Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

czwartek, 9 czerwca 2016

Wietnam, Mui Ne

Urocze bajkowe Mui Ne.

Cały czas zwiedzałyśmy miejscowości na trasie Hue-Sajgon, posuwając się na południe Wietnamu wzdłuż brzegu Morza Południowo-Chińskiego. Czas miałyśmy ograniczony. Obie wylatywałyśmy z lotniska w Sajgonie w dniu 15 maja.
Znów jechałyśmy piętrowym autobusem. Z ochroną środowiska są tu wyraźnie na bakier.
Dlatego zdecydowałyśmy, że będziemy zatrzymywać się w ciekawych miejscach na krótko, aby jak najwięcej zwiedzić i na czas dotrzeć do Sajgonu, skąd odlatywałyśmy. A może nawet miniemy Sajgon i zdążymy jeszcze pojechać na 2-3 dni do Delty Mekongu i stamtąd wrócimy do Sajgonu?
Widok z naszego hotelu nocą.
Wszystko zależy tylko od nas. Na co będziemy miały ochotę, to odwiedzimy. Ostatni przystanek przed Sajgonem zarządziłyśmy w Mui Ne. To bardzo małe miasteczko lub można powiedzieć, że to długa, piaszczysta plaża przy której przycupnęło małe urocze miasteczko i inne maleńkie osady rybackie.
Z konfucjańskimi mędrcami na tarasie hotelu
Znowu jechałyśmy takim niby nocnym autobusem z miejscami leżącymi. Okazało się, że te sypialne mają również kursy dzienne, może z braku taboru? Zawsze lepiej jest gorzej leżeć, niż najlepiej siedzieć w kilkugodzinnej podróży.
Rozkład jazdy autobusów Hanh Cafe z Mui Ne do Sajgonu, Nha Trang  Da Lat.
Niepomne nauczki z Nga Trang, znowu zarezerwowałyśmy hotel przez internet. To był „Sanddune Hotel” na 117 Nguyen Dinh Chieu przy Central Mui Ne Beach. Tym razem z hotelem było na szczęście wszystko w porządku.
Oliwia lubi nowinki kulinarne. Tu dostała zupę rybną w gorącym żeliwnym garnku.
Za dwie noce i za dwie osoby zapłaciłyśmy total 34$. Mui Ne, to właściwie nazwa bardzo długiej plaży należącej administracyjnie do miasteczka Phan Thiet. Słynie ono z wyrobu popularnego w Azji sosu rybnego, który  Azjaci dodają niemal do każdej potrawy. Ten sos nazywa się Nuoc Mam.
Długa, czysta plaża i wokół żywego ducha!
Plaża Mui Ne ciągnie się kilometrami na wschód od miasteczka. Jest ona lubiana przez miejscowych wietnamskich turystów, którzy najczęściej przyjeżdżają tu z Sajgonu.
Plaża Mui Ne wybitnie dla tych, co nie lubią tłoku.
Miejsce to odkryli również turyści zagraniczni. Przyjeżdża tu sporo turystów z Rosji. Ilość i wybór hoteli jest zadawalający. Na każdą kieszeń. Na plaży tłoku nie ma bo to bardzo długa plaża. Można taki kawałek wybrać, gdzie będzie się samemu.
Plaże ogólno dostępne za darmo, za leżaki to już trzeba zapłacić.
Z Mui Ne można wybrać się na wycieczki po okolicy, bo okolica bardzo ciekawa. My pojechałyśmy do kanionu i na wydmy. Wszystko załatwiłyśmy w jednym miejscu.
Na linii plaży po przeciwnej stronie, ciągną się ośrodki wypoczynkowe, hotele, resorty.
Pod nasz hotel podjechał po nas zielony gazik, po drodze zabraliśmy kilku innych turystów i w drogę. Było super! Otóż Wietnam ma morze, góry, Mekong, a teraz okazało się, że ma również pustynię! Ciekawy kraj.
Tym gazikiem jedziemy do kanionu i na wydmy. Oliwia już się ulokowała obok kierowcy.
I nie tylko pustynię. Ma też piękny wąwóz skalisty, niemal, jak amerykański kanion w miniaturze. Bardzo mi się tam podobało. Gazikiem dojechaliśmy do pewnego momentu. 
To my! Bawimy się wybornie.
Dalej trzeba było iść pieszo i nie po drodze, bo żadnej tam nie było, ale strumykiem. Z jednej strony skały, z drugiej łąka i pasące się krowy. Woda ciepła, ale czysta.
Boso idziemy wodną drogą. Jest płytko.
Wzięliśmy buty w rękę i boso po wodzie poszliśmy w kanion. Spacerek był bardzo przyjemny. Wysokie skały wyrzeźbione naturą, tworzą tam piękne i niepowtarzalne formacje.
W takim plenerze, wspólna fotka obowiązkowa.
Dołem po miękkim, czerwonym piasku na dnie rzeki płynie zupełnie czysta woda. Zupełnie czysta, naprawdę, przezroczysta. To rzadkie zjawisko, więc podkreślam. Woda płytka, więc rzeka służy za ścieżkę.
Boskie krajobrazy!
Podejrzewam, że w czasie i po takich gwałtownych deszczach, jakie w tropikach potrafią lać się z nieba, koryto tej rzeki napełnia się szybko bezmiarem wody. 
Nosi mnie z tym aparatem. Sama sobie robię fotki.
Gdy woda zmąci się z ziemią, tworzy z pewnością czerwoną rzekę, do której jednocześnie, kaskadami spływa po skałach woda z gór.
Spacer po rzecznej drodze. Po gwałtownych deszczach wody jest tu więcej.
My takich widoków nie doświadczyliśmy. Było słonecznie, gorąco, woda leniwie płynęła po czerwonej ziemi, po której swobodnie szliśmy sobie boso, podziwiając otaczający nas krajobraz. Wokół było czysto. Plener do fotografowania, idealny.
Oliwii też się tutaj podoba. Jest super!
Żadnych śmieci w wodzie, szkieł, butelek, plastików, wystających korzeni czy jakiegoś żelastwa. Widać, że teren jest monitorowany przez odpowiednie służby.
Pamiątki sprzedawane na trasie. W tych po lewej, jest piasek pustyni.
Monitorują teren, aby chronić tą unikalną przyrodę i turystów również. Gdy turyści czują się bezpiecznie, to polecą miejsce innym i sami będą tu wracać. Taka jest prawda. Niestety, nie wszyscy to jeszcze w Azji rozumieją i z czystością bywa różnie.
Dojechaliśmy na wydmy. 
Na pustyni Oliwia została na dole, a ja z ciekawością nastolatki zapisałam się na przejażdżkę skłodem po wydmach. Nie wiem dlaczego Oliwia nie chciała poszaleć na tym śmiesznym pojeździe
Poszaleję trochę tym pojazdem po wydmach. A, co tam!
Ale zasadę mamy taką, że każdy robi to, na co ma ochotę i do niczego się nawzajem nie przymuszamy. Nie pytałam więc. Muszę na tych wydmach uważać, aby pył nie dostał się do obiektywu aparatu, gdy pojazdy go wzburzają.
Piekny pustynny krajobraz w Mui Ne.
Na wydmach atmosfera, jak na torze żużlowym. Skłody z głośnym rykiem silników mijały się nawzajem, to wjeżdżając na górę pachu, to z impetem z niej zjeżdżając, robiąc po drodze różne akrobatyczne wywijasy. 
Za mną, jezioro na pustyni.
Zabawa była po pachy. Chwilami miałam wrażenie, że się zaraz wywrócimy. Ale spoko, driver panował nad sytuacją. Było ok. Na jednej z wydm driver zostawił mnie mówiąc, że wróci po mnie za pół godziny.
Wracamy
Mam czas na podziwianie i robienie zdjęć. Pozwolił mi chodzić, gdzie chcę, twierdząc, że mnie odszuka i nie mam się o nic martwić. Na wszelki wypadek zrobiłam mu zdjęcie, aby zapamiętać numer pojazdu, gdybym się jednak zgubiła.
W drodze.
Ktoś przecież musi zabrać mnie stąd i odstawić na ziemię, do ludzi. Tutaj, to był raczej księżycowy, a nie ziemski krajobraz. Podeszłam bliżej do jeziora Lotus. Takie jezioro w otoczeniu bezkresnych piaszczystych wydm, to rzadkie zjawisko przyrodnicze.
Zatrzymaliśmy się nad zatoką pełną łódek.
Wdrapywałam się na następne wydmy, fotografowałam i obserwowałam taniec kolorowych skłodów szalejących po bezkresnej, jak się z tamtego miejsca wydawało, pustynnej przestrzeni.
Fajnie jest podróżować z własną córką.
W odpowiednim czasie driver sam mnie znalazł, jak zapowiedział i odtransportował na dół. Oliwia w tym czasie, spokojnie sobie popijała piwko i cierpliwie na mnie czekała. To była super wycieczka.
Atrakcja turystyczna? zależy, jak się aparat przyłoży.
To była wycieczka pół dniowa „Sanddunes in Mui Ne” w zakres której wchodziły takie atrakcje turystyczne: Fairy stream, fishing village, white sanddune and lotus lake oraz red sanddune.
Zazwyczaj omija się obiektywem takie miejsca, ale taka jest rzeczywistość.
Do wyboru były godziny wyruszenia na tą wycieczkę, o 4.30 a.m., 8.oo a.m., 2.oo p.m. i myśmy wybrały tą ostatnią możliwość, z wygody.
Nawet tutaj stoję w śmieciach. Czy Azjaci zrobią coś z tym problemem?
Myślę, że na tej wycieczce nas trochę okłamali, bo w programie była fishing vilage, czyli powinnyśmy zwiedzić jakąś wioskę rybacką, a nie tylko obejrzeć z gazika rybackie łodzie w zatoce. Ale trudno. Widocznie nie wyrobili w czasie.
Po powrocie do Mui Ne, mała przekąska.
Koszt wycieczki wyniósł 12$ od osoby. W ulotce reklamowej firmy H.X Travel, z której korzystałyśmy zapewniają, że ich guidowie mówią w języku angielskim, chińskim, niemieckim, rosyjskim i francuskim, ale żaden z tych języków do mnie nie trafia, więc nie sprawdzałam. Są do wyboru również inne wycieczki. Np:
Na plaży, to już całkowite lenistwo.
„Tacu Moutain Pagoda-Cable Car Excursion”, trwa ona ok. 5godz. koszt 50-30$ w zależności od ilości uczestników. Czym więcej chętnych, tym mniej się płaci. Tu zwiedza się pagodę, statuy trzech Buddów, ogromną statuę białego leżącego Buddy, jakąś jaskinię, farmę z plantacją pysznych owoców o nazwie dragon oraz jedzie się kolejką linową ponad dżunglą.
Rosjanki kupują ciuszki od plażowych sprzedawczyń obnośnych.
„Fishing on the Beach” również 4-5 godz. w cenie 60-40$ w zależności od ilości osób. Płynie się na połów ryb, potem dobija się do jakiejś ładnej plaży, smaży się te ryby wspólnie i wspólnie je zjada z dodatkami, jakie się z sobą zabrało lub kupiło na miejscu od właściciela łodzi. Dla rybaków amatorów, świetna sprawa.
Tłoku nie ma. Idealne warunki do kąpieli i plażowania.
Poza wycieczkami, w Mui Ne można cieszyć się czystą plażą i wspaniałą, czystą wodą w Morzu Południowo-Chińskim z wieloma bezpiecznymi płyciznami, jeśli chcemy się tylko pomoczyć w morzu. Na tyłach plaży rosną wysokie palmy, gdzie potem możemy schować się przed palącym słońcem.
Oliwia przymierza, ale decyzję podejmiemy, gdy Rosjanki odejdą.
O obnośnych sprzedawczyniach ciuchów już wspominałam w poprzednim poście. Nabyłyśmy sobie z Oliwią na plaży w Mui Ne po kilka niedrogich, przydatnych w tropikach ciuszków. Jeśli nie chcecie przepłacać, starajcie się rozmawiać ze sprzedającymi na osobności i od razu mówcie, że nie jesteście z Rosji, tylko z Polski.
Na plaży Mui Ne.
Mui Ne to przyjemne, rozleniwiające miejsce. To nie chodzenie, nie zwiedzanie, ale plażowanie, wylegiwanie się na leżakach pod parasolami, kąpiel w morzu, a potem zwiedzanie małych uroczych kawiarenek, gdzie dają pyszne jedzenie.
Odpoczynek w cieniu palm.
 No, i wycieczki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz