Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Powrót do Santa Fe

Wracam do słonecznego, sennego Santa Fe na Filipiny.

W Wietnamie czas nadspodziewanie szybko minął i nadszedł dzień rozstania z moja córka. Jest to zawsze smutna chwila dla mnie, ale nie ma wyjścia. Obie z Oliwią miałyśmy bilety lotnicze na ten sam dzień, na 15 maja, w moje imieniny.
Znane uliczki, znane bary, swojsko i przyjemnie.
Tym razem mój samolot wcześniej odlatywał do Cebu na Filipiny, niż Oliwii do Polski. Na lotnisko musiałam jechać już w nocy, o 22.30 poprzedniego dnia, ponieważ miałam lot o 1.oo godzinie po północy, a Oliwia odlatywała tego samego dnia, ale dopiero wieczorem.
Nigdy nie ma tłoku na plaży, a pogoda zawsze sprzyjająca.
Gdy w zeszłym roku byłyśmy razem w Meksyku, było odwrotnie. Temu, kto zostaje jest bardziej smutno, pamiętam to uczucie, ale myślę, że Oliwia jakoś się z tym problemem szybciej uporała, niż ja wtedy. Z wiekiem człowiek robi się bardziej sentymentalny. Kocham te swoje dzieci bardzo i tęsknię za nimi czasami.
W cieniu palm całkiem przyjemnie. Lekki wiaterek nawet od morza wieje.
Nie zgodziłam się, żeby Oliwia odprowadziła mnie na lotnisko, chociaż było bardzo blisko,  zresztą w nocy i tak zawsze bierzemy taksówkę w obcym kraju. Mimo to, nawet nie chciałam o tym słyszeć, aby ze mną jechała chociaż nalegała. Całą drogę umierałabym z niepokoju, czy bezpiecznie wróciła do hotelu. W końcu odpuściła i została.
Jak nie ma klientów, driverzy tuk-tuków siedzą razem w cieniu i sobie gadają.
Zeszła ze mną na dół do taksówki i wróciła do pustego pokoju. Było mi przykro z tego powodu. Ciągle mi to nie dawało spokoju, dopiero gdy pod wieczór otrzymałam maila, że jest już na lotnisku, uspokoiłam się. Potem jeszcze dała znać, ze leci i zaraz mi  się humor poprawił, że już nie jest sama i niebawem będzie w domu.
Domek na plaży, to jest raj!
W Wietnamie było nam bardzo fajnie, miło będę wspominała ten nasz pobyt. Okazuje się, że w podróży jesteśmy bardzo zgrane, bo mamy podobne upodobania, styl życia i podobny temperament, co czasami wprawdzie powoduje kolizje, ale z czasem coraz rzadziej się to zdarza.
Garażowanie łódek na plaży.
W przyszłym roku mam nadzieje zobaczyć Oliwię wraz z Tomkiem tutaj, w Santa Fe  na Filipinach. Mam wrażenie, że każde wspólne podróżowanie z moją córką, nie tylko mnie, ale również jej daje sporo zadowolenia i mam nadzieję, że będzie miała miłe wspomnienia, gdy mnie już nie będzie. 
No i gdzie ta mama poszła? ruszyć się nie mogę, bo spadnę :)
Gdy tutaj przyjadą, też nie będziemy siedzieć w miejscu, ale pojeździmy sobie również po innych filipińskich wyspach, bo są różnorodne, chociaż wszystkie śliczne.
Jedna z uliczek Santa Fe.
Moja podróż do Cebu minęła spokojnie i stosunkowo szybko. Zaraz po wyjściu z lotniska miałam autobus, a po wyjściu z autobusu natychmiast przełożyli mój bagaż na prom, który już stał w porcie gotowy do wyruszenia na Bantayan. Nigdzie nawet nie zdążyłam iść do toalety, ani wypić kawy. Ważne, że nie czekałam godzinami na przesiadki. Wracałam, jak do swojego domu.
"Coral Blue", nieraz pzychodzę tu, żeby wypić piwko, patrząc na morze.
Bo tak się też czuję, jakby w Santa Fe był mój drugi dom, znane kąty, znani ludzie, to miejsce, gdzie jest mi dobrze. W porcie Santa Fe witali mnie driverzy tuk-tuków, mówiąc, że mnie doskonale pamiętają i cieszą się, że do nich wróciłam. I to jest właśnie to, co na Filipinach daje najwięcej radości. To są tutejsi ludzie. Oni są zawsze zadowoleni z życia, serdeczni, zawsze w dobrych humorach.
Santa Fe. Stąd wypływają i tu przypływają promy z ludźmi, samochodami i towarem.
Z wami wszystkimi nie pojadę, wskażcie jednego, z którym mam jechać, powiedziałam i zgodnie, mimo rywalizacji zawodowej, załadowali moje bagaże do jednego z tuk-tuków i pojechaliśmy  do hotelu „N and F”, do Mayeth, u której mieszkałam poprzednio. Dopiero gdyby u niej nie było miejsca, pojedziemy dalej szukać innego hotelu.
A to są takie trójkołowe autobusiki na krótkie trasy np. do Maricabany, Bantayan City...
Miałam jednak nadzieję, że mój pokój będzie wolny i tam przeczekam do czerwca, zanim zwolni się dla mnie mieszkanie u Nielsa, gdzie mam zamiar zamieszkać prawie, że na stałe. 
Z Janeth  przed jej domem, do którego niebawem się wprowadzę.
W moim wieku mogę już tak mówić, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zakończę pobyt na tej Ziemi, Planecie Ludzi. W każdym razie mam zamiar zostać w Santa Fe tak długo, na ile władze Filipin dadzą mi wizę. Chyba, że mi się zndzi. Wtedy wyjadę na inną wyspę.
Żywopłot z koperku. Co wracam do domu, to sobie uszczknę do obiadu lub kanapki.
Mój pokój był wolny, ale jedynie na kila nocy, bo potem ktoś wcześniej już go zarezerwował. Pozostałe były zajęte. Zostałam u Mayeth dwie noce, żeby dać sobie czas na znalezienie innego miejsca, z czym w Santa Fe nie ma problemu. Ja tylko czułam się zobowiązana w pierwszej kolejności zawitać do Mayeth.
Póki co, zajęłam swój dawny pokój u Mayeth, ale na krótko tym razem.
Wszyscy serdecznie mnie tam powitali, nawet ten mały biały psiak, z którym Mayeth się nigdy nie rozstaje. Zaraz na wstępie Mayeth dała mi list od podróżujących Polaków, którzy się u niej zatrzymali, gdy ja byłam w Wietnamie. To była dla mnie zaskakująca i bardzo miła niespodzianka.
Z plaży widać to długie tunelowe przejście do promu. Żeby przy odpływie też móc popłynąć.
Otóż, z zostawionego dla mnie liściku wynika, że jego autorzy, Patrycja i Radek (nie wiem, czy by sobie życzyli, abym wypisała tu ich nazwiska, więc tylko imionami się posłużę), są w podróży dookoła świata.
Myślę, że radość Filipińczyków bierze się z ciągłego ciepła i mieszkania wśród kwiatów.
Zatrzymali się w Santa Fe i dokładnie w moim hotelu u Mayath, bo przeczytali moją opowieść na blogu i wchodzili na facebooka, czytając i oglądając zdjęcia o tych miejscach. Niesamowita historia! Ważne, że się nie zawiedli, czyli moje opowieści oddają tutejszą rzeczywistość. Satysfakcja moja.
Niektórzy tu marzną, gdy temperatura spadnie poniżej 35oC do np.30,28 :). ja się gotuję.
Piszą, że są w drodze do Australii,  warunki w Santa Fe i dobrze działający internet w hotelu Mayath, umożliwił im bezstresowe przygotowanie się do dalszej podróży. Ucieszyły też ich spotkania z tutejszym Polakami. Naprawdę widać, że są bardzo zadowoleni z pobytu w Santa Fe.
"Wawel" Adama, stoi na swoim miejscu, ale nie ma tu już takiego ruchu, jak przedtem.
Nigdy nie myślałam, że list od obcych w końcu ludzi, potrafi  sprawić mi tyle radości. Schowałam go sobie na pamiątkę. Dziękuję serdecznie Patrycjo, dziękuję, Radku i za te uśmieszki w liście również Wam bardzo dziękuję! Życzę pomyślnych wiatrów w dalszej podróży! Spełniajcie swoje marzenia w zdrowiu i radości!
Kiedyś, przed tajfunem był tutaj kompleks budynków szkolnych. Zostały szczątki.
Następnego dnia poszłam na poszukiwanie innego hotelu. Nie uszłam daleko, gdy znalazłam malutki pokój na pięterku z widokiem na morze. Zatrzymywali mnie też inni ludzie, proponując mieszkanie na stały pobyt z miesięczną opłatą, bo słyszeli, że tym razem zostaję tutaj dłużej. 
Teraz tutaj jest szkoła, w centrum Santa Fe i stoiska handlowe z jedzeniem dla uczniów.
Dziękowałam mówiąc, że mam już umówiony pokój u Nielsa, tego Duńczka, co mieszka w błękitno-białym domku tu, w pobliżu.Teraz chcę tylko na czas oczekiwania, aż się to moje mieszkanie u Nielsa zwolni. Nie ściemniałam, bo i tak potem zobaczą, że u Nielsa mieszkam. 
Ze swojego tarasu w "Seven Star" wid sklepik w podwórku i jedyny bungalow.
Tutaj ludzie wiedzą wszystko o każdym, a szczególnie o obcym, co przybył do ich małego miasteczka i zamieszkał z nimi. Ostatecznie wynajęłam ten mini pokoik u Bibi w „Seven Star Guesthouse” za 400 pesos za noc. 100 pesos, to jest 8 zł, czyli za 32 zł/noc.Pokój tak maleńki, że śniadania jadłam na tarasie.
Widok z mojego okna między ruchomymi szybkami. Na dłużej, to jednak za ciasny pokoik.
Bibi zaproponowała mi dwa pokoje do wyboru. Jeden na parterze, żebym miała blisko do kuchni i łazienki (w pokojach łazienek nie ma), drugi na pięterku, gdzie wchodzi się po bardzo wąskich schodach na werandę, a stamtąd są drzwi do dwóch pokoi. Wybrałam pokój na pięterku z oknem wychodzącym na morze.
Z tego samego okna oglądałam wschód słońca.
Wolę już pomęczyć się z tym wchodzeniem i schodzeniem ze schodów, ale mam piękny widok od samego rana. Na werandzie sobie mogę posiedzieć i obserwować morze, łódki rybaków, ludzi kąpiących się w morzu i łodzie wycieczkowe z turystami wracające o zmierzchu z wycieczek. Jest ok! Te kilkanaście dni wytrzymam.
Czasami jem tutaj dziwne rzeczy na patyku.
Plusem też jest to, że gdy uchylę drzwi i otworzę okno (praktycznie okno mam otwarte dzień i noc), to mam taki przewiew, że aż firanka fruwa. Na dole tego nie ma. W cenie mam też internet, który odbiera w pokoju, jeśli w ogóle odbiera. Od piątku przestał działać, a mamy już poniedziałek. Bibi obiecuje, że jutro będzie.
Pyszny omlet z mango i sosem karmelowym, ale to wspomnienie z Wietnamu. Tu nie mają.
Nie jestem o tym przekonana. Na Filipinach już tak jest i trzeba przywyknąć do pewnych niewygód. Trzeba się cieszyć z tego, co się ma. Na przykład, że kilka kontaktów jest w pokoju i nie mam problemu z ładowaniem sprzętu. 
Market na głównej ulicy składa się z kilku sklepików i małego targu w otwartym patio.
Z gotowaniem wody na kawę. Albo, że fan, czyli wiatrakowy wentylator jest czysty i nie prószy w oczy kurzem. Albo, że nie ma komarów i mogę cały czas mieć otwarte okno.
Drugi, i to już jest największy market w Santa Fe. Blisko domu, w którym mieszkam.
Bibi, w małej klitce w podwórku prowadzi też sklepik i nie trzeba dźwigać z marketu wody mineralnej ani piwa. Pozwala tez skorzystać z lodówki, gdy zostanie mi coś z jedzenia na następny dzień.
W Santa Fe dwa kościoły różnych wyznań stoją dokładnie naprzeciwko siebie.
To są plusy, jak również cena o 300 pesos niższa, niż u Mayath. Oczywiście, że u Mayath warunki były lepsze, we własnym dużym pokoju miałam łazienkęi swój balkon i internet świetnie odbierał, ale na przykład dostępu do kuchni i lodówki nie było. Coś za coś. W końcu to na krótki czas, tylko na przeczekanie.
No i co wy na to, małpiszony?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz