Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

wtorek, 1 grudnia 2015

San Antonio - wiara Filipińczyków



San Antonio, Pundaquit.
San Antonio założyli Hiszpanie, jak większość tutaj miast i miasteczek. Przed Hiszpanami na wyspach mieszkały różne plemiona, mające swoje nazwy, ale nie było nazewnictwa osad, bo plemiona były mobilne i nie siedziały cały czas w jednym miejscu, tylko tam gdzie było bezpieczniej i gdzie znajdowali lepsze warunki do życia..
Dzieci są tu odważne, zaczepiają, zadają pytania
Rdzenni mieszkańcy  na terenie obecnego San Antonio to byli myśliwi zamieszkujący w górach otaczających obecne miasto. Potem przybyli tu pierwsi osadnicy z Paoay z Ilicos Norte. Głównie trudnili się rybołówstwem. Gdy Ferdynand Magellan 17 marca 1521r odkrył Filipiny, a za nim przybyli Hiszpanie, aby włączyć te wyspy do swojego Królestwa, nadali osadom nazwy i pobudowali  większe lub mniejsze miasta w swoim hiszpańskim stylu.
Sprzedawczyni bambusowych skarbonek.
Te bambusowe skarbonki, to taki zwyczaj w San Antonio. Sprzedawane są przed Bożym Narodzeniem, aby zbierać w nie pieniądze na świąteczne prezenty. Na San Antonio składa się 14 dzielnic lub jak kto woli, 14 wiosek, czyli tak zwanych Barangays. Ja zatrzymałam się w Barangays Pandaquit. To wioska typowo rybacka, w której rozwinęła się turystyka i rozwija się z powodzeniem nadal.
Rower, popularny pojazd młodzieży.
Dotychczas była tu spokojna wieś. Rodziny utrzymywały się z rybołówstwa. W pewnych miejscach na plaży Pandaquit, od grudnia do lutego żółwie morskie składały jaja. Mam nadzieję, że turystyka nie rozwinie się tutaj w sposób podobny np. do Boracay Isla i nie wystraszy żółwi, bo stracą orientację i wyginą. Na razie nadal korzystają z plaż Pandaquit.
Turyści wypływają na "Hopping Islands"
Rodziny tu zamieszkałe, oprócz łowienia i sprzedaży ryb, prowadzenia podręcznych sklepików, trudnią się również turystyką i wożą turystów na hopping islands swoimi kolorowymi łódkami. Nie ma tu jeszcze w prywatnych domach homestay, jak było to w Pagudpud, ale kilka hoteli i pensjonatów funkcjonuje w osadzie.
Z plaży Pundaquit widać niektóre wysepki z programu "hopping islands"
Z Pandaquit jest najbliżej na wyspy interesujące turystów. Dlatego rozwinęły się tutaj usługi „hopping islands”, czyli skakanie po wyspach. Jeszcze nie popłynęłam. Muszę znaleźć możliwość dołączenia do grupy innych turystów, żeby obniżyć koszty. Wynajęcie łódki przez jedną tylko osobę kosztuje 1ooo peso, więc ta wersja odpada.
Łodzie na tle gór, kryte strzechą chaty z bambusa, tworzą przyjemny widok.
Z proponowanych wycieczek łodzią, najbardziej interesuje mnie Annawangin Cove, zatoka w kształcie półksiężyca z białą plażą. Na tej wyspie rosną bardzo wysokie drzewa, przypominające sosny. Są to endemiczne filipińskie drzewa o nazwie Agoho (Casuarina equisetifolia). Z Pandaquit płynie się tam 30 minut.
Nie ma tu białego piasku, ale ten popielaty jest miękki i sypki.
Być może popłynę też na Isla de Punta Capones, na której stoi wieża hiszpańska z 1800r, „Light House”. Wszystko zależy od tego, czy przewoźnicy nie będą przesadzali z ceną, bo te wysepki są bardzo blisko Pandaquit i niektóre widać gołym okiem z plaży. Nie mogą więc kosztować tysiąc peso, lecz w granicach 400 – 600 peso.
Na robienie zdjęć wszyscy tu reagują przyzwalającym uśmiechem.
Oglądając zachód słońca z plaży Pandaquit, widać, jak ono się chowa za wysepką Camara. W ramach „hopping Islands” można popłynąć na Camara, jak również do zatoki Nagsasa Cove lub Sinlanguin Cove. Kilka rodzin żyje tam jeszcze w tradycyjny sposób, w zgodzie z naturą. To ludzie z plemienia Aetas. Płynie się do nich godzinę.
Sporo ludzi mieszka w bambusowych domkach pomalowanych na różne kolory.
Jutro jadę tricyclem do San Antonio Town na pocztę, żeby wysłać część rzeczy do Polski. Muszę znowu odciążyć swój bagaż, żeby nie mieć kłopotu na lotnisku z jego nadwagą. Przy okazji zwiedzę miasto i spróbuję znaleźć jakiś bank. Po powrocie zainteresuję się wycieczkami w ramach hopping islands.
Nie tylko ja podróżuję z walizką. Walizkowcami są głównie Chińczycy. Inni, to plecakowcy.
Nie mogłam wcześniej załatwić sprawy z pocztą, ponieważ tutaj mieli długi weekend i dobrze, że dziewczyna z recepcji mnie o tym uprzedziła, gdy pytałam, czy w San Antonio jest poczta. Poniedziałek też był dniem wolnym od pracy. Pojadę więc we wtorek. Na Filipinach często mają holliday, nie żałują sobie.
Szkoła surfingu, sklep, wypożyczalnia sprzętu i restauracja, to jeden biznes.
Rzeczy przesegregowałam i te do paczki włożyłam luzem w torbę, ponieważ tu na Filipinach rzeczy wysyłane pocztą podlegają kontroli i nie można na pocztę jechać już z zapakowaną paczką. Dopiero tam na miejscu, po sprawdzeniu przez pracownika co chcę wysłać, mogę rzeczy zapakować do kartonu, oblepić taśmą i nadać.
Czytam menu, nie wiem po co, bo i tak zawsze biorę chicken and rice.
Pisząc o Filipinach trudno ominąć temat wiary, kościołów i katolicyzmu. 85% Filipińczyków, to katolicy, 5 %, muzułmanie, a pozostali to inne religie, w tym katolicyzm niezależnego kościoła katolickiego, w którym połączono katolicyzm z filipińskim nacjonalizmem.
Całkiem tu przyjemnie
Misja kościoła katolickiego na Filipinach rozpoczęła się w 1565r, kiedy to Hiszpania sprowadziła tutaj wojsko, dla obrony swoich ludzi zajmujących kolejne tereny Filipin i budujących tu hiszpańskie osady i miasta. Jednocześnie natychmiast budowano kościoły, które często służyły nawet wojsku na siedziby. Wojsko z duchownymi było zawsze ściśle związane w wierze i w działaniu.
Turyści wynajęli sobie blue jepneey. Regularnych kursów stąd nie ma.
Najpierw przybyli tu Augustianie, a następnie dopłynęli Jezuici i Franciszkanie. Nawracanie Filipińczyków na wiarę katolicką przebiegało sprawnie i szybko. Być może dlatego, że Filipińczycy zaufali duchownym, którzy jednocześnie budowali szpitale, szkoły, drogi i mosty. Wyglądało na to, że chcą poprawić los tubylczej ludności.
Rybackie chatki z bambusa na plaży.
Budowanie przez księży kościołów i jednocześnie obiektów użyteczności publicznej odbywało się z polecenia króla hiszpańskiego. Pierwsza msza święta na Filipinach odbyła się już 31 marca 1521r, miesiąc po zabiciu Magellana, ale misja katolicka na dobre ruszyła w 1565r. Filipińczycy uwierzyli i od tej chwili stali się żarliwymi katolikami.
Skromna zagroda. Ludzie sobie radzą, nie ma tu biedy, jaką widać w miastach.
35 lat później ochrzczonych było już ponad 2 mln tubylczej ludności Filipin. To ogromna ilość ludzi, biorąc pod uwagę, że w tamtych latach zaludnienie wysp nie było przecież tak liczne, jak obecnie. Jednak los Filipińczyków się nie poprawił, a wręcz byli oni źle traktowani przez kolonizatorów.
W te góry można się wybrać na trekking.
Gdy w 1862r Filipiny opowiedziały się za wolnością i zawalczyli o niepodległość, Królowa Hiszpanii Izabella II odebrała księżom filipińskim parafie, a tych, którzy pomagali walczącym i jawnie stawali na czele walczącego ludu, kazała stracić. To tylko dolewało oliwy do ognia.
Pranie rozwieszone na płotach, to codzienny obrazek w San Antonio.
Filipińczycy ponownie ruszyli do działania w 1896r zorganizowali masowe powstanie tak skutecznie, że Hiszpanie ostatecznie musieli się poddać. Ponieśli klęskę i musieli wycofać się z Filipin. Na Filipiny wkroczyli Amerykanie, natychmiast likwidując szkoły katolickie i zmuszając księży katolickich do opuszczenia Filipin. Wprowadzili rozdział państwa od kościoła.
Można sobie samemu poćwiczyć przed wieczornym karaoke.
Wtedy to właśnie niezależny kościół katolicki wkroczył do Filipin, aby zagospodarować wiernych katolików, opuszczonych tak nagle przez księży hiszpańskich i swoich, filipińskich  wyświęconych w międzyczasie, których raptem pozbawiono możliwości pracy misyjnej. Ludzie czuli się w tej sytuacji bardzo zagubieni, a wierzyli już w Boga mocno i szczerze.
San Antonio, Pundaquit, centrum wioski.
Z założenia ten katolicko-nacjonalistyczny kościół podobny jest do katolickiego. Najwyższą cześć oddaje Bogu i Trójcy Jedynemu. Czci Aniołów, Męczenników, Apostołów i Świętych. Szczególny hołd oddaje Maryi Pannie, co dla Filipińskich katolików było bardzo ważne. Do dziś Święta Maryja Panna jest przez Filipińczyków  otaczana szczególną czcią.
Brama wjazdowa do Barangay Pundaquit.
Uznaje też 7 sakramentów i eucharystię pod postacią ciała i krwi Pańskiej. Chleb i wino traktuje symbolicznie i nie daje wiary, aby one zamieniały się w ciało i krew Chrystusa. Ale co tak naprawdę jest inaczej w tym kościele? Otóż nie uznaje on dogmatu nieomylności papieża. Nie godzi się na celibat księży i dopuszcza kapłaństwo kobiet. To są zasadnicze różnice.
Życie mieszkańców toczy się tu leniwie. Pogawędka sąsiadów.
Oprócz tego, preferuje powszechną spowiedź ogólną w kościołach, nie zabrania antykoncepcji i w pewnych przypadkach dopuszcza możliwość aborcji. Watykan widział co się święci i postanowił nie dopuścić do utraty swoich wiernych, aby kilkusetletnia praca katolickich księży na Filipinach nie poszła na marne. Mimo trudności za panowania Amerykanów, nadal przysyłał tu swoich misjonarzy.
Obwoźny sprzedawca wiader, rondelków i innych niezbędnych rzeczy dla domu.
Tak czy inaczej, sporo wiernych wówczas utracono na rzecz niezależnego kościoła narodowego i innego, tak zwanego Kościoła Chrystusa, które to kościoły funkcjonują na wyspach do dzisiaj, chociaż są w mniejszości. 
To tutaj rzeka łączy się z morzem, ale ma mało wody i utworzyła się wysepka.
Po II wojnie światowej, gdy w 1946r Filipiny odzyskały niepodległość, kościół katolicki odrodził się na Filipinach. Powstawały nowe diecezje, znowu zaczęły funkcjonować katolickie szkoły, Filipińczycy kształcili się na księży w seminariach katolickich, a w 1960r po raz pierwszy w dziejach kraju kardynałem został filipiński ksiądz, Rufin Santosa.
W takich bambusowych domkach funkcjonują też małe sklepiki.
Wiarę umocnił w narodzie arcybiskup Manili, kardynał Jaime Sin swoją postawą, czynnie popierając walkę ludu z wieloletnim reżimem Marcosa. Zadbał, żeby ten proces odbył się pokojowo, bez rozlewu krwi. Wezwał Filipińczyków, aby wyszli na ulice z różańcem w ręku i wspólnie modlili się o zakończenie rządów Marcosa. Miało  to miejsce w lutym 1986r.
Szkoły mają zamykane bramy, a często również security przy nich.
Dwa miliony ludzi wyszło wówczas na ulice Manili z samej Manili i  z sąsiednich  miast, dzielnic Metro Manilia. Stali tak z kardynałem Sin na czele, przez cztery dni. Nie uciekali przed helikopterami, które miały do nich strzelać, ani przed czołgami i samochodami pancernymi, wysłanymi przez Marcosa przeciwko nim, tylko cały czas głośno modlili się z różańcem w ręku.
Dziedziniec szkolny. Obecnie pusty, bo to niedziela.
Wojsko nie odważyło się strzelać do modlących się ludzi, coś się w nich złamało. Przecież też byli Filipińczykami i katolikami. Ten moment zdecydował. Ludzie wygrali batalię. Marcos opuścił kraj. Amerykanie na prośbę Kardynała Sin, zabrali rodzinę Marcosów i wywieźli na Hawaje, gdzie krótko potem Marcos zmarł. Śmiercią naturalną, z choroby.
Powrót z "Hopping Islands"
Reżim został obalony przez „rewolucję różańcową”, a Kardynał Jaime Sin jest czczony na wyspach za ten pomysł i czyn do dnia dzisiejszego i będzie na zawsze. Dodatkowo wykazał się chrześcijańskim miłosierdziem i nie chciał zemsty, Filipińczycy też nie. Chcieli tylko, aby Marcos odsunął się od władzy i żeby w kraju zapanowała demokracja. Żeby ludzie nie byli więzieni, potajemnie zabijani, żeby kraj nie był okradany i żeby się rozwijał. I tyle.
Pyndaquit, to miejscowość, w której naprawdę można odpocząć.
 Pociągnę temat w następnym poście, bo wydaje mi się interesujący.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz