Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

środa, 8 czerwca 2016

Wietnam, Nha Trang


W porcie Nha Trang
Nga Trang zajmuje piąte miejsce pod względem wielkości miast w Wietnamie. Jest to  miasto turystyczne, położone nad morzem, z dogodnym połączeniem ze wszystkich stron kraju.
Do Nga Trang przyjechałyśmy sypialnym autobusem piętrowym.
Można tu przylecieć bezpośrednio samolotem lub przyjechać pociągiem. Połączenia kolejowe są zarówno z Sajgonu, jak i z Hanoi. Wypoczywa tu wiele Wietnamczyków z różnych stron kraju, ale nie tylko. Sporo jest Rosjan.
Miasto, jak miasto, nic specjalnego. Ta ulica ciągnie się wzdłuż miejskiej plaży.
Z Hanoi do Nga Trang jest 1350 km, natomiast z Sajgonu, czyli z Ho Chi Minh jest o wiele bliżej, bo tylko 450  km. Lotnisko nazywa się Cam Ranh Aiport. Taki cieniutki kraj na mapie, ma za to ogromne odległości wzdłuż linii granicznej.
Miejski bulwar nadmorski.
Lotnisko oddalone jest 35 km od centrum miasta (ok.30 min jazdy taksówką, co kosztuje ok.10 $). To dawne lotnisko wojskowe, bo wojna toczyła się również na tych terenach.Wojna nie oszczędzała żadnych miejsc i wpychała się w każdy zakątek kraju.
Miasto nie pozwoli turystkom zapomnieć, w jakim ustroju żyje zwiedzany kraj.
Teraz jest to lotnisko cywilne i tylko domestic, czyli obsługuje jedynie loty krajowe. Jedni piszą Nga Trang, inni Nha Trang, ale chodzi o to samo miasto. Ma ono około 200 tys ludności. 
Są tutaj też bogatsze hotele. Sporo Rosjan w tym mieście.
Miasto nie powala swoim urokiem na kolana, podobnie jak większość azjatyckich miast. Nie ma tu jednak takiego ogromnego ruchu pojazdów na jezdniach i hałasu z tym związanego. Mimo to, w Azji zdecydowanie ładniejsza i ciekawsza jest prowincja.
Rosyjscy turyści otwarci na innych. Wiktor sam zaczął z nami rozmowę.
W Nga Trang są jednak ładne plaże, istnieje możliwość uprawiania różnych sportów wodnych oraz można popłynąć statkiem na wycieczkę do jednej lub kilku z wielu wysp leżących w pobliżu, które widoczne są z plaży Nga Trang.
Plaża przy Tran Phu Street. Z daleka widać inne wyspy.
Wzdłuż miejskiej plaży, prawie przez 4 km równolegle do brzegu morza ciągnie się ulica Tran Phu. Przy tej ulicy znajdują się różnej klasy hotele, restauracje, biura podróży i tourist cafe. Również przy odbiegającej od Tran Phu, Biet Thu. To takie centrum dla turystów. Jest tam również informacja turystyczna.
Oliwia przed Centrum Turystycznym w Nha Trang.
Bardzo dobrym rozwiązaniem dla turystów jest w Wietnamie możliwość zakupu w hotelu, różnych wycieczek lub biletów na dalszą podróż na różne środki lokomocji. Na samolot, autobus, minibus, prom, statek, łódkę na wycieczkę, czy taxi.
Zimne piwko na te upały, to jest dobra rzecz!
Prawie każdy hotel taką sprzedaż prowadzi, informuje o różnych rozwiązaniach, podaje rozkłady jazdy,  od ręki uzgadnia telefonicznie sprawę dostępności biletów na dany dzeń i czas. Mogą nawet zarezerwować hotel w miejscu docelowym podróży.
Miejska plaża.
To jest świetna sprawa dla turystów, pozwalająca nam oszczędzić czas i zapewnia bezstresowe dogadanie sprawy przez pracownika hotelu, przy na przykład nieznajomości języka przez turystę, jak w moim przypadku.
Trochę trzeba pomoczyć się w morzu, chociaż trudno się w nim schłodzić. Ciepło.
Przyjemności związane z morzem i plażowaniem dostępne są w sezonie, który tutaj przypada na okres od maja do września. Od października zaczynają wiać silne wiatry i morze bez przerwy jest silnie wzburzone.To już nie jest bezpieczne.
Na plaży chłodniej, niż na ulicach miasta, więc ludzie tutaj sobie siedzą.
Trudno w takich warunkach korzystać z plaży i innych aktywności związanych z morzem. Okres ten utrzymuje się zazwyczaj do marca. Potem jest już tutaj bardzo przyjemnie.
Gdy rozdarłam swoją sukienkę, bez problemu znalazłyśmy krawca, który to naprawił.
Myśmy z Oliwią zatrzymały się w hotelu „Hanh Cafe Hotel” przy 10 Hung Vuong, w którym zarezerwowałyśmy sobie wcześniej pokój przez internet. Za dwie noce zapłaciłyśmy równowartość 28 $ za dwie osoby, co daje po 7 $ od os/noc.
Zatrzymałyśmy się w hotelu "Hanh Cafe"
Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że akurat tamta ulica była w przebudowie i trudno było się dostać do wejścia hotelowego. Brnęłyśmy w pyle i hałasie, jaki towarzyszy zawsze wszelkim pracom budowlanym.
Byłoby super, gdyby nie ten plac budowy za oknem.
Dlatego ja osobiście nie lubię rezerwować noclegów przez internet, bo nigdy nie wiadomo, co się w rzeczywistości dostanie. W jakim stanie, w jakiej odległości i w jakim sąsiedztwie. Generalnie, nie mam dobrych doświadczeń załatwiania czegokolwiek przez internet. Ludzie często oszukują. Wolę ustalać sprawy face to face.
Mieszkałyśmy na I piętrze. Wygodny hotel.
A już Broń Boże płacić kartą lub podawać numer karty bankomatowej przez internet, dla potrzeb rezerwacji. Szczególne w Azji, gdzie jest stosunkowo dużo włamań na konta osobiste i czyszczenie ich z posiadanych zasobów. To mnie przeraża. Pamiętam, jak w jakimś miejscu recepcjonista rezerwował mi hotel w innym mieście, do którego się udawałam.
Ten znak recepcjonistki ma swoją wymowę w Soc.Wietnamie, jak kiedyś u nas.
I on swoją kartą za to zapłacił, a ja oddałam mu gotówkę. Taka panikara jestem w tym temacie. Oliwia też jest ostrożna i przy wyszukiwaniu hotelu bierze pod uwagę te, gdzie nie trzeba robić przedpłaty, ani podawać numeru swojej karty bankowej, tylko można  rezerwować na nazwisko. Lepiej na zimne dmuchać, niż potem mieć problem.
Mieć w Azji tak przestronny pokój z oknami, to już komfort sam w sobie.
Jednak wówczas można sobie właśnie taki hotel wybrać, że trudno się do niego dostać, a czasami można nawet zamieszkać na placu budowy. W tej kwestii nie doradzam niczego. Każdy musi sam decydować w jaki sposób rezerwuje i płaci.
Na placu budowy praca wre. Nasz hotel na wprost, ten podłużny z balkonami.
Taksówka nawet nie chciała podjechać pod sam hotel, żeby sobie samochodu nie uszkodzić i ostatni odcinek musiałyśmy dojść pieszo. Potem już nie było tak źle, bo w zasadzie wszędzie było blisko i warunki w samym hotelu były dobre, ale to położenie przy budowie trochę nas na początku rozstroiło nerwowo.
Wietnamscy skauci.
Firma „Hanh Cafe” jest w Wietnamie bardzo popularna. Jest to sieciowa firma do obsługi turystów w różnych częściach w kraju. Pod tą nazwą znajdziemy niezły i tani hotel w różnych miejscowościach w Wietnamie, firmę transportu autobusowego do przemieszczania się, dysponującą autobusami normalnymi i autobusami sypialnymi.
Na drzewach dojrzewają ciężkie, południowe owoce.
Mają tez firmowe minibusy wożące turystów na atrakcyjne wycieczki i samą cafe. Nam tylko tak akurat wypadło, że przed tym hotelem znajduje się obecnie ogromny plac budowy. Z pewnością budują tu nowe, duże hotele, cafe i sklepy. Taki pech po prostu. Sam hotel był, ok, a budowa kiedyś się przecież skończy.
Warto się wdrapać na górę, aby zobaczyć coś takiego.
Myślę, że Nga Trang lubiane jest przez turystów z Rosji. W mieście wyraźnie podlizują się turystom z tego kraju. Wiele napisów i nazw jest w języku rosyjskim. Foldery, menu też. Mają nawet swoje rosyjskie biuro informacji turystycznej.
Restauracja nastawiona na rosyjskich gości.
Jedna z restauracji nazywa się Palczyki Obliżesz, oczywiście piszę tak, jak to czytam, bo nie mam rosyjskich liter w laptopie, ale na zdjęciu widać. Chyba to znaczy „Palce lizać”. Ceny nie na naszą kieszeń, więc nie weszłyśmy do środka.
Dorodne mango dojrzewają w palącym słońcu ulicy.
Azja wszędzie dla Rosjan ma specjalne ceny, ponieważ są oni uznawani za bogatych ludzi i tak zresztą jest. Płacą za wszystko bez mrugnięcia okiem, nie targują się. Dla Azjatów to wymarzeni klienci. Miałyśmy na to dowód w Mui Ne.
Miejskim autobusem pojechałyśmy do Po Ngar, oglądać wieże Czamów.
Po plaży chodzą tam sprzedawcy różnych rzeczy. Pewnego dnia wietnamskie  kobiety sprzedawały bardzo ładne sukienki, narzutki z kapturami, bluzki, chusty, wszystko z cieniutkiego naturalnego batiku, bardzo przydatne ciuszki na te upały.
Wspinamy się po kamiennych schodach na wzgórze.
Obejrzałyśmy, ale nic nie kupiłyśmy, bo uznałyśmy, że to za drogie. Bądź, co bądź, ale w końcu to tylko zwykłe ciuszki. Tych pań było kilka. Turystki  podchodziły, oglądały, przymierzały, kupowały i biznes się kręcił. 
A tam czekają na nas takie widoki!
Gdy się trochę przerzedziło, jedna z pań podeszła do nas i spytała skąd my jesteśmy. Z Polski, mówimy zgodnie z prawdą. Aaa! Z Polski? to nie, to tyle dla was nie kosztuje, zamachała rękami na to nieporozumienie i cena zaraz zrobiła się przyjazna. Teraz my z Oliwią się stroiłyśmy, przymierzałyśmy, kupowałyśmy. Trzy rzeczy kupiłam!
Taką plażową narzutkę sobie u tych pań kupiłam.
Na odchodnym pani nas tylko poprosiła, abyśmy się głośno nie przyznawały, ile zapłaciłyśmy bo popsujemy im interes. Tamte ceny, to dla Rosjan, tłumaczyła. I tak to właśnie wygląda. Rosjanie uchodzą w Azji za najbogatszych turystów. Przebili nawet Amerykanów i Niemców.
Po Ngar. Pięknie zachowany zabytek z VIII w.
W Nga Trang zwiedziłyśmy wieże Czamów znajdujące się na wzgórzu nad miastem, występujące, jako zabytek po nazwą "Po Ngar". Trzeba do nich kawałek dojść lub dojechać czymkolwiek, bo jest to jakieś 2,5 km za miastem, na końcu mostu Xom Bong, ale warto się wybrać. 
Zabytki są chronione i odpowiednio konserwowane.
Kompleks luźno stojących budowli z VIIIw wart jest zobaczenia. O samych Czamach już pisałam w jednym z postów. Wszystko w ich mieście na wzgórzu jest z czerwonej wypalanej cegły. Budowle ładnie wyglądają na tle otaczającej  ich zieleni.
Już w tamtych czasach wypalali czerwoną cegłę, a nie budowali tylko z kamienia.
Poza tym, ze wzgórza Czamów roztacza się piękny widok na rozległą okolicę. Piękny stąd jest widok na miasto i zatokę pełną zakotwiczonych stateczków i łódek oraz na dwa mosty. Patrząc z innej strony wzgórza, widać nowoczesną dzielnicę miasta Nga Trang.
Piękne zabytkowe miejsce, aż się stąd nie chce wychodzić.
Czamowie mieli tu dobry punkt do obserwacji rozległego w dole terenu. Pilnowali swojego bezpieczeństwa mając oko na pola i drogi oraz na morze. Każdy ewentualny intruz był w porę wypatrzony.  Mieli czas, aby przygotować się do obrony.
Widok z miasta Czamów na morze.
Sporo czasu spędziłyśmy na wzgórzu Czamów, bo jest to piękne miejsce i bardzo fotogeniczne. Trafiłyśmy akurat na występy wietnamskiego regionalnego zespołu tanecznego, prezentującego dawne tańce tradycyjne. 
Mile i zupełnie niespodziewanie zaskoczył nas występ tancerek.
Bardzo ciekawy występ, ciekawe stroje i muzyka. Wszystko to świetnie komponowało się z zabytkowymi, czerwonymi budowlami w plenerze. Był odpowiedni i naturalny nastrój. Taki darmowy bonus dla turystów odwiedzających to miejsce.
Na czerwonym dywanie, w cieniu drzew i starych budowli, prezentowały się wspaniale.
Świątynia stojąca pośrodku wzgórza, do której wchodzi się po stromych, wąskich schodach, jak zresztą cały świątynny zespół budowli poświęcono Yang Ino Po Ngar, którą nazywano Matką Królestwa. 
Tak sobie stoję, wpatrując się w Yang Ino Po Ngar, a Oliwia pstryka.
Główna wieża w tym kompleksie o nazwie Po Ngar Kalan jest najwyższą, jaką w ogóle Czamowie zbudowali. Nie mieli ambicji piąć się w zwyż, ku niebu. Budowali raczej niskie obiekty, ale za to na wysokich wzgórzach.
Budowle Czamów. Część jeszcze czeka na odrestaurowanie.
Bilet wstępu do kompleksu budowli kosztuje 22.000 dongów, czyli niecałe 4 zł. Miejsce to można oglądać od 8.oo do 17.oo. Trzeba wiedzieć, że ten kompleks budowli nie jest tylko zabytkiem do oglądania.
Czamowie mieli stąd piękny widok na okolicę, ale wówczas były tam tylko lasy i pola.
On cały czas żyje swoim życiem i buddyści z Nga Trang i okolicy często się tu przewijają. Znajdujący się w świątyni posąg bogini Bharagati pochodzi z 1050 r! Niesamowita sprawa!
Tańce z tamtej epoki. Powolne, dystyngowane w ruchach ciała i rąk
W Nga Trang pracował Pasteur, ten słynny uczony lekarz bakteriolog pochodzący ze Szwajcarii. Prowadził tu w Wietnamie bardzo ważne dla nauki i medycyny badania.
Turystki pozazdrościły tancerkom i dały swój popis tańca bardziej współczesnego.
Teraz w tym budynku znajduje się Instytut-Muzeum Alexandra Yersina przy 10 D Tran Phu. To ta bardzo długa ulica, biegnąca równolegle do plaży. Dlatego Yersina, bo to on w 1895r założył to muzeum poświęcone Pasteurowi.
Dziwna budowla, która niczemu nie służy, chociaż wygląda tajemniczo.
W centrum stoi taka dziwna budowla, przypominająca kwiat lotosu lub coś w tym stylu. Bardzo mnie zainteresowało, czemu to służy. Czy to kościół jakiś, czy biznes restauracyjno pamiątkowy z miejscem widokowym na miasto, czy jeszcze coś innego.
Fontanna w parku miejskim Nha Trang.
Okazało się, ze ta budowla niczemu nie służy, nic tam nie ma. Po prostu stoi sobie taka pusta budowla w środku miasta, przy deptaku nadmorskim i tyle. Ot, Azja. Nie stawiają tu warunku logicznego myślenia.
Bardzo ładne stare budynki mieszkalne.
Twórczość sobie, a muzom też jest akceptowana. Albo po prostu, po wybudowaniu, zmieniła się komuś koncepcja. Wyraźna różnica jest też w budynkach mieszkalnych.
Nowe, a jakieś takie smutne. Może dlatego, że wszędzie są kraty?
Te z dawnych czasów kolonialnych są do dzisiaj śliczne, aż chciałoby się tam mieć jakąś kawalerkę. natomiast bloki budowane współcześnie zniechęcają do zamieszkania w takim środowisku. Są smutne i odizolowane. Nawet na piętrach zakratowane.
Oliwia ogląda ulicę z innej perspektywy. Może wypatruje ptaków?
Pożegnałyśmy się z sympatycznym miastem Nga Trang i wyruszyłyśmy do nieco mniejszego, ale również nadmorskiego Mui Ne, ale o tym już w następnym poście.
Klimat sprzyja przyrodzie. Wszędzie mnóstwo zieleni i kwiatów. Mi też sprzyja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz