Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

czwartek, 1 września 2016

Lecimy do domu!

Roślnność w tropikach bujnie się rozwija i wypełnia każde wolne miejsce.

Wreszcie nadszedł dzień, w którym mogłyśmy opuścić szpital w Cebu. Jednak nie byłyśmy do końca pewne, czy uda nam się opuścić Filipiny. Oliwia zebrała bagaże, pielęgniarz zaofiarował się, że zawiezie mnie na dziedziniec szpitala wózkiem. I bardzo dobrze, bo okazało się, że moje nogi były wyjątkowo słabe i chybotliwe, a do wyjścia wiodły bardzo długie szpitalne korytarze.
Bungalowy z surowego kamienia świetnie się komponują z błękitnym morzem i plażą.
Jak ja będę szła po lotnisku na takich chwiejnych nogach? Martwiłam się na zapas. Ubrana byłam pstrokato, jak zwykły ubierać się europejskie turystki w egzotycznych krajach. Nie z upodobania, bo na wszystkich zdjęciach zamieszczonych na blogu widać przecież, że ubieram się zazwyczaj skromnie, ale z konieczności ukrycia tego i owego przed przenikliwym wzrokiem obsługi lotniska.
Bajkowa wysepka Virgin na Filipinach.
Nadgarstek dłoni omotałam kolorową bandanką, żeby nie było widać plasterka po zdjętych w ostatniej chwili kroplówkach. Lewą rękę ukryłam, trzymając na niej słomkowy kapelusz. Zdjęłam go z głowy, żeby było widać moje siwe włosy, co wyraźnie wskazuje na to, że korzystam z wózka nie z racji choroby czy inwalidztwa, a ze starości po prostu i tej wersji się trzymałyśmy potem, gdy zadawano nam niedyskretne pytania. W informacji zamieszczonej przy parkingu wózków, wyraźnie było napisane, że są one przeznaczone dla inwalidów i dla ludzi starszych.
Romantyczne miejsce z pięknym widokiem na morze.
W Cebu, już przy wejściu z ulicy do hali lotniska trzeba przejść pierwszą wstępną kontrolę, kładąc bagaż na taśmę i przechodząc przez bramkę. Nie masz biletu, nie wejdziesz na teren lotniska. Mnie z wózkiem przepuszczono obok bramki, ale bagaże pojechały na taśmie. Ok, poszło dobrze. Teraz do office imigration po pieczątkę, że opuszczamy Filipiny. Tu już nie będzie ok, bo miałam świadomość, że przekroczyłam termin pobytu o dziewięć dni, a nie będę się przecież tłumaczyła, że to siła wyższa, bo leżałam w szpitalu i nie mogłam pójść do biura imigracyjnego, aby przedłużyć wizę.
Drewniane kładki nad wodą z namorzynami, ale akurat był odpływ i ani kropli wody.
Akurat fakt przebywania w szpitalu był tym, który najbardziej starałam się ukryć przed pracownikami lotniska i obsługą samolotu. Jednak tu się za bardzo nie denerwowałam, bo wiedziałam, że za przekroczenie terminu opuszczenia Filipin nie grożą żadne dotkliwe restrykcje, poza tym, że trzeba za każdy dzień samowolnego pozostawania na ziemi filipińskiej zapłacić pewną kwotę. Filipińczycy nie bawią się zbytnio w jakieś administracyjne wyjaśnienia, bo pesos są tym, co lubią najbardziej i z wszystkiego można się tam wykupić kasą.
Buddyjskie świątynie są bardzo kolorowe i mają wiele zakamarków.
Na tą okoliczność miałyśmy z Oliwią odłożone filipińskie pieniądze, a nawet nam jeszcze trochę zostało, żeby w strefie bezcłowej coś tam jeszcze kupić i nie wozić ich ze sobą do kraju. Urzędnik policzył dni, pomnożył na kalkulatorze przez stawkę, ja położyłam pesos na kontuarze i dostałam pieczątkę wyjazdową. Nadanie bagażu głównego też przebiegło bez kłopotu, bo nie miałyśmy nadwagi w żadnym z nich. Oliwia znalazła gdzieś w kącie porzucony wózek i sama teraz pchała mnie po tym ogromnym terminalu do właściwego gate, częściowo po posadzce, a częściowo ruchomym chodnikiem.
Ozdobą muzułmańskich świątyń są jedynie minarety i  kopuły. Meczet na wodzie.
W życiu bym na własnych nogach nie pokonała tej ogromnej odległości. Okazało się, że taki wózek z inwalidą lub osobą starszą, może  pchać tylko pracownik lotniska, specjalnie do tego zatrudniony. Dwa razy podchodzili do nas tacy panowie w firmowym serdaczku z plakietką wiszącą na szyi i chyba o tym nas informowali, ale Oliwia udawała, że nie rozumie i z uśmiechem mówiła, ok, thank You i dalej sama pchała wózek. W końcu odpuścili i już nas nie zaczepiali.
Singapur żyje całą dobę. Nawet w nocy czułam się tam bezpiecznie.
Gdy doczekałyśmy otwarcia naszego gate, musiałam wstać z wózka i samodzielnie przejść przez bramkę i dalej, długim rękawem do wejścia w samolocie. Nie było to łatwe, ale Oliwia skutecznie mnie asekurowała, dodając mi pewności siebie. Stewardessa wpuszczająca nas do samolotu przyglądała mi się podejrzliwie, ponieważ miałam bardzo spękane usta (od tych cholernych kroplówek), których nie dało się ukryć. W takiej sytuacji żałowałam, że nie jestem muzułmanką, bo wszystko to spokojnie bym ukryła pod burką, błyskając tylko w szparce oczami na prawo i lewo i nikt by nie śmiał mnie o nic pytać.
Kolonialne miasteczko Vigan na wyspie Luzon o zmroku. Filipiny.
Niepokój nie opuścił mnie nawet wtedy, gdy znalazłam się już na pokładzie samolotu. Stewardessy były czujne i nawet, gdy same nie zareagowały, mogły zgłosić pierwszemu pilotowi, bo to on ma ostatnie słowo w sprawie wyproszenia pasażera z pokładu. Powtarzałam więc w duchu, jak mantrę, no kołuj, już, kołuj i wznoś się w powietrze! W razie co, miałam jeszcze pod ręką to zaświadczenie ze szpitala, że mogę lecieć samolotem. Na pokładzie może byłoby ono honorowane?
Spojrzenie na zatokę z kolejką linową.
Samolot Emirates Airlines był ogromny i miał sporo wolnych miejsc. Słyszałam, jak stewardessa w odpowiedzi na pytanie pasażera dpowiedziała, że może on się położyć na siedzeniach, skoro są wolne. To my również skwapliwie z tego pozwolenia skorzystałyśmy. Oliwia przeniosła się do środkowego rzędu i się tam ułożyła, a ja zajęłam cały nasz rząd trzech foteli. Jednak stewardessy ciągle miały jakieś wątpliwości co do mojej osoby. W końcu jedna nachyliła się nade mną i zapytała wprost, jesteś chora? No, odpowiedziałam, I am tired, only. Jestem tylko zmęczona.
Chyba likwidowali szwalnię i utworzyli kawiarnię. Stoliki z maszyn do szycia. Pomysłowo.
Z Cebu do Dubaju to bardzo długi lot, ponad 9 godzin bez przerwy. Gdyby nie to, że większość czasu mogłam leżeć, byłoby ciężko, niewyobrażalnie ciężko. W samolocie Emirates zjadłam wreszcie normalny posiłek, a tłuczone ziemniaki z mięsnym sosem, smakowały, jak najwspanialsze danie. Czegoś tak dobrego nie jadłam od miesięcy. W Emirates Airlines karmiono nas często i pojono różnymi napojami gorącymi i zimnymi. Tylko pyszne ciastko z kremem i galaretką oraz wino oddałam Oliwii, bo ja już teraz takich rzeczy jeść i pić nie mogę. Mam nadzieję, że chwilowo.
Drink na świeżym powietrzu? azjatyckie miasta świeżego powietrza nie znają.
Gdy stewardessy zorientowały się, że jesteśmy z Oliwią razem, ponownie zapytały, tym razem Oliwię, czy mama wyszła ze szpitala? Bo dużo śpi. Nie, zaprzeczyła Oliwia, śpi bo jest stara i zmęczona podróżą. Dobrze, że nie odwinęły bandanki, bo by zobaczyły te moje sine dłonie i opatrunki po igłach kroplówek i wtedy byłaby wpadka na całego. Podobno stewardessom (na szczęście) nie wolno dotykać pasażerów. Nie wiem, czy obowiązuje to tylko w liniach lotniczych należących do krajów arabskich, w których państwową religią jest islam, czy tak w ogóle. Ale nerwówka była.
W starym, dynastycznym domu azjatyckim.
Gdy doleciałyśmy do Dubaju, odetchnęłam z ulgą, ale tak nie do końca, bo to dopiero pierwszy etap podróży. Wszystko jeszcze zdarzyć się może (to moje pesymistyczne spojrzenie na sprawę). Oliwia zaś zauważyła: no, gdyby tutaj ciebie cofnęli z samolotu, to już sobie poradzimy. Wynajmę samochód i dowiozę Cię mamuś do domu, bo jesteśmy już na kontynencie! Nawet, gdybyśmy miały jechać cały tydzień! (to optymistyczne spojrzenie Oliwii na sprawę).
Degustacja
No, tak. Minęłyśmy już wszystkie morza i oceany i lądujemy na kontynencie, ale z Dubaju do Warszawy jadąc samochodem jest 6.330 km (samolotem w linii prostej 4.160 km) i trzeba jechać brzegiem Zatoki Perskiej, minąć bokiem Katar, Kuwejt, zaczepić o Jordanię, Syrię, przeciąć całą Turcję z Ankarą i Istambułem włącznie, zaliczyć Bułgarię i przejechać przez całą Serbię. To nie są chyba bezpieczne kraje dla dwóch podróżujących samochodem kobiet. Potem już tylko Węgry, otarcie się o Austrię, przecięcie Czech i jesteśmy w kraju. Niezła jazda by była!
Oliwia w zagospodarowanym parku przyrodniczym.
Można też z Dubaju do Warszawy dotrzeć skokami, pociągami. To już zdecydowanie bezpieczniejsza opcja, ale nie wiadomo, jak długo taka podróż by trwała i co z przemieszczaniem się po krajach, do których potrzebne byłyby wizy? No, gdyby taka konieczność zaistniała, to z pewnością byśmy się uporały z tymi problemami, tylko że Oliwia by już nie zdążyła na spływ kajakowy, na który umówiona była od zeszłego roku. Lepiej więc, aby w Dubaju nie było problemów.
Ja w otoczeniu dzikiej przyrody.
Z przechodzeniem przez bramki w Dubaju nie było kłopotu, ponieważ puszczono nas przejściem transferowym, a bagaże leciały bezpośrednio do Warszawy, ale za to jakiś problem był z samolotem. Wyświetlało się opóźnienie, potem podstawiano jakieś inne samoloty do Warszawy, znowu nasz samolot zmieniano i już nie wiedziałam jakim w końcu polecimy i przy którym gate mamy się ustawić.
Przy barze z drinkami owocowymi i warzywnymi.
Dubaj, to stacja przesiadkowa pasażerów przybywających z różnych stron świata i lecących do Europy. Tego dnia wysypywały się tłumy pasażerów z różnych samolotów i większość z nich przesiadała się na lot do Warszawy na Światowe Dni Młodzieży i spotkanie z papieżem Franciszkiem. Spotkanie z papieżem miało się odbyć w Krakowie, ale i tak wszyscy lecieli do Warszawy, gdzie zamierzali się przesiąść na samoloty, autokary bądź pociągi do Krakowa. Część z nich pozostawała w Warszawie, gdzie w diecezjach odbywały się spotkania. Zależy, gdzie ich kraj dał im przydział.
Droga-rzeka wśród zdegradowanych lasów Wietnamu.
Samolotów do Warszawy startowało kilka prawie równocześnie, stąd zamieszanie. Wreszcie wskazano nam bramkę, do której ze swoim numerem lotu mamy się ustawić. Samolot był piętrowy, ogromny jak forteca. Tym razem wszystkie miejsca były wykorzystane, co pogorszyło nam komfort podróżowania. Mimo, że ten odcinek lotu był krótszy, niż poprzedni, umęczyłam się bardziej i toalety były bez przerwy zajęte. Ustawiały się do nich kolejki. Raz o mało nie zdążyłam tam się dostać. Jakaś dziewczyna to zauważyła i odstąpiła mi swoją kolejkę, dosłownie w ostatnim momencie.
Naturalne formacje przyrodnicze zachwycają swoim artyzmem.
Na pokładzie było mnóstwo młodych ludzi z różnych zakątków świata. Biali, żółci, czarni, wszyscy kolorowo ubrani, niektórzy w swoich narodowych strojach, z gitarami, bębenkami i innymi mało znanymi u nas instrumentami muzycznymi. Weseli, łatwo nawiązywali kontakt między sobą. To dobrze, pomyślałam. Taki tłok i ruch na pokładzie, odciągnie ode mnie uwagę stewardess.
To my! lubimy wspólne wypady. Odbieramy piękno otaczającego nas świata tak samo.
Dopiero, gdy Oliwia zauważyła, że lecimy już nad Warszawą, odetchnęłam pełną piersią i powiedziałam, udało się, jestem w domu. Oliwia powiedziała: obiecałam Ci już w Santa Fe, że wyciągnę Cię z tego mamo i dowiozę do domu i oto jesteśmy. Przy taśmie z bagażami spędziłyśmy sporo czasu, ponieważ bagaży była taka ogromna ilość, że płynęły i płynęły bez końca, głównie jednolite torby podróżne pielgrzymów. Nasze dopiero pod koniec wyskoczyły z czeluści. Już pomyślałam, że poleciały innym samolotem, tak długo to trwało.
Azjatycki smok w Warszawie. Krakowskie Przedmieście w święto Trzech Króli.
Warszawa była gwarna, ale zorganizowana. Śliczną pogodą powitała gości z całego świata, co nie jest bez znaczenia, bo wiele z nich z trudem znosi zimno. Prezydent Warszawy udostępniła przybyłym uczestnikom bezpłatne korzystanie ze środków komunikacji miejskiej. Każdy z delegatów, czy też pielgrzymów? nie wiem, jak ich nazywać, miał identyfikator z nazwiskiem i logo swojego kraju. Było to ich przepustką do korzystania z przygotowanych dla nich atrakcji. Wydano też specjalny przewodnik po Warszawie, żeby mogli zwiedzić ciekawe miejsca w naszej stolicy. Na Krakowskim Przedmieściu utworzono Strefę Kultury. Oj, działo się, działo w Warszawie.
Ja w koronie z rycerzem na Placu Zamkowym w Warszawie. Ale zimno!
Wszystko to działo się jednak poza mną, bo moja świadomość do świętowania nie była gotowa. Na placu przed lotniskiem czekał już na nas Tomek z samochodem, po chwili podjechał na motorze Marcin, aby przejąć od Oliwii teczkę z historią mojej choroby z Kliniki w Cebu, żeby zawieźć ją do szpitala, gdzie zarezerwował dla mnie miejsce. 
Krzyś, to grzeczny chłopczyk, więc św.Mikołaj przyniósł mu mnóstwo przezentów.
Przyjechał motorem ze względu na warszawskie korki, w których łatwiej i szybciej jest się poruszać motorem, niż samochodem. My pojechaliśmy na Nowolipki do mieszkania Oliwii i Tomka, gdzie czekała już Anulka z domowym, gorącym rosołem dla mnie. Bowiem, jak na Filipinach wierzą w cudotwórczą moc ryżu na wszelkie dolegliwości, tak w Polsce domowy rosołek z kury własnego chowu i na warzywach z własnej uprawy, jest panaceum na wszelkie choroby i słabości.
Przerwa od tropików w zimnej Austrii, na zaproszenie Marcina i Moniki.
Wykąpałam się, zjadłam z apetytem rosół i położono mnie w sypialni Oliwii, w dobrze wywietrzonym pokoju, w łóżku cudownie pachnącym świeżą pościelą. Tak dobrze i bezpiecznie nie czułam się już dawno. Niebawem jednak Oliwia delikatnie mnie obudziła i powiedziała, musisz wstać, mamo, w szpitalu czekają na ciebie. W pierwszym momencie po obudzeniu, nie wiedziałam gdzie jestem. Santa Fe? Cebu? Spojrzałam na zielone liście drzew za oknem. Z pewnością nie są to palmy. Jestem w Warszawie, w Polsce, dotarło wreszcie do mnie. Wielka ulga.
Krzyś samodzielnie już jeździ na nartach. Kaprun, Austria.
Pojechaliśmy do szpitala. Tam przydzielono mi dwuosobowy pokój, ale przez cały pobyt nikogo nie dokwaterowano. Miałam więc pełen komfort i własną łazienkę. Na tym komfort się kończył. Łóżko było mało wygodne i za wysokie. Żeby z niego wstać, musiałam skakać, a nie należę do najniższych osób. rzy łóżku był przycisk do wezwania dyżurnej pielęgniarki. Gdy pewnego dnia źle założono mi opatrunek po wyjęciu igły kroplówki i krew zalewała mi rękę, zadzwoniłam.
Tata Marcin, mama Monika i synek Krzyś zakładają narty.
Pielęgniarka niespiesznie przybyła i stojąc w progu drzwi, zapytała szorstkim głosem: czego dzwoni? Do końca pobytu nie zadzwoniłam już i sama sobie radziłam w różnych sytuacjach. Tu było mi już łatwiej, bo miałam podłączoną tylko jedną kroplówkę, a i sił miałam więcej, niż w Cebu. Przecież nie miałam już w sobie bakterii i wracałam do zdrowia. Jedzenie natomiast było tu o wiele lepsze, niż w Cebu.
I poszusowali w dół. Ja nie potrafię jeździć na nartach, więc zjechałam na dół kolejką.
Zupy były po prostu rewelacyjne, takie  jak gotowane w domu. Jadłam więc bez przymusu, żeby szybko wrócić do sił. No i była tutaj wielka cisza, prawie nikt tu nie wchodził, aby sprawdzić co się ze mną dzieje, poza pielęgniarką zmieniającą kroplówkę i roznoszącą tabletki. Po posiłek trzeba było samemu wyjść na korytarz i pobrać swoją porcję. Drzwi pokoju się otwierały i rozlegał się głos: wstawać, obiad zabierać! i bardzo dobrze, bo zmuszało to mnie do ruszania się i ćwiczenia nóg.
Nasz Pensjonat w Kaprun.
Zaraz pierwszego dnia, gdy położyłam się w szpitalnym łóżku, przyszła do pokoju lekarka zrobić wstępny wywiad. Oliwia tu jeszcze była, przekładała moje rzeczy do szafki. Pani doktor wyprosiła Oliwię z pokoju i zamknęła drzwi, po czym zaczęła zadawać mi pytania na temat, co to właściwie się stało i jaki był przebieg zdarzeń. Byłam zdumiona tym, że wyprosiła Oliwię. Nic nie powiem, odrzekłam pani doktor. Wszystko co się działo, wie tylko moja córka Oliwia, która stoi tam za drzwiami. Ona współpracowała z lekarzami i pielęgniarkami, była przy każdym zabiegu, mieszkała ze mną w szpitalu i tylko Ona wie, co naprawdę się działo. Ja mało kontaktowałam. Pani doktor wstała, poprosiła Oliwię, aby weszła i zaczęła z nią rozmawiać.
Ach! te urokliwe, wymuskane austriackie uliczki.
Tak, zwyczaje są wyraźnie inne w różnych krajach. U nas nie stawia się na rodzinę, nie liczy się z nią. Nie mam tu na myśli, żeby zaraz zwalała się do szpitala cała rodzina i wspólnie z pacjentką zajadała się pizzą i frytkami na jej łóżku, jak na Filipinach, ale żeby rozmawiać, poznać aktualny stan zdrowia, zainteresować się sposobem leczenia w poprzednim szpitalu i informować o wszystkim na bieżąco rodzinę.
Krzyś pracuje na komputerze, a ja mu towarzyszę pijąc poranną kawę.
I nie wyrzucać najbliższej rodziny, gdy do pokoju wchodzi lekarz, tylko przekazywać informacje jednocześnie pacjentce i członkowi rodziny. Marcina też wyprosili z pokoju, gdy przyszła lekarka. To było dla mnie niezrozumiałe i przykre. Oliwia była w lekkim szoku, mając świeżo w pamięci uprzejmość i poważne traktowanie jej w klinice w Cebu. Tam była osobą wprost niezbędną. No cóż, Oliwciu, co kraj, to obyczaj. Jesteśmy w Polsce!
Po zimowych szaleństwach, wróciłam w tropiki, żeby się dogrzać.
W warszawskim szpitalu pościel była biała, nie maglowana, wiotka, więc szybko się brudziła. W końcu przebywało się w łóżku całą dobę, dzień po dniu, noc po nocy. Po kilku dniach, gdy Oliwia znowu przyszła mnie odwiedzić poprosiłam, aby zapytała dyżurującej w korytarzu pielęgniarki, co ile dni zmieniają tu pościel. Pielęgniarka wyglądała na rozbawioną tym pytaniem. Nie zmieniamy pościeli, odpowiedziała. A pani w domu co jaki czas zmienia pościel? zaatakowała Oliwię. Co tydzień, odpowiedziała Oliwia. Ha, ha, ha, usłyszała w odpowiedzi.  No tak, tu nie hotel, tylko państwowy szpital, co my sobie w ogóle wyobrażamy. 
Sceneria za mną, jak z amerykańskich bajek dla dzieci.
Nie mam wygórowanych wymagań, potrafiłam dostosować się do warunków szpitala w Bantayan, leżąc w podłym wyrku na klepisku, ale w warunkach europejskich oczekuję minimum higienicznych warunków. Pościel nie musi być zmieniana każdego dnia, jak to było w Cebu, ale raz na tydzień należałoby ją chyba wymienić. Oliwia przyniosła mi z domu czyste prześcieradło, położyłam je w poprzek, na jednej części układałam swoje zbolałe ciało, drugą częścią się przykrywałam i dopiero na to kładłam szpitalną pościel. Co kilka dni zmienialiśmy prześcieradło na świeże. Trzeba sobie jakoś radzić samemu w różnych sytuacjach życiowych.
Zachód słońca oglądany ze szczytu pagórka wygląda ciekawiej?
Generalnie byłam w stanie średnim. Życie uratowano mi w Chong Hue Hospital w Cebu, uwalniając mój organizm od śmiercionośnej bakterii. Teraz należało pozbyć się skutków ubocznych nabytych w trakcie tego długiego i intensywnego pocesu leczenia na Filipinach. Należało też sprawdzić, czy rzeczywiście grozi mi cukrzyca i podjąć leczenie tych wrzodów, które wykryto w Cebu, w trakcie wykonywania kolonoskopi. Doszło do tego leczenie odparzeń nabytych w czasie długiej podróży samolotem i zakażenia spowodowanego kroplówką.
Ten rybak ma taki widok codziennie i z pewnością codziennie jest nim zachwycony.
Zakażenie i opuchlizna z powodu złej obsługi kroplówki nastąpiło już tutaj, w polskim szpitalu. Byłam tym bardzo zdenerwowana. W Cebu miałam po kilka kroplówek na raz, w obu rękach przez całe trzy tygodnie i do żadnego zakażenia nie dopuszczono. Tutaj, w Warszawie miałam tylko jedną kroplówkę! Jedną! Pytałam, czy muszę tak długo mieć tą kroplówkę, skoro już normalnie jem posiłki, różne zupy i piję kompoty oraz dużo wody mineralnej? (bo to była kroplówka nawadniająca). Muszę. A potem okazało się raptem, że nie muszę, odłączono ją w pośpiechu i zaczęto leczyć rękę po kroplówce. Już nie wierzę ślepo w zalecenia lekarskie. Raz mówią tak, raz inaczej.
Tak wyrazista poświata mnie zaskoczyła. To najpiękniejszy zachód słońca, jaki widziałam!
Wreszcie nadszedł dzień, gdy wypisano mnie do domu. Przepisano mi dokładnie te same lekarstwa, jakie podawano mi w szpitalu i nakazano przestrzegać czasu i  dawkowania, aż do wyczerpania zapasu. Dostałam też skierowanie do specjalistycznej poradni gastroenterologicznej i poradzono mi zakupienie glukometru, aby mierzyć samej sobie poziom cukru we krwi, żeby nie dopuścić do cukrzycy.
Dotykać mnicha nie można, ale stać obok siebie, czemu nie?
Tym sposobem mogę już uważać się za wyleczoną i znowu cieszyć się życiem. Jestem rekonwalescentką, uczę się chodzić, trzymać się prosto, pisać wyraźnie. Żyję teraz w wolniejszym tempie, ale żyję i to jest najważniejsze. Smakując wolno życie, więcej dostrzega się wokół siebie, lepiej słyszy się innych i dostrzega różne ważne drobiazgi, których kiedyś się nie zauważało. Slow life, jak mówią mieszkańcy ciepłych krajów.
Czasem może zaskoczyć nas spotkanie dziwnych ludzi.
Kiedyś zaplanowałyśmy z Oliwią, że co roku spotkamy się w innym miejscu na Świecie  i razem pozwiedzamy sobie jakiś wybrany, egzotyczny kraj. Na Filipinach się to nie udało. Oliwia miała do mnie przylecieć w przyszłym roku, bo w tym, byłyśmy razem w Wietnamie. Teraz śmiała się, że gdy koleżanki dowiedzą się, że trzy tygodnie spędziła na Filipinach, będą jej zazdrościć (O rany! trzy tygodnie w rajskich tropikach!), a gdy spytają, gdzie była i w jakim fajnym hotelu się zatrzymała, odpowie: mieszkałam w szpitalu w Cebu i tyle tam widziałam. Już widzę ich miny!
Oliwia, gdy odwiedziła mnie w Cancun. Mexico.
Cebu, to pierwsze miasto, jakie zbudowano na Filipinach. Pierwszy w to miejsce dotarł Ferdynand Magellan wiosną 1521r. Zabawił tu tylko 20 dni, ponieważ zabili go tubylcy. Miasto założyli Hiszpanie w 1565r, nadając mu bardzo długą katolicką nazwę, którą w 1571r przemianowano na Cebu. Dla mnie, jest to najbrzydsze miasto Filipin. Poza Krzyżem Magellana, Fortem San Pedro i Bazyliką Del Santo Nino, nie ma tam nic ciekawego do zwiedzania, żadnych zabytków, tylko hałas, kurz, niewyobrażalne korki na ulicach i śmeci. Na Filipinach najładniejsze są małe miasteczka i wioski.
Oliwia na plaży w Meksyku. Plaża równie piękna, jak na Filipinach.
Jakie to szczęście, że Oliwia do mnie na Filipiny przyleciała! Dzięki Oliwia! dzięki Marcin! dzięki Monika! Podzieliliście między siebie zadania i każdy z Was wykonał ogromną pracę, aby przywrócić mnie do życia i sprowadzić do domu! Macie u mnie dozgonną wdzięczność! Warto jeszcze trochę pobyć na tym Świecie z Wami, z taką wspaniałą rodziną! A co z podróżowaniem? pożyjemy, zobaczymy.

11 komentarzy:

  1. Przeczytałam kilka ostatnich postów i trochę mnie zmroziło...
    Zaczęłam od sielanki w Santa Fe, a potem zaczął się horror!
    A ja właśnie się do Azji wybieram i czytam, co ludzie polecają i jak im tam jest w tej Azji...
    Czy możesz mi Zosiu napisać, jakiego rzędu wydatkiem był ten szpital w Cebu? I czy ubezpieczenie (choćby częściowo) pokryło te koszty?
    Jeśli nie chcesz pisać publicznie to może na maila? jolaryd@interia.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję, jednak ja go nie dostałam :(
      Sprawdziłam dokładnie całą pocztę, nawet w spamie i w ofertach i, niestety, nie znalazłam tego maila :( Dawno go wysłałaś?

      Mogłabyś wysłać jeszcze raz?
      Z góry dziękuję
      Jola

      Usuń
  2. Bardzo dziekuje pani Kasiu i pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawa jestem jak sie Pani teraz czuje i czy planuje Pani jakies nowe podroze. Pozdrawiam z Chicago.

    Beata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już dobrze się czuję, Pani Beato, dziękuję :)W Polsce zimno, pochmurno, depresyjnie, więc cały czas myślę o ciepłych krajach i znowu planuję podróż w cieplejsze zakątki świata. Będę jednak mogła wyjechać dopiero późną jesienią, gdy załatwię wszystkie sprawy rodzinne i uzbieram odpowiednią ilość pieniędzy. Trudno mi się zdecydować, gdzie jechać, ponieważ chcę znaleźć swoje miejsce na Ziemi i pomieszkać dłużej w jednym miejscu. Marzą mi się Hawaje lub wysepki na Antylach, należące do UE, ale nie wiem czy będzie mnie na nie stać, bo tam nie ma tanich noclegów. Pod tym kątem poszukuję. Może Dominikana? albo powrót do Cancun w Meksyku? tam można tanio wynająć mieszkanie na dłuższy pobyt, jest pięknie i blisko do Stanów, na Karaiby i do krajów Ameryki Środkowej. Myślałam też o Grecji bo to blisko domu, a też pięknie i ciepło, ale Grecja również zrobiła się za droga.Myślę, że to poszukiwanie znowu skończy się na Azji i zaszyję się w jakiejś uroczej mieścinie w Tajlandii :) skąd będę mogła co jakiś czas odwiedzać Wietnam, Laos, gdy trzeba będzie odnowić wizę. Ale wyjadę z pewnością i znowu będę fotografować i pisać bloga :) Pani to na stałe mieszka w Chicago, czy jest Pani w podróży? jeśli Pani również bloguje, to bardzo proszę o link do niego. Chętnie i z wielką przyjemnością czytam blogi Polek mieszkających na obczyźnie lub podróżujących po świecie. dzięki za pozdrowienia i również serdecznie Panią pozdrawiam!

      Usuń
  4. Jej, takiej podróży to zazdroszczę. Niesamowite miejsce, piękne widoki. I uśmiech na Waszych twarzach. Aż sam człowiek chce się uśmiechać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Miejsca i widoki piękne. Słońce,plaże i ciepło o każdej porze roku wprowadzają każdego w dobru humor, więc jak tu się nie uśmiechać? dzięki za wpis, Patrycjo. Świetnego samopoczucia tej wiosny i wielu uśmiechów życzę :)

      Usuń
  5. Gdy rok temu kupiłem za namową filipinskich znajomych bilet do Manili, a potem okazało się, że oni nie jadą i zostałem sam z biletem zamarłem. Wtedy to odkryłem Pani bloga, opowieści i wskazówki okazały się bardzo przydatne. Nabrałem odwagi i poleciałem sam. Do dziś dziękuję za dzień kiedy trafiłem na ten blog. Nie udało mi się zobaczyć, aż tyle co Pani, ale jeszcze tam wrócę. Mieszkam w Warszawie, chętnie zaproszę na kawę i wymianę wrażeń. Planuję też kolejne wyjazdy. Mój mail: fluende@gmail.com pozdrawiam i dziękuję Sebastian

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięki za wpis. Właśnie po to piszę bloga, aby ludzie dowiedzieli się, że podróżowanie jest super przyjemne, że można podróżować samemu, bez oglądania się na innych i że w każdym kraju na świecie można sobie poradzić, nawet nie znając języka. Oczywiście lepiej jest znać język, głównie angielski, ale można też podróżować z rozmówkami i poradzić sobie w każdej sytuacji. Pozdrawiam i życzę radości z podróżowania! Dziękuję za zaproszenie na kawę :) maybe someday?

    OdpowiedzUsuń