Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

poniedziałek, 14 marca 2016

Powrot do Kota Kinabalu, Borneo, Malezja

Odplywamy z Santa Fe.

Ostatniego dnia obeszłam Santa Fe i pozegnalam się ze znajomymi Polakami, zapewniając, ze wroce tu pod koniec maja i zostane na dluzej. Mojej gospodyni przekazlam info, ze jak wroce, to znowu zmieszkm u niej, bo kwatere u Nelsa mam zarezerwowna od 1 czerwca. Do Tego czasu ktoś tam jeszcze mieszka.
Ci panowie z karabinami plyna z nami. W kraju wlasnie trwaja Wybory i Oni sa wszedzie.
Mayeth bardzo się ucieszyla, a Julio, który pakowal moje bagaże do tricykla powiedział, abym przed przyjazdem przyslala maila do Mayeth, którego dokładnie dnia przypływam do Santa Fe, to on po mnie wyjedzie do portu.
Napis widzicie na koszulce? bo to nasz Polak z filipinska partnerka plynie do Cebu.
Czas podrozy na Borneo miałam dokładnie wyliczony, ale z dużymi przerwami czasowymi na przesiadki z uwagi na azjatycki transport drogowy, wodny i powietrzny, który rozkłady jazdy traktuje orientacyjnie, a potem wszystko jeździ, plynie i lata, jak chce.
Rybak za burta w swojej malej lodce.
Julio zawiozl mnie do portu na autobus firmy „Ceres”, który plynie najpierw promem, a potem 4,5 godziny jedzie droga do Cebu (jak nie ma opóźnienia. Może tez jechac 6 lub 7 godzin). W ten sposób wlasnie przyjechlam do Santa Fe.
Dopiero na lotnisku zjadlam pozywna zupe, gdy juz bylam pewna, ze zdaze na lot.
Mój autobus „Ceres” wlasnie zjezdzal z promu i pojechal do Bantayan City zabrać pasazerow. Za pol godziny miał wrocic, ale nie wrocil. Dowiedzialam się o tym, gdy prom wlasnie odbijal od brzegu (bo dowiedział się wcześniej telefonicznie). Musialam czekac na prom odplywajacy o 8.30. Dobry początek, mysle sobie. 
KK.Tak wyglada ulica w dzien. Po prawej stronie okragle logo i wejscie do mojego hotelu.
Może i doba nie wystarczyc, żeby dostać się na samolot do Cebu, jak tak dalej pojdzie. Na „Ceres” już nie czekalam (podobno się zepsul i go reperują w Bantayan City) tylko poplynelam promem do Hagnaya (1,5 godz, ticket 170 pesos, ale zalapalam się na znizke dla seniorow i zaplacilam 136 pesos). 
Mapka interesujacej mnie czesci miasta Kota Kinabalu, czyli po prostu KK..
Spotkalm za to znajomego Polaka, ktory jechal do Cebu w interesach, wiec mialam sobie z kim pogadac w czasie podrozy promem i autobusem. Nie ma zlego, co by na dobre nie wyszlo.
Wieczorami wejscie do hotelu zastawione jest stolikami barowymi. Wszyscy jedza.
Tam natychmiast z trapu podeszłam do już niemal pelnego autobusu jadacego do Cebu. Nie zdazylam nawet kupic sobie kanapki przy porcie, ale do autobusu wsiadła kobieta sprzedajaca opiekane banany na patyku, wiec kupiłam i zjadłam na sniadanie.
Hol i ogolnie dostepny komputer. Przedostatnie drzwi po lewej stronie, to moj pokoj.
Bilet autobusowy z Hagnaya do Cebu kosztuje 180 pesos, po znizce dla seniorow i studentow, 160 pesos. Bilet kupuje się w autobusie u konduktora.
Po przeciwnej stronie holu, kuchnia. Tu jemy sniadania. Potem niektorzy tu pracuja.
Na pierwszym przystanku przy stacji benzynowej kupiłam goraca kawe. Bylo ok, jechaliśmy sprawnie do samego Cebu. Na szczęście ranne niepowodzenie nie zapoczatkowalo pecha ciagnacego się przez caly dzień. 
Taki zajmuje pokoj. Okno wychodzi na ulice, ptaki tam spiewaja do poznej nocy.
Z końcowego przystanku w Cebu wzielam taxi na lotnisko w Lapu Lapu, bo nie mialam ochoty z bagażami szukac odpowiedniego jeepneya do tego miasteczka, lub jak kto woli, do tej dzielnicy Cebu, znajdującej się po drugiej stronie rzeki.
Widok z okna. Akurat przed moim oknem wisi troche sfatygowana flaga narodowa Malezji.
Mój samolot do Manili miał odlecieć o 20.15, ale gdy tylko spojrzalam na tablice, było już wyswietlone „delayed” i zapowiedz, ze wyleci o 21.40. Dochodzila 19.oo. Poszlam do stanowiska Air Asia i pytam. Pani drukuje mi nowy biet na 19.30. Ok, ucieszylm się, polece wcześniej, ale radość była krotka.
Bardzo blisko mam do przystanku autobusu, ktory za 5 zl dowiezie mnie na lotnisko.
Nikt z firmy nie przyszedł do gate, mimo, ze minal już czas odlotu tego o 19.30. Już się wystraszyłam, ze zmienili gate i odlecieli beze mnie. Ja przecież nie słucham komunikatow megafonowych, bo na tyle nie znam angielskiego.
Po miescie mozna jezdzic miejskimi autobusami. Ja chodze pieszo, bo lubie.
Komunikaty sa niewyraźne, a do mnie trzeba mowic wolno i wyraźnie, zebym pojela po angielsku w czym rzecz. Zapytalam sąsiada siedzącego obok na lawce przed gate. Ok, potwierdzio, ze on i ci wszyscy ludzie cierpliwie czekaja na ten wlasnie numer lotu, wiec jednak nie zmienili gate.
Lub minibusami, rowniez poza granice miasta.
Podziwiam niezmierzone pokłady cierpliwości u Azjatow. Zadnych pytan, zniecierpliwienia, niepewności, zlosci. Wszyscy spokojnie sobie siedza, jakby do odlotu było jeszcze ze dwie godziny czasu, chociaż powinnismy już być w powietrzu. Zegarki Filipinczykow nie interesują wcale, tylko to, co dzieje się wokół.
To musial byc straszny wypadek. Zostawili tu wrak ku przestrodze?
Jak panie w mundurkach przyjdą do gate, to wtedy trzeba wstac i ustawic się w kolejce, poki pan nie ma, można sobie siedzieć, lezec, podjadać lub bawic się z dziecmi. Nieważne, ze czas odlotu minal. Kto by się tym przejowal. No tak, ale bylam ja, Europejka i ja się tym bardzo przejmowałam.
Ciekawy architektonicznie budynek narozny dwoch ulic.
W końcu na tablicy ukazalo się znowu to okropne slowo „delayed”. No, to jednak mam pechowy dzień na podróż. Znowu ide do stanowiska Air Asia, żeby odkrecic sprawę i dostać bilet na ta godzine co miałam, czyli na 20.15, bo już niebawem będzie 21.40 i ten mój pierwszy, jako opóźniony poleci. Nic z tego. Nie poleci, powiedziała pani, bo wogole wypadl z rozkładu.
Wejscie do China Town
Co teraz? Teraz trzeba czekac na ten opóźniony z 19.30. Czekamy, czekamy, czekamy. Mija 22.oo, 23,oo. Dziesiec minut przed polnoca przyszli pracownicy z Air Asia ze skrzynkami i kazali nam z biletam w reku, ustawić się w kolejce po posilek i wode mineralna na koszt firmy za to spóźnienie.
Ja w chinskiej dzielnicy.
Zebysmy chyba nie pomdleli z głodu i zmeczenia. Jedni posiłek dostają, inni nie. Dostajemy tylko my, co mamy bilety na 19.30. Ci z 20.15 sa odsyłani, bo dla nich nie przewidziano jedzenia, chociaż tez wiele godzin siedza na terminalu. 
Azjaci lubia stawiac pomniki zwierzetom i ptakom. Po zmianie ustroju nie trzeba burzyc.
Akcje zorganizowal tylko nasz numer lotu. Może ich numer lotu dostanie posilek po polnocy, pocieszają ich nasze stewardessy. Dobrze, ze nie odkręcili mi tego lotu.
Budynek urzedu miejskiego
Bo to znaczy, ze kiedyś tam polecimy, ponieważ zaloga samolotu jest tu z nami,  a z tamtego lotu nie ma tu nikogo z pracownikow. Do jedzenia dostalismy to, co zawsze w Azji się jada o kazdej porze dnia i nocy, czyli rice and chicken w styropianowych pojemnikach i mala butelke wody mineralnej. 
Weszlam na tradycyjny obiadek. Ryzu, to tu nie zaluja.
Dobre i to, bo już bardzo glodna bylam po tych czterech placuszkach bananowych w autobusie. Generalnie w Air Asia, jako w taniej linii lotniczej, posiłku w samolocie nie dostaje się, ale można go u stewardessy kupic. Była godzina 0.45, gdy samolot się podstawil i zostaliśmy wpuszczeni na poklad. Uff! Jednak polecimy.
To stara, tradycyjna knajpka z historia.
Samolot z Manli na malezyjskie Borneo do Kota Kinabalu, miałam o 8.20 rano. Jak bym przeczula, ze takie spore odstępy czasu zastosowałam przy kupnie biletow. Zarówno autobusowych, promowych, jak rowniez lotniczych.
Sa tez w KK knajpki nowoczesne. Ta, w przewiewnym miejscu.
Gdy tylko siadłam w samolocie na swoim miejscu, natychmiast okrylam się polarem i zasnelam. Zdawalo mi się, ze minela dopiero chwila, gdy stewardess mnie obudzila, a to już podchodziliśmy do ladowania w Manili i musiałam wyprostować fotel oraz zpiac pasy. Lotnisko w Manili już znam, bo gdziekolwiek w Filipinach lece, w Manili musze się przesiadać.
Sa tez lokale roznych swiatowych marek. Wszedzie przewidziano miejsca do mycia rak.
Odebralam bagaż z tasmy i bez problemu znalazłam darmowy autobus lotniczy, który zawiozl mnie na odpowiedni terminal International, bo tym razem wylatywałam do innego kraju. Dotychczas krecilam się po terminalach Domestic, czyli w granicach tego samego kraju,  Filipin.
Chinskie duze sklepy. Takich na Filipinskich wyspach nie ma.
Jeżeli tutaj również na tablicy ukaze się informacja „delayed”, to nie zdzierze, pomyslalam. I ukazala się, ale na szczęście opóźnienie trwało tylko o 20 minut. Owinelam się w polar i dokonczylam w tym smolocie przerwany sen. Chyba się już wyrobiłam w tych lotach, bo kiedyś nigdy nie moglm w samolocie zasnąć.
Durian Durian, smierdzacy azjatycki przysmak wchodzi na artystyczne murale.
Kota Kinabalu, Borneo, Malezja. Inny Swiat. Dziewczyny w chustach szczelnie zakrywajacych wlosy, brak na ulicach jeepney, brak tricyklow. Tylko taksówki, ale za to za biletami kupionymi w specjalnej budce pn. „Taxi”. To dobrze, nie naciagna turyste, nie trzeba się targować. Najpierw wyplacilam gotowke z bankomatu. Tutaj waluta jest malezyjski ringhit o wartości zlotowki.
Sprobuje tu sie dowiedziec, gdzie w Malezji moge zalatwic promese do Wietnamu.
Nie musze nic przeliczać, jeśli cos kosztuje np. 5 RM, mowie, ze kosztuje 5 zl i jest to prawda, bo taka sama wartość naszych pieniędzy tu jest. Ceny również zbliżone do naszych, chociaż ja już za bardzo polskich cen nie pamiętam. Ale piwka już popijać się tutaj nie da, jak na Filipinach.
W China Town jest duzo sklepow, restauracji i rodzinnych hotelikow.
Muzulmanski kraj, ceny zaporowe, od 10 zl za puszke zwykłego piwa „Tiger” do 15 i nawet 20 zl za lepsza marke. Porazka. Trzeba pic coca cole lub zwykla wode mineralna. Duza 1,5l coca-coli kosztuje 5 zl. Rice and chicken plus pare jakis zielonych lisci ciężko strawnych, 9 zl, grillowana ryba szt. 1 przy bulwarze 5 zl.
Centrum Handlowe. Zeszlam tam na poziom -1 do spozywczego supersamu.
To nie jest zbyt drogo, ale ceny innych artykulow, jak papier toaletowy, mydlo, proszek do prania, podobne do polskich cen. Wedliny o wiele droższe, ale sa, czego na Filipinach trudno uswiadczyc. Cztery plasterki szynki lub gotowanego wedzonego boczku w sprasowanym foliowym opakowaniu, ponad 17 zl.
Sa rozne rodzaje mies i wedlin, ale ten towar dosyc tu drogi.
Zatrzymalam się w centrum miasta przy Jalan Gaya Nr.74 w hotelu „North Borneo Cabin” W zasadzie w pobliżu hotelu, w którym nocowałam w zeszłym roku, ale w bardziej przyjemnym, zazielenionym miejscu.
Smakowity wybor japonskiego przysmaku, sushi.
Wieczorem ptaki na drzewach wchodzących mi koronami niemal w okno, robia wieczorny koncert, czyniąc tak niesamowity hałas, ze trzeba okno zamykac, aby te występy wytrzymać. Sa prawie tak intensywne, jak karaoke wykonywane co wieczor przez Filipinczykow. Może tylko bardziej ujednolicone o odglosach.
Mozna tez sobie skomponowac salatke z roznych warzyw.
Wieczorem pod moim hotelem rozstawiane sa stoliki i zielone krzesełka i zaczyna się wielkie obżarstwo. Obzarstwo obejmuje wieczorami cale miasto gdzies tak od 5- 6 g.p.m. i trwa do 20 p.m., a w niektórych miejscach  i dluzej. 
Duzy wybor owocow egzotycznych i europejskich.
Najwieksze obszary z jedzeniem sa wlasnie przy mojej ulicy i przy bulwarze, gdzie stoliki ustawiane sa wzdłuż deptaka, dokładnie naprzeciwko cumujących przy brzegu lodzi rybackich.
Na nadmorskim deptaku restauratorzy przygotowuja sie na wieczorne przyjecie gosci.
Swiezo złowione ryby i owoce morza leza rozlozone na stolach, w misach, klient wybiera sobie rybke lub co tam woli i siada przy stoliku czekając, az kucharz na poczekaniu mu ja przyrządzi w sposób, w jaki sobie zażyczyl. Palce lizac! Ale co to sa za ryby!
Rybki piekne, kolorowe, tlusciutkie.
Zielone, niebieskie, zolte, duże, male i rozne inne morskie zyjatka, które caly czas tu jeszcze zyja, laza po pojemnikach, lypia okiem z roboczego stolu na swoich oprawcow czekając na swój los, od którego nie ma już odwrotu. 
Do wyboru, do koloru. Wszystkie swiezutkie. Niektore jeszcze zywe.
Wszystkie skoncza na patelni, a potem na talerzu klienta. Koty czekaja pod murkiem na resztki z talerzy. Nikt z nadmorskiego bulwaru nie odejdzie glodny.
Moze ta przyrzadzic? sprzedawca prezentuje piekny okaz morskiego stworzenia.

6 komentarzy:

  1. Przyjemności i powodzenia w kolejnych podróżach.Jestem Twoją największą fanką.Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dziekuje i serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Śpiesz się powoli jak powiedział mędrzec :-D Pozdrawiam Gośka

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja sie juz nigdzie nie spiesze, pani Gosiu :)podrozuje wolno,smakujac kazde miejsce tak dlugo, jak dlugo mi to sprawia przyjemnosc, a potem jade dalej. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zofka pisz, bo my tu w pochmurnej Polsce czekamy na wpisy ze słonecznej strony świata.Ja co rano wchodzę na Twoją stronę i nic.
    Pozdrawiam i zazdraszczam filipińskiego słońca i "filipińskiej choroby nazajutrz"

    OdpowiedzUsuń
  6. Pisze, Ewa, pisze, tylko nie zawsze moge do bloga wrzucic, bo czesto internet nie dziala :( dwa dni bylam ostatnio bez dostepu do internetu. Teraz sie dorwalam do niego w recepcji i zalegla poczte czytam. Musze tez troche polazic po miescie i okolicy, aby zdjecia zrobic i miec o czym pisac :) dzieki za mile slowa :) pozdrawiam serdecznie i szybkiej wiosny zycze :)

    OdpowiedzUsuń