ma juz swiadomosc iż turystyka, to może być dobry interes. Najszybciej do sytuacji dostosowali się, jak zawsze i wszedzie, mieszkancy indywidualni. Dobrze, ze ich rząd nie utrudnia im zycia w tej kwestii. Nie musza miec kas fisklnych.
Czy tak wyglada polska kura? z taka czupryna i przedzialkiem po srodku?
Widze, ze teraz, gdy buduja sobie nowe domy (po przejściu tajfunu) od razu buduja je większe, żeby moc wynajmować pokoje turystom. I to jest dobra myśl. W Santa Fe i na całej wyspie Bantayan podczas ostatniego tajfunu Jolanda odnotowano bardzo dużo strat. Podobno Bantayan i mala urocza wysepka Malapascua, ucierpialy najbardziej.
I jest basen! z ktorego mozna chyba skakac bezposrednio do morza.
Jadac tricyklem wzdłuż całej wyspy mialam możliwość oglądania pozostalosci po tej tragedii. Bantayan caly czas podnosi się z upadku. Brakuje tu dużych marketow, czy chociaż małych, ale dobrze zaopatrzonych w zywnosc i inne niezbędne do zycia artykuly. Wazne przynajmniej w wyobrazeniu Europejczyka.
Lubie zwiedzac stare forty kolonizatorow. W Madradejos zostal on w szczatkowej postaci.
Natomiast prawie wszędzie sa sklepy z materiałami budowlanymi i farbami, bo to sa teraz artykuly pierwszej potrzeby. Duze wrazenie zrobil na mnie widok zniszczonych przez tajfun lasow mangrowych. Nie mogę przestac wpatrywać się w miejsca, z których Jolanda zabrala ludziom domy.
Historia Kota Fort w Madradejos
Często zostały tylko ich boczne sciany. Widac jakas muszle klozetowa trzymajca się nadal podloza na wąskim płachetku kafelkow wyznaczajacych dawna granice toalety. Dachy, to nawet czastkowo nie zostały, wszystkie odfrunely.
Uszkodzony przez tajfun zabytkowy dom, nie nadaje sie do zamieszkania.
Jakis fragment pieca kuchennego na wolnej przestrzeni zostal, jakies filary z dawnej sali restauracyjnej, lub tylko male kamienne schodki sprzed dawnego domu, obrosniete teraz trawa i obstawione donicami z kwiatami. Na pamiatke i czesc tym, co tego kataklizmu nie przezyli. Często po budynku został tylko plaski fundament.
Tu przetrwaly tylko zewnetrzne mury, ogrodzenie i toaleta.
Trzeba było tez odbudowac szkoły. Podobno w tej akcji dużo pomagali wolontariusze z roznych krajów. Pracowano tez z dziecmi, które przezyly traume i trzeba było się postarać, aby jak najszybciej z tego stanu wyszly. Wesolosc i beztroskę Filipinczycy maja w swojej naturze, a jednak to tragiczne wydarzenie wryło się w nich głęboka blizna i wypelnilo lekiem.
Obok zmytego przez Jolande, postawiono nowy dom. Mozna wynajac tu pietro.
Gdy zrywa się wiatr i morze zaczyna wariować, ja biegne za dom na plaze, żeby obserwować te jedyne w swoim rodzaju, niesamowite zjawiska przyrody, a Oni z lekiem w oczach zastygają w pozie nasłuchu, żeby rozpoznać, czy nie zbliza się to najgorsze. Żeby w razie co, zdazyc na czas zebrac dzieci i uciekac stad jak najdalej.
Z tej restauracji, Jolanda zabrala wszystko, nie placac rachunku.

wtorek, 16 lutego 2016

Kawalek Polski w Santa Fe

Widok na lodke z innej perspektywy. Bantayan Isla.

U Adama w Wawelu ruch zaprzyjaźnionych Polakow. Jedni wchodzą, czesc przesiaduje w grupkach na białych kanapach. Rozmawiają, wymieniają się informacjami, inni wychodzą, znowu wracaja i tak toczy się zycie tutejszej polskiej spolecznosci. W polskiej knajpce na Filipinach, w uroczym miasteczku Santa Fe można się chwilami poczuc, jak we własnym kraju.
Polacy prawie codziennie zagladaja do Wawelu, aby chociaz chwile pogadac z Adamem.
Wiekszosc Polakow przewijających się przez Wawel, mieszka tu na stale, lub jeszcze nie, ale rozglada się wlasnie za jakims kawałkiem ziemi do kupienia, gdzie mogliby wybudować swoja chate. Sa i tacy, których dom już znajduje się w trakcie budowy. 
Ja w Adamowym Wawelu w Santa Fe
Ci wymieniają się doświadczeniami, gdzie zakupic jakies niezbedne materialy budowlane, chca wiedziec, jak długo trwa zakladanie elektryki, kto zna  fachowca od podlaczenie wody, itp. Podziwiam zapal tych młodych ludzi.
Co rusz dochodza nowi, mlodzi ludzie. Sami Polacy.
Sa to przeważnie młode pary, jeszcze przed, a niektóre już po slubie, jeszcze bez dzieci. Jest szalenie sympatyczna para, która slub wziela już w Azji, w Kuala Lumpur, w Malezji. Sa tez osoby podrozujace solo, poki co. Sa pozytywnie nastawieni do zycia i ludzi, ciesza się z tego, co maja, a przede wszystkim ze spokoju i przyjemnego otoczenia, w którym mieszkają.
Siedze i rozmawiam z Piotrkiem o jego planach na przyszlosc.
Wszyscy sa porządnie wyksztalceni, kilku z nich jest informatykami, co otwiera im rynek pracy w każdym praktycznie miejscu na Ziemi. W mobilnym systemie, bez konieczności siedzenia w jakims biurze w wyznaczonych przez pracodawce godzinach. Laczy ich totalne zuroczenie Filipinami i wola pozostania tu na dlugo, urządzenia się, żeby nie trzeba było wracac do Polski.
Polskie domy w malej wiosce Maricaban na Bantayan Isla.
Niektorzy pracują za pośrednictwem internetu, sa tacy, co wyjezdzaja do pracy na 3-4 miesice w roku do Stanow Zjednoczonych lub do jednego z krajów Unii Europejskiej, co pozwala im pozostale miesiace w roku mieszkac tutaj i zyc na pewnym poziomie.
W malej, gesto zabudownej wiosce znalazlo sie miejsce do zabawy dla dzieciakow.
Lub tak, jak Adam i mu podobni, prowadza tutaj swój biznes knajpiany. Wawel w Santa Fe jest takim polskim konsulatem, w którym można się spotykać, w razie potrzeby można sobie pomoc i podzielić się niezbędnymi do zycia informacjami.
Nowy dom Polakow, sasiadujacy z domem Grocha w Maricaban. 
Poszlam do Wawelu, bo Adam obiecal mi na obiad porządnego polskiego schabowego z ziemniakami i salatka z pomidorow i ogorkow. Przyniosl nawet trochę zielonego koperku z grządki za domem. To przecież zupelnie cos innego, niż codzienny azjatycki chicken and rice . Piwko spożywane w doborowym i milym towarzystwie, jaki tu tworza Polacy, tez smakuje lepiej.
Adam usmazyl mi schabowe z tluczonymi ziemniakami i salatka pomidorowa.
Menu w restauracji „Wawel” sklada się z kilku prostych, typowo polskich potraw i kazda jest w cenie 200 peso (trochę ponad 4 $). Porcja jest porzadna, wszystko swieze, przyrządzane na poczekaniu. Już się zapowiedziałam na nastepna wizyte, aby zjesc pierogi z mięsem.
U Grocha ma werandzie
Zasiedzialam się w Wawelu dluzej, bo z ciekawoscia sluchalam opowieści polskich podroznikow. Kto skad i dokad, jak długo gdzie i plany na przyszlosc. Uwielbiam takie opowieści. Mlodzi Polacy ambitni i z dużym apetytem na zycie. Poznalam Piotrka, który grzecznosciowo sypia na kanapie w Wawelu u Adama.
Motory tu wjada, tricykl trzeba zostawic i dalej pojsc pieszo.
Uroczy młody człowiek z Inowroclawia. Za kilka dni miał wyjechać z Bantayan, ale zawrocila mu w glowie pewna sliczna Filipinka, która znam z czestych wizyt w lokalu na pobliskim pasazu. Często jadam tam obiady i tez zwrocilam uwagę na jedna, wyrozniajaca się uroda mloda kelnerke.
Piekna starsza pani przed pieknym starym domem. Maricaban.
To wlasnie ta dziewczyna, Katrina o która zabiega Piotrek. Chyba zostanie dluzej na wyspie, aby popracować nad ta znajomoscia, a gdy sytuacja rozwinie się w pożądanym kierunku, wyjedzie, aby ponownie tutaj wrocic na dluzej. Zycze mu powodzenia, bo to madry i bardzo sympatyczny chłopak.
Barek w "Wawelu" moze i skromny, ale jest, co potrzeba do dobrego drinka.
Adam zaserwowal nam w poczęstunku koktajl, a raczej drink alkoholowy wlasnej receptury o tajemniczym składzie, który smakowal wybornie. Gadalismy jeszcze długo, az w pewnym momencie Adam rzucil pomysl, jedziemy do Grocha! A Piotrek popilnuje interesu. Szkoda, bo Piotrek chyba tez by chętnie pojechal. Tak? Popatrzyl na nas Adam i powiedział, ok, zamykamy ten biznes i jedziemy wszyscy.
Chlopaki zamkneli "Wawel" w Santa Fe i pojechalismy do wioski Maricaban
Było już dosyć pozno, ale do Grocha można przecież jechać o każdej porze. Zadzwonili po tricykl, do którego wsiedlismy w kilka osob, a dwóch chlopakow jechalo za nami skuterem. Grochu mieszka w malej wiosce o nazwie Mricaban, znajdującej się w pol drogi miedzy Santa Fe, a Bantayan City. Dotychczas znalam Grocha, czyli Michala i jego filipinska zone Den-Den, jedynie z internetu.
Hubert, artysta z wioski Maricaban na patio swojego domu.
Teraz poznałam osobiście ta sympatyczna pare, ich coreczke Juanite i maleńkiego synka, Jasia. Mieszkaja naprawde w malej wiosce, w której chaty o drewnianej konstrukcji maja sciany wyplatane z palmowych lisci i pokryte sa strzecha. To jest rodzinna wioska Den-Den.
Glowa przyjaciela Huberta, Brazylijczyka.
Wiekszosc domow poukrywana jest miedzy wysokimi palmami i rozlozystymi bananowcami. Do każdej posiadlosci wioda utwardzone sciezki. Morze jest podobno niedaleko, 150-200 m od chat, ale nie widać go z podworka domu, a nie zdazylam tam pojsc, bo szybko zapadly ciemności.
Cale podworko pelne jest rzezb, glownie ptakow.
Po wyjściu z tricykla trzeba jeszcze kawalek przejść pieszo tymi zacienionymi sciezkami, żeby dojść do domu Grocha. Po drodze mijaliśmy bardzo kolorowy dom tutejszego artysty, Joberta z Maricaban, czyli po polsku, Huberta. Szlam za Adamem, ale pozdrowiłam Huberta i zapowiedziałam, ze za chwile tu wroce.
Rezydencja artysty ma swoja wizytowke.
Grochu ze swoja rodzina mieszka w przestronnym domu, w którym sa dwa pokoje oraz lazienka. Obok w podworku stoi drugi podobny dom z lisci bananowca, majacy taki sam rozkład pomieszczen i to jest domek na wynajem dla turystow.
Na koniec wizyty cyknelismy sobie wspolna fotke. Ja, Hubert i jego zona.
Po sąsiedzku pobudowali sobie dom w takim samym filipińskim stylu młodzi Polacy i można powiedzieć, ze maja jakby wspólne podwórko. Gospodarze obu domow maja kuchnie pobudowane na zewnątrz, bo na Filipinach jest taki klimat, ze caly rok można spokojnie urzedowac na podworku. Kuchnie osloniete sa trzema sciankami z palmowych lisci i zadaszone przed deszczem. Jest ok!
Zadaszona werande Polacy ozdobili sznurami muszelek.
Każdy z nich ma kawalek ogrodka, w którym uprawiają jakies warzywa, przyprawy, ale glownie kwiaty. Każdy z nich ma dostep do internetu, który tutaj mozna kupic sobie indywidualnie. Urzadzenie jest wielkości telefonu komórkowego i laduje się je za oplata 250 peso na tydzień. Można tez zalozyc staly kablowy internet z oplata 1000 peso na miesiąc, co na jedno wychodzi.
Wioska Maricaban zabudowna jest tradycyjnymi domkami filipinskimi z palm i bambusa.
Ziemi tutaj obcokrajowiec kupic nie może. Majac karte identyfikacyjna (Ta, która obowiązkowo wykupuje się przy drugim przedluzeniu pobytu za 4.000 peso) można zalozyc własne konto w banku, wydzierzawic ziemie, ale kupic ja można jedynie na osobe narodowości filipińskiej.
Wieczorem pod moim hotelem w Santa Fe, przeszla droga krzyzowa
Polacy ożenieni z Filipinkami nie maja problemu, bo kupuja na zone, ale inni już tak. Wówczas musza znalezc kogos zaufanego miejscowego. Bywa tak, ze kupuja na zony innych Polakow, a jak się wzajemnie zabezpieczają, to już ich tajemnica.
Przed domami poustawiano oltarzyki.
Problemem jest tutaj energia elektryczna, która często wylaczaja ze względu na naprawę linii energetycznych, jak rowniez budowe nowych linii. Wszystko to z powodu bałaganu, jaki zrobil tajfun Yolanda, co już opisywalam w poprzednim poscie. Wszystko tu jest w stanie budowy, również linie energetyczne.
Mieszkancy obeszli z ksiedzem cale miasteczko.
Polacy nie maja jeszce agregatu pradotworczego. Grochu podobno ma, ale akurat jest popsuty. Problem z pradem ma tez Santa Fe, nie tylko wioski rozsiane po wyspie. W hotelu, w którym mieszkam, wlaczaja wtedy agregad pradotworczy, ale tez nie tak od razu. Najpierw przetrzymają turystow jakiś czas, az brak wentylatora i wody obezwladni ich już wystarczjaco mocno, wtedy wlaczaja agregad.
Na tricyklu zamontowano wzmacniacze. Czlowiek gral na gitarze i spiewal.
Oszczedzaja, bo to sa duże koszty. Jak nie ma pradu, nie ma tez wody ani dostępu do internetu. Do Maricabany pojechaliśmy już pod wieczor, wiec szybko zrobilo się ciemno i na dodatek, wlasnie wtedy znowu wylaczyli prad. Siedzielismy w podworku przy swieczkach.
Modlitwa przy jednym z wielu oltarzykow ustawionych przed domami.
Nie miałam możliwości obejrzenia wszystkiego, tak jak bym chciała. Zdazylam tylko pojsc do Huberta-artysty, żeby pogadać chwile z nim i jego zona i zrobić kilka zdjęć. Wnetrze nowego domu Polakow ogladalam już przy swietle z latarki.
Wioski na Bantayanie
Również w swietle latarki przemknal przez podwórko wioskowy szaman. Zdazylam tylko zobaczyć szczupla , tajemnicza sylwetke w czarnym kapeluszu. Kiedys się do niego wybiorę. Tricykl z Santa Fe do Maricabany kosztuje 100 peso (2 $).
Krajobrazy wyspiarskie.
Mimo braku pradu, było bardzo przyjemnie. Dopiero na 21.oo mielismy zamówiony tricykl w droge powrotna, wiec czasu było sporo na wspólne ciekawe rozmowy przy piwie. Pojedziemy z pewnoscia jeszcze nie raz do Maricabany, to obejrze sobie wszystko w dziennym swietle.
Z kazdej strony wyspy, sliczne plaze.