Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

wtorek, 1 grudnia 2015

San Antonio, Luzon, Filipiny



San Antonio. Siedzę przy Cross River. Rzeka tu wpływa do morza. Jak ma wodę.
W swoim hotelu „Balai Subic” podpytałam sympatyczną recepcjonistkę, gdzie tu w pobliżu jest jakaś ładna miejscowość z plażą i niedrogimi hotelami czy guesthousami, gdzie mogłabym spędzić miło czas pozostały mi do wylotu z Filipin.
Plaża nie bajeczna, ale czysta i można się kąpać. Piasek popielaty.
Nie chciałabym się za bardzo oddalać od Manili, a jednocześnie odpocząć na koniec od ciągłego podróżowania z miejsca na miejsce i zwiedzania różnych zakątków Filipin. Przyszedł czas na nic nierobienie, więc niech to się dzieje w jakimś ładnym miejscu.
Rybacy prowadzą tu swoje zwykłe życie, ale sporo jest też hoteli przy plaży.
Dziewczyna doradziła mi San Antonio. To jest między San Marcelino, a San Narciso. Jedzie się dużym autobusem firmy „Victory Liner”, którego zatrzymamy przed hotelem. Bilet kosztuje 30 peso, a jeśli autobus będzie z klimatyzacją, to zapłacimy 50 peso.
Jestem tutaj nad morzem i jednocześnie w górach
W tytule postu zaznaczam, że jest to San Antonio na Luzon Isla na Filipinach, bo miejscowości o takiej samej nazwie jest więcej w samych Filipinach, jak również w Hiszpanii i krajach Ameryki Południowej. Dodam jeszcze, że jest to Departament Zambales, a już w San Antonio, Brgy.Pundaquit.Trzeba więc dokładnie podawać lokalizację, aby nie było zmyłki. To nie jest jakieś duże miasto, ale przyjemne. Będę spory kawałek za miastem.
Dzieci bawią się wszędzie. To mała i bezpieczna wioska.
San Antonio leży niedaleko: Subic – San Marcelino – San Antonio, wysiadka. Z tym, że są to bardzo długie miejscowości, ciągnące się kilometrami. Mam wysiąść w San Antonio Pundaquit Beach. Tam mam jeszcze wziąć tricykla, który dowiezie mnie do San Antonio tego przy morzu. Tricykl 50 peso, bo to jeszcze jakieś 5 km jest.
Jest trochę turystów.
Wszystko zapisałam na kartce, żeby się nie pogubić i dzisiaj rano opuściłam ten fajny hotel w niefajnym Subic, żeby ruszyć w nieznane warunki. Miałam niejakie obawy, bo to dzisiaj sobota jest. Czym bardziej chcę unikać zmiany miejsca pobytu w weekendy, tym częściej na weekendy trafiam. Złośliwość losu jakaś. W weekendy trudno o hotel.
Mały kościół katolicki. Niestety, zamknięty na kłódkę, chociaż to niedziela.
A gdy już jest miejsce w jakimś tańszym hotelu, to za weekendy liczą drożej, a za dni powszednie dają tą właściwą, niższą cenę. Najlepiej przenosić się w poniedziałki. Weekendowi turyści z Manili i innych miast wracają do domów i wtedy hotele są wolne.
To też kościół. Ten to dopiero jest mały! jak szopka. Ale otwarty.
No, ale się stało. Recepcjonistka wyszła ze mną na szosę i cały czas czekała ze mną na autobus, żeby mi go zatrzymać i powiedzieć kierowcy, gdzie ma mnie wysadzić. Bardzo miła i uczynna osoba. To jest też korzystna sytuacja, że nie trzeba na terminal do miasta jechać, a można zatrzymać w dowolnym miejscu przejazdu busa, na szosie.
Spacerek brzegiem morza.
Czekałyśmy nie dlatego, że autobusu tak długo nie było, tylko dlatego, że jechały wypełnione na full pasażerami i kierowcy pokazywali, że nie mogą już nikogo zabrać.
Tricykle i wszędzie susząca się bielizna. Swojski obrazek na Filipinach.
Generalnie autobusy od rana do południa jeżdżą bardzo często, nieraz po prostu jeden za drugim. Pod wieczór, ok.18.oo godziny jest już o autobus trudniej. Jadą tylko te w długą, całonocną trasę. O g.18.oo jest tutaj już zupełnie ciemno.
Przyjemnie jeść obiad na plaży, spoglądając jednocześnie na góry.
W końcu autobus zatrzymał się, bo miał jeszcze kilka wolnych miejsc. Był bez klimatyzacji, bilet kosztował 30 peso. Recepcjonistka wszystko kierowcy wytłumaczyła, więc jechałam sobie na luzie, nie martwiąc się, gdzie wysiąść. San Antonio wygląda na ładne miasteczko, ale żeby mu się lepiej przyjrzeć, muszę tu któregoś dnia podjechać tricyklem i pochodzić po nim.
Rybak ceruje sieci.
Teraz przesiadłam się do tricykla, który nie ściemniał, a podał rzeczywistą cenę za przejazd, 50 peso, jak mówiła mi kobieta w Subic. (Obecnie 1 $ = $ 47,16 peso, sprawdziłam w Subic). Poprosiłam o podwiezienie do „Wild Rose Beach Inn”, ale zastrzegłam, że jak będzie za drogo, to pojedziemy dalej, szukać innego hotelu. Ok !
"Wild Rose Beach Inn", tutaj mieszkam. Kanadyjczyk zaznaczył swoją narodowość.
Było za drogo, 1000 peso, ale driver powiedział, ok, możemy jechać dalej, lecz one wszystkie tu są droższe jeszcze. Powiedziałam, że jak nie będą tańsze, to wracamy na szosę do autobusu i jadę do Manili. 1000 peso nie zapłacę i już.
Pokój nie jest taki duży, jak w Subic, ale ma wszystko, czego potrzebuję.
Powiedział to kobiecie, a ona zadzwoniła do bossa. Ten hotel jest własnością Kanadyjczyka ożenionego z Filipinką. Na budynku znajduje się flaga Kanady. Z tego wnosiłam, że warunki tu mogą być lepsze, niż w typowo filipińskim tanim hoteliku, ale 1000 peso w sytuacji, gdy planuję dłuższy pobyt, to cena nie do przyjęcia w Filipinach.
Jest czysty basen. Drugie okno po lewej, to od mojego pokoju.
Po negocjacjach na trzy gęby, moją kobiety i drivera oraz dwóch rozmowach telefonicznych z bossem, stanęło na 800 peso. Pokój czysty z własną łazienką, ikno wychodzi na basen, łóżko duże wygodne. Jak nie ma być duże, skoro na dwie osoby pokój jest.
Małe, sympatyczne Filipinki.
Trudno gdziekolwiek tutaj o jednoosobowy pokój. Praktycznie to ja zawsze płacę za dwie osoby, dlatego dla mnie drogo wychodzi. Płaci się bowiem za pokój, a nie za osobę. Gdy kiedyś jeździłam z wycieczkami zorganizowanymi do krajów europejskich, też za pokój jednoosobowy liczyli podwójnie.Taki los singla. Widocznie nigdzie ich nie lubią.
Tutaj również oferują noclegi. Pierwszy po prawej, to sklepik.
Mam w pokoju telewizor, wprawdzie nie taki duży, jak w Subic, ale z płaskim ekranem i ma stację CNN. Jest też air conditioning, a nie wiatrak. A Wi-Fi? To dla mnie ważna sprawa. Bez Wi-Fi nie mogę mieszkać, bo tu nie ma kafejek internetowych. Są w miasteczku, te 5 km dalej, gdzie przecież nie będę ciągle jeździła.
Można też wynająć pokój w takich domkach kampingowych.
Jest Wi-Fi i odbiera w pokoju. To przesądziło sprawę i wzięłam ten pokój. Driver powiedział, że słusznie bo inne hotele tutaj rzadko mają Wi-Fi. Chyba, że te bardzo drogie. To Kanadyjczyka hotel, więc dla niego to oczywiste, że musi być internet. Ok. ale jest drogo.
Filipińczycy wszędzie muszą mieć kosz do piłki. To ich gra narodowa.
Pokój mieści się na piętrze, wchodzi się do niego wprost z galeryjki, a w dole zamiast patio, jest basen. Super sprawa! Bo mogę z pokoju wyjść już w kostiumie kąpielowym wprost do basenu i nie muszę się martwić, kto mi rzeczy na piasku przypilnuje.
San Antonio, Brgy.Pundaquit, Dep.Zambales, Luzon Isla, Filipiny.
Z hotelu do morza mam 200m, może nawet 150. Mogę sobie tam na spacery chodzić i przyglądać się pracy rybaków, których tutaj mieszka i pracuje bardzo dużo. I lenić się, lenić!
Na plaży, na tle łódek i gór. Takie coś, to tylko na Filipinach!
A jest w San Antonio bank BPI? Nie ma. Najbliższy BPI jest w Subic. No, masz ci los! Dobrze, że wczoraj wybrałam w Subic trochę gotówki, bo byłby problem. Ale jest inny bank, dodała szybko kobieta. W razie co, można pieniądze wybrać z jego bankomatu. Ok. No, można, ale ja jestem na Filipinach przekonana jedynie do BPI.
Przyjemnie posiedzieć pod daszkiem w cieniu, mając taki widok przed oczami.
Najpierw pobiegłam na plażę. Nie jest to rajska plaża, ale może być. Bardzo dużo łódek rybackich i usługowych, takich wycieczkowych, co wożą turystów w różne miejsca. Jutro się dowiem, gdzie. Na plaży jest bardzo ładnie, bo jest widok na kolorowe łódki, a z boku, na pięknie ukształtowane góry. Podoba mi się tutaj.
Restauracja niezbyt droga. Można też tutaj zapisać się na naukę surfowania.
Z plaży wyszłam na inną uliczkę i zatrzymałam się na obiad w jednej z restauracji będących przy drodze. Nie w blaszaku tym razem. Jak szaleć, to szaleć! Tyle na razie. Jak pozwiedzam trochę, to napiszę następny post.
Myślicie, że te piwa w wiaderku to dla mnie? już bym o własnych siłach stąd nie wyszła.
Znowu nie mają w menu żadnej surówki z warzyw, ani sałatki. Mnóstwo warzyw uprawiają, mnóstwo warzyw sprzedają na targu, a restauracje nie serwują do posiłków żadnych warzyw. Ani surowych, ani gotowanych. To na Filipinach jest problem i zarazem coś, co bardzo mnie dziwi.

2 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Andrzej, każdy może być tam, gdzie chce :) Świat wcale nie jest taki wielki, jak nam się za młodu wydawało siedząc bez paszportu w zamkniętych granicach Polski (też pięknej :) Możemy być w każdym zakątku kuli ziemskiej w kilka, góra kilkanaście godzin, jeśli tylko naprawdę tego chcemy i jeżeli jesteśmy w stanie oderwać tyłki od fotela przed telewizorem lub komputerem :) przy okazji, spóźnone trochę, ale serdeczne życzenia imieninowe! żyj długo, zdrowo i spełniaj swoje marzenia :)
      Zosia

      Usuń