Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

sobota, 12 grudnia 2015

San Antonio, Hopping Islands

Usłyszałam hałas, wyszłam z pokoju na galeryjkę i co? włączyli nam wodspad na basenie.

Moja gospodyni w „Wild Rose Beach Inn” zapukała wieczorem do mojego pokoju, aby powiedzieć, że następnego dnia, w niedzielę mogę jechać na hopping Islands, na te wyspy, co chciałam je zobaczyć. Angielski turysta płynie jeszcze z dwiema osobami, więc gdy dołączę do nich, wycieczka wyniesie mnie taniej. 300 peso od osoby.
Fajnie, mamy swój wodospad. Jaquline i Devi coś podjadają, a Francheska moczy nogi.
No, to rozumiem. O to mi właśnie chodziło. Oczywiście, że skorzystam z oferty. Wypływamy o 10.oo rano, znaczy, też o normalnej godzinie. Można się wyspać bez ustawiania budzika, spokojnie zjeść śniadanie i wypić kawę. Ok, tak lubię. To płyniemy.
Ląd zostaje za nami. Płyniemy.
Davie jest z Wielkiej Brytanii. Podróżuje po Filipinach z Jacqueline, Filipinką oraz jej córką Francheską. Jacqueline wraz z córką na co dzień mieszkają na jednej z wysepek w pobliżu Cebu. Tutaj, w San Antonio zamieszkali w tym samym hotelu, co ja. Spotkaliśmy się przy basenie. Sternik naszej łodzi przyszedł po nas do hotelu.
Łódka wąska. Siedzimy na drągach po bokach.
Nie musieliśmy niczym do łodzi jechać, bo mieszkamy parę kroków od plaży i tutaj zacumowała nasza łódź o nazwie „Lady Fatima”. Zbytniej wygody to na takiej łódce z płozami nie należy się spodziewać. Jest wąska. Siedzi się na burcie, do której przywiązane są dodatkowo po dwa bambusowe drągi, żeby siedzisko było szersze.
Oto nasza wycieczka: Ja, David, Francheska i Jaquline. Młodzież skwaszona nieco.
Ale w tym właśnie jest urok pływania taką łódką. Autentyczne warunki, jakie mają filipińscy rybacy w pracy. Tylko na drugi dzień czuje się trochę na tyłku te twarde drągi. Trzeba też być przygotowanym na ciągłe chybotanie łodzi i zalewanie jej wodą. Sprzęt i dokumenty radzę  trzymać w wodoodpornych pokrowcach. Poza tym, jest ok!
Mijamy różne zamieszkałe i niezamieszkałe wyspy. Niektóre mają ładne plaże.
Dobijaliśmy do trzech wysepek po kolei. Wysepki małe, można je obejść na piechotę. Przechodzisz z jednej strony wyspy na drugą i znów masz morze. Idziesz w poprzek i też dochodzisz do morza. Czujesz się, jak Robinson Cruzoe. Wszędzie wielka woda.
Wysiadamy. Widać, jaka czysta i przezroczysta jest woda?
Może ta  ostatnia była trochę większa, Anawangin Cove. To prywatna wyspa, po zejściu na ląd musieliśmy zapłacić 50 peso, żeby  chodzić po niej. Żadnych biletów się nie dostaje, trzeba uważać, komu dajemy pieniądze, żeby potem ktoś inny drugi raz nie zażądał. Prywatny men zbierający pieniądze, żadnego identyfikatora nie ma.
Filipińskie sosny, czyli Agoho na Anawangin Isla.
Na Anawangin Cove jest uroczo, ale dosyć ludno, ponieważ jest tam pole campingowe, na którym można rozłożyć się z namiotem lub wynająć któryś z już stojących namiotów. Sporo ludzi zostaje tu na noc. Te do wynajęcia są takie malutkie na jedną, góra dwie osoby. Jeśli śpimy na wyspie, płacimy 150 peso od osoby za pobyt. Za namiot, nie wiem ile, nie pytałam.
Wody w rzece mało. Tubylcy pokonują ją w bród.
Na każdej z wysp mogliśmy być, jak długo chcieliśmy, Przewoźnik nas nie popędzał. Był zarazem guide i na wszystkie pytania dawał wyczerpujące odpowiedzi. Można się kąpać i można wypożyczyć rurki, żeby sobie posnorkować. Woda czysta, przezroczysta, wszystko w wodzie świetnie widać.
Zadaszenia-stołówki między morzem, a rzeką w lesie Agoho.
Anawangin Cove Isla na tyle rzadko porośnięta filipińskimi endemicznymi drzewami Agoho, że swobodnie wśród drzew można rozłożyć namiot. Można posiedzieć przy drewnianych stołach, rozłożyć na nich przywieziony z sobą prowiant i posilić się. Przygotowano wszystko dla wygody turystów. Jest bieżąca woda i sanitariaty oraz basury.
Prośby o zachowanie czystości. Wszędzie porozstawiane są kosze i worki na odpady.
Restauracji ani żadnych blaszaków z jedzeniem tam nie ma. Na Capones i Camara, to absolutnie nic z takich rzeczy nie uświadczysz. Na Anawangin Cove zdarza się obnośny sprzedawca, który przypłynął tu swoją łódką, ale oni mają tylko dmuchane jedzenie chipsowe, jakieś orzeszki, czyli nic konkretnego. Czasami mają wodę mineralną w małych butelkach na dwa łyki. Wszystko trochę droższe, oczywiście, niż na lądzie.
Przewiewna stołówka dla tych, co przywieźli z sobą prowiant.
Jest za to sporo zadaszonych od słońca miejsc przygotowanych dla turystów, aby mogli przyrządzsobie posiłki we własnym zakresie. Są tam paleniska, krany z wodą, stoły i ławki drewniane. Można się ze swoim jedzeniem rozłożyć, lub zgrilować kupioną od rybaka rybę.
My skorzystaliśmy z plażowego sklepiku i Dive kupił nam lody od obnośnego lodziarza.
Przy jednym palmowym zadaszeniu można nawet coś konkretnego do jedzenia, przyrządzonego na poczekaniu kupić. Albo można pójść do mieszkających tam tubylców, którzy mają podręczne sklepiki i kupić jakieś konserwy rybne, zupki chińskie instant,również świeczki, zapałki itp. Gdy sytuacja nas do takich zakupów zmusi. Komórki nie mają tu zasięgu i bardzo dobrze, ludzie mają więcej czasu dla siebie.
No, i coś konkretnego też sobie kupiliśmy.
Poza kąpielą w morzu i snorkowaniem można sobie po wyspie pospacerować, co właśnie ja uczyniłam. Drewnianą kładką przeszłam na drugą stronę rzeki i przeniosłam się na plażę z drugiej strony wyspy. Potem pochodziłam sobie między pięknymi, bardzo wysokimi drzewami Agoho. Na Filipinach trudno gdzieś zobaczyć iglaste lasy, a tutaj są.
Płyniemy dalej
Jeśli zostajemy na noc i mamy dużo czasu, możemy wejść na górę. Trekking trwa zazwyczaj od 3 do 4 godzin, jest trochę męczący, za to widoki z góry na Morze Południowochińskie i piaszczyste zatoki, nie do opisania. Tak zapewniają ci, co tam byli.
Panna Francheska, humorzasta nastolatka uśmiechnęła się wreszcie na prośbę mamy.
My na wyspie zjedliśmy posiłek (ja, rybę) i pochodziliśmy po okolicy robiąc zdjęcia. Gdy z pagórka zobaczyłam, że Davie i Jacqueline są już w pobliżu naszej łódki, zeszłam do nich, żeby nie musieli zbyt długo specjalnie na mnie czekać. To była bardzo fajna wycieczka.
Podpływamy do tej pięknej, kolorowej skalistej wyspy......
Wieczorem posiedziałam dłużej przy basenie z Davidem, bo bardzo nam się dobrze przy piwku rozmawiało. Jaquline z Francheską wróciły do siebie, na swoją wyspę, a Dave zostaje tu jeszcze przez kilka dni sam. Będzie mu się nudziło bez dziewczyn.
.......i zostawiamy część załogi. Będą łowić tu ryby.
Po powrocie do pokoju spakowałam się ostatecznie i zaczęłam szukać w internecie jakiegoś niedrogiego hotelu w Manili, w której mam zamiar spędzić siedem dni dzielących mnie od wylotu z Filipin. Początkowo miałam zamiar zatrzymać się w Malate, bo to podobno bardzo turystyczna dzielnica Manili Metro.
Mijamy inne wyspy, przy których można się zatrzymać........
Rozmyśliłam się jednak, bo ze wszystkich wpisów, na jakie w internecie natrafiłam, dowiadywałam się, że to już nie tyle turystyczna dzielnica, co dzielnica czerwonych firanek, w której zrobiło się ostatnio niebezpiecznie. Skoro mam się bać chodzić ulicami po zmroku, to lepiej zatrzymać się w Makati. Myślę, że wystarczy, jak ją zwiedzę tylko.
.......jeżeli wynajmie się na przykład taką łódkę na cały dzień, tylko dla siebie.
Malate ma ciekawą historię. Powstała za czasów amerykańskich. Amerykanie zbudowali to miasteczko w swoim stylu i pod swoje potrzeby. Zamieszkali w nim przebywający tu na stałe podczas stacjonowania Amerykanów na Filipinach, jak również potem, przybywający ze Stanów imigranci. Teraz słowo imigranci źle się kojarzy, ale Amerykanie nie przylatywali do Filipin z powodu biedy czy prześladowań, lecz z własnej nieprzymuszonej woli.
My trzymamy się programu. Dostajemy to, za co zapłaciliśmy.
Amerykanie podobnie, jak Europejczycy lubią Filipiny za ich klimat i ceny. Również za przyjaźnie do świata nastawionych ludzi.Gdy czasy amerykańskie dobiegły końca, część Amerykanów wyjechało, a część zostało w Malate. Miasteczko oferowało sporo rozrywek. Ciągnęła do Malate bohema, szczególnie za czasów dyktatury Marcosa, znajdując tutaj, wśród amerykańskiej społeczności bezpieczne schronienie. Bowiem wszyscy, mimo trudnych czasów czuli się tutaj szczęśliwi.
Przeszłam na drugą stronę wysepki, a tam też morze.
Malate stało się później atrakcyjne również dla turystów. Amerykańskie domy, wille i bungalowy zostały zaadaptowane na hoteliki, restauracje, kawiarnie, puby i bary. Miasto stało się bardzo rozrywkowe. Część Amerykanów wróciło i od nowa zapuściło tu korzenie.
Spacerek po wyspie .
W okolicach ulic Maria Orosa, Adriatico, Nakpil jest bardzo przyjemna i luźna atmosfera, często odbywają się na świeżym powietrzu jakieś występy, tańce, korowody, koncerty. Można tam dojechać kolejką LRT-1 i wysiąść na stacji Quirino lub Vito Cruz.
My już w łódce. Panowie spychają nas na wodę.
W Malate znajduje się pierwszy zbudowany w Manili stadion sportowy Riazal Monument Sport Complex, jak również Ogród Zoologiczny i Ogród Botaniczny. Wszystko to bardzo ciekawe jest do zwiedzenia, jak również sama Manila Bay, ale ostatecznie znalazłam dla siebie hotel w Makati, dzielnicy biznesowej, ale o tym już w następnym poście.
Na wyspie Anawangin
Rankiem po kawie i lekkim śniadanku przyrządzonym w pokoju z resztek wszystkiego, co zostało, a zostało niewiele, zdałam pokój. Gospodyni wezwała komórką tricykl, żeby zawiózł mnie do San Antonio Town na terminal autobusowy i sama wytłumaczyła driverowi o który terminal chodzi, żeby nie woził mnie po wszystkich terminalach bez potrzeby. 
Sklepiki na Anawangin. Można kupić też wiązki drewna na ognisko.
Autobusy bowiem jeżdżą z różnych terminali w zależności od tego, jaką reprezentują firmę i do jakiego miasta jadą, o czym już pisałam w innych postach. Ale trzeba o tym pamiętać, żeby nie tracić czasu na błądzenie po różnych terminalach.
Białe plaże wysepek w pobliżu San Antonio
How much, pytam dla pewności drivera, a on bez zmrużenia okiem mówi 60 peso. Wiem, że ta trasa to koszt 50 peso (gospodyni mi powiedziała), o czym go uprzejmie poinformowałam i z czym on się natychmiast zgodził.
W powrotnej drodze zabieramy naszych rybaków. Złowili całą reklamówkę ryb!
Zawsze jednak gdy pytasz, dostajesz wyższą cenę, chociażby o 10 peso. Niby to niewiele, ale chodzi o to, że jak jesteś turystą musisz liczyć się zawsze i na każdym kroku z zawyżaniem ceny przez tubylców. Taką mają fantazję.
To już nasz ląd, San Antonio, Pundaquit.
Pożegnałam się z gospodynią i wygodą w tym miłym, kanadyjskim hoteliku. Szczególnie będzie mi brakowało basenu, w którym tutaj codziennie pod wieczór się moczyłam, pluskałam z przyjemnością, a nawet pływałam od ściany do ściany.
Wysiadka! Koniec wycieczki.
Czas jednak ruszać w dalszą drogę. Ostatni etap, Manila!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz