Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

piątek, 17 czerwca 2016

Wietnam, Delta Mekongu

Jesteśmy w Delcie Mekongu.
Udało nam się wygospodarować czas na Deltę Mekongu. Wiem, że tego czasu jest zbyt mało, aby dokładnie deltę zwiedzić, przejechać, przepłynąć, nocować w chatach mieszkańców, zapoznać się z warunkami ich życia, popływać naturalnymi kanałami rzecznymi. Ok, tego nie zdążymy, ale chociaż cokolwiek zobaczymy i doznamy z tego, co w jeden dzień zobaczyć i doznać można.
Moje odkrycie dnia: wszędzie mieszkają ludzie.
Delty rzeczne tworzą się na płaskich terenach przy ujściu rzeki do morza (lub jeziora) na płyciznach wpadających do morza pozbawionego przypływów i odpływów. Silne prądy i morskie przypływy-odpływy, unoszą ze sobą znaczne ilości mułów rzecznych i wtedy nie ma możliwości, aby delta się utworzyła.
Poza miastami, nie widać tu samochodów. Są skutery i rowery.
Natomiast w miejscu, gdzie rzeka wpływa do morza, zatoki morskiej lub do jeziora, gdzie łączy się ze spokojną wodą, traci swoją moc i osadza po drodze naniesione muły rzeczne. Płynąc nieprzerwanie w swojej wędrówce do morza, przebija się przez te muły, okrąża je, przecina, tworzy wiele odnóg i zazwyczaj to wszystko układa się w kształt trójkąta, w grecka literę delty, stąd nazwa tego zjawiska przyrodniczego.
Dotarliśmy do przystani rzecznej.
Największą na świecie deltą rzeczną posiada Amazonka (100.000 km2 Brazylia) następnie Ganges-Brahmaputra (86.000 km2 Indie), Mekong (58.500 km2 Wietnam, Kambodża), Eufrat (48.000 km2, Kuwejt, Irak).
W tym klimacie, baniaki z wodą pitną (nie tylko na łódkach), to priorytet.
Lena (45.000 km2 Rosja), Missisipi (31.900 km2 USA), Niger (28.500 km2 Nigeria), Orinoko (24.000 km2 USA), Nil (22.000 km2 Egipt), Wołga (18.000 km2 Rosja), Zambezi (11.000 km2 Mozambik) i Amu-Daria (10.000 km2 Rosja).
Nie jedzie nas dużo,to dobrze, mamy pełen komfort.
Rzeka Brahmaputra, która wpływa do Gangesu i wspólnie z nią zasila największą azjatycką deltę rzeczną w Indiach, bierze swój początek w Tybecie. Nie wiadomo, jak to długo potrwa, ponieważ Chińczycy planują zawrócić bieg Brahmaputry, co może zupełnie zmienić naturalny kształt  i wielkość delty Gangesu.
Na łódce wygodne wiklinowe krzesełka, zamiast niskiej ławki. Przybite do podłogi.
Brahmaputra nie jest jedynie chińską rzeką, jej własnością. Przepływa również przez Bangladesz i Indie, ale Chińczycy nie zwykli pytać o zdanie, a już szczególnie o pozwolenie współwłaścicieli czegokolwiek, więc z pewnością swój projekt zrealizują. Już tam budują hydroelektrownie. W przyszłości będą mogli decydować, czy odkręcić kurek z wodą dla Bangladeszu i Indii, czy zapory zamknąć. Jakby w tamtych krajach jeszcze było za mało biedy i bez tego rodzaju problemów.
Sternik jedną wajchę przestawia ręką, a drugą, stopą.
Ale duży może więcej. Rosja trzyma rękę na kurku z ropą, to Chiny chcą trzymać rękę na kurku z wodą. Każdy z wielkich chce decydować o innych, mniejszych państwach i trzymać w swojej garści narzędzie nacisku w politycznych i gospodarczych rozgrywkach. Wiadomo, że woda dla ludzkości, to najcenniejszy surowiec i życie na Ziemi bez wody jest niemożliwe. Znamy kraje, w których brak wody doprowadził je do skrajnej nędzy. Życie na Ziemi funkcjonuje jedynie dzięki istnieniu tu wody.
Mekong, to dosyć ruchliwa droga wodna. Ale odkąd wybudowano most, korków nie ma.
Pomysł Chińczyków, jeśli dojdzie do skutku, zmieni całe życie ludzi mieszkających z biegiem rzeki Brahmaputry, a być może, że zmusi ich do opuszczenia raz na zawsze tych terenów, ponieważ nie będą już mogli utrzymywać się z rolnictwa i rybołówstwa. Bez wody nic przecież nie przeżyje, ani nie urośnie na Ziemi. Chyba, że wielkie Indie dogadają się jakoś z wielkimi Chinami, co jest bardzo wątpliwe, bo Indie też robią, co im się rzewnie podoba.
Jestem tutaj.
Wcale nie są lepsze od Chin pod względem samowoli i mogą zaprzedać się Chińczykom, kosztem swoich obywateli. Bieżące zyski często przesłaniają ludziom losy świata i przyszłego pokoleia, a przecież Chiny mają sprawdzone metody zdobywania Świata dla siebie. W obecnych czasach Świat można wykończyć bez walki zbrojnej. Wystarczy odciąć ludzi od wody pitnej i pozbawić wody przyrodę.
Domy i ulice zwrócone są w stronę rzeki.
Delta Mekongu ma wielkość 58.500 km2, co plasuje ją na drugim miejscu w Azji pod względem wielkości, a na trzecim w świecie, ale przynależy ona do dwóch państw. Na terytorium Kambodży delta zajmuje 23.348 km2 powierzchni, a na terytorium Wietnamu  35.158 km2. Delta Mekongu tworzy trójkątną równinę podzieloną wieloma odnogami.
Płyniemy sobie i inni też. Spokój, cisza i rześkie powietrze. Przyjemnie jest.
Osady nanoszone przez rzekę powodują użyźnianie gleb, przez co wzrasta ilość uprawianej rolniczo ziemi w tym rejonie. Nanoszona ziemia powoduje też przyrastanie lądu. Żyzność ziemi spowodowała, że do Delty Mekongu ciągle napływali ludzie z głębi lądu, aby się tutaj osiedlić i uprawiać ziemię. Życie przy rzece daje więcej możliwości zarobku. Z uprawy ziemi i z połowu ryb.
Mekong ma kolor kawy latte.
W 1980r badano tu sytuację migracji i obliczono, że w ciągu ostatnich stu lat, liczba ludności w Delcie Mekongu z 1 mln 700 tys osób, wzrosła do 13 mln 500 tys, a areał upraw powiększył się o 2 miliony hektarów. Imponujące cyfry. Oprócz uprawy ziemi, rolnicy hodują tu również ryby i zakładają plantacje owoców tropikalnych.
Najdłuższy most w Azji Południowo-Wschodniej. Ma 2750 m długości.
Trudno się dziwić ludziom z Bangladeszu i Indii, że bardzo się obawiają Chińczyków, którzy chcą im zabrać rzekę. Bangladesz to małe i jedno z najbiedniejszych krajów azjatyckich, ale jak na razie, najzasobniejsze w wodę. Przez ten kraj przepływa Ganges i Brahmaputra oraz bardzo dużo mniejszych rzek i zupełnie małych rzeczek.
Domy, sklepy i magazyny na wodzie. Powiązane linami, żeby nie odpłynęły.
Rzeki są tam również w dużym stopniu wykorzystywane, jako drogi transportowe, ciągną się na długości 5.100 km. Poza tym, rzeki Bangladeszu dostarczają na rynek ponad 800.000 ton ryb rocznie. Mieszkańcy Bangladeszu mają się więc czego obawiać w związku z dziwnymi pomysłami Chin. Dla ludzi rzeka, to pewność przetrwania. Na rzece mieszkają, z rzeki czerpią pokarm i towar na sprzedaż, aby zdobyć pieniądze na inne potrzeby.  Na rzece zarabiają transportem. W rzece się myją, piorą, chłodzą.
Most wybudowano w 2010r. Skończyły się kolejki samochodów do przeprawy rzecznej.
Indie z kolei owszem, rosną w potęgę, ale nie przekłada się to, póki co, na wzrost poziomu życia większości ich obywateli. Biedacy tam żyją głównie na ulicach dużych miast i nad rzekami właśnie. Podobnie jest w Wietnamie i wielu innych krajach azjatyckich. Woda, to życie. Woda, to przetrwanie. Dlatego dziwi fakt, jak bardzo w tych właśnie krajach ludzie zanieczyszczają rzeki i środowisko. Sami nie dbają o jedyne własne źródło życia. Zupełnie też nie myślą o przyszłości następnych pokoleń.
Do obiektywu uśmiecha się nasza pilotka wycieczki.
W dawnych czasach cała Delta Mekongu należała do Khmerów. W XVII w za zezwoleniem króla Kambodży przybyli i osiedlili się w Ha Tien imigranci z Chin. Z czasem zajęli oni całe południowe obszary, aż do rzeki Tonie Basak (odnoga Mekongu). Chińczycy nigdy nie byli kolonizatorami w pełnym słowa tego znaczeniu, ale praktycnie wszędzie najszybciej docierali i osiedlali się, tworząc swoje chińskie enklawy i dzielnice w miastach, tak zwane "china town". Oni są po prostu wszędzie.
Wycieczka właściwie reaguje na gest pilotki. Co oni tam ciekawego zobaczyli?
Gdy się osiedlą, natychmiast się odgradza od tubylców, bo z natury swojej mają potrzebę życia w gromadzie, ale swojej własnej, chińskiej gromadzie, ze swoją wiarą, językiem i stylem życia. Budują bramy, stanowiące granicę oddzielającą ich od reszty mieszkańców i za tymi bramami żyją po swojemu. Od północy z kolei, przybywali do Delty Mekongu i osiedlali się Wietnamczycy. Ci nie pytali o pozwolenie. Wówczas w XVIIIw Kambodża była uzależniona od Wietnamu i nie miała nic do gadania.
Oliwia, z taką pewną nieufnością spogląda na rój pszczół, a pan się cieszy.
Wietnamczycy po prostu przyjeżdżali i się tu osiedlali na stałe. Obecnie w Delcie Mekongu żyją jeszcze potomkowie dawnych kambodżańskich Khmerów pn. Krom, tworząc mniejszość etniczną na tamtym terenie. Ta ogromna rzeczna delta w Kambodży dzieli się na odnogę Mekongu i Tonie Basak, który w dalszej części rozdziela się na trzy odnogi. Zaś Mekong w swym nurcie dzieli się aż na sześć odnóg.
Tu nas przywieźli. Kawałek stałego gruntu pod nogami.
W Delcie Mekongu życie toczy się na wodzie. Domy stoją na palach nad wodą lub pływają na platformach. Na wodzie mieszczą się urzędy, firmy usługowe. Widziałam pływającą stację benzynową, bo paliwo do łódek musi być. Przewożone ono jest w plastikowych baniakach również do innych urządzeń napędzanych paliwem, głównie do skuterów oczywiście, które prawie każdy tu ma, nawet na małych wysepkach. 
Degustacja owoców w towarzystwie grajków.
Obecnie większość łodzi rybackich napędzana jest już paliwem, niestety kiepskiej jakości, co dodatkowo zanieczyszcza rzeki, a ryk silników straszy ryby i czasami ludzi też.Biedniejsi rybacy posługują się jeszcze wiosłami, jak również niektórzy właściciele łódek, obwożących po rzecznych kanałach turystów. Turyści wolą tak po dawnemu, spokojnie i cicho. Poza tym, gdyby w tych wąskich kanałach rzecznych, zacienionych koronami drzew używano silników, wszyscy by się potruli oparami spalin. 
Skład zespołu powiększony o trzy sympatyczne artystki.
Pod domami osadzonymi na palach w wodzie, w ogrodzeniu z siatki, często hodowane są ryby pangi, sztucznie dokarmiane, żeby szybciej rosły. Nie wszystkie, które spożywamy, łowione są w morzu lecz hodowane są tu sztucznie w zagrodach wodnych. Przy brzegu rzeki lub na wysepkach znajdują się szkoły i świątynie. Wioski rozproszone są po wielu dryfujących wysepkach, na które można się dostać jedynie łódką. W wodę pitną mieszkańcy zaopatrują się u obwoźnych sprzedawców. 
Pani gra na bardzo interesującym, ale nieznanym mi instrumencie. Harfa azjatycka?
Są łodzie, które tylko zajmują się rozwożeniem ogromnych niebieskich baniaków z wodą pitną. To też jest tutaj biznes. Kupują w rozlewniach 20-to, nieraz nawet 50-cio litrowe plastikowe butle z wodą i łódkami rozwożą je po okolicznych wysepkach. Dlatego na wyspach woda do picia zawsze jest droga. Na szczęście te butle są na wymianę i nie są wyrzucane do rzeki, morza czy w krzaki.
Sklepik z pamiątkami. Głównie ręczne wyroby, ale nie tylko.
Sklepy wszystkie funkcjonują na rzece w łodziach. Co łódź, to inny rodzaj sklepu. Mówi się na nie, targ wodny, floating markets. Są to sklepy ze wszystkim, w których mieszkańcy zaopatrują się w niezbędne artykuły gospodarstwa domowego, żywność, wodę, owoce, warzywa i w ciuchy. Z łodzi można też kupić materiały budowlane.
Sala do posiłków. Kto się przeje, może od razu przenieść się na hamak.
W jakich artykułach łódź się specjalizuje, można zobaczyć patrząc na szczyt masztu łodzi, bo każdy tam reklamuje swój towar. Zawiesza główny produkt wysoko na kiju, żeby z daleka każdy widział w czym się dana łódź specjalizuje i żeby tu podpłynął. Pływające łodzie serwują również gorące posiłki. Czyli robią tu za pływające restauracje, chociaż bardziej to są takie domowe garkuchnie.
Jackfruit, owoc drzewa chlebowego. Jak się go usmaży, smakuje jak chleb.
W dużych aluminiowych, szczelnie zamykanych  garnkach, aby trzymały ciepło, mają ryż, który jest wszędzie tutaj podstawą każdego posiłku. Mają też różne dania mięsne i rybne smażone na palnikach butli gazowych. Wszystko to robią na łodzi, a resztki rzucają do wody. To też jest sposób dokarmiania ryb.  Niestety, z resztkami pokarmu, często do wody idą też śmieci. W zaśmiecaniu śodowska, Azjaci są mistrzami świata. 
Banany często rosną dziko przy drogach.
Klientami takich wodnych barów są właściciele innych łodzi, bezprowiantowych. Do potraw Wietnamczycy dodają trochę zieleniny, ale żeby gustowali specjalnie w warzywach, to raczej nie. Do wywaru z mięsa, to i owszem, warzywa potrzebne są dla smaku i aromatu, ale żadne tam sałatki, czy surówki. To w Azji odpada.
??? nie znam nazwy tych oryginalnych owoców. Kto wie, niech podpowie.
Tu, gdzie mieszkam, na Filipinach jest jeszcze fajniej. Uprawiają przed domami koper. Rośnie, jak szalony w te upały, zraszany co rusz kaskadowymi deszczami. Ale ten koper pełni w Santa Fe rolę żywopłotów. Piękny, gęsty, soczysto zielony i pachnący żywopłot. Co rusz go równo od góry przycinają, wyrzucając ścinki, jako śmieci.
Płyniemy dalej, ale już inną, mniejszą łódką, bo teraz będą wąskie kanały.
Codziennie, gdy przechodzę ulicą, to urwę sobie szczyptę kopru do posiłku. Nawet na kanapki go kładę. Pięknie pachnie i smakuje wybornie. Pytam ludzi, dlaczego nie używacie tego do potraw? Krzywią się. Takie zielsko jeść? odpowiadają zdziwieni. Natomiast sami jedzą jakieś twarde liście, bez żadnego smaku i zapachu. No, cóż, co kraj, to obyczaj. W żywieniu przede wszystkim, bo ubrania świat ma już podobne.
Pani sterniczka w dobrym humorze.
Wracając do tematu. W Delcie Mekongu jedzenie nie jest już takie smaczne, jak na południu Wietnamu, co oznacza, że kraj nie jest jednolity. Ale to może być tylko moje subiektywne odczucie. W południowych miasteczkach Wietnamu jedzenie bardzo mi smakowało, jest po prostu pyszne, że palce lizać! świeżo przyrządzane, właściwie doprawione, pomysłowe, urozmaicone i pięknie podane.
Kanały w Delcie Mekongu są wąskie i zacienione. Tajemnicze.
Oliwia upodobała tam sobie zupę Pho. Podają ją w dużych głębokich porcelanowych  miseczkach, w jakich my zazwyczaj podajemy na stół sałatkę dla całej rodziny. Zupa Pho może służyć za cały pożywny posiłek, bez potrzeby serwowania drugiego dania. Jest bardzo syta, bo posiada wiele składników i wzmocniona jest makaronem.
Kapelusze pożyczą nam sternicy. Skorzystałyśmy, bo swoje zgubiłyśmy przecież w busie.
To jest zupa gotowana na wołowej karkówce i wołowych kościach wraz ze szpikiem, z dodatkiem imbiru, cebuli, czosnku i anyżu. Przyprawiona jest solą, cukrem i sosem rybnym, takim specyfikiem azjatyckim. W wydaniu wykwintnym, do gotowej zupy dorzuca się kilka cienkich plasterków gotowanej polędwicy wołowej.
Wietnamska zupa pho, wieczorową porą. Starcza za cały posiłek.
Wszystko to jest dekorowane (obowiązkowo) drobno pokrojonym szczypiorkiem, posiekaną małą cebulką i świeżą kolendrą. Na wierzch rzuca się garstkę kiełków fasoli mung, kilka gałązek bazylii i 3 lub 4 maleńkie papryczki chili. Zupa pięknie pachnie.
Przyjemnie tak płynąć w milczeniu. Tylko przyroda wokół nas szepcze coś cichutko.
Całość dekorujemy limonką pokrojoną w małe ćwiarteczki. Jeszcze tylko szczypta czarnego, świeżo zmielonego pieprzu na wierzch i mamy pyszną zupę pho, ulubione danie Oliwii. Zupa nie tylko pięknie pachnie, ale i ładnie wygląda i smakuje wybornie.
Sterniczka
Znów odbiegłam od tematu, ale to wszystko się tak samo nasuwa we wspomnieniach. No więc, tak tu sobie w Delcie Mekongu pływają tymi łódkami i kupują od siebie nawzajem różne produkty niezbędne do domu i tak się nawzajem karmią. Żyją w swoim własnym rytmie i własnym świecie, znacznie różniącym się od europejskiego.
Z restauracji nad brzegiem rzeki, kiwają do nas przyjaźnie inni turyści.
Bo to, że ludzie w Azji nie lubią pitrasić i jeść u siebie we własnych domach, to już wielokrotnie pisałam. Zawsze lepiej smakuje co ktoś ugotuje, a jeść należy w gromadzie i na świeżym powietrzu. Nigdy samemu. Wszyscy tu niemal coś gotują na ulicy,  grilują, ale na sprzedaż dla innych, a sami kupują jedzenie u innych. Taki myk.
Nie wypatrzyłam żadnego krokodyla
Ryż w Delcie Mekongu rośnie, jak opętany, znajdując tam bardzo dogodne dla siebie warunki rolnicze i pogodowe. Rolnicy sadzą i zbierają go trzy razy w roku, na okrągło. Poza ryżem uprawiają w delcie również trzcinę cukrową i mnóstwo owoców. Dużo hodują tu drzew chlebowych. Jackfruity spożywa się na surowo i pieczone na gorąco.
Wysiadka. Na tej wysepce zjemy lunch, który jest zawarty w cenie wycieczki.
Myślę, że rolnicy specjalizują się w pewnych gatunkach owoców, bo jak na przykład sprzedają ananasy, to cała łódź pełna jest ananasów i niczego więcej. Na innej łodzi piętrzą się same jackfruity, ogromne, jak bochny chleba. Jeszcze na innych kokosy, jak stosy gładkich zielonych piłek ułożonych w ogromne stożki na łódce.
Mają skutery i rowery, chociaż wysepki takie małe, że kamieniem przerzucisz.
Trzeba przyznać, że nie jest to tak spektakularnie kolorowy i gwarny targ wodny, jak na przykład w Damnoen Saduak , funkcjonujący 100 km od Bangkoku w Tajlandii, ale wydaje mi się, że to dlatego, iż nie jest on absolutnie pomyślany pod turystów. To ich, miejscowe sklepy, targowiska, wodne markety, to ich codzienne życie.
Domy tu mają takie, że pojazdy mieszkają razem z ludźmi, w pokoju.
A może dlatego, że tutaj ludzie są biedniejsi, niż w Tajlandii, przez co brak im polotu i fantazji. Deltę Mekongu można zwiedzać samodzielnie, jeżdżąc autobusami, skuterami, rowerami lub wynajmując prywatnie łódki, a nocować można u tubylców w homestay. Inny sposób, to wykupić tanią wycieczkę, jechać w towarzystwie innych turystów i bez grymasów obejrzeć to, co dla nas do obejrzenia przygotowano. 
Na nasz stół wjechała taaaka ryba. Lekkie zaskoczenie. Jak się do tego zabrać?
Więcej zobaczy się samemu, bo można na każde miejsce, czy wydarzenie, które nas bardziej zainteresuje, poświęcić więcej czasu, a co nas nie interesuje, to ominąć. Ale wówczas trzeba na Deltę Mekongu poświęcić kilka dni. W końcu wietnamska część Delty Mekongu ma 35.158 km2, więc nie jest możliwe, aby taki obszar w krótkim czasie zwiedzić i dodatkowo nawiązać kontakt z ludźmi, posmakować potraw itd.
Na szczęście pani nam to wszystko pokroiła, wyporcjowała, doprawiła, pozawijała.
My z Oliwią tyle czasu nie miałyśmy. Pozostało nam wykupić wycieczkę i zobaczyć chociaż kawałek delty i kawałek w niej życia. Wykupiłyśmy wycieczkę jednodniową. Można wykupić dwu i trzydniową i nocować w homestayach. My chciałyśmy jeszcze dwa dni  przeznaczyć na Sajgon, więc zadowoliłyśmy się tutaj jednym dniem.
Zakonserwowane węże.
Sajgon zwiedziłyśmy już wprawdzie na początku, zaraz po przylocie do Wietnamu, jednak ten dodatkowy dzień był nam potrzebny na uzupełnienie tego, co wówczas pominęłyśmy i na spokojne przygotowanie się do podróży, bowiem rozstawałyśmy się w Sajgonie. Oliwia wracała do Polski, do Warszawy. Ja na Filipiny, do Santa Fe.
Są też moje ulubione sajgonki i różne sosy do nich.
Wycieczkowy minibus zbierał wycieczkowiczów, spod hoteli. Mijane miasta i wsie leżące w granicach delty nie są ciekawe. Ciekawie robi się wtedy, gdy płyniemy łodzią zwaną sampang po Mekongu i oglądamy ląd, wysepki, zabudowania, pola ryżowe i trzcinowe oraz sady owocowe, od strony rzeki. Oraz kiwamy do innych wycieczek, czując z nimi nieokreśloną więź chwilowych uczestników miejscowego życia.
Wszędzie tu wokół ogrody.
Często mijamy na rzece inne łódki turystyczne, bo to jeden ze sposobów zarabiania na życie przez tutejszych mieszkańców. Pływają tu również łódki rybaków, łódki ludzi wracających z targu z zakupami, z ogromnymi butlami wody pitnej, z różnymi materiałami budowlanymi. Oni tam wożą łodziami nawet ziemię do budowy czegoś na tych ruchomych wysepkach. Życie na wodzie jest urozmaicone, chociaż nie jest łatwe.
Toalety między palmami estetyczne i bardzo czyste.
Nie jest też higieniczne niestety, ani dla ludzi, ani dla ryb, ani dla rzeki. Mekong ma kolor brązowy. Dokładniej, kolor kawy z mlekiem. Mimo to w tej wodzie ludzie się myją, piorą, zmywają naczynia. Do Mekongu wyrzuca się śmieci, w Mekongu hoduje się ryby i wyrzuca się do rzeki odpadki. Zupełnie, jak w indyjskim Gangesie. Tyle, że nie moczą się tu godzinami w celu uzdrowienia ciała i duszy, bo to nie ich religia.
Ręce myjemy w umywalce zainstalowanej na zewnątrz. Fajnie, prawda?
Pływające domy, jak również te stojące na palach na brzegu rzeki, nie mają przecież kanalizacji. Mekong przejmuje więc wszelkie odchody ludzkie i hodowlanych zwierząt domowych. Aż ciężko pojąć, że tak żyją ludzie na planecie Ziema w XXI w i że władze tych państw niewiele robią dla higieny i ochrony zasobów naturalnych. Na wycieczkach z obcokrajowcami, guidowie nie omawiają tych tematów.
Jedni turyści odpływają, inni przypływają, ale nie depczemy sobie po piętach.
Należy zauważyć, że nawet gołym okiem widać, że przyroda nie radzi już sobie z zaśmiecaniem pól, rzek, lasów i morza. Pływanie błękitną łódką i oglądanie z pewnej odległości tych bieda-domów, zbitych z nierównych odpadów desek, skleconych byle jak pomostów, kolorowo, lecz biednie ubranych dzieci bawiących się na kładkach, jest ciągle dla turystów atrakcją. A nawet, czym Europa bogatsza, tym ciekawiej w Azji.
Niektórzy na stałe mieszkają w takich barkach. Co kilka dni mogą zmieniać adres.
Azjatycka bieda jest fotogeniczna. Ale nikt z nas nie chciałby tak żyć, ani żeby w ten sposób żyły nasze dzieci. Sposób i warunki życia nie zmieniły się tutaj od stuleci. Przybyło tylko nierozkładających się śmieci w postaci plastików i starych, zużytych części urządzeń elektronicznych, nowoczesnych wynalazków z bogatszych krajów.
W Delcie Mekongu jest przyjemnie.
Zalano Azję telewizorami i telefonami komórkowymi, które interesująco wyglądają w domach blaszakach z nad wyraz ubogim wyposażeniem. Jedyne wyjściowe ubranie wiesza się na zardzewiałym gwoździu i z komórką w ręku siada się na plastikowym krzesełu, aby obejrzeć telewizję. Dlatego nie drażni mnie, że na zorganizowanej wycieczce tak nas oprowadzają, abyśmy zobaczyli z bliska, jak żyją tu ludzie.
W cieniu palm można dostrzec domostwa ludzi. Na palach, w razie wylewu rzeki.
Jak pracują, co tworzą, i że chcą, aby te ich prymitywne wyroby kupować. Że liczą na jakieś napiwki za scenki, pokazy czy tańce regionalne. Ci ludzie uczciwie pracują, chcąc uczciwie zarobić na życie. Nie stoją z wyciągniętą ręką, jak często to ma miejsce w Indiach czy w Kambodży i nie wołają: daj dolara, tylko pracują, coś tworzą lub produkują i chcą te  swoje produkty sprzedać, aby utrzymać swoją rodzinę. To uczciwie postawiona sprawa. Tak myślę.
Łódka, obserwator. Przeładowana do granic wytrzymałości.
Ja mogę nie kupić nic i nie spotkam się tutaj nawet z grymasem ust, czy złym błyskiem w oku, jak w niektórych innych krajach. Ale turystów przewija się sporo, z różnych krajów i większość z nich jednak coś kupuje, co pomaga tym rodzinom wyżyć. No, oczywiście, najwięcej kupują Rosjanie, to się szybko daje zauważyć. Oni chyba nie mają limitu na ciężar swoich bagaży w samolotach, ani limitu kieszonkowego.
Przyjemnie płynie się łódkami po kanałach, polecam.
Podpływaliśmy łódką do różnych wysepek. Na jednej z nich oglądaliśmy manufakturę produkującą cukierki. Jak sama nazwa wskazuje, był to mały zakład pod gołym niebem, wyrabiający produkt ręcznie, jedynie z pomocą przedpotopowych maszyn do ściskania, wyciskania, przecedzania itp. Wychodziły z tego cukierki kokosowe.
W oczekiwaniu na klientów. Płynąć taką łodzią, to atrakcja.
Każdy pracownik stał lub siedzał przy swoim stanowisku pracy, przy maszynie lub przy długim stole i wykonywał nieustannie powtarzającą się czynność. Spokojna i monotonna praca, jak w fabryce przy taśmie produkcyjnej. Ale Wietnamczycy to spokojny i z natury zadowolony ze wszystkiego naród. Dla nich ważne, że mają pracę.
W plenerze mieści się manufaktura cukierków kokosowych.
Jeden gość jakimś narzędziem wydłubywał z kokosów biały miąższ do ogromnej misy, drugi przeciskał ten miąższ przez żelazną prasę, a wtedy dolnym otworem wylatywały z tej maszyny wiórki kokosowe. Zobaczyliśmy więc, skąd się biorą wiórki kokosowe.
Chłopak maczetą kroi cukierki, a dziewczyny siedzą i zawijają je w te sreberka.
Następny pracownik podgrzewał i mieszał bez przerwy te wiórki w wielkim żelaznym garze, w którym w wyniku tego procesu tworzyła się masa kokosowa. Coś tam dodawali, czymś przyprawiali i gotowe. Teraz inny pracownik wykładał tą masę na żelazną prasę, którą dociskał, dokręcał, a potem wyjmował z niej kokosowe placki. 
Gotowy produkt przygotowany do sprzedaży detalicznej. Nasi kupują.
Prasa taka, jak cię mogę. Gdyby docisnąć mocno korbą, to i koło do tira można by nią dokręcić. Placki lądowały na stole, gdzie inny pracownik wykrawał z tych placków podłużne paski, podobnie jak my robimy ciasto do łazanek. Teraz ogromną maczetą kroił te paski na małe kwadraciki i już. To były cukierki. Na koniec dziewczyny brały je i pojedyńczo zawijały w firmowe papierki. Taka ręczna, taśmowa robota.
Łodzie po to mają oczy, żeby widziały drogę i szczęśliwie dopłynęły z rybakami do domu.
Ostatni etap, to liczenie cukierków i pakowanie ich do przezroczystych torebeczek, wrzucenie tam metryczki i towar gotowy do sprzedania. Nie pakowano cukierków na wagę, tylko na sztuki. Krojenie też odbywało się na oko, więc nie wszystkie cukierki były sobie równe. Chyba w Unii Europejskiej taki numer by nie przeszedł. Stałaby tam jeszcze dodatkowa osoba i mierzyła te cukierki centymetrem.
Śmierdzące duriany. Jak się zatka nos, to można nawet zasmakować w tych owocach.
Turyści by tych cukierków może i więcej kupowali, bo smaczne, gdyby one nie były takie drogie. W końcu, to tylko cukierki. Ale pojęcie "drogie" nie dla wszystkich znaczy to samo. To subiektywna ocena, zależna od zasobności portfela danej osoby. Z kolei praca ręczna ciężka, monotonna, więc i towar musi być droższy, niż robiony maszynowo w dużych fabrykach. Byliśmy częstowani świeżo wykonanymi wyrobami.
Nas durianami nie częstowano. Jest papaja, banan, ananas, persymona i to, co nie znam.
Częstowano nas różnościami na każdym przystanku, gdzie się tylko zatrzymywaliśmy. Końcówkami ciętych cukierków również nas częstowano. Degustowaliśmy różnego rodzaju egzotyczne owoce, herbatkę z miodem bo również odwiedziliśmy wysepkę z farmą pszczelarzy. Myślę, że ci ludzie mają za to coś płacone z opłat pobieranych za wycieczki, bo przecież wycieczki są liczne, to i dużo tego wydegustują. 
Miło. Turyści pstrykają sobie nawzajem fotki na pamiątkę.
Pszczelarz dla każdej wycieczki przynosi ramkę ociekającą miodem i zwisającym rojem pszczół i kto chętny, może taką ramkę potrzymać i pstryknąć sobie z nią fotkę, żeby pokazać przyjaciołom i rodzinie, jaki to jest odważny i żadnego roju się nie lęka. Gość wyjmuje tą ramkę nie wiadomo skąd, bo uli, to ja tam żadnych nie widziałam.  Nasi też się z pszczołami fotografowali. Ja się nie odważyłam.

Była też wycieczka po wysepce, stylowymi pojazdami konnymi.
Jeszcze większą odwagą wykazują się turyści na wysepce, na której pokazy urządza poskramiacz węży. Daje on potrzymać takiego ogromnego pytona osobie, która chce zrobić sobie z nim zdjęcie, aby potem wzbudzać podziw wśród znajomych lub aby zamieścić taką fotkę na facebooku, żeby wystraszyć rodzinę.

Całkowicie mnie te pojazdy zaskoczyły na takiej małej wyspie. Konie, to takie małe kucyki.
Z naszej wycieczkowej grupy łódkowej, pytona wzięła do rąk młoda, sympatyczna blondynka, ale radość jej  była chyba wątpliwa, ponieważ po chwili wąż wślizgnął jej się między nogi, owinął się wokół nich i puścić nie miał ochoty. Być może jednak radość była autentyczna, bo dziewczyna szeroko się śmieje  i nie widać w niej lęku.
No i co teraz? wąż bezwstydnik w akcji.
Jednak była konieczna pomoc właściciela gada-żartownisia, bo w żaden sposób dziewczyna nie mogła się samodzielnie od węża uwolnić. Dobrowolnie puścić jej nie chciał. Nie wiadomo, czy to był jednostkowy przypadek, czy też wąż do takich występów jest tutaj tresowany, aby turystom wzrósł poziom adrenaliny i aby radość z obcowania z tutejszą fauną była wśród turystów większa i zapamiętana na długo.
Na szczęście pomoc przybyła na czas i łaskotnik został zabrany.
Na tej wysepce, gdzie produkowali kokosowe cukierki była jeszcze jedna atrakcja, o której bym zapomniała, gdyby nie zdjęcia. Otóż urządzono nam krótką (bo i wyspa krótka) wycieczkę, rzeźbionymi starodawnymi zaprzęgami konnymi. Było bardzo miło i epokowo. Tak zapewne podróżowały po "swoich" włościach żony kolonizatorów.
A któż to taki wygląda zza firaneczki? toż to moja Oliwcia! Jak kolonizatorka z XIXw.

2 komentarze:

  1. Pani Zosiu! Piękny opis. Delta Mekongu to najbrudniejsza woda na ziemi. Niestety większość ryb kupowanych w Polsce pochodzi właśnie z tych hodowli, o których Pani pisze. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak? to przykre :( ja właśnie mam tu w Azji opory w jedzeniu ryb, jak widzę wodę w rzekach taką, jak w ściekach miejskich i te sterty śmieci wyrzucane do rzek :( Azjaci, to chyba nawet nie wiedzą, że w rzece może być przezroczysta woda :) dobrze, że chociaż w morzu są odpływy i przypływy, to wszystko się miesza i przychodzi czysta woda z głębin :) pozdrawiam Cię serdecznie, M Au :)

    OdpowiedzUsuń