Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

piątek, 19 sierpnia 2016

Co wydarzyło się w Santa Fe


"Czas się zatrzymać na chwilę i stworzyć sobie dom”. Taki tytuł miał mój ostatni post pisany 25 czerwca 2016r w Santa Fe. Cieszyłam się, że wreszcie znalazłam swoje miejsce na Ziemi. Ładne mieszkanie, mili gospodarze, urocze miasteczko, przyjemni znajomi, sporo Polaków na wieczorne pogaduchy przy piwku, czyste i ciche plaże wokół nad pięknym turkusowym morzem.
Każde miejsce jest dobre do wypoczynku, jeśli daje upragniony cień.
Być może za bardzo się cieszyłam? Sobota 25 czerwca była nie tylko dla mnie ostatnim radosnym dniem w uroczym miasteczku Santa Fe, na filipińskiej wyspie Bantayan. Dzień wcześniej Adam rozbił się na motorze Wernera (to ten Niemiec, o którym pisałam, co to  jeździł czasami po głównej, najdłuższej ulicy Santa Fe i na całe gardło wykrzykiwał po niemiecku swoją złość, odreagowując własne frustracje).
Adam w swoim lokalu "Wawel" w Santa Fe
Adamowi nic się nie stało. Drobny, o wadze piórkowej, przeleciał nad motorem, a padając na piaszczystą drogę, pozdzierał sobie jedynie skórę na nogach i rękach. Cały się zdezynfekował, spryskał odpowiednim preparatem, zastępującym bandażowanie i o własnych siłach chodził po wiosce, taki cały w kropki i cętki zabezpieczonych ran.
Na jednej z plaż w Santa Fe
Tego zaś dnia, motor od Wernera pożyczył Niels. Często wściekający się Werner, wykrzykujący po wsi jakieś dziwne teksty w języku niemieckim, niezrozumiałe przez tutejszych ludzi i przez nas również, solidaryzował się jednak z Euopejczykami i pożyczał im często swój motor, gdy musieli gdzieś dalej pojechać. Niels miał akura potrzebę odwiedzić Bantayan City oddalony o kilkanaście kilometrów od Santa Fe, prawdopodobnie celem skorzystania z bankomatu.
Od rana do popołudnia są tu pustki. Tylko ja i pies.
Podjechał pod knajpę „Wawel” i namówił Adama, aby się z nim zabrał do Bantayan. Nie ujechali daleko, gdy na prostym, mało ruchliwym skrzyżowaniu, z bocznej drogi wyjechał nagle wprost na nich motorowy trójkołowy tricycle, uderzając z rozpędu w sam środek ich motoru. Pewnie myślał, że zdąży przed motorem przejechać.
Od czasu, do czasu dobije do brzegu jakaś rybacka łódka
Adam wagi piórkowej, znowu został podmuchem zniesiony na skraj drogi i poza odnowieniem się ran z poprzedniego dnia, doszło trochę nowych zadrapań i otarć, ale nic mu się nie zwichnęło ani nie złamało. Natomiast dla Nielsa, ten wypadek zadecyduje o jego dalszym życiu i sprawności. Złamana noga i pęknięte biodro to duży problem dla filipińskiej służby zdrowia, a cierpienia nie uśmierzają tu morfiną.
Ćwiczenia aerobikowe w parku w rytm muzyki. Bantayan City.
Gdy przyjechała karetka pogotowia, z trudem zapakowaliśmy do niej Nielsa, ze względu na jego bardzo wysoki wzrost i wygiętą w bok złamaną nogę, która nijak w takiej pozycji do karetki zmieścić się nie chciała. W końcu jakoś go dociągnęli do przodu i drzwi się zamknęły. Janeth pojechała z mężem.
Woda zanieczyszczonej potwornie rzeki, wpływa w Bantayan City wprost do morza.
Werner wydarł się na Adama, że to on prowadził motor, ale świadkowie potwierdzili, że motor prowadził Niels. Biedny Adam, nie dość że raz po raz ulega wypadkom, musiał się jeszcze tłumaczyć z niesłusznych posądzeń. Werner długo z troską oglądał swój motor i ze zdumieniem stwierdził, że zupełnie nic mu się nie stało, nawet zadrapania nie było. Najbardziej ucierpiał Niels. Jakie było moje zdumienie, gdy po jakimś czasie karetka ponownie zatrzymała się przed domem i wyjęto z niej Nielsa, umieszczając na wózku inwalidzkim. Janeth powiedziała, że w szpitalu próbowali złożyć to biodro, ale się nie udało i odesłali Nielsa do domu. I co dalej robić?
Gotowanie obiadu na ulicy przed domem.
Niels utkwił w domu w tym inwalidzkim wózku w dziwnym przykurczu, biorąc pod uwagę rozmiar wózka inwalidzkiego, obliczanego na wzrost Filipińczyka, a wzrost wyjątkowo długiego Duńczyka ze sterczącą w bok złamaną, wyjątkowo długą nogą. Nie dowiedziałam się, co Janeth i jej rodzina mają zamiar uczynić w tej sytuacji. Czy ewentualnie można jakoś przetransportować Nielsa do jego ojczystego kraju w Europie, gdzie duńska służba zdrowia z pewnością by mu pomogła. Nie zdążyłam zapytać, ponieważ sama poczułam się bardzo źle i nie wiedziałam co się dzieje.
Dzieciaki ćwiczą przed wieczornym karaoke. To bardzo popularna rozrywka Filipińczyków.
Następnego dnia, galopująca biegunka i ciągle rosnąca gorączka rozłożyły mnie na dobre i biedna Janeth biegała teraz z jednej części domu, na drugą, próbując pomóc, na ile mogła mężowi i swojej lokatorce. Ostatnim wysiłkiem, nie mogąc już otworzyć w laptopie poczty, wbiłam się na skype i klikając na moją córkę, Oliwię, napisałam jedno tylko słowo „umieram” . Janeth, zadzwoniła po karetkę pogotowia.
Dziewczyna sprzedająca hot-dogi z braku klientów, oddaje się swojej pasji, karaoke.
Elegancka, pachnąca nowością karetka pogotowia, prowadzona z fantazją po drodze będącej w remoncie przez syna burmistrza miasta, wiozła mnie do szpitala w Bantayan City. Do karetki wsiadła wraz ze mną Dżi Dżi, prawdopodobnie jedna z sióstr Janeth, ale ja już mało wówczas kojarzyłam. Dżi Dżi całą drogę rzygała w reklamówkę, tłumacząc, że ona tak zawsze w różnych pojazdach, więc żebym się nie przejmowała.
Motorowy tricycle zamienia się czasami w pojazd towarowy.
Chwilami otrząsałam się otwierając oczy, bo syn burmistrza jechał, jak kierowca ciężarówki przewożącej worki z ziemniakami lub kokosami. Dżi Dżi w chwilach gdy nie rzygała, trzymałą mnie za rękę i pocieszała oraz pilnowała mojego plecaczka, nie będąc pewna, czy cały czas jestem przytomna. Bezinteresowna pomoc Dżi Dżi bardzo mnie wzruszyła. Filipińczycy wychodzą bowiem z założenia, że żaden człowiek w tak cężkiej sytuacji nie powinien być sam. Z Nielsem jechała Janeth, a ze mną Dżi Dżi.
Stoiska z jedzeniem i napojami przed szkołą w Santa Fe.
W szpitalu w Bantayan położono mnie na łóżku w jednym z boksów, odgrodonych od siebie cienkimi, odrapanymi i przykrótkimi ściankami z dykty, zza których co chwilę rozlegały się rozpaczliwe krzyki pacjentów, nie mogących znieść potwornego bólu. Chyba nie stosowali tu znieczulenia. Kobiece i męskie krzyki się krzyżowały i nie sposób było się od nich uwolnić. Zatkałam sobie uszy i patrzyłam w podłogę, która okazała się być zwykłym klepiskiem z ubitej ziemi. Było mi już wszystko jedno.
Na kurczaka w sosie limonkowym często wpadałam do lokalu, gdzie pracowała Jessi.
Za przepierzeniem z wątpliwej czystości zasłonką z cienkiego materiału, stał zwykły drewniany stół, przy którym urzędował lekarz.Nie bardzo pamiętam, na czym polegało leczenie w tym szpitalu, ale mój stan się nie zmieniał, mimo mojej ufności, że skoro już znalazłam się w szpitalu, to wszystko będzie dobrze. Nie było. Cały czas miałam zamknięte oczy i zatkane uszy na zasadzie, nic nie widzę, nic nie słyszę, tylko czekam na pomoc lekarzy, aby odmienili mój los.
Czasami w "Wawelu" można było coś zjeść, a czasami, nie. Specyfika biznesu Adama.
Wiara w moc lekarzy zawiodła mnie całkowicie, bo lekarze w Bantayan nie wszystkim wyzwaniom potrafili sprostać. Mój przypadek był dla nich zbyt trudny, więc postanowili odesłać mnie do domu. Lekarz przyniósł formularz do podpisu, w którym po angielsku było napisane, że opuszczam szpital na własną prośbę. To jest nieprawda, powiedziałam, przyjechałam tu do szpitala po pomoc medyczną i nadal jej oczekuję. Nie chcę stąd wyjść na własną prośbę bez żadnej poprawy mojego stanu zdrowia, bo w domu bez fachowej pomocy, umrę. Nie podpiszę tego.
Boczna uliczka w Santa Fe.
Pan doktor odpowiedział, że on w takim razie odstępuje od dalszego leczenia, nie będą mi też podawane żadne leki i jak chcę sobie tu leżeć, to proszę bardzo, dla nich nie jestem już pacjentką. Ugięłam się i pokornie, z rezygnacją podpisałam formularz. Karetką pogotowia odwieziono mnie do domu. Podstawowa służba zdrowia na Filipinach jest bezpłatna, zarówno dla miejscowych, jak i dla obcokrajowców. Płaci się jedynie za lekarstwa. Ale to jest naprawdę podstawowa opieka, np opatrzenie ran, zmierzenie gorączki, ciśnienia, opukanie, obejrzenie, wypisanie recepty, skierowanie na dalsze leczenie do innego szpitala.
W Santa Fe można znaleźć ciekawe plaże i zatoczki
W tym samym czasie moje dzieci w Warszawie błyskawicznie zareagowały na mój ostatni wpis na skypie do Oliwii. Z info na moim facebooku nawiązały kontakt z Janeth. Wymienili się numerami telefonów. Marcin, mówiący płynnie po angielsku, dokładnie wypytał Janeth o wszystko, co się wydarzyło. Moja synowa, Monika skontaktowała się ze swoim ojcem lekarzem, mieszkającym w innym mieście, podając objawy i pytając o radę. Gdy wróciłam z Bantayan do domu, Janeth przyszła do mnie z komórką, gdzie miała na linii Marcina i on zapytał mnie, czy chcę, żeby Oliwia do mnie przyleciała. Chciałam. Wstąpiła we mnie nadzieja.
Błękit nieba i biel piasku na plaży w Santa Fe.Biel zaciera granice zdjęcia.
Moja rodzina wiedziała, że nie rozpadam się nigdy nad swoim zdrowiem, jestem odporna, energiczna i samodzielna, więc jeżeli coś takiego do Oliwii napisałam, musi to być poważna sprawa, dlatego zadziałali błyskawicznie, co jak się potem okazało, uratowało mi życie. Tymczasem stan Nielsa się nie zmieniał. Nadal leżał w wózku inwalidzkim w pokoju. Smutna Janeth opiekowała się nim, nie wiedząc co jeszcze można dla niego zrobić w tych filipińskich warunkach. Niels tkwił w półświadomości, chyba z powodu zażywanych leków. Trudno było z nim nawiązać kontakt. Janeth znowu udzielała się na dwa mieszkania, pośrednicząc między mną, a moimi dziećmi, bo nie byłam w stanie korzystać z laptopa, a telefonu komórkowego nie posiadam.
W Santa Fe jest pięknie i spokojnie, życie toczy się tutaj leniwie.
Nie wiem, jak udało się mojej synowej, Monice, kupić bilet dla Oliwii do Cebu (z lotniska w Cebu jest najbliżej na wyspę Bantayan) i powrotny do Warszawy oraz dla mnie z Cebu do Warszawy i zgrać to wszystko tak, abyśmy leciały w jednym samolocie. Tym bardziej, że działo się to w czasie, gdy wiele ludzi z całego świata kierowało się do Warszawy na Międzynarodowe Dni Młodzieży i na spotkanie z papieżem Franciszkiem. Samoloty miały pełne obłożenie. Nasza Monika w temacie internetowego kupowania biletów lotniczych jest the best!
Ale żeby tu żyć, trzeba zdrowym być.
Teraz została nam tylko nadzieja, że lekarze zdążą postawić mnie na nogi do 19 lipca, bo na ten dzień miałyśmy bilety powrotne do kraju. Myślę, że Oliwia nie spodziewała się, że mój stan jest taki ciężki. Julio, mój zaprzyjaźniony tricyklowiec przyjechał do domu Nielsa i pytał, kiedy Oliwia przyjeżdża, to on po nią wyjedzie i przywiezie ją do mnie. Nie wiedziałam, którym promem Ona przypłynie, więc Julio wyjeżdżał na każdy. Wśród filipińskich pasażerów Oliwia się wyróżniała i Julio bez wahania wprost do niej się skierował oświadczając, że zawiezie ją do mamy, do domu Nielsa.
Śmietnik na ulicy w Filipinach, na dodatek segregowany, to rzadkość.
Na miejscu, już nie pamiętam po jakim czasie, następnego, czy trzeciego dnia, Oliwia zobaczyła, że nie jest dobrze i z miejsca przystąpiła do działania. Stan mój był tak zły, że mogę mylić daty lub kolejność zdarzeń, ale Oliwia mnie wówczas poprawi i zrobię korektę. Świadomość moja była bowiem w tamtych dniach bardzo nadwątlona. Gdy Oliwia stwierdziła, że stan mój się pogarsza, pojechała tricyklem do Bantayan City szukać lekarza. Trafiła do lekarza o egzotycznie brzmiącym nazwisku Primo Tecarra i on przyjechał z kroplówkami do mnie, do domu. Za wizytę wziął 1200 pesos (niecałe 100 zł), bo to była wizyta prywatna.
Centralne miejsca w małych miasteczkach są do siebie podobne. Markety i tricycle.
Następnego dnia było jeszcze gorzej, więc Janeth ponownie zadzwoniła po doktora Primo Tecarra. Stało się jasne, że sytuacja wymaga szybkiego i intensywnego działania lekarzy mających większą specjalistyczną wiedzę, możliwości i sprzęt, bo inaczej na zawsze zostanę na tej filipińskiej ziemi, bez konieczności przedłużania wizy. Za drugą wizytę dr Tecarra nie wziął zapłaty uznając, że skoro poprzedniego dnia mi nie pomógł, nie może brać zapłaty po raz drugi. Bardzo to pocieszające, że są jeszcze lekarze kierujący się etyką zawodową i uczciwością
Tricycle wożą też takich pasażerów.
Tymczasem w Warszawie Marcin z Moniką intensywnie pracowali nad tym, aby znaleźć dla mnie właściwy szpital w Cebu i jednocześnie byli w ciągłym kontakcie komórkowo - mailowym z Oliwią, monitorując na bieżąco sytuację. Marcin zarezerwował dla mnie miejsce w prywatnej chińskiej klinice Chong Hua Hospital. Powstał problem, bo do szpitala w Cebu potrzebne jest skierowanie ze szpitala, w którym się przebywało obecnie. Nie można kierować pacjenta z domu, tylko ze szpitala do szpitala. Faktem jest, że przebywałam w szpitalu w Bantayan, ale teraz jestem w domu i przewożenie mnie na powrót do szpitala Bantayan (tego, z którego mnie wyrzucono) tylko po to, aby móc wypisać skierowanie, to zbyt skomplikowane, a czas nagli, aby wreszcie ktoś kompetentny się mną zajął.

Prom dopłynął do przystani w Cebu.
Pomógł doktor Primo Tecarro. Oprócz prowadzenia prywatnej praktyki, był również zatrudniony na etacie w szpitalu Bantayan i takie skierowanie mógł wypisać. No, ale byliśmy w domu Nielsa, w Santa Fe, a nie w szpitalu. Dr.Tecarro zdecydował się jednak ominąc ten przepis i wypisał nam to skierowanie w domu, żebym już jak najszybciej dotarła do Cebu. Równy gość z tego Tecarro, dlatego Oliwia w podziękowaniu podarowała mu flaszkę polskiej wyborowej, którą zabrała z kraju na wszelką okoliczność. Był zadowolony. Karetka czekała pod domem, a za nią ustawili się gapie, obserwując naszą ewakuację. No i co się tak gapicie? spłoszyła ich Oliwia.
W Cebu są takie czyste, kolorowe ulice....
Oliwia w pośpiechu zbierała z mieszkania rzeczy, które rozpoznała, jako moje, zabrała moją walizkę i plecaki oraz swój plecak i szybko żegnałyśmy się z Janeth, i Nielsem po czym lokowałyśmy się w karetce. Potem okazało się, że część moich rzeczy zostało w mieszkaniu, jak również wszystkie tiszerty Oliwii, które zapakowane w specjalny pokrowiec, zdążyła już Oliwia wyjąć z plecaka, ale "nie czas żałować róż, gdy płoną lasy" Niech te rzeczy służą Janeth. Dżi Dżi znowu jechałą z nami i całą drogę rzygała w reklamówkę, do czego już wszyscy przywykli. Biedna Dżi Dżi, pożegnałyśmy ją przed wejściem na prom, dziękując za opiekę pewną kwotą pesos, co jej się słusznie należało za poświęcenie własnego czasu i samopoczucia we wszelkich pojazdach.
I takie, co nie przeszkadza ludziom funkcjonować na gruzach i nie pozbawia ich apetytu.
Szpital w Cebu zaskoczył nas swoim luksusowym wyposażeniem, liczną perfekcyjną obsługą zadaniową i posiadaniem sprzętu na najwyższym światowym poziomie. Chiny wchodzą do mało rozwiniętych krajów nie tylko z ciuchami i chińską kuchnią, ale również z nowoczesną technologią, robiąc niezły biznes. W pokoju najbardziej spodobało nam się łóżko, którego możliwości Oliwia sprawdziła natychmiast, a potem szukała w internecie, czy coś takiego można kupić w Polsce, ale niestety, nie można.
Przed kościołem katolickim w Cebu
Guziki znajdujące się po obu stronach łóżka (w zależności na którym akurat boku leży pacjent) podnosiły i opuszczały łóżko w dół, w zależności od potrzeb, aby łatwo z łóżka zejść, inne przyciski podnosiły i zniżały podgłówek, inne podnosiły do góry stopy nóg, a jeszcze inne zginały nogi pod kolanami. Poza tym, łóżko było w ciepłym, beżowym kolorze, miało bardzo wygodny, przeciwodleżynowy materac i pachnącą czystością, wesołą kolorową pościel zmienianą każdego dnia.
Na tyłach kościoła, chłopiec bawi się puszczaniem baniek mydlanych.
Mieszkałyśmy na IX piętrze szpitalnego budynku, gdzie przydzielono nam apartament, czyli samodzielny spory pokój z własną łazienką. W pokoju oprócz tego czadowego łóżka, znajdowało się jeszcze jedno, normalne łóżko dla osoby towarzyszącej, szafa, stolik z fotelikami, lodówka, mikrofalówka, skórzana kanapa, a nad nią na wprost łóżka pacjenta, zawieszony był plazmowy telewizor z mnóstwem programów. Każdego dnia przynoszono świeże gazety w języku angielskim.
Życie toczy się na ulicy....
Nie było ani czasu, ani na tyle dobrego samopoczucia, aby tv oglądać, ale czasami włączałyśmy go na stację CNN, wyciszając głos, bo każdy odgłos drażnił moje uszy i podglądałyśmy aktualne wydarzenia na świecie, czytając tekst na pasku. Tam właśnie zobaczyłyśmy akt terrorystyczny w Nicei, jak ciężarówka rozjeżdżała z premedytacją zupełnie niewinnych ludzi, oraz pucz w Turcji. Odkąd ludzie stali się najgroźniejszymi wrogami dla innych ludzi, nigdzie już nie możemy czuć się bezpiecznie na naszej planecie.
....często wśród śmieci.
Oliwia spała na skórzanej kanapie, ale słowo „spała” to spore nadużycie, ponieważ szpital działał na pełnych obrotach przez całą dobę i ruch w naszym apartamencie toczył się wartko, jak na lotnisku Okęcie w Warszawie, co chwilę zrywając Oliwię z tej kanapy. Pielęgniarki i lekarze kontaktowali się jedynie z Oliwią, bo ja ogólnie rzecz biorąc kontaktowałam słabo. Co rusz otwierały się drzwi, gwałtownie zapalano światło i kolejna pielęgniarka czyniła swoją powinność.
Przewiewny salon fryzjerski.
Oliwia co rusz była zrywana z kanapy, aby przekazać informacje, co działo się między wizytami pielęgniarek i lekarzy. Dodatkowo ja również zrywałam Oliwię z jej kilkuminutowych drzemek, bo sama nie byłam w stanie dojść do łazienki ze stojakiem pełnym kroplówek podłączonych do mojej ręki. Bywało, że do jednej ręki miałam podłączonych pięć kroplówek jednocześnie i dodatkowo dwie, do drugiej ręki. Cały czas leżałam nieruchomo na plecach, więc z chodzeniem do łazienki był problem. 
Filipińska prowincja bardziej dba o porządek w otoczeniu, niż miasta.
Cdn w następnym poście.

2 komentarze:

  1. ale się Pani przytrafiło Pani Zofio na tym Bantayanie ,
    ciekawe co to za Filipińska choroba Panią rozłożyła
    do tego stopnia że musiała Pani wrócić do Polski ?
    może jakiś wirus albo bakterie w jedzeniu ?
    a ja obstawiałem cały czas , że Pani laptopa ukradli i dlatego nie ma postów tak długi czas na blogu , a tu taka sytuacja że ledwo Pani z życiem uszła i z planów długiego pobytu nic nie wyszło ,ale i tak bardzo dużo Pani osiągnęła na Filipinach co jest godne podziwu ,mam nadzieję że jeszcze Pani wróci na Filipiny i będzie dalej pisać
    pozdrawiam serdecznie
    Robert

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja sie tez juz martwilam, to przeciez niemozliwe, zeby Pani tak dlugo nie pisala o nowych przezyciach!
    Przykre, ze ta choroba pokrzyzowala Pani plany, ale ciesze sie, ze wszystko dobrze sie skonczylo.
    czekam z niecierpliwoscia na dalsze opowiesci z hapy end!!!
    Ilona

    OdpowiedzUsuń