Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

wtorek, 29 grudnia 2015

Filipiny - Piekło manilskich ulic

Chodząc kilometrowymi przewieszkami, oglądam ulice z góry.
Bilet autobusowy do Manili kosztował 200 peso, kierowca obiecał wysadzić mnie na Makati w pobliżu Amorsolo Street, które wskazałam, bo tam miałam upatrzony jeden z hoteli. Wiedzę miałam taką, że gdy w tym hotelu nie będzie miejsca lub pokój będzie drastycznie drogi, w pobliżu jest kilka innych hoteli, do których swobodnie mogę potoczyć się ze swoją walizką.
Amorsolo Street, Makati. Tu mieszkam, nad tą chińską restauracją.
Drastycznie drogi, tak to tym razem określiłam, bowiem miałam zamiar zatrzymać się na koniec pobytu na Filipinach w lepszym hotelu, czyli trochę droższym, niż zatrzymuję się zwykle, przebywając tutaj długi czas. Uznałam, że trochę komfortu mi się na koniec pobytu należy. Gdyby jednak był drastycznie drogi, to poszukam innego lokum.
Zielone ulice Makati
„Creek Amorsolo Hotel” owszem, jest droższy, niż były dotychczasowe moje hotele, ale: jest blisko do lotniska i zapewniono mnie, że taxi do airport kosztuje tylko 100 peso (2$ z centami). Jeśli żądałby więcej, a umawiam się do ceny zawsze nim wsiądę do pojazdu, to pani z recepcji go uświadomi, jaka jest prawdziwa cena i przywoła do porządku.
Widok z tarasu
Poza tym w pokoju jest internet, własna łazienka, air condition, telewizor, śniadania w cenie, co pozwala mi oszczędzić około 250 peso dziennie, jak również czas na szukanie jakiejś niedrogiej i czystej restauracji. Poza tym, po niezbyt długich negocjacjach i wykonanym telefonie do szefa, dostałam dodatkowo 20% rabatu za całość.
Makati, dzielnica biznesowa
Ostatecznie wyszło niemal tyle samo, co w dotychczasowych tanich hotelach. Przede wszystkim jest tutaj bardzo czysto w pokoju i w łazience. To zadecydowało i zostałam tutaj. Swoją drogą nigdy nie wiadomo, czy wszystko będzie dobrze działało, jak już zamieszkam.
Mają tu również Seven-Eleven. Bardzo wygodny sklep dla turystów.
Na Filipinach różnie z tym bywa, testujemy na sobie i dopiero potem odkrywamy różne braki. Gdy  przyjechałam na Filipiny, a przylatując do tego kraju zawsze trzeba otrzeć się o Manilę, mieszkałam również  w Makati, ale w dzielnicy Poblacion, w rejonie ulic Generała Luna i Burgos.
Księgarnia. Można też tu zrobić xero lub wydrukować dokument z pendrive
Teraz mieszkam w dzielnicy Pio Del Pilar, przy skrzyżowaniu Rufino Street z Amorsolo Street. Jedyną zaletą tego położenia, jest bliskość lotniska. W innych kwestiach wygody nie ma. Daleko jest do LRT i MRT, a na piesze wędrówki są zbyt duże odległości. W pobliżu, oprócz jednego muzeum nie ma nic do zwiedzania.
Ulice Makati
Mając jednak w pamięci kłopot z wydostaniem się poprzednim razem ze starej Manili do Makati i potem wydostanie się z Makati na lotnisko, gdy nawet taxi nie chciały jechać za żadne pieniądze ze względu na niewyobrażalne korki w tej dzielnicy, tym razem bliskość lotniska stała się moim priorytetem przy wyborze hotelu. Zwiedzanie mogę sobie odpuścić.
Nowoczesna zabudowa Makati
Starą Manilę zwiedziłam za poprzedniej bytności w tym mieście wraz z grupką turystów i Przewodnikiem wolontariuszem. Manila Bay i jej okolicę, też mam już zaliczoną poprzednim razem. 
Można chodzić przewieszkami ciągnącymi się przez kilka ulic.
Mając teraz trochę czasu, wybrałam się w niedzielę do Manila- Malate, aby zobaczyć tą amerykańską dzielnicę i natychmiast pożałowałam tego pomysłu, gdy tylko wyszłam z kolejki na Taft Avenue w Malate.
Na dole trudno przejść na drugą stronę ulicy.
Myślałam, że w niedzielę będzie łatwiej, spokojniej, ponieważ część ludzi odpoczywa po tygodniu pracy, a część wyjechała poza miasto na weekend, ale się myliłam. Najpierw mnie wkurzyło, że muszę środkiem centrum handlowego, między ciuchami i innymi towarami brnąć do kolejki LRT.
Chodząc górą można oglądać kolorowe murale
Szłam, szłam i końca nie było. 45 minut ciągłego marszu przez sklepy! To jakieś szaleństwo. Centra handlowe ciągną się tutaj kilometrami. Nawet nasze Janki to pryszcz, podług tutejszych ciągów zakupowych.
Zamalowano również sufit i rury, co stworzyło przyjemną przestrzeń w przejściu.
Chodzi się przewieszkami ponad ulicami, przechodząc przez środek różnych sklepów na ciąg dalszy przewieszki. Co rusz schody w dół, schody w górę. Te w dół jeździły, te w górę miały zazwyczaj awarię i trzeba było pokonywać je pieszo. Wszędzie tłumy ludzi. Patrząc w dół na ulicę, jeszcze gorzej. Powódź ludzi i samochodów na jezdniach. No sejf.
Ciekawa architektura
W jednym ciągu ze sklepami znajdują się restauracje, kawiarnie, lodziarnie, Mc Donaldy, Jollibele, Dunkany, Bakery i co tam jeszcze wymyślono, aby dostarczać ludziom przez cały czas mnóstwo jedzenia. Ludzie albo idą falą, albo jedzą przy stolikach między płynącym tłumem, albo idą i jedzą równocześnie.
Cały czas idę przewieszką. Mogę teraz zejść schodami lub skręcić w lewo i dalej iść górą
Niektóre stoliki kawiarniane stoją już w obszarze sklepów, między wiszącymi ciuchami. Obłęd po prostu. Trzeba to wszystko pokonać i iść dalej za strzałkami wskazującymi kierunek do LRT. Tyle, że LRT ciągle nie ma, a sklepy ciągną się bez końca.
Zeszłam na dól na pocztę i wysłałam kartki świąteczne do Polski
Gdy w końcu osiągnęłam przewieszkę prowadzącą na Ayala Station LRT, po obu stronach wiaduktu stały gęsto stragany z różnym towarem, na przemian ze straganowym jedzeniem. Myślałam, że mdłości dostanę od patrzenia na te ogromne ilości żarcia, ale właściwie dla mnie, to nic konkretnego tam do zjedzenia nie było. Wszystko takie śmieciowe żarcie.
Na przewieszkach w Malate trudno przejść. Dodatkowo stoją tu stragany ze wszystkim
Trafiłam na stragan z pachnącymi, smażonymi bananami w cieście i w naleśniku. Kupiłam po jednym z każdego i jak inni ludzie, szłam dalej i jadłam. Potem weszłam do Seven-Eleven i zrobiłam sobie gorącą kawę. Szłam i piłam tą kawę, aż doszłam do kasy biletowej LRT. Bilet do Taft Avenue kosztuje 12 peso i jest to ostatnia stacja LRT na tej trasie.
Kupiłam u pani pyszne banany zapiekane w cieście
Dalej w Malate trzeba iść pieszo lub jechać jeepneyem. Tricykli w Makati nie ma wcale. W Malate można je spotkać, ale niewiele. Jeździ tam za to mnóstwo jeepneyi. Tak mnóstwo, że nie mają gdzie przystawać, bo wszystkie wolne miejsca przy krawężniku  zastawione są jeepneyami, autobusami i innymi pojazdami.
W biedniejszej dzielnicy chłopaki grają w kosza na ulicy
Ludzie plączą się po jezdni między tym wszystkim, co znajduje się w ciągłym ruchu i wsiadają do odpowiednich pojazdów, które prawie nigdy się nie zatrzymują na dobre, jedynie w korku. Ja nie wiem, który pojazd jest dla mnie odpowiedni, żeby dostać się na Bulwar w zatoce, więc nie wiem, w który wsiąść.
Wydostanie się z zatłoczonych przewieszek na właściwą ulicę, jest sztuką.
Już tylko chcę na bulwar, bo tłok na chodniku, ścisk, spaliny, trąbienie pojazdów i ogólne szaleństwo na ulicach Malate spowodowało, że ja już nic nie chcę tu zwiedzać, chcę się tylko stąd jakoś wydostać w spokojniejsze miejsce, gdzie będę mogła złapać oddech i swobodnie się poruszać. Cały czas trzymam kurczowo przed sobą plecaczek.
Na dole wielkie targowisko
Nie mam gdzie stanąć z boku, żeby spojrzeć na mapę, jak się to miejsce w którym stoję ma do miejsca, w które chcę iść. Nie ma tu żadnego „boku”, choćby wnęki jakiejś, bramy, placyku przed jakimś bankiem, albo co. 
Przewieszka wąska, trzeba jeszcze omijać stragany. Ścieżka prowadzi wprost do sklepu
O robieniu zdjęć właściwie nie ma co myśleć, ale w desperacji wyciągam aparat i trzymając go na plecaczku, który obejmuję z przodu, robię kila zdjęć dla dokumentacji sytuacji.
To jedna z biedniejszych dzielnic
Wszędzie faluje jedna ogromna masa ludzka zapełniając każde, najmniejsze nawet załamanie na ulicy, każdą szparę, wnękę, a na jezdni toczy się walka pojazdów na klaksony, co ma ułatwić torowanie im drogi, aby posuwali się żabimi skokami do przodu.
Życie toczy się tutaj na ulicy. Właśnie gotuje się herbata na żarowej kuchence.
Między tą masą ludzką i samochodową urzędują sklepikarze straganowi i stolikowi oraz sprzedawcy filipińskich przekąsek, czyli flaków na patyku, kurzych skrzydełek, ociekających olejem panierek, w których nie wiadomo, czy znajdzie się chociaż kawałek jakiegoś mięsa, czy ta panierka jest tutaj przysmakiem sama w sobie.
Tutaj, pod wiaduktem można stać godzinami, ciężarówki nie przepuszczą pieszego
W tym wszystkim urzędują sprzedawcy owocowych napojów przyrządzanych na poczekaniu w mikserze. Muszą te owoce obrać, zmiksować, przelać w kartoniki i gdzieś to wszystko umyć co chwilę. Naprawdę nie wiem, jak oni to robią w tym ścisku porównywalnym jedynie z tłumem w metrze w godzinach szczytu. Sanepid miałby tu sporo roboty.
Dołem jeździ też pociąg, przecinając gwarne ulice w poprzek. Na ulicy pół szlabana.
Ja już nie chcę nawet na bulwar, chcę wrócić do Makati i to już, natychmiast. Wiem, że gdyby udało mi się przedostać na Roxas Boulevard, byłoby już luźniej i mogłabym zrealizować swój plan zwiedzania Malate. Problem w tym, że niesiona ludzką falą, nigdzie nie dojdę i mam już tego dość. Wracam do Makati. Takie coś jeszcze mi się nie zdarzyło.
Pan zawiadowca stacji kolejowej. Cały w emblematach i ma gwizdek.
Wchodzę w ten ścisk między trąbiące samochody do posuwającego się wolno w korku jeepneya i idąc razem z nim po jezdni mówię, że ja chcę go for Makati. Okazuje się, że to nie w tą stronę. Mam przejść na drugą stronę ulicy przewieszką. O rany! znowu? Jezdnią zupełnie się nie da, nawet gdybym zaryzykowała zygzakowaty taniec między płynącą falą samochodów. Jezdnia przedzielona jest żelazną barierą.
Zamknięte osiedla mieszkaniowe dla bogatszych ludzi. Condominia.
Wkurzam się na siebie. Jaki diabeł mnie podkusił, żeby ruszać w Manilę Metro! Przecież wiedziałam, że to trudne miasto i generalnie wcale nieciekawe, a jednak się uparłam na zobaczenie Malate, zupełnie nie wiem po co. Do LRT już nie wrócę. Za daleko trzeba się przeciskać wśród tłumu, sklepów i hałasu. Musi być jakiś autobus do Makati, tu z jezdni.
Po przeciwnej stronie, wzdłuż torów ciągną się slumsy
Patrzę do góry na te przewieszki i ciarki mnie przechodzą, że znowu muszę tam wejść, aby przedostać się na drugą stronę Taft Avenue. Łapię głęboki oddech i ściskając przed sobą plecaczek wchodzę w ten kolorowy, miękki tłum ludzkich ciał, posuwając się schodami do góry, bo ruchome schody zagrodzone, są w naprawie.
To już ostatnie tygodnie życia tych slumsów
Jestem już po właściwej stronie ulicy, mogę więc wsiąść do odpowiedniego autobusu, ale który to jest odpowiedni? Znowu zatrzymuję jeepneya, a właściwie idę razem z nim. Driver mówi, że jeepneye tam nie jeżdżą, tylko large buses. Zatrzymuję duży, bo duże też w tym korku stoją. Duży mówi, że ok, ale jego firma tam nie jeździ muszę inny duży zatrzymywać.
Blaszane, zardzewiałe slumsy są burzone
Posuwam się do przodu razem z pojazdami, bo to droga w stronę Makati, więc z każdym krokiem zbliżam się do celu. Chodzę po jezdni między nimi nie zwracając uwagi na trąbienie, podobnie, jak robią to inni ludzie. Każdy chce gdzieś jechać. Najważniejsze aby się z tego piekła wydostać gdzieś na normalną ulicę, na jakąś wolną przestrzeń.
Wzdłuż torów idą koparki i taranują blaszane baraki biedoty miejskiej
Co chwilę, po prawej stronie mijam terminale dużych autobusów. Są po prostu co kilkanaście metrów, między budynkami, na mini placykach, ale żadne z nich do Makati nie jadą. Pytam kierowców tych autobusów, znajdujących się w ruchu na jezdni i tych na terminalach. Nic z tego. W końcu jeden z zatrzymanych na jezdni mówi: wsiadaj.
W niedzielę, gdy koparki nie pracują, ludzie wracają na stare śmieci, czegoś szukając
To wsiadłam. Jedziemy, na ile nam korek na jezdni pozwala. Tłumaczę kierowcy w rejonie jakich ulic pasuje mi wysiąść, skąd miałabym już najbliżej. Chcę na Amorsolo Street, ale może też być Rufino lub Sen Gil Puyat Avenue albo Ayala Avenue. Z tych ulic dojdę już do siebie pieszo. Najważniejsze, to wydostać się z Malate.
Każdy ma przydział obowiązków. Dziecko w wózku informuje o zakazie parkowania
Driver mówi, ok, jedzie przez Ayala Avenue i tam mnie w odpowiednim miejscu wysadzi. Kupuję u konduktora bilet za 10 peso i wreszcie oddycham z ulgą. Siedzę sobie wygodnie w klimatyzowanym autobusie, tuż za kierowcą, który wywiezie mnie z tego piekła na normalną ulicę miasta Makati. Dzięki ogromne! Koszmar się kończy.
Powrót do Makati dał wytchnienie. Spokój, cisza. Mieszkańcy malują na święta swój dom.
Kierowca zatrzymuje się przy narożniku i mówi, że tu mam wysiąść i kierować się na prawo. Ok! Thank You! Very, very thak you!  Wreszcie! Wysiadam, a tu cisza, świeże powietrze, puste ulice, normalny ruch na jezdni. Inny Świat! Nie uszłam wiele i już poznaję okolicę.
W kościele bez ścian odbywa się właśnie msza święta. Jest niedziela.
To kościół na wodzie. Byłam tu trzy dni temu i poprzednio, gdy pierwszym razem przebywałam w Manila-Makati. Lubię to miejsce. Jest zielono wokół, spokojnie. Dzisiaj niedziela i właśnie odbywa się msza święta. Ludzie słuchają jej w kościele, na kładkach nad strumykami, przy zbiornikach z czerwonymi rybkami, wśród palm. Pełen luz.
Mszy można też słuchać na zewnątrz, nad wodą. Wzędzie są głośniki.
Wróciłam do hotelu. Po drodze kupiłam w Seven-Eleven dwa spore pierogi z vege nadzieniem, wodę mineralną i puszkę piwa Red Horse. Na dzisiaj dosyć wycieczek! Prysznic, kawka, posiłek, piwko, świeże wiadomości w CNN i laptop na kolanach w półleżącej pozycji na łóżku oraz włączona klimatyzacja na full! Tego mi teraz potrzeba.
Z okazji świąt w Makati zrobili sobie zimę
„Creek Amorsolo Hotel” ma jednak swoje wady, nie jest idealny. Owszem, jest czysty, ale stwarza problemy. Na przykład, kartki na śniadanie nie dadzą w ilości, na ile dni wykupiłam pokój, lecz po jednej,  z dnia na dzień. Po kiego licha taki problem robić?
W upale 32 st.C jest kawałek białej, mroźnej zimy na deptaku
Każdego ranka muszę najpierw zejść do recepcji po kartkę na śniadanie i znowu wejść na górę do kawiarenki, tuż obok mojego pokoju, gdzie śniadania są wydawane.
Również choinki, góra śniegu i szopka bożonarodzeniowa
To samo z internetem. Codziennie zmieniany jest password. Budzę się rano o 7.oo, robię sobie kawę w pokoju i chciałabym wejść na pocztę lub przenieść zdjęcia do bloga. Na śniadanie mogę zejść potem, bo są one wydawane do 10.30. Nic z tego. Muszę się ubrać i zejść do recepcji po nowy password, bo mamy już nowy dzień. Wczorajszy nie działa.
Atmosfera całkowicie świąteczna, mimo upalnej pogody.
Zabawnie jest tu rozwiązany problem ze sprzątaniem pokoju. Po zewnętrznej stronie drzwi, na klamce przymocowany jest kartonik. Po jednej stronie jest napisane „Private please”,  a po drugiej stronie „For cleaning”. Na którą stronę kartonik obrócisz, to masz. Działa, jak czarodziejska różdżka. Kartonik przymocowany jest na stałe cienkim łańcuchem.
Wychodzę i przekręcam na for cleaning. Wrócę i w pokoju będzie czysto.
„Private please” daje mi święty spokój. Gdy nazbiera się już sporo śmieci w koszu i zadeptam w łazience posadzkę, wychodząc do miasta obracam kartonik na „For cleaning”. Wracam, a tu wszystko wysprzątane, pachnące, świeże ręczniki, zmieniona pościel i równiutko zasłane łóżko. Magiczny kartonik zadziałał.
Na całym świecie idą święta i niosą ludziom radość.Lubię ten nastrój.
Nie przywykłam do takiej obsługi w tanich hotelikach i hostelach. W swoich postach pisałam nieraz o syfie w pokojach wynajmowanych za normalną cenę i bez upustu. Dlatego, gdy jest odwrotnie i hotel dba o czystość, również muszę o tym napisać.
Jak człowiek zmęczony, to i w kartonie sobie odpocznie.
Obsługa jest bardzo miła w recepcji. Menager, wprost ujmujący, ale hotel nie posiada mapek city. Nie mają też rozpiski z liniami kolejek MRT i LRT, nie zawsze wiedzą, gdzie co w mieście się znajduje. Nikt na przykład nie wiedział, gdzie jest poczta, a chciałam znaczki pocztowe kupić i wysłać kartki świąteczne do Polski.
Pomysłowa wystawa sklepowa, jak wagon kolejowy.
Na wszystko mają jedną odpowiedź, weź taxi. Nie wezmę przecież taxi, żeby jechać na pocztę! Gdy ich trochę przycisnąć, odszukają co trzeba w internecie i wydrukują rozpiskę z trasą, jak dojść. Nie trzeba natomiast zostawiać żadnej kwoty w depozycie i należność można płacić kartą. Może być.
Wokół pomnika sprzedaż świątecznych ozdób i kwiatów
Teraz się na dobre spakuję, zważę swoje bagaże, przygotuję bilet i paszport i jutro rano po śniadaniu pojadę na lotnisko. Tym razem wezmę taxi. Mam nadzieję, że wszystko dobrze pójdzie i szczęśliwie zajadę do rodziny na Boże Narodzenie i że w Polsce będzie śnieg.
Zwiedziłam Muzeum i kupiłam tam książeczkę dla mojego wnuka, Krzysztofa.
Wesołych Świąt!

sobota, 12 grudnia 2015

San Antonio, Hopping Islands

Usłyszałam hałas, wyszłam z pokoju na galeryjkę i co? włączyli nam wodspad na basenie.

Moja gospodyni w „Wild Rose Beach Inn” zapukała wieczorem do mojego pokoju, aby powiedzieć, że następnego dnia, w niedzielę mogę jechać na hopping Islands, na te wyspy, co chciałam je zobaczyć. Angielski turysta płynie jeszcze z dwiema osobami, więc gdy dołączę do nich, wycieczka wyniesie mnie taniej. 300 peso od osoby.
Fajnie, mamy swój wodospad. Jaquline i Devi coś podjadają, a Francheska moczy nogi.
No, to rozumiem. O to mi właśnie chodziło. Oczywiście, że skorzystam z oferty. Wypływamy o 10.oo rano, znaczy, też o normalnej godzinie. Można się wyspać bez ustawiania budzika, spokojnie zjeść śniadanie i wypić kawę. Ok, tak lubię. To płyniemy.
Ląd zostaje za nami. Płyniemy.
Davie jest z Wielkiej Brytanii. Podróżuje po Filipinach z Jacqueline, Filipinką oraz jej córką Francheską. Jacqueline wraz z córką na co dzień mieszkają na jednej z wysepek w pobliżu Cebu. Tutaj, w San Antonio zamieszkali w tym samym hotelu, co ja. Spotkaliśmy się przy basenie. Sternik naszej łodzi przyszedł po nas do hotelu.
Łódka wąska. Siedzimy na drągach po bokach.
Nie musieliśmy niczym do łodzi jechać, bo mieszkamy parę kroków od plaży i tutaj zacumowała nasza łódź o nazwie „Lady Fatima”. Zbytniej wygody to na takiej łódce z płozami nie należy się spodziewać. Jest wąska. Siedzi się na burcie, do której przywiązane są dodatkowo po dwa bambusowe drągi, żeby siedzisko było szersze.
Oto nasza wycieczka: Ja, David, Francheska i Jaquline. Młodzież skwaszona nieco.
Ale w tym właśnie jest urok pływania taką łódką. Autentyczne warunki, jakie mają filipińscy rybacy w pracy. Tylko na drugi dzień czuje się trochę na tyłku te twarde drągi. Trzeba też być przygotowanym na ciągłe chybotanie łodzi i zalewanie jej wodą. Sprzęt i dokumenty radzę  trzymać w wodoodpornych pokrowcach. Poza tym, jest ok!
Mijamy różne zamieszkałe i niezamieszkałe wyspy. Niektóre mają ładne plaże.
Dobijaliśmy do trzech wysepek po kolei. Wysepki małe, można je obejść na piechotę. Przechodzisz z jednej strony wyspy na drugą i znów masz morze. Idziesz w poprzek i też dochodzisz do morza. Czujesz się, jak Robinson Cruzoe. Wszędzie wielka woda.
Wysiadamy. Widać, jaka czysta i przezroczysta jest woda?
Może ta  ostatnia była trochę większa, Anawangin Cove. To prywatna wyspa, po zejściu na ląd musieliśmy zapłacić 50 peso, żeby  chodzić po niej. Żadnych biletów się nie dostaje, trzeba uważać, komu dajemy pieniądze, żeby potem ktoś inny drugi raz nie zażądał. Prywatny men zbierający pieniądze, żadnego identyfikatora nie ma.
Filipińskie sosny, czyli Agoho na Anawangin Isla.
Na Anawangin Cove jest uroczo, ale dosyć ludno, ponieważ jest tam pole campingowe, na którym można rozłożyć się z namiotem lub wynająć któryś z już stojących namiotów. Sporo ludzi zostaje tu na noc. Te do wynajęcia są takie malutkie na jedną, góra dwie osoby. Jeśli śpimy na wyspie, płacimy 150 peso od osoby za pobyt. Za namiot, nie wiem ile, nie pytałam.
Wody w rzece mało. Tubylcy pokonują ją w bród.
Na każdej z wysp mogliśmy być, jak długo chcieliśmy, Przewoźnik nas nie popędzał. Był zarazem guide i na wszystkie pytania dawał wyczerpujące odpowiedzi. Można się kąpać i można wypożyczyć rurki, żeby sobie posnorkować. Woda czysta, przezroczysta, wszystko w wodzie świetnie widać.
Zadaszenia-stołówki między morzem, a rzeką w lesie Agoho.
Anawangin Cove Isla na tyle rzadko porośnięta filipińskimi endemicznymi drzewami Agoho, że swobodnie wśród drzew można rozłożyć namiot. Można posiedzieć przy drewnianych stołach, rozłożyć na nich przywieziony z sobą prowiant i posilić się. Przygotowano wszystko dla wygody turystów. Jest bieżąca woda i sanitariaty oraz basury.
Prośby o zachowanie czystości. Wszędzie porozstawiane są kosze i worki na odpady.
Restauracji ani żadnych blaszaków z jedzeniem tam nie ma. Na Capones i Camara, to absolutnie nic z takich rzeczy nie uświadczysz. Na Anawangin Cove zdarza się obnośny sprzedawca, który przypłynął tu swoją łódką, ale oni mają tylko dmuchane jedzenie chipsowe, jakieś orzeszki, czyli nic konkretnego. Czasami mają wodę mineralną w małych butelkach na dwa łyki. Wszystko trochę droższe, oczywiście, niż na lądzie.
Przewiewna stołówka dla tych, co przywieźli z sobą prowiant.
Jest za to sporo zadaszonych od słońca miejsc przygotowanych dla turystów, aby mogli przyrządzsobie posiłki we własnym zakresie. Są tam paleniska, krany z wodą, stoły i ławki drewniane. Można się ze swoim jedzeniem rozłożyć, lub zgrilować kupioną od rybaka rybę.
My skorzystaliśmy z plażowego sklepiku i Dive kupił nam lody od obnośnego lodziarza.
Przy jednym palmowym zadaszeniu można nawet coś konkretnego do jedzenia, przyrządzonego na poczekaniu kupić. Albo można pójść do mieszkających tam tubylców, którzy mają podręczne sklepiki i kupić jakieś konserwy rybne, zupki chińskie instant,również świeczki, zapałki itp. Gdy sytuacja nas do takich zakupów zmusi. Komórki nie mają tu zasięgu i bardzo dobrze, ludzie mają więcej czasu dla siebie.
No, i coś konkretnego też sobie kupiliśmy.
Poza kąpielą w morzu i snorkowaniem można sobie po wyspie pospacerować, co właśnie ja uczyniłam. Drewnianą kładką przeszłam na drugą stronę rzeki i przeniosłam się na plażę z drugiej strony wyspy. Potem pochodziłam sobie między pięknymi, bardzo wysokimi drzewami Agoho. Na Filipinach trudno gdzieś zobaczyć iglaste lasy, a tutaj są.
Płyniemy dalej
Jeśli zostajemy na noc i mamy dużo czasu, możemy wejść na górę. Trekking trwa zazwyczaj od 3 do 4 godzin, jest trochę męczący, za to widoki z góry na Morze Południowochińskie i piaszczyste zatoki, nie do opisania. Tak zapewniają ci, co tam byli.
Panna Francheska, humorzasta nastolatka uśmiechnęła się wreszcie na prośbę mamy.
My na wyspie zjedliśmy posiłek (ja, rybę) i pochodziliśmy po okolicy robiąc zdjęcia. Gdy z pagórka zobaczyłam, że Davie i Jacqueline są już w pobliżu naszej łódki, zeszłam do nich, żeby nie musieli zbyt długo specjalnie na mnie czekać. To była bardzo fajna wycieczka.
Podpływamy do tej pięknej, kolorowej skalistej wyspy......
Wieczorem posiedziałam dłużej przy basenie z Davidem, bo bardzo nam się dobrze przy piwku rozmawiało. Jaquline z Francheską wróciły do siebie, na swoją wyspę, a Dave zostaje tu jeszcze przez kilka dni sam. Będzie mu się nudziło bez dziewczyn.
.......i zostawiamy część załogi. Będą łowić tu ryby.
Po powrocie do pokoju spakowałam się ostatecznie i zaczęłam szukać w internecie jakiegoś niedrogiego hotelu w Manili, w której mam zamiar spędzić siedem dni dzielących mnie od wylotu z Filipin. Początkowo miałam zamiar zatrzymać się w Malate, bo to podobno bardzo turystyczna dzielnica Manili Metro.
Mijamy inne wyspy, przy których można się zatrzymać........
Rozmyśliłam się jednak, bo ze wszystkich wpisów, na jakie w internecie natrafiłam, dowiadywałam się, że to już nie tyle turystyczna dzielnica, co dzielnica czerwonych firanek, w której zrobiło się ostatnio niebezpiecznie. Skoro mam się bać chodzić ulicami po zmroku, to lepiej zatrzymać się w Makati. Myślę, że wystarczy, jak ją zwiedzę tylko.
.......jeżeli wynajmie się na przykład taką łódkę na cały dzień, tylko dla siebie.
Malate ma ciekawą historię. Powstała za czasów amerykańskich. Amerykanie zbudowali to miasteczko w swoim stylu i pod swoje potrzeby. Zamieszkali w nim przebywający tu na stałe podczas stacjonowania Amerykanów na Filipinach, jak również potem, przybywający ze Stanów imigranci. Teraz słowo imigranci źle się kojarzy, ale Amerykanie nie przylatywali do Filipin z powodu biedy czy prześladowań, lecz z własnej nieprzymuszonej woli.
My trzymamy się programu. Dostajemy to, za co zapłaciliśmy.
Amerykanie podobnie, jak Europejczycy lubią Filipiny za ich klimat i ceny. Również za przyjaźnie do świata nastawionych ludzi.Gdy czasy amerykańskie dobiegły końca, część Amerykanów wyjechało, a część zostało w Malate. Miasteczko oferowało sporo rozrywek. Ciągnęła do Malate bohema, szczególnie za czasów dyktatury Marcosa, znajdując tutaj, wśród amerykańskiej społeczności bezpieczne schronienie. Bowiem wszyscy, mimo trudnych czasów czuli się tutaj szczęśliwi.
Przeszłam na drugą stronę wysepki, a tam też morze.
Malate stało się później atrakcyjne również dla turystów. Amerykańskie domy, wille i bungalowy zostały zaadaptowane na hoteliki, restauracje, kawiarnie, puby i bary. Miasto stało się bardzo rozrywkowe. Część Amerykanów wróciło i od nowa zapuściło tu korzenie.
Spacerek po wyspie .
W okolicach ulic Maria Orosa, Adriatico, Nakpil jest bardzo przyjemna i luźna atmosfera, często odbywają się na świeżym powietrzu jakieś występy, tańce, korowody, koncerty. Można tam dojechać kolejką LRT-1 i wysiąść na stacji Quirino lub Vito Cruz.
My już w łódce. Panowie spychają nas na wodę.
W Malate znajduje się pierwszy zbudowany w Manili stadion sportowy Riazal Monument Sport Complex, jak również Ogród Zoologiczny i Ogród Botaniczny. Wszystko to bardzo ciekawe jest do zwiedzenia, jak również sama Manila Bay, ale ostatecznie znalazłam dla siebie hotel w Makati, dzielnicy biznesowej, ale o tym już w następnym poście.
Na wyspie Anawangin
Rankiem po kawie i lekkim śniadanku przyrządzonym w pokoju z resztek wszystkiego, co zostało, a zostało niewiele, zdałam pokój. Gospodyni wezwała komórką tricykl, żeby zawiózł mnie do San Antonio Town na terminal autobusowy i sama wytłumaczyła driverowi o który terminal chodzi, żeby nie woził mnie po wszystkich terminalach bez potrzeby. 
Sklepiki na Anawangin. Można kupić też wiązki drewna na ognisko.
Autobusy bowiem jeżdżą z różnych terminali w zależności od tego, jaką reprezentują firmę i do jakiego miasta jadą, o czym już pisałam w innych postach. Ale trzeba o tym pamiętać, żeby nie tracić czasu na błądzenie po różnych terminalach.
Białe plaże wysepek w pobliżu San Antonio
How much, pytam dla pewności drivera, a on bez zmrużenia okiem mówi 60 peso. Wiem, że ta trasa to koszt 50 peso (gospodyni mi powiedziała), o czym go uprzejmie poinformowałam i z czym on się natychmiast zgodził.
W powrotnej drodze zabieramy naszych rybaków. Złowili całą reklamówkę ryb!
Zawsze jednak gdy pytasz, dostajesz wyższą cenę, chociażby o 10 peso. Niby to niewiele, ale chodzi o to, że jak jesteś turystą musisz liczyć się zawsze i na każdym kroku z zawyżaniem ceny przez tubylców. Taką mają fantazję.
To już nasz ląd, San Antonio, Pundaquit.
Pożegnałam się z gospodynią i wygodą w tym miłym, kanadyjskim hoteliku. Szczególnie będzie mi brakowało basenu, w którym tutaj codziennie pod wieczór się moczyłam, pluskałam z przyjemnością, a nawet pływałam od ściany do ściany.
Wysiadka! Koniec wycieczki.
Czas jednak ruszać w dalszą drogę. Ostatni etap, Manila!