Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

wtorek, 16 lutego 2016

Kawalek Polski w Santa Fe

Widok na lodke z innej perspektywy. Bantayan Isla.

U Adama w Wawelu ruch zaprzyjaźnionych Polakow. Jedni wchodzą, czesc przesiaduje w grupkach na białych kanapach. Rozmawiają, wymieniają się informacjami, inni wychodzą, znowu wracaja i tak toczy się zycie tutejszej polskiej spolecznosci. W polskiej knajpce na Filipinach, w uroczym miasteczku Santa Fe można się chwilami poczuc, jak we własnym kraju.
Polacy prawie codziennie zagladaja do Wawelu, aby chociaz chwile pogadac z Adamem.
Wiekszosc Polakow przewijających się przez Wawel, mieszka tu na stale, lub jeszcze nie, ale rozglada się wlasnie za jakims kawałkiem ziemi do kupienia, gdzie mogliby wybudować swoja chate. Sa i tacy, których dom już znajduje się w trakcie budowy. 
Ja w Adamowym Wawelu w Santa Fe
Ci wymieniają się doświadczeniami, gdzie zakupic jakies niezbedne materialy budowlane, chca wiedziec, jak długo trwa zakladanie elektryki, kto zna  fachowca od podlaczenie wody, itp. Podziwiam zapal tych młodych ludzi.
Co rusz dochodza nowi, mlodzi ludzie. Sami Polacy.
Sa to przeważnie młode pary, jeszcze przed, a niektóre już po slubie, jeszcze bez dzieci. Jest szalenie sympatyczna para, która slub wziela już w Azji, w Kuala Lumpur, w Malezji. Sa tez osoby podrozujace solo, poki co. Sa pozytywnie nastawieni do zycia i ludzi, ciesza się z tego, co maja, a przede wszystkim ze spokoju i przyjemnego otoczenia, w którym mieszkają.
Siedze i rozmawiam z Piotrkiem o jego planach na przyszlosc.
Wszyscy sa porządnie wyksztalceni, kilku z nich jest informatykami, co otwiera im rynek pracy w każdym praktycznie miejscu na Ziemi. W mobilnym systemie, bez konieczności siedzenia w jakims biurze w wyznaczonych przez pracodawce godzinach. Laczy ich totalne zuroczenie Filipinami i wola pozostania tu na dlugo, urządzenia się, żeby nie trzeba było wracac do Polski.
Polskie domy w malej wiosce Maricaban na Bantayan Isla.
Niektorzy pracują za pośrednictwem internetu, sa tacy, co wyjezdzaja do pracy na 3-4 miesice w roku do Stanow Zjednoczonych lub do jednego z krajów Unii Europejskiej, co pozwala im pozostale miesiace w roku mieszkac tutaj i zyc na pewnym poziomie.
W malej, gesto zabudownej wiosce znalazlo sie miejsce do zabawy dla dzieciakow.
Lub tak, jak Adam i mu podobni, prowadza tutaj swój biznes knajpiany. Wawel w Santa Fe jest takim polskim konsulatem, w którym można się spotykać, w razie potrzeby można sobie pomoc i podzielić się niezbędnymi do zycia informacjami.
Nowy dom Polakow, sasiadujacy z domem Grocha w Maricaban. 
Poszlam do Wawelu, bo Adam obiecal mi na obiad porządnego polskiego schabowego z ziemniakami i salatka z pomidorow i ogorkow. Przyniosl nawet trochę zielonego koperku z grządki za domem. To przecież zupelnie cos innego, niż codzienny azjatycki chicken and rice . Piwko spożywane w doborowym i milym towarzystwie, jaki tu tworza Polacy, tez smakuje lepiej.
Adam usmazyl mi schabowe z tluczonymi ziemniakami i salatka pomidorowa.
Menu w restauracji „Wawel” sklada się z kilku prostych, typowo polskich potraw i kazda jest w cenie 200 peso (trochę ponad 4 $). Porcja jest porzadna, wszystko swieze, przyrządzane na poczekaniu. Już się zapowiedziałam na nastepna wizyte, aby zjesc pierogi z mięsem.
U Grocha ma werandzie
Zasiedzialam się w Wawelu dluzej, bo z ciekawoscia sluchalam opowieści polskich podroznikow. Kto skad i dokad, jak długo gdzie i plany na przyszlosc. Uwielbiam takie opowieści. Mlodzi Polacy ambitni i z dużym apetytem na zycie. Poznalam Piotrka, który grzecznosciowo sypia na kanapie w Wawelu u Adama.
Motory tu wjada, tricykl trzeba zostawic i dalej pojsc pieszo.
Uroczy młody człowiek z Inowroclawia. Za kilka dni miał wyjechać z Bantayan, ale zawrocila mu w glowie pewna sliczna Filipinka, która znam z czestych wizyt w lokalu na pobliskim pasazu. Często jadam tam obiady i tez zwrocilam uwagę na jedna, wyrozniajaca się uroda mloda kelnerke.
Piekna starsza pani przed pieknym starym domem. Maricaban.
To wlasnie ta dziewczyna, Katrina o która zabiega Piotrek. Chyba zostanie dluzej na wyspie, aby popracować nad ta znajomoscia, a gdy sytuacja rozwinie się w pożądanym kierunku, wyjedzie, aby ponownie tutaj wrocic na dluzej. Zycze mu powodzenia, bo to madry i bardzo sympatyczny chłopak.
Barek w "Wawelu" moze i skromny, ale jest, co potrzeba do dobrego drinka.
Adam zaserwowal nam w poczęstunku koktajl, a raczej drink alkoholowy wlasnej receptury o tajemniczym składzie, który smakowal wybornie. Gadalismy jeszcze długo, az w pewnym momencie Adam rzucil pomysl, jedziemy do Grocha! A Piotrek popilnuje interesu. Szkoda, bo Piotrek chyba tez by chętnie pojechal. Tak? Popatrzyl na nas Adam i powiedział, ok, zamykamy ten biznes i jedziemy wszyscy.
Chlopaki zamkneli "Wawel" w Santa Fe i pojechalismy do wioski Maricaban
Było już dosyć pozno, ale do Grocha można przecież jechać o każdej porze. Zadzwonili po tricykl, do którego wsiedlismy w kilka osob, a dwóch chlopakow jechalo za nami skuterem. Grochu mieszka w malej wiosce o nazwie Mricaban, znajdującej się w pol drogi miedzy Santa Fe, a Bantayan City. Dotychczas znalam Grocha, czyli Michala i jego filipinska zone Den-Den, jedynie z internetu.
Hubert, artysta z wioski Maricaban na patio swojego domu.
Teraz poznałam osobiście ta sympatyczna pare, ich coreczke Juanite i maleńkiego synka, Jasia. Mieszkaja naprawde w malej wiosce, w której chaty o drewnianej konstrukcji maja sciany wyplatane z palmowych lisci i pokryte sa strzecha. To jest rodzinna wioska Den-Den.
Glowa przyjaciela Huberta, Brazylijczyka.
Wiekszosc domow poukrywana jest miedzy wysokimi palmami i rozlozystymi bananowcami. Do każdej posiadlosci wioda utwardzone sciezki. Morze jest podobno niedaleko, 150-200 m od chat, ale nie widać go z podworka domu, a nie zdazylam tam pojsc, bo szybko zapadly ciemności.
Cale podworko pelne jest rzezb, glownie ptakow.
Po wyjściu z tricykla trzeba jeszcze kawalek przejść pieszo tymi zacienionymi sciezkami, żeby dojść do domu Grocha. Po drodze mijaliśmy bardzo kolorowy dom tutejszego artysty, Joberta z Maricaban, czyli po polsku, Huberta. Szlam za Adamem, ale pozdrowiłam Huberta i zapowiedziałam, ze za chwile tu wroce.
Rezydencja artysty ma swoja wizytowke.
Grochu ze swoja rodzina mieszka w przestronnym domu, w którym sa dwa pokoje oraz lazienka. Obok w podworku stoi drugi podobny dom z lisci bananowca, majacy taki sam rozkład pomieszczen i to jest domek na wynajem dla turystow.
Na koniec wizyty cyknelismy sobie wspolna fotke. Ja, Hubert i jego zona.
Po sąsiedzku pobudowali sobie dom w takim samym filipińskim stylu młodzi Polacy i można powiedzieć, ze maja jakby wspólne podwórko. Gospodarze obu domow maja kuchnie pobudowane na zewnątrz, bo na Filipinach jest taki klimat, ze caly rok można spokojnie urzedowac na podworku. Kuchnie osloniete sa trzema sciankami z palmowych lisci i zadaszone przed deszczem. Jest ok!
Zadaszona werande Polacy ozdobili sznurami muszelek.
Każdy z nich ma kawalek ogrodka, w którym uprawiają jakies warzywa, przyprawy, ale glownie kwiaty. Każdy z nich ma dostep do internetu, który tutaj mozna kupic sobie indywidualnie. Urzadzenie jest wielkości telefonu komórkowego i laduje się je za oplata 250 peso na tydzień. Można tez zalozyc staly kablowy internet z oplata 1000 peso na miesiąc, co na jedno wychodzi.
Wioska Maricaban zabudowna jest tradycyjnymi domkami filipinskimi z palm i bambusa.
Ziemi tutaj obcokrajowiec kupic nie może. Majac karte identyfikacyjna (Ta, która obowiązkowo wykupuje się przy drugim przedluzeniu pobytu za 4.000 peso) można zalozyc własne konto w banku, wydzierzawic ziemie, ale kupic ja można jedynie na osobe narodowości filipińskiej.
Wieczorem pod moim hotelem w Santa Fe, przeszla droga krzyzowa
Polacy ożenieni z Filipinkami nie maja problemu, bo kupuja na zone, ale inni już tak. Wówczas musza znalezc kogos zaufanego miejscowego. Bywa tak, ze kupuja na zony innych Polakow, a jak się wzajemnie zabezpieczają, to już ich tajemnica.
Przed domami poustawiano oltarzyki.
Problemem jest tutaj energia elektryczna, która często wylaczaja ze względu na naprawę linii energetycznych, jak rowniez budowe nowych linii. Wszystko to z powodu bałaganu, jaki zrobil tajfun Yolanda, co już opisywalam w poprzednim poscie. Wszystko tu jest w stanie budowy, również linie energetyczne.
Mieszkancy obeszli z ksiedzem cale miasteczko.
Polacy nie maja jeszce agregatu pradotworczego. Grochu podobno ma, ale akurat jest popsuty. Problem z pradem ma tez Santa Fe, nie tylko wioski rozsiane po wyspie. W hotelu, w którym mieszkam, wlaczaja wtedy agregad pradotworczy, ale tez nie tak od razu. Najpierw przetrzymają turystow jakiś czas, az brak wentylatora i wody obezwladni ich już wystarczjaco mocno, wtedy wlaczaja agregad.
Na tricyklu zamontowano wzmacniacze. Czlowiek gral na gitarze i spiewal.
Oszczedzaja, bo to sa duże koszty. Jak nie ma pradu, nie ma tez wody ani dostępu do internetu. Do Maricabany pojechaliśmy już pod wieczor, wiec szybko zrobilo się ciemno i na dodatek, wlasnie wtedy znowu wylaczyli prad. Siedzielismy w podworku przy swieczkach.
Modlitwa przy jednym z wielu oltarzykow ustawionych przed domami.
Nie miałam możliwości obejrzenia wszystkiego, tak jak bym chciała. Zdazylam tylko pojsc do Huberta-artysty, żeby pogadać chwile z nim i jego zona i zrobić kilka zdjęć. Wnetrze nowego domu Polakow ogladalam już przy swietle z latarki.
Wioski na Bantayanie
Również w swietle latarki przemknal przez podwórko wioskowy szaman. Zdazylam tylko zobaczyć szczupla , tajemnicza sylwetke w czarnym kapeluszu. Kiedys się do niego wybiorę. Tricykl z Santa Fe do Maricabany kosztuje 100 peso (2 $).
Krajobrazy wyspiarskie.
Mimo braku pradu, było bardzo przyjemnie. Dopiero na 21.oo mielismy zamówiony tricykl w droge powrotna, wiec czasu było sporo na wspólne ciekawe rozmowy przy piwie. Pojedziemy z pewnoscia jeszcze nie raz do Maricabany, to obejrze sobie wszystko w dziennym swietle.
Z kazdej strony wyspy, sliczne plaze.


2 komentarze:

  1. Skarszewy są też są piękne!!! Pozdrawia Babcia Halinka!!! Ps.Tadzia już nie ma

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Halinka? Naprawde, to Ty? bardzo sie ciesze, ze sie w koncu odezwalas :) to juz ponad 40 lat minelo? dawno Tadzia juz nie ma? przy tytule blogu masz moj e-mil, napisz do mnie, dobrze? ja tez babcia, Krzysia mamy od Marcina :) pozdrawiam serdecznie i czekam na list :)czytasz moj blog? kto by to pomyslal? Oczywiscie, ze Skarszewy sa ok!

      Usuń