Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

środa, 20 stycznia 2016

Post bardziej osobisty - Święta w Europie.



Przed wylotem ostatni azjatycki posiłek na lotnisku w Manili.
Powrót do kraju na Święta Bożego Narodzenia trwał wyjątkowo długo. Leciałam linią lotniczą KLM (Królewskie Linie Lotnicze) Jest to jedna z najstarszych, jeśli nie najstarsza holenderska linia lotnicza, wożąca pasażerów od 1920r po całym świecie.
Manila żegnała nas deszczem
Obecnie wchodzi w skład holdingu francuskiej Air France i współpracuje z liniami amerykańskimi. Mając takie informacje o przewoźniku, czułam się bezpiecznie i miałam nadzieję szybko i szczęśliwie dolecieć do Warszawy. Tymczasem było inaczej.
Mój bilet lotniczy
Wylatywałam o 20.50 czasu filipińskiego, w Amsterdamie (z krótkim postojem w Tajpej) mieliśmy być dnia następnego o 6.55 rano czasu europejskiego i o 10.35 wylecieć do Warszawy, osiągając port docelowy o 12.30. Na tą godzinę Oliwia miała po mnie wyjechać na lotnisko Chopina w Warszawie.
Siedzałam przy oknie w pierwszym rzędzie, gdzie było dużo miejsca na nogi.
Na przesiadkę w  Amsterdamie miałam prawie dwie godziny. To sporo czasu, żeby spokojnie wypić kawę, wysłać maila do Oliwii, rozejrzeć się trochę po tym ogromnym amsterdamskim lotnisku i przejść do właściwego gate.
"Trzy Kolory" na ul. Czerskiej. Śniegu w Warszawie nie ma.
Nie było mi jednak dane takie spokojne podróżowanie. W Manili bez problemów wprawdzie nadałam bagaż, bez nadwagi tym razem, ponieważ wcześniej część rzeczy wysłałam do domu w paczce pocztą ( do dnia dzisiejszego paczka nie dotarła, więc prawdopodobnie zaginęła w drodze. Kartki świąteczne wysłane z Manili też nie dotarły jeszcze).
Lubię spotykać się z moim synem w Trzech Kolorach.
Odprawiona już byłam wcześniej przez internet przez moją synową, Monikę z Warszawy. Sporo przed czasem siedziałam więc sobie przed gate obserwując kątem oka, czy w ostatniej chwili mi go nie zmienią, co się często zdarza. O czasie wpuszczono nas na pokład samolotu. Samolot ogromy, cztery rzędy siedzeń po cztery siedzenia w każdym, ludzi full.
Wigilia u Oliwii i Tomka. W oczekiwaniu na gości. Choinkę ubierałam razem z Tomkiem.
Siedzimy spokojnie, a czas mija. Minęła godzina wylotu, ale stoimy dalej. Minęło dwie godziny od czasu odlotu, my stoimy dalej. Pilot poinformował przez mikrofon o drobnej usterce, która za moment będzie naprawiona i polecimy, ale stoimy następne dwie godziny.
Św. Mikołaj przyniósł worki z prezentami. Krzyś  w skupieniu czyta imiona i rozdaje je.
Znowu  mikrofonowa informacja, że za kwadrans wylecimy, ale nadal nic się nie dzieje. Godziny mijają, a my cały czas stoimy na płycie lotniska w Manili. Powinniśmy już być w Europie ale ciągle przez okienka oglądamy płytę lotniska w Manili. Pasażerowie milczą.
Duże dzieci też dostały prezenty i cieszą się niemniej, niż małe dzieci. To Oliwia i Tomek.
Nikt z pasażerów nie protestuje, nie dopytuje, nie ustala nic i nie prosi o wyjaśnienia, więc ja się nie wychylam, chociaż mnie nosi typowo po polsku. W końcu nie wytrzymuję i zaczepiam przechodzącą stewardessę.
Z pozycji fotela obserwuję tego swojego wyjątkowego wnuka i cieszę się, że jest.
Pokazuję jej swój bilet z przesiadką w Amsterdamie i pytam, czy tamten samolot  do Warszawy zaczeka na nas. Ten z Amsterdamu, należy do tej samej linii KLM więc powinni współpracować. Ona mówi, że nie poczeka, bo to już zbyt duże opóźnienie.
 Monika i Marcin cieszą się, że ich syn Krzyś się cieszy. Ogólna radość w rodzinie.
Wkurzam się, bo to nowy problem dla mnie. Będę musiała po nieznanym mi lotnisku w Amsterdamie biegać i szukać właściwego stanowiska, gdzie przebukują mi bilet na inny samolot do Warszawy. Trzeba zawiadomić Oliwię, żeby wracała z Okęcia do domu, bo ja ciągle jeszcze stoję na lotnisku w Manili, chociaż powinnam już być w Amsterdamie.
Ja w prezencie otrzymałam świąteczno-noworoczny wyjazd w austriackie Alpy
Chcę więcej informacji, ale nie mogę z tą stewardessą się dogadać. Idę ponownie do jej kantorka i proszę, aby sprawdziła na liście pasażerów, czy lecą z nami jacyś Polacy. Obie czytamy listę i wyłapuję w końcu polsko brzmiące nazwisko. Sprawdzamy jego numer siedzenia i obie tam idziemy.
7 wspaniałych dni w Kaprun. Krzyś z mamą już leży, ja się trzymam dobrze.
Mówię stewardessie, że ja powiem, co mam do powiedzenia temu człowiekowi, a on przetłumaczy jej to wszystko na angielski. Swoją drogą byłam bardzo zdziwiona, że na pokładzie kilkaset pasażerów, a tylko jeden Polak oprócz mnie leci. Polak był mniej więcej w moim wieku i spokojnie drzemał sobie na siedzeniu.
Narciarze szaleją na stoku. Jest śnieg!
Stewardessa mówi, że pasażer śpi, trzeba przyjść, gdy się obudzi, ale w tym czasie on łypnął okiem, więc zawróciłam stewardessę i zaczęłam mu wyjaśniać  w czym rzecz. Zaczęliśmy rozmawiać. Tym sposobem również on dowiedział się dlaczego właściwie tyle godzin stoimy w miejscu. Dotychczasowy czas chyba przespał i nie miał świadomości, że ciągle jesteśmy w Manili.
Marcin ma deskę. Monika i Krzyś zjeżdża na nartach. Ostatnie badanie trasy na mapie.
Byłam zainteresowana problemem, co w takim razie z przesiadką w Amsterdamie i naszymi bagażami, które miały lecieć bezpośrednio do Warszawy, ale też nie zdążą na tamten samolot, czy mamy je odebrać w Amsterdamie i ponownie nadać do innego samolotu, czy nie i co się właściwie dzieje, że ciągle nie możemy opuścić Manili.
Jedziemy wagonikiem jeszcze wyżej
Ostatecznie przesiedzieliśmy w samolocie ponad 6,5 godziny zanim wyruszyliśmy w drogę. O g.3.20 nad ranem Królewskie linie uniosły się w końcu w przestworza, aby dostarczyć nas do Europy. Zupełnie nie rozumiałam po co w takim razie zatrzymywaliśmy się jeszcze w Tajpej na Tajwanie. To jest bardzo blisko od Manili.
Czym wyżej, tym piękniejsze widoki w dół. Część szczytów pod nami.
W Tajpej na Tajwanie kazali nam wysiąść z bagażami tłumacząc, że będzie clining samolotu ( po takim krótkim locie clining? nie wierzyłam). Przegonili nas przez specjalne wyjście tranzytowe i szliśmy, szliśmy, szliśmy, setki pasażerów sznureczkiem po wyznaczonej żółtymi taśmami trasie, aż doszliśmy do odpowiedniego gate, gdzie po ponownej kontroli bagażu, z buta weszliśmy na pokład tego samego samolotu. Jakiś cyrk!
Byłam zaskoczona, że nasz mały Krzyś samodzielnie już jeździ na nartach.
W normalnej sytuacji powinnam być już w Warszawie. Na szczęście z Tajpej lecieliśmy już bez kłopotu do samego Amsterdamu. Z moim nowym znajomym Polakiem, który na stałe mieszka w Manili, trzymaliśmy się już razem. W Amsterdamie poszliśmy do stanowiska KLM, aby nam przebukowali bilety na najbliższy lot do Warszawy. Bowiem nasz samolot, na który mieliśmy bilety, już dawno tam był.
Wszystkie domy w Kaprun śwątecznie wystrojone. Nasz pensionat też.
W Amsterdamie zmienili nam bilet i dali po 10 euro na posiłek w ramach rekompensaty za te komplikacje Dobre i to, poszliśmy do bistro. Znowu musieliśmy czekać, tym razem na najbliższy samolot z tego lotniska. Tak długiej podróży jeszcze nie przeżywałam. Prawie dwie doby. Głodni nie byliśmy ponieważ w KLM karmią często i obficie, ale byliśmy już bardzo zmęczeni.
Dostałam pokój na I piętrze, moja rodzina trochę wyżej.
W Warszawie okazało się, że moja rodzina od początku wiedziała o tym wielkim opóźnieniu i Oliwia na próżno na lotnisko nie jeździła bowiem linia lotnicza informowała moją synową Monikę o kłopotach (Monika kupowała dla mnie bilet lotniczy przez internet, więc ona była klientką) oraz którym samolotem przylecę, a ona telefonicznie informowała na bieżąco Oliwię.
Z balkonu oglądam miasteczko i góry
Po odebraniu bagaży, przy wyjściu do hali lotniska pożegnałam się z moim nowym znajomym, dla którego to nie był koniec podróży, bowiem czekało go jeszcze pokonanie ostatniego odcinka podróży pociągiem z Warszawy do Torunia. On również jechał do rodziny na święta. Jego manilska firma pokrywa mu koszty podróży do Polski trzy razy w roku, na Święta Bożego Narodzenia, na Wielkanoc i na urlop wypoczynkowy.
Świątecznie wystrojony dom w Kaprun
Mnie natomiast, już tradycyjnie powitały na lotnisku Oliwia oraz moja przyjaciółka Grażyna, z którą najchętniej byśmy sobie opowiedziały wszystkie nowinki z całego roku natychmiast, tu i teraz w samochodzie, ale nie dało rady. Umówiłyśmy się na pogaduchy po świętach.
Sporo tu sklepów ze sprzętem narciarskim
Następne dni to były już typowe zawirowania zakupowe, kompletowanie prezentów gwiazdkowych i uzupełnianie brakujących jeszcze rzeczy na wigilijny stół. Potem pakowaliśmy prezenty i ogrom ich mnie trochę przeraził, ale okazało się, że to prezenty od całej rodziny, która wprawdzie nie spędza z nami Wigilii, ale je tu podrzuciła, aby wszystkie razem zostały włożone pod choinkę. Głównie były to prezenty dla Krzysia.
Część sprzętu przyjechała z nami. Narty będą z wypożyczalni.
Choinkę w tym roku Tomek przyniósł piękną, wysoką i równiutką, co głośno i z uznaniem komentowałyśmy, ponieważ każdy pamiętał, że w zeszłym roku coś z drzewkiem było nie tak. Za to teraz, ok! Tomuś przyłożył się i zadbał aby choinka była piękna i bardzo kształtna, co zawsze jest dumą gospodarzy.
Autobusy rozwożą narciarzy na różne stoki. Ja pojechałam nim do miasta Zell Am See
Ja zostałam obdarzona szczodrze, bowiem od Oliwii i Tomka otrzymałam w prezencie śliczny, biało błękitny zegarek na rękę, co mnie bardzo uradowało, bo już żadnego nie miałam i w sytuacjach koniecznych nosiłam w plecaczku budzik kupiony na filipińskim targowisku. Marcin z Moniką sprezentowali mi wspólny wyjazd świąteczno-sylwestrowy na tydzień w austriackie Alpy do miejscowości Kaprun. Moje dzieci zawsze trafiają w mój gust!
Przesiadam się z kolejki na kolejkę i podziwiam widoki. Bilet mam na cały dzień.
Zrobili mi wielką przyjemność tym wyjazdem, bowiem rzadko się zdarza, abym przez tyle dni z rzędu miała możliwość przebywania w ich towarzystwie i przez cały tydzień mieć w pobliżu swojego cudownego wnuka Krzysztofa. Bardzo wzruszyłam się tym gestem.
Śniegu mało, ale dobrze że chociaż tyle jest.
Każde z nim spotkanie zawsze sprawia mi wielką radość. To jest wyjątkowe dziecko. Wiem, wiem, każdy powie, że wszystkie babcie uważają swoje wnuki za wyjątkowe, ale to prawda. Każdy obcy, który ma styczność z Krzysztofem, to zauważa.
Czasami wagonik zatrzymuje się nagle i wisimy w powietrzu. Minę mam wtedy rzadką.
W Warszawie wszyscy są bardzo zajęci, Krzyś również, bo uczęszcza do przedszkola, a popołudniami na wiele innych zajęć rozwijających jego rozwój intelektualny i  sportowy, nie wspominając już o tym, że mnie przecież przez długie okresy w Warszawie nie ma, więc kontakt osobisty mamy rzadki.
Na stokach narciarskich pracują maszyny naśnieżające, więc warunki dobre
Tak więc z gorących i parnych tropików trafiłam nagle w mroźną, chociaż niestety mało śnieżną zimę. W Kaprun Marcin codziennie jeździł na desce, Monika i Krzyś na nartach. Cały pierwszy dzień spędziłam z nimi na stoku „lodowca”, bo tylko tam były śniegowe warunki dla narciarzy. Obserwowałam zjazdy i robiłam zdjęcia.
Są miejsca, które nieźle naśnieżyły się same. Jest pięknie!
Marcin wykupił mi całodzienny bilet wstępu, więc jeździłam linową kolejką na poszczególne stacje różnymi liniami, coraz wyżej i wyżej, aż dotarłam na sam szczyt, skąd rozciągały się przepiękne widoki na miasteczko położone w kotlinie i na inne stoki górskie. 
Przesiadam się na inną linię kolejki i wjeżdżam na sam szczyt.
Potem, w restauracji na głównym stoku zjedliśmy wspólnie obiad i wypiliśmy po piwku. Jest super! Każda pora roku jest piękna, jeśli nie jest zbyt zimno, oczywiście. W Kaprun było nawet za ciepło i śnieg trzeba było sztucznie sypać na narciarskie stoki, aby narciarze mieli po czym zjeżdżać, bo po to głównie przyjechali w Alpy. Klient płaci, klient ma. Potem moi przenieśli się na inny stok, gdzie trasa była ciekawsza, a ja zwiedzałam miasto i okolicę.
No, wyżej już nie można. Jest tutaj oszklony taras widokowy. Idę tam.
Następne dni do południa spacerowałam po Kaprun i robiłam zdjęcia, a nawet pojechałam autobusem do sąsiedniego miasta Zell am See, aby pozwiedzać trochę. Bywałam w Austrii, ale nigdy tak daleko i nigdy w czasie zimy. Wszystko mnie tutaj interesowało. Szok lekki był, bo przecież z wyjątkowo zaśmieconych delikatnie mówiąc krajów Azji, znalazłam się raptem w niemal sterylnie czystej Austrii.
Osiągnęłam wysokość 3.200 m n.p.m.! Hurrra! chociaż nie pieszo, a kolejką, ale co tam!
To był bardzo fajny wyjazd, głównie z powodu możliwości bliskiego przebywania z rodziną, Moniką, Marcinem i Krzysiem, którego po prostu uwielbiam. Krzyś jest niesamowicie przychylnie nastawiony do ludzi i całego świata, wszystkim życzliwy i nadzwyczaj starannie wychowany przez swoich rodziców. Każdy, kto go pozna musi go polubić, czy zechce, czy nie, taki to ujmujący i inteligentny chłopiec.
Ciekawe stare budownictwo alpejskie
Po powrocie do Warszawy nie zostało już wiele czasu na spotkania z przyjaciółmi, bo z kolei jak najdłużej chciałam pobyć z Oliwią i Tomkiem. Nie ma co ukrywać, stęskniłam się trochę za rodziną. Zdążyłyśmy jeszcze z Oliwią dwukrotnie pójść do lokalu „Południk Zero” na Wilczą, na spotkania z podróżnikami. Odbywają się tam one cyklicznie, zawsze o g.19.oo. Obie jesteśmy tymi spotkaniami bardzo zainteresowane z oczywistych przyczyn.
Stok narciarski dla dzieci pobierających naukę jazdy na nartach
Bardzo przyjemne są te spotkania, ale lokal nie mieści wszystkich chętnych i trudno w pobliżu zaparkować samochód. Ścisk jest niesamowity. Ludzie stoją zwartą grupą, gdzie się da, również na schodach. Trzeba pójść dużo wcześniej, żeby zająć stolik. My tak zrobiłyśmy pierwszego dnia i miałyśmy stolik w dobrym miejscu. Potem ludzie siadali, gdzie się dało.
Nieźle sobie dzieciaki radzą pod okiem instruktorów
Czy ten parapet jest wolny? Pytała dziewczyna po czym wdrapała się na okno znajdujące się bardzo wysoko, ponad głowami ludzi. Drugim razem pojechałyśmy tam z Tomkiem, ale zbyt późno i staliśmy na schodach do połowy spotkania, nic nie widząc, tylko słuchając opowieści. Potem udało nam się jednak wcisnąć dalej i ja nawet miałam krzesełko. Było ok.
Kościół w Kaprun stoi wysoko na górze. Wierni wspinają się tam na każdą mszę.
Wykroiłyśmy również czas na obejrzenie wystawy multimedialnej dzieł Vincenta Van Gogha, która gości obecnie w Warszawie przy stadionie narodowym od strony ul. Zielenieckiej. Bilety nie są tanie, 50 zł normalny, 40 zł ulgowy dla studentów i seniorów, a 30 zł dla młodzieży szkolnej. Zawsze seniorzy łączeni są ze studentami, to jest ok!
Piękne organy na starym zabytkowym balkonie.
W weekendy ceny biletów idą w górę o 10 zł w każdej kategorii. To zupełnie tak samo, jak ceny hosteli na Filipinach. Trudno jednak nie wykorzystać takiej okazji. Wystawa ta jeździła już po kilku krajach, była również w Singapurze, ale w czasie podróży po świecie raczej trudno trafić na taką gratkę w którymś z odwiedzanych krajów.
Szopka Noworoczna w kościele w Kaprun
Było ciekawie. Muzyka w tle tworzyła odpowiedni nastrój, a kolekcja dzieł była tak usystematyzowana, że poznawaliśmy się z każdym etapem życia i twórczości mistrza, oglądając jednocześnie jego dzieła tworzone w zróżnicowanym nastroju oraz w zmieniającym się stanie psychicznym i fizycznym autora.
Rzeźba na skale nad rzeką w Kaprun
Po kolei oglądamy więc holenderski okres twórczości, berliński, szanghajski, petersburski itd. Najsłynniejsze jego dzieło, Słoneczniki, malowane były przez mistrza we Francji, w Paryżu, a potem na południu, w Arles. Stworzył bowiem cały cykl obrazów ze słonecznikami, trzy kwiaty w wazonie, pięć, dwanaście, piętnaście, na tle błękitu, żółci. Południe Francji, to piękne i wdzięczne miejsce dla artystów malarzy. Naturalne otoczenie i klimat sprzyjają sztuce.
Również szopka na balkonie zabytkowego budynku muzeum Kaprun
Najsłynniejsze słoneczniki powstały w Arles w 1887r. Słoneczniki, to obrazy radosne, jasne, promieniujące ciepłem, szczęśliwością. Van Gogh tworzył je z pasją i z wielką radością mając zamiar powiesić je we wspólnej pracowni, którą planowali wynająć wspólnie z Paulem Gauguinem. Bardzo się na to cieszył. To był dobry okres w życiu mistrza. Chociaż potem ta współpraca artystów różnie się układała. Jak to w życiu.
Sąsiednie miasto Zell am See, większe od Kaprun
Piętnaście słoneczników Van Gogha, to najsłynniejsze dzieło mistrza. Obraz ten nie będzie niestety już zdobił muzeów i wystaw, przynajmniej w oryginale, ponieważ został sprzedany pewnemu Japończykowi do prywatnej kolekcji, za 40 mln dolarów. To chyba  najdroższe słoneczniki na świecie. I pomyśleć, jak bogaty mógłby być Van Gogh, gdyby jego dzieła doceniono i kupowano za jego życia. Chociaż tworzył wspaniale, to życie smutne miał.
To ja na deptaku ciągnącym się wzdłuż jeziora Zeller See.
Niestety, dzieła artystów zyskują wartość dopiero po ich śmierci. Van Gogh całe życie borykał się z kłopotami finansowymi i ostatecznie zmarł śmiercią samobójczą w dwa lata po namalowaniu słoneczników (lub został niechcąco postrzelony przez zaprzyjaźnionego 16-latka. Nie ustalono tego do dziś, V.G. nie chciał jednoznacznie tego powiedzieć, nim skonał) Radość, blask i entuzjazm zniknęły w mroku smutnej rzeczywistości tak nagle, jak się pojawiły. Piękna wystawa. Będzie gościła w Warszawie do 14 lutego bieżącego roku, polecam.
Szopka bożonarodzeniowa w centrum miasta Zeel am See, w tle wieża zegarowa.
No więc święta, spotkania z podróżnikami, wystawa Van Gogha, ale generalnie, to na nic nie miałam czasu i zwijałam się, jak w ukropie. Znowu musiałam przepakować rzeczy, zostawić zimowe, zabrać letnie i tylko to, co niezbędne. Pakowanie się zawsze jest dla mnie udręką i bardzo nie lubię tej czynności, ale muszę ciągle to robić, niestety.
Piękny w swej prostocie żłobek w kościele Zell am See
Trzeba też było załatwiać różne sprawy prywatne, służbowe i urzędowe, jak to zawsze przed wyjazdem, a szczególnie wraz z kończącym się rokiem kalendarzowym bywa. Tym razem wystąpiłam o wizę do ambasady filipińskiej, a nie jak poprzednio, gdy występowałam o nią w office imigration na lotnisku, po przylocie do Manili.
Urok alpejskich miasteczek
Wówczas tak musiałam, bo przybywałam z innego kraju, niż mój ojczysty, ale teraz wykorzystałam swój pobyt w Warszawie i pofatygowałam się osobiście do embassy na ul. Lentza w Wilanowie. Ten sposób załatwiania wizy jest korzystniejszy, bowiem kosztuje ona tylko 90 zł i wlepiana jest na trzy miesiące.
Ulicznemu artyście pogoda sprzyja. Nie ma mrozu.
Na lotnisku w Manili dostaję wizę na miesiąc za darmo, potem o miesiąc ją przedłużam za 3.000 peso (ok. 60 $) i powtarzam tą czynność ponownie na następny miesiąc, ale mam już obowiązek wykupić ACR więc razem płacę 7.000 peso. 3000 za wizę i 4000 za kartę ACR czyli Alien Certyficate of Registration.
Przed wejściem na wystawę Vincenta Van Gogha w Warszawie. Ja z Oliwią.
Z tą kartą należy się zgłaszać po następne przedłużenia pobytu o kolejny miesiąc za 3000 peso lub od razu na 2 miesiące, ale opłata wynosi wówczas 3000 x 2, żeby ktoś nie łudził się, że w końcu coś zaoszczędzi. Nie ma co ukrywać, Filipiny drenują nasze portfele jak tylko się da. Nie ma litości!
Jeden z obrazów z cyklu "Słoneczniki", Vincent Van Gogh.
Opowieści o tanich Filipinach trzeba już między bajki włożyć, chociaż zawsze jest taniej, niż w Europie, na przykład w takiej Portugalii czy we Włoszech. Być może nawet w Chorwacji. Chyba tylko dlatego, że standard europejskich krajów jest dla Azjatów ciągle nieosiągalny.
Pokój Van Gogha w Arles we Francji
Ale w Europie nie ma przez cały rok gorącego lata i takich pięknych plaż, jak na Filipinach.
Temat wiz trzeba ciągle monitorować w internecie, bo często zmieniane są reguły gry ustalane przez Filipińczyków i nigdy tak do końca nie wiadomo, czego się należy spodziewać. Może być drożej, może być taniej, może być na dłużej, może być na krócej.
Słynny obraz Van Gogha "Gwiaździsta noc" w kilku odsłonach.
Wszędzie czytałam, że ambasada Filipin w Warszawie daje wizę na dwa miesiące, ja dostałam na trzy miesiące, więc się ucieszyłam. Do chwili, gdy Polak mieszkający na stałe na Filipinach i piszący na blogu (marych.pl), nie wyprowadził mnie z błędu. Wizę dają na 3 miesiące, ale to czas na jej wykorzystanie, a nie na pobyt. Szkoda!
Vncent Van Gogh, autoportret.
Pobyt określa pieczątka wbita po przyjeździe na lotnisku, a ta daje pobyt na dwa miesiące. Sprawdziłam dokładnie ze szkłem powiększającym w ręku.Taki to myk. Na początku lutego będę ją musiała przedłużyć w Cebu, a nie jak zrobiłam to poprzednio, w Manili. Jak się da, to przedłużę o dwa miesiące, zobaczę, jak tu i teraz to wszystko działa. I napiszę.
W święto Trzech Króli na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.
Chcę jakoś uniknąć wykupywania karty ACR, bo pod koniec kwietnia lecę do Wietnamu. Gdy wylecisz, a następnie tutaj wrócisz, cały proces z wizami zaczynasz od początku. Z wykupem karty ACR włącznie, chociaż mówią, że ona działa przez rok, ale tylko wtedy, gdy nie opuszczasz Filipin. Sprytne uregulowanie.
Korowód podąża na Plac Zamkowy
Sama nie wiem, czy lepiej lecieć na kilka dni do jakiegoś sąsiedniego kraju i wrócić, co ponownie daje mi tutaj pobyt na 30 dni bez kosztów i pierwsze przedłużenie za 3000 peso, czy zostać i zapłacić za tą kartę ACR. Bo te 4000 peso za kartę to może być również koszt tej podróży i dodatkowe koszty z nią związane. Zastanowię się jeszcze.
My też, jak trzej królowie: Oliwia, Tomek i ja.
Gdy ogarnęłam już wszystko w Warszawie, spakowałam się. Naprawdę się starałam wyeliminować wszystko, co niepotrzebne lub, by się przydało, ale mogę się jakoś bez tego obyć. Bagaż mój ciągle nie chciał zejść poniżej 20 kg główny i 10 kg podręczny plecak średniej wielkości + torba z aparatem fotograficznym. Zgroza z tymi bagażami! Na szczęście linie KLM dopuszczają bagaż główny do 23 kg, a podręczny do 10 kg.
Z walecznym rycerzem na Placu Zamkowym w Warszawie
Moja synowa Monika kupiła mi już wcześniej bilet w tych liniach, a teraz go potwierdziła i odprawiła mnie również internetowo. Ona, jako jedyna w rodzinie, jest w tych sprawach bystra i nieoceniona! Dzięki jej staraniom moja podróż od razu staje się łatwiejsza i bezstresowa. Samochodem odwiozła mnie również na lotnisko, bo wszyscy inni tego dnia znajdowali się akurat w pracy lub poza Warszawą.
Oliwia jest jelonkiem, a ja bałwankiem. Wesołych świąt!
Gdy żegnałyśmy się na lotnisku,  Monika przekazała mi rysunek, który na pożegnanie wykonał dla mnie Krzyś. Bardzo mnie ten gest rozczulił. Rysunek przedstawia jego najbliższą rodzinę, czyli jego mamę, tatę i jego samego, Krzysia. Zabawne są podpisy pod osobami. Monika mówi, że Krzyś tak podpisał, jak słyszy, gdy się do nich zwracam.
Rysunek Krzysia pdróżuje ze mną po Filipinach
Nad sylwetką Marcina podpisał „synek”, Moniki „Monika”, a nad swoją „Krzyś”. No, tak. Zawsze mówię Krzyś, to prawda, ale synek? Nie uświadamiałam sobie tego, dopiero teraz, gdy Krzyś to wychwycił, przyznaję, że często się tak do Marcina zwracam. Dzieci są bardzo spostrzegawcze, jak się okazuje. Wypunktują człowieka dokładnie. A Krzyś w serduszku.
Doznaję trochę zimy w Warszawie przed wylotem w tropiki. Zima też jest fajna.
Na lotnisko przyjechała mnie pożegnać moja przyjaciółka, Grażynka i przywiozła własnoręcznie upieczony keks, żebym sobie zabrała do Filipin. W keksach i pasztetach Grażynka przoduje i co roku coś z tego dla mnie przyrządza. Oliwia z kolei kupiła mi kabanosy, bo na Filipinach o dobrą wędlinę trudno, a takie kabanosy na kilka dni wystarczą. Wszystko to szczelnie zapakowane powędrowało do głównego bagażu.
Jeszcze wspomnienie Kaprun, austriackiego zimowego miasteczka
Samolot wystartował o czasie. Przesiadkę miałam w Amsterdamie i generalnie za wiele czasu nie było. Te kontrole na bramkach wykończą mnie kiedyś. Na Okęciu były nawet ostrzejsze, niż w Amsterdamie. Ale na Filipinach są jeszcze bardziej szczegółowe i kilkakrotne za jednym pobytem na lotnisku.
Żeby dojść do kościoła, trzeba wspiąć się po wielu schodach.
Buty, zegarek, okulay, pasek od spodni, chociaż jest parciany z plastikowymi klamrami i to ciągłe wyciąganie i chowanie laptopa, dzwoniący, blaszany identyfikator z szyi, alarm bezpieczeństwa przypięty blaszaną zapinką przy szlufce od spodni. Paszport i bilet ginący mi z oczu w czarnej czeluści komory. Kiedyś wreszcie pogubię jakieś rzeczy przez ten rozgardiasz czyniony przy bramkach!
Nawet woda w rzece nie zamarzła tej zimy w austriackim miasteczku
Potem znowu Tajpej w Tajwanie i przegonienie nas kilometrową trasą z gate do gate, a po drodze znowu kontrola. Nadal nie rozumiem o co tu chodzi z tym wysiadaniem w Tajpej i powtórnym wsiadaniem do tego samego samolotu na swoje miejsca. I jeszcze ta kontrola bagaży po drodze, jak byśmy z zewnątrz tu przyszli, a nie z tranzytu.
Żegnam się z Mikołajem i europejską zimą
Wreszcie jestem znowu w Manili. Przy wyjściu z hali lotniska buchnęło parnym, gorącym powietrzem. Jestem w kraju, gdzie ludzie nie zaznali mrozu, ani nie widzieli śniegu. Nie mają ciepłych ubrań, a w domu zamiast kaloryferów mają wentylatory. Welcome again !
Witam się ze słońcem, plażą i uśmiechniętymi ludźmi. Znowu na Filipinach!

9 komentarzy:

  1. niesamowicie Pani to opisuje Pani Zofio , czytam Pani blog na bieżąco ,
    i naprawdę jestem pod wrażeniem jak Pani to robi że ciągle Pani podróżuje ? i ciągle Pani nie ma dosyć ? chciałem zauważyć że visa na Filipiny jest na 59 dni , a nie na 2 miesiące ,w Warszawie 90 zł a na Filipinach 3000 pesos to na prawdę spora różnica prawie trzykrotna ,chyba ci Filipińczycy myślą że turyści śpią na pieniądzach ? ogólnie te Filipiny są dla turysty bardzo drogie , polecam Pamilacan Island nieopodal Boholu , spędziłem tam wspaniałe i niezapomniane 2 tygodnie , za 850 pesos jest domek bambusowy i 3 posiłki w cenie pokoju u Connie Pinkian http://triponthephilippines.blogspot.com/2015/11/pamilacan-island-philippines-cottage.html
    a na Filipiny leciałem Emirates z Warszawy z przesiadką w Dubaju DXB ,
    zdecydowanie lepsza niż KLM ,
    pozdrawiam serdecznie i będę z zaciekawieniem dalej śledził Pani przygody
    po raz 3 na Filipinach sam fakt że Pani znów jest na Filipinach jest naprawdę zdumiewające !!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam, Panie Robercie, mój wierny czytelniku :) Lubię Filipiny, dlatego tu wracam.Tak, wizę załatwiłam w Warszawie za 90 zł, ale przedłużenie i tak będę już tutaj załatwiała, w Cebu. Tanio nie jest, to prawda. Być może odwiedzę Pamilacan, ale teraz jadę na Bantayan. Trzy posiłki w cenie, mówi pan? i domek bambusowy? Chyba odwiedzę tą wyspę :) Pod koniec kwietnia lecę do Wietnamu dokąd dojedzie Oliwia i razem pozwiedzamy trochę ten kraj.Potem jeszcze nie wiem, za daleko nie planuję, ale napewno nadal będę podróżowała, bo taki styl na tym etapie życia sobie wybrałam. Miło, że poświęca mi Pan swoją uwagę, Robercie. Serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam,
    tak Pani Zofio 3 posiłki napoje i domek za 850 pesos (posiłki sama Pani ustala dla siebie co Pani będzie jeść) , Pamilacan to taka mała rajska wyspa z bardzo pozytywnie nastawionymi do turystów filipińczykami ,
    jakby Pani tam była u Connie i Carlito to Pani może się powołać na mnie , ja mam cały czas z nimi kontakt przez FB , przy odrobinę szczęścia można tam zobaczyć rekiny wielorybie,delfiny i płetwale błękitne , ja miałem wycieczki za darmo łódką z Carlito (NA DELFINY WYCIECZKA JEST W CENIE TRANSFERU Z BACLAYON NA PAMILACAN I Z POWROTEM 1500 PESOS) , nie ukrywam że trochę Pani zazdroszczę tych podróży w 2017 chce się ponownie wybrać na Filipiny , czytam Pani bloga i oczami wyobraźni obmyślam przyszłoroczny wyjazd na Filipiny filmiki jakie nagrałem na Pamilacan Island można obejrzeć na moim kanale YT chociażby ten
    https://www.youtube.com/watch?v=BpDwArzwaUU
    chcąc dostać się na Pamilacan trzeba wysłac sms do Connie +63 9981705619 i się umówić na określoną godzinę w porcie w Baclayon na Bohol ,przypłynie Carlito łódką JEZUS INFANT 6 , minusem tej wyspy jest że nie ma internetu ale na tydzień lub dłużej żeby odpocząć polecam jak najbardziej
    pozdrawiam Robert

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki. Jak będę wracała z Bantayan, postaram się tam dotrzeć. Brak internetu to jakiś problem dla mnie jest, ale może kilka dni wytrzymam. pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na tą wyspę płynie się 14 kilometrów łódka około 1 godziny z Baclayon internetu LTE ani WIFI nie ma , telefony działają ,mieszkańcy mają internet w komórkach , taki jest urok małych rajskich wysepek na Filipinach , dlatego taki pobyt trzeba sobie dobrze zaplanować , na wyspie jest kościół , małe sklepiki bambusowe , walki kogutów , fiesty , karaoke , masaże ,delfiny, wyspa ma swój urok i można zobaczyć tradycyjne życie filipińczyków , do niedawna wisiała nawet Polska flaga , ale w listopadzie wiatr ją rozszarpał i zostały szczepki flagi ,
      jakieś 20 lat temu wyspa była znana z łowców rekinów , teraz mieszkańcy tylko zajmują się turystyką , łowieniem ryb na własne potrzeby i pielęgnują tradycyjne życie ,
      pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  5. jest jeszcze szkoła i piekarnia , wyspa została ,rozsławiona przez podróżnika Darka Metela "neronek" i częściowo prze ze mnie ,
    tutaj jest wideo https://www.youtube.com/watch?v=nlr9wBrkREM

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję za przydatne informacje. Myślę, że skorzystam z nich i odwiedzę tą wyspę. Zaraz obejrzę materiał na podanym www. Neronek? gdzieś się już na niego natknęłam, spróbuję odnaleźć jego relację. Dzięki, pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Darek Metel podróżuje głównie po Azji , jest bardzo znany na internecie
    jego hasło to :"Kto podróżuje ten dwa razy żyje "
    tutaj jest jego blog , http://neronek.geoblog.pl/
    można poczytać jego relacje z Filipin z 2014 i 2015 roku również z Pamilacan ,pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  8. tak, tak! kto podróżuje, ten dwa razy żyje, przypominam sobie :) zajrzę na jego blog i poczytam o Filipinach, dzięki :)

    OdpowiedzUsuń