Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

czwartek, 23 czerwca 2016

W Santa Fe życie toczy się w swoim rytmie

Poranek w Santa Fe. Niebo zasnute po nocnym deszczu, ale dzieci już biegają po plaży.

Zaraz następnego dnia spotkałam Nielsa na drodze, gdy szłam do „Wawelu” zobaczyć, czy Adam działa, czy też ma zamknięty lokal. Bo z Adamem, to nigdy nic nie wiadomo. Lokal działa, jest czysto, na półkach za barem różne rodzaje alkoholi, w kuchni gotują się polskie potrawy, pierogi, kotlety schabowe, ziemniaki itp. Jest miło, podjeżdżają ludzie skuterami i biznes się kręci.
Tato ładuje dzieciaki do łodzi i płyną w morze.
A innego dnia idziesz i nie ma nic. Krata przymknięta na znak, że lokal nie działa, a kto nie wierzy i podjeżdża pod „Wawel” skuterem, czy samochodem, zanim wysiądzie z pojazdu, dowie się, że lokal gości nie przyjmuje i nawet wody mineralnej tu się nie napijesz. Znaczy to, że trzeba poczekać, aż Adam upora się ze swoimi problemami..
Miejscowi przychodzą na plażę o poranku i potem drugi raz, pod wieczór.
No więc idę ja sobie główną ulicą Santa Fe, do „Wawelu” a tu Niels się pojawia na drodze. Siedział w cafe przy stoliku na zewnątrz i gdy mnie zobaczył, podszedł się przywitać i zaprosił do swojego stolika na kawę. Ale ze mną rozmowa to musi być bardzo komiczna, przy mojej znajomości angielskiego. Słowno - manualna.
Śniadanko na tarasie smakuje wybornie.
To Nielsa w ogóle nie zraża i często chce ze mną o wszystkim rozmawiać. Od tamtego dnia spotykamy się często zupełnie przypadkowo, bo Santa Fe małe, kamieniem można przerzucić, lub u Adama. Ostatnio przyszedł do Adama nawet ze swoją żoną Janet, co wiemy, że Janet rzadko mu towarzyszy, szczególnie do knajp.
Poranni obserwatorzy.
Gdy spotykamy się na ulicy, Niels natychmiast zaprasza mnie na kawę, ale ja grzecznie odmawiam, bo głupio mi zbyt często korzystać z zaproszenia, skoro to on zawsze płaci. Trzeba przyznać, że Niels zatrzymuje się zawsze w takiej kawiarni, gdzie dają najlepszą kawę. Koneser.
Spacerek rankiem po plaży jest ok.
Janet sama nie pije niczego, ale siedziała z nami u Adama, gdy popijaliśmy piwko. Bo znajomi na piwo do Adama mogą przyjść nawet wtedy, gdy „Wawel” jest nieczynny, ale muszą przynieść swoje. Dokuczam czasem Adamowi mówiąc, że co to za knajpa ten jego Wawel, że z własnym piwem trzeba przychodzić, o jedzeniu nie wspominając. Obiecał, że weźmie się w garść. Pożyjemy, zobaczymy.
Łodzie, jedna po drugiej wypływa w morze.
Niels upewnił się, że czekam na to mieszkanie u niego i nie wynajęłam w miasteczku niczego na dłużej u kogo innego. Powiedział, że nie 5-tego czerwca, jak się umawialiśmy, ale już 4-tego mam przyjść, bo Anglik wyjeżdża i Janet zdąży wysprzątać pokój i wszystko przygotować, jak trzeba. Tak więc w sobotę, 4-tego czerwca o 10 a.m. przeprowadzam się tam.
Dzisiaj wieczorem w Cou Cou Bar mamy Happy Hour.
Niels zapewnił, że u niego internet działa bardzo dobrze i mam go w cenie pokoju, a jak będę miała jakiś problem z laptopem, to on mi zawsze w tym pomoże. Bardzo mnie taka informacja ucieszyła. Wreszcie człowiek, co zna się na tym, na czym każdy nowoczesny mężczyzna znać się powinien. Ja przecież często mam jakieś problemy z laptopem, tu w Azji,  niestety.
Widok Wawelu od strony palmowego lasku.
Długo był problem z klawiaturą. Oliwia przywiozła mi do Wietnamu nową, polską  klawiaturę i powiedziała, że ta maleńka wtyczka jest najważniejsza, więc żebym jej nie zgubiła, bo bez tego klawiatura nie będzie działała. Tak się tym przejęłam, że schowałam ją oddzielnie, żeby nie wyleciała w podróży i nie zgubiła się.
Po przeciwnej stronie, zobaczymy wolny wychów świń. Wszyscy tu żyją w symbiozie.
Problem w tym, że kompletnie nie pamiętam, gdzie ją schowałam i do dzisiaj znaleźć jej nie mogę. Nadal więc pisałam na tej zewnętrznej azjatyckiej, kupionej kiedyś w Bantayan City, która nie ma polskich znaków zmiękczających ź, ć, ż, ś. Ponieważ od piątku nie mam u Bibi internetu, który mi się wyłączył w chwili pisania postu o Hoi An, wzięłam laptop i poszłam do „Wawelu” do Adama, u którego przynajmniej internet działa bez zarzutu… jeśli tylko jest w terminie opłacony.
Gdy miniemy teren z palmami, znajdziemy się na plaży.
Trzy dni już byłam bez dostępu do internetu, bo akurat weekend jest i nikt w dni wolne od pracy u Bibi tego nie naprawi. Zazwyczaj tak już jest, że wszystko psuje się przed weekendem. Chciałam tylko sprawdzić, czy ten post o Hoi An wraz ze zdjęciami się zapisał, czy przepadł i cała robota poszła na marne oraz chciałam pocztę sprawdzić. Nic się jednak nie dało zrobić.
Nawet ogrodzenie z blachy flistej można rozweselić kolorami.
Laptop uparcie nie chciał przyjąć Adama passwordu. Dostęp był, zasięg był, a po wpisaniu passwordu ukazywał się komunikat, że brak dostępu, no connect. Nic się z tym nie dało zrobić., znowu trzeba czekać, aż się coś odblokuje. Adam pokazał mi, gdzie urzęduje Włoch Max, u którego mogę coś z tą klawiaturą załatwić. Max podobno naprawia takie rzeczy. Zaniosłam więc Maxowi laptop i pokazałam, co w klawiaturze nie działa i jak długo już to trwa..
Tutaj właśnie naprawiają laptopy, wejście przy drzewie.
Pokazałam, że wspomagam się tą azjatycką, ale moje teksty są do niczego dla polskiego czytelnika bez tych znaków. Max popisał trochę w wordzie, zobaczył jakie i ile liter nie wskakuje, wziął jakiś rozpylacz i obficie skropił nim klawiaturę, aż cała w pianie była. Trochę się wystraszyłam, ale po chwili piana się ulotniła. Klawiatura była niemal zamrożona i trzeba było poczekać, aż się ogrzeje. I co? wszystko zadziałało!
Jak myślicie, co ta pani robi w takiej pozie? fotografuje chrabąszcza!
To są jakieś czary–mary! Zapytałam, co to za preparat, ale Max powiedział, że nie kupię go w Bantayan City, ani w Cebu, ani nawet w Manili. To włoski produkt i ze swojego kraju go ściągnął. W Italii on jest i w całej Europie, ale nie na Filipinach. Ok, gdy znowu mi się litery pozacinają, to ja tu do ciebie wrócę, Max, zapowiedziałam, bo aż mi się wierzyć nie chciało, że ona naprawdę zadziała na dłużej.
Ciekawa kabina prysznicowa na świeżym powietrzu. Jest kranik, wszystko działa.
No i dzięki temu, ten post jest już poprawnie gramatycznie po polsku napisany i ostatnie posty o Wietnamie tez w porządku, tylko niech ja się do tego internetu dostanę, to już po polsku posty o Wietnamie dokończę. Co za ulga! 50 pesos ta usługa  kosztowała, czyli 4 złote, przeliczając na polskie złotówki.
Przypływ oddalił łódkę rybaka od brzegu. Trzeba po nią popłynąć.
Wróciłam do Adama pokazać, że już działa moja klawiatura i przy okazji znowu spróbowaliśmy do internetu się dostać. Bez rezultatu. W „Wawelu” była akurat jego filipińska dziewczyna, Jenni i powiedziała, że to niemożliwe, żeby password nie chciał zadziałać. U niej w komórce działa. Usiadła przy moim laptopie i uparcie próbowała się z internetem połączyć. Raz, drugi, piąty, dziesiąty. Ciągle powtarzała tą samą czynność, a on jej uparcie pokazywał komunikat, że nie da się połączyć. 
No, już jest ok. Dobrze była zakotwiczona, więc nie odpłynęła.
Jenni cierpliwie, raz po raz wbijała ciągle ten sam password, aż laptop zaskoczył i uzyskał połączenie z internetem. Popatrzyliśmy na siebie z Adamem zdumieni. Co jest grane? A no, jesteśmy na Filipinach! Tutaj trzeba do wszystkiego cierpliwości i wytrwałości! Natychmiast weszłam na stronę bloga i stwierdziłam, że wszystko się zapisało, tylko jakąś dużą czcionką, ale w tym nikt już nie chciał grzebać, żeby przez nieumiejętność działania nie skasować całego postu. Zostawię go w takim stanie.
Wszystko to oglądam z tego oryginalnego pomostu restauracyjnego w Santa Fe.
W czasie, gdy robiłam porządek w mailach, Adam z dziewczynami ugotowali obiad. Włoski makaron i do niego sos z mięsa i jeszcze innych smacznych dodatków. Było ostro i smacznie, nazwaliśmy to danie „pasta a’la Adam”, bo on dodał tam różności, jakie akurat jeszcze w kuchni zostały i wyszła z tego bardzo smaczna potrawa. Uczciliśmy tym daniem sukces, że wszystko naprawione i działa, jak powinno. Żeby jeszcze ten jego Wawel zadziałał, to byłoby ok!
Również wyczyny paralotniaków.
Jutro rano jedziemy do Bantayan City. Ja do bankomatu, żeby Nielsowi za cały miesiąc z góry zapłacić za mieszkanie i po bagietki, Adam po zakupy, bo wreszcie „Wawel” ma wznowić działalność. Francuz, który piecze bagietki w Santa Fe, wyjechał do rodziny do swojego kraju i wróci na Filipiny dopiero w lipcu. 
Sporo hoteli stoi przy samej plaży, bo plaża w Santa Fe jest bardzo długa.
Janeth , żona Nielsa właśnie u niego pracuje, więc teraz ma bardzo długi urlop, dopóki szef z Francji nie wróci, a bagietki trzeba kupować z Bantayan City, będąc tam przy okazji. Te w Santa Fe są jednak lepsze, smaczniejsze. Wiem, bo je kupowałam, jak byłam w Santa Fe dawniej, przed wyjazdem do Wietnamu.
Lubię takie puste plaże, bez hałasu, krzyków, nawoływań.
I tak to tutaj wszystko działa. Francuz od bagietek, Włoch Max od naprawy laptopów, jeden Polak, Adam od pierogów i schabowego, drugi Polak, Mike od pizzy, Niemiec Werner od kilełbasek i ciężkiego chleba, Duńczyk Niels, tajemniczy intelektualista i ja Polka, Sofia odpoczywająca od życia rezydentka. Obcokrajowcy często przyjeżdżają do Santa Fe, również Polacy. Już z daleka rozpoznajemy  się na ulicy i zawsze się pozdrawiamy, chociaż się nie znamy. Ale miejscowi również pozdrawiają nas za każdym razem, więc to chyba taki tutaj jest zwyczaj wymiany uprzejmości. Miłe.
Słychać tylko szum fal, czasami jakiś ptak krzyknie niespodziewanie nad głową.
Przy okazji Adam zapytał, dlaczego zablokowałam go na facebooku? Bo bardzo brzydko coś napisałeś do mnie, odparłam szczerze, dlatego Cię zablokowałam. Nie lubię, jak ktoś względem mnie zachowuje się nie fair, jeśli ja w stosunku do niego, wręcz odwrotnie. To było, jak byłam w Wietnamie. Adam przepraszał mnie i tłumaczył, że tego nie pamięta, musiał akurat być nawalony, jak to pisał. 
Można spacerować plażą i posiedzieć co rusz w innej kafejce.
Nawalony, czy nie, każdy musi ponieść konsekwencje swojego zachowania, odparłam. Wiem, że na trzeźwo byś głupot nie pisał, ale kara musi być. Wyrzuciłam cię ze swojego facebooka i tyle. Adam bardzo mnie przepraszał i ciągle wracał do tego tematu, ale ucięłam dyskusję. Już się przecież nie gniewam, gdyby było inaczej, to bym po powrocie do Santa Fe nie przyszła do „Wawelu”, a jednak przyszłam. Ok, zapomnijmy o sprawie. Przeprosiny przyjęte.
Filipińczycy lubią różnorodne kolory w wystroju.
Ale odblokujesz mnie? dopytywał. Odblokuję, ale jak jesteś nawalony Adaś, to do internetu lepiej nie wchodź, tylko wejdź do łóżka i się wyśpij, ok? poradziłam mu. I tak się tu żyje na tych Filipinach. Dzisiaj spotkałam nową parę Polaków w Santa Fe. Są w podróży poślubnej, na razie bardzo zadowoleni, że wybrali Filipiny, mimo pogody. A pogoda teraz tu jest taka, że za dnia słońce praży i gorąco jest, a w nocy deszcz wali w blaszane dachy, wszczynając taki hałas, że spać nie można i burza z piorunami przewala się nad miasteczkiem.
W baraczkach z ręcznie robioymi pamiątkami z muszelek.
Widok wspaniały, wprost fascynujący. Gdy patrzę przez okno, to w poświacie błyskawic widzę kolorowe łódki kołyszące się na dużej fali. Jak jakieś widma, zjawy nieziemskie ukazują się w krótkiej chwili błysku i nikną po chwili w ciemnej czeluści nocy. A grzmoty przewalają się nad nami, jakby jakaś ogromna kamienna góra nad miasteczkiem się rozpadała na części i w kawałkach wpadała do wzburzonego morza.
Muszelek tu jest zatrzęsienie. Pani cały czas robi z nich cuda, gdy nie ma klientów.
Rano budzimy się i śladu po tych nocnych szaleństwach nie ma. Nawet kałuży nie ma, wszystko gdzieś natychmiast spływa i wsiąka w ziemię. Słoneczko świeci, ptaszki śpiewają, koguty pieją, fale wolno, miarowo biją o brzeg plaży, a koty przeciągają się leniwie na kamiennych barierkach. Rybacy wypływają w morze już o 6.oo godzinie rano, przyuważyłam, bo zaczynam się tak wcześnie budzić. Przystosowuję się do rytmu życia Filipińczyków.
Na deptaku Santa Fe, na Square, jest taka pijalnia soków. Można w łóżku się ulokować.
O szóstej rano, to już nawet dzieciaki po plaży biegają. Filipińczycy wstają o piątej rano, potem drzemią sobie w dzień, gdzieś w cieniu i ożywiają się znowu po południu. Wieczorem wystawiają przed domy stoliki, pitraszą coś, sprzedają to, co ugotują i sami się raczą jedzeniem. O 22.oo robi się cisza i śpią tu już wszyscy  na dobre. No, może o 23.oo. Wtedy, to nawet już karaoke w różnych częściach miasteczka cichnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz