Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

wtorek, 29 grudnia 2015

Filipiny - Piekło manilskich ulic

Chodząc kilometrowymi przewieszkami, oglądam ulice z góry.
Bilet autobusowy do Manili kosztował 200 peso, kierowca obiecał wysadzić mnie na Makati w pobliżu Amorsolo Street, które wskazałam, bo tam miałam upatrzony jeden z hoteli. Wiedzę miałam taką, że gdy w tym hotelu nie będzie miejsca lub pokój będzie drastycznie drogi, w pobliżu jest kilka innych hoteli, do których swobodnie mogę potoczyć się ze swoją walizką.
Amorsolo Street, Makati. Tu mieszkam, nad tą chińską restauracją.
Drastycznie drogi, tak to tym razem określiłam, bowiem miałam zamiar zatrzymać się na koniec pobytu na Filipinach w lepszym hotelu, czyli trochę droższym, niż zatrzymuję się zwykle, przebywając tutaj długi czas. Uznałam, że trochę komfortu mi się na koniec pobytu należy. Gdyby jednak był drastycznie drogi, to poszukam innego lokum.
Zielone ulice Makati
„Creek Amorsolo Hotel” owszem, jest droższy, niż były dotychczasowe moje hotele, ale: jest blisko do lotniska i zapewniono mnie, że taxi do airport kosztuje tylko 100 peso (2$ z centami). Jeśli żądałby więcej, a umawiam się do ceny zawsze nim wsiądę do pojazdu, to pani z recepcji go uświadomi, jaka jest prawdziwa cena i przywoła do porządku.
Widok z tarasu
Poza tym w pokoju jest internet, własna łazienka, air condition, telewizor, śniadania w cenie, co pozwala mi oszczędzić około 250 peso dziennie, jak również czas na szukanie jakiejś niedrogiej i czystej restauracji. Poza tym, po niezbyt długich negocjacjach i wykonanym telefonie do szefa, dostałam dodatkowo 20% rabatu za całość.
Makati, dzielnica biznesowa
Ostatecznie wyszło niemal tyle samo, co w dotychczasowych tanich hotelach. Przede wszystkim jest tutaj bardzo czysto w pokoju i w łazience. To zadecydowało i zostałam tutaj. Swoją drogą nigdy nie wiadomo, czy wszystko będzie dobrze działało, jak już zamieszkam.
Mają tu również Seven-Eleven. Bardzo wygodny sklep dla turystów.
Na Filipinach różnie z tym bywa, testujemy na sobie i dopiero potem odkrywamy różne braki. Gdy  przyjechałam na Filipiny, a przylatując do tego kraju zawsze trzeba otrzeć się o Manilę, mieszkałam również  w Makati, ale w dzielnicy Poblacion, w rejonie ulic Generała Luna i Burgos.
Księgarnia. Można też tu zrobić xero lub wydrukować dokument z pendrive
Teraz mieszkam w dzielnicy Pio Del Pilar, przy skrzyżowaniu Rufino Street z Amorsolo Street. Jedyną zaletą tego położenia, jest bliskość lotniska. W innych kwestiach wygody nie ma. Daleko jest do LRT i MRT, a na piesze wędrówki są zbyt duże odległości. W pobliżu, oprócz jednego muzeum nie ma nic do zwiedzania.
Ulice Makati
Mając jednak w pamięci kłopot z wydostaniem się poprzednim razem ze starej Manili do Makati i potem wydostanie się z Makati na lotnisko, gdy nawet taxi nie chciały jechać za żadne pieniądze ze względu na niewyobrażalne korki w tej dzielnicy, tym razem bliskość lotniska stała się moim priorytetem przy wyborze hotelu. Zwiedzanie mogę sobie odpuścić.
Nowoczesna zabudowa Makati
Starą Manilę zwiedziłam za poprzedniej bytności w tym mieście wraz z grupką turystów i Przewodnikiem wolontariuszem. Manila Bay i jej okolicę, też mam już zaliczoną poprzednim razem. 
Można chodzić przewieszkami ciągnącymi się przez kilka ulic.
Mając teraz trochę czasu, wybrałam się w niedzielę do Manila- Malate, aby zobaczyć tą amerykańską dzielnicę i natychmiast pożałowałam tego pomysłu, gdy tylko wyszłam z kolejki na Taft Avenue w Malate.
Na dole trudno przejść na drugą stronę ulicy.
Myślałam, że w niedzielę będzie łatwiej, spokojniej, ponieważ część ludzi odpoczywa po tygodniu pracy, a część wyjechała poza miasto na weekend, ale się myliłam. Najpierw mnie wkurzyło, że muszę środkiem centrum handlowego, między ciuchami i innymi towarami brnąć do kolejki LRT.
Chodząc górą można oglądać kolorowe murale
Szłam, szłam i końca nie było. 45 minut ciągłego marszu przez sklepy! To jakieś szaleństwo. Centra handlowe ciągną się tutaj kilometrami. Nawet nasze Janki to pryszcz, podług tutejszych ciągów zakupowych.
Zamalowano również sufit i rury, co stworzyło przyjemną przestrzeń w przejściu.
Chodzi się przewieszkami ponad ulicami, przechodząc przez środek różnych sklepów na ciąg dalszy przewieszki. Co rusz schody w dół, schody w górę. Te w dół jeździły, te w górę miały zazwyczaj awarię i trzeba było pokonywać je pieszo. Wszędzie tłumy ludzi. Patrząc w dół na ulicę, jeszcze gorzej. Powódź ludzi i samochodów na jezdniach. No sejf.
Ciekawa architektura
W jednym ciągu ze sklepami znajdują się restauracje, kawiarnie, lodziarnie, Mc Donaldy, Jollibele, Dunkany, Bakery i co tam jeszcze wymyślono, aby dostarczać ludziom przez cały czas mnóstwo jedzenia. Ludzie albo idą falą, albo jedzą przy stolikach między płynącym tłumem, albo idą i jedzą równocześnie.
Cały czas idę przewieszką. Mogę teraz zejść schodami lub skręcić w lewo i dalej iść górą
Niektóre stoliki kawiarniane stoją już w obszarze sklepów, między wiszącymi ciuchami. Obłęd po prostu. Trzeba to wszystko pokonać i iść dalej za strzałkami wskazującymi kierunek do LRT. Tyle, że LRT ciągle nie ma, a sklepy ciągną się bez końca.
Zeszłam na dól na pocztę i wysłałam kartki świąteczne do Polski
Gdy w końcu osiągnęłam przewieszkę prowadzącą na Ayala Station LRT, po obu stronach wiaduktu stały gęsto stragany z różnym towarem, na przemian ze straganowym jedzeniem. Myślałam, że mdłości dostanę od patrzenia na te ogromne ilości żarcia, ale właściwie dla mnie, to nic konkretnego tam do zjedzenia nie było. Wszystko takie śmieciowe żarcie.
Na przewieszkach w Malate trudno przejść. Dodatkowo stoją tu stragany ze wszystkim
Trafiłam na stragan z pachnącymi, smażonymi bananami w cieście i w naleśniku. Kupiłam po jednym z każdego i jak inni ludzie, szłam dalej i jadłam. Potem weszłam do Seven-Eleven i zrobiłam sobie gorącą kawę. Szłam i piłam tą kawę, aż doszłam do kasy biletowej LRT. Bilet do Taft Avenue kosztuje 12 peso i jest to ostatnia stacja LRT na tej trasie.
Kupiłam u pani pyszne banany zapiekane w cieście
Dalej w Malate trzeba iść pieszo lub jechać jeepneyem. Tricykli w Makati nie ma wcale. W Malate można je spotkać, ale niewiele. Jeździ tam za to mnóstwo jeepneyi. Tak mnóstwo, że nie mają gdzie przystawać, bo wszystkie wolne miejsca przy krawężniku  zastawione są jeepneyami, autobusami i innymi pojazdami.
W biedniejszej dzielnicy chłopaki grają w kosza na ulicy
Ludzie plączą się po jezdni między tym wszystkim, co znajduje się w ciągłym ruchu i wsiadają do odpowiednich pojazdów, które prawie nigdy się nie zatrzymują na dobre, jedynie w korku. Ja nie wiem, który pojazd jest dla mnie odpowiedni, żeby dostać się na Bulwar w zatoce, więc nie wiem, w który wsiąść.
Wydostanie się z zatłoczonych przewieszek na właściwą ulicę, jest sztuką.
Już tylko chcę na bulwar, bo tłok na chodniku, ścisk, spaliny, trąbienie pojazdów i ogólne szaleństwo na ulicach Malate spowodowało, że ja już nic nie chcę tu zwiedzać, chcę się tylko stąd jakoś wydostać w spokojniejsze miejsce, gdzie będę mogła złapać oddech i swobodnie się poruszać. Cały czas trzymam kurczowo przed sobą plecaczek.
Na dole wielkie targowisko
Nie mam gdzie stanąć z boku, żeby spojrzeć na mapę, jak się to miejsce w którym stoję ma do miejsca, w które chcę iść. Nie ma tu żadnego „boku”, choćby wnęki jakiejś, bramy, placyku przed jakimś bankiem, albo co. 
Przewieszka wąska, trzeba jeszcze omijać stragany. Ścieżka prowadzi wprost do sklepu
O robieniu zdjęć właściwie nie ma co myśleć, ale w desperacji wyciągam aparat i trzymając go na plecaczku, który obejmuję z przodu, robię kila zdjęć dla dokumentacji sytuacji.
To jedna z biedniejszych dzielnic
Wszędzie faluje jedna ogromna masa ludzka zapełniając każde, najmniejsze nawet załamanie na ulicy, każdą szparę, wnękę, a na jezdni toczy się walka pojazdów na klaksony, co ma ułatwić torowanie im drogi, aby posuwali się żabimi skokami do przodu.
Życie toczy się tutaj na ulicy. Właśnie gotuje się herbata na żarowej kuchence.
Między tą masą ludzką i samochodową urzędują sklepikarze straganowi i stolikowi oraz sprzedawcy filipińskich przekąsek, czyli flaków na patyku, kurzych skrzydełek, ociekających olejem panierek, w których nie wiadomo, czy znajdzie się chociaż kawałek jakiegoś mięsa, czy ta panierka jest tutaj przysmakiem sama w sobie.
Tutaj, pod wiaduktem można stać godzinami, ciężarówki nie przepuszczą pieszego
W tym wszystkim urzędują sprzedawcy owocowych napojów przyrządzanych na poczekaniu w mikserze. Muszą te owoce obrać, zmiksować, przelać w kartoniki i gdzieś to wszystko umyć co chwilę. Naprawdę nie wiem, jak oni to robią w tym ścisku porównywalnym jedynie z tłumem w metrze w godzinach szczytu. Sanepid miałby tu sporo roboty.
Dołem jeździ też pociąg, przecinając gwarne ulice w poprzek. Na ulicy pół szlabana.
Ja już nie chcę nawet na bulwar, chcę wrócić do Makati i to już, natychmiast. Wiem, że gdyby udało mi się przedostać na Roxas Boulevard, byłoby już luźniej i mogłabym zrealizować swój plan zwiedzania Malate. Problem w tym, że niesiona ludzką falą, nigdzie nie dojdę i mam już tego dość. Wracam do Makati. Takie coś jeszcze mi się nie zdarzyło.
Pan zawiadowca stacji kolejowej. Cały w emblematach i ma gwizdek.
Wchodzę w ten ścisk między trąbiące samochody do posuwającego się wolno w korku jeepneya i idąc razem z nim po jezdni mówię, że ja chcę go for Makati. Okazuje się, że to nie w tą stronę. Mam przejść na drugą stronę ulicy przewieszką. O rany! znowu? Jezdnią zupełnie się nie da, nawet gdybym zaryzykowała zygzakowaty taniec między płynącą falą samochodów. Jezdnia przedzielona jest żelazną barierą.
Zamknięte osiedla mieszkaniowe dla bogatszych ludzi. Condominia.
Wkurzam się na siebie. Jaki diabeł mnie podkusił, żeby ruszać w Manilę Metro! Przecież wiedziałam, że to trudne miasto i generalnie wcale nieciekawe, a jednak się uparłam na zobaczenie Malate, zupełnie nie wiem po co. Do LRT już nie wrócę. Za daleko trzeba się przeciskać wśród tłumu, sklepów i hałasu. Musi być jakiś autobus do Makati, tu z jezdni.
Po przeciwnej stronie, wzdłuż torów ciągną się slumsy
Patrzę do góry na te przewieszki i ciarki mnie przechodzą, że znowu muszę tam wejść, aby przedostać się na drugą stronę Taft Avenue. Łapię głęboki oddech i ściskając przed sobą plecaczek wchodzę w ten kolorowy, miękki tłum ludzkich ciał, posuwając się schodami do góry, bo ruchome schody zagrodzone, są w naprawie.
To już ostatnie tygodnie życia tych slumsów
Jestem już po właściwej stronie ulicy, mogę więc wsiąść do odpowiedniego autobusu, ale który to jest odpowiedni? Znowu zatrzymuję jeepneya, a właściwie idę razem z nim. Driver mówi, że jeepneye tam nie jeżdżą, tylko large buses. Zatrzymuję duży, bo duże też w tym korku stoją. Duży mówi, że ok, ale jego firma tam nie jeździ muszę inny duży zatrzymywać.
Blaszane, zardzewiałe slumsy są burzone
Posuwam się do przodu razem z pojazdami, bo to droga w stronę Makati, więc z każdym krokiem zbliżam się do celu. Chodzę po jezdni między nimi nie zwracając uwagi na trąbienie, podobnie, jak robią to inni ludzie. Każdy chce gdzieś jechać. Najważniejsze aby się z tego piekła wydostać gdzieś na normalną ulicę, na jakąś wolną przestrzeń.
Wzdłuż torów idą koparki i taranują blaszane baraki biedoty miejskiej
Co chwilę, po prawej stronie mijam terminale dużych autobusów. Są po prostu co kilkanaście metrów, między budynkami, na mini placykach, ale żadne z nich do Makati nie jadą. Pytam kierowców tych autobusów, znajdujących się w ruchu na jezdni i tych na terminalach. Nic z tego. W końcu jeden z zatrzymanych na jezdni mówi: wsiadaj.
W niedzielę, gdy koparki nie pracują, ludzie wracają na stare śmieci, czegoś szukając
To wsiadłam. Jedziemy, na ile nam korek na jezdni pozwala. Tłumaczę kierowcy w rejonie jakich ulic pasuje mi wysiąść, skąd miałabym już najbliżej. Chcę na Amorsolo Street, ale może też być Rufino lub Sen Gil Puyat Avenue albo Ayala Avenue. Z tych ulic dojdę już do siebie pieszo. Najważniejsze, to wydostać się z Malate.
Każdy ma przydział obowiązków. Dziecko w wózku informuje o zakazie parkowania
Driver mówi, ok, jedzie przez Ayala Avenue i tam mnie w odpowiednim miejscu wysadzi. Kupuję u konduktora bilet za 10 peso i wreszcie oddycham z ulgą. Siedzę sobie wygodnie w klimatyzowanym autobusie, tuż za kierowcą, który wywiezie mnie z tego piekła na normalną ulicę miasta Makati. Dzięki ogromne! Koszmar się kończy.
Powrót do Makati dał wytchnienie. Spokój, cisza. Mieszkańcy malują na święta swój dom.
Kierowca zatrzymuje się przy narożniku i mówi, że tu mam wysiąść i kierować się na prawo. Ok! Thank You! Very, very thak you!  Wreszcie! Wysiadam, a tu cisza, świeże powietrze, puste ulice, normalny ruch na jezdni. Inny Świat! Nie uszłam wiele i już poznaję okolicę.
W kościele bez ścian odbywa się właśnie msza święta. Jest niedziela.
To kościół na wodzie. Byłam tu trzy dni temu i poprzednio, gdy pierwszym razem przebywałam w Manila-Makati. Lubię to miejsce. Jest zielono wokół, spokojnie. Dzisiaj niedziela i właśnie odbywa się msza święta. Ludzie słuchają jej w kościele, na kładkach nad strumykami, przy zbiornikach z czerwonymi rybkami, wśród palm. Pełen luz.
Mszy można też słuchać na zewnątrz, nad wodą. Wzędzie są głośniki.
Wróciłam do hotelu. Po drodze kupiłam w Seven-Eleven dwa spore pierogi z vege nadzieniem, wodę mineralną i puszkę piwa Red Horse. Na dzisiaj dosyć wycieczek! Prysznic, kawka, posiłek, piwko, świeże wiadomości w CNN i laptop na kolanach w półleżącej pozycji na łóżku oraz włączona klimatyzacja na full! Tego mi teraz potrzeba.
Z okazji świąt w Makati zrobili sobie zimę
„Creek Amorsolo Hotel” ma jednak swoje wady, nie jest idealny. Owszem, jest czysty, ale stwarza problemy. Na przykład, kartki na śniadanie nie dadzą w ilości, na ile dni wykupiłam pokój, lecz po jednej,  z dnia na dzień. Po kiego licha taki problem robić?
W upale 32 st.C jest kawałek białej, mroźnej zimy na deptaku
Każdego ranka muszę najpierw zejść do recepcji po kartkę na śniadanie i znowu wejść na górę do kawiarenki, tuż obok mojego pokoju, gdzie śniadania są wydawane.
Również choinki, góra śniegu i szopka bożonarodzeniowa
To samo z internetem. Codziennie zmieniany jest password. Budzę się rano o 7.oo, robię sobie kawę w pokoju i chciałabym wejść na pocztę lub przenieść zdjęcia do bloga. Na śniadanie mogę zejść potem, bo są one wydawane do 10.30. Nic z tego. Muszę się ubrać i zejść do recepcji po nowy password, bo mamy już nowy dzień. Wczorajszy nie działa.
Atmosfera całkowicie świąteczna, mimo upalnej pogody.
Zabawnie jest tu rozwiązany problem ze sprzątaniem pokoju. Po zewnętrznej stronie drzwi, na klamce przymocowany jest kartonik. Po jednej stronie jest napisane „Private please”,  a po drugiej stronie „For cleaning”. Na którą stronę kartonik obrócisz, to masz. Działa, jak czarodziejska różdżka. Kartonik przymocowany jest na stałe cienkim łańcuchem.
Wychodzę i przekręcam na for cleaning. Wrócę i w pokoju będzie czysto.
„Private please” daje mi święty spokój. Gdy nazbiera się już sporo śmieci w koszu i zadeptam w łazience posadzkę, wychodząc do miasta obracam kartonik na „For cleaning”. Wracam, a tu wszystko wysprzątane, pachnące, świeże ręczniki, zmieniona pościel i równiutko zasłane łóżko. Magiczny kartonik zadziałał.
Na całym świecie idą święta i niosą ludziom radość.Lubię ten nastrój.
Nie przywykłam do takiej obsługi w tanich hotelikach i hostelach. W swoich postach pisałam nieraz o syfie w pokojach wynajmowanych za normalną cenę i bez upustu. Dlatego, gdy jest odwrotnie i hotel dba o czystość, również muszę o tym napisać.
Jak człowiek zmęczony, to i w kartonie sobie odpocznie.
Obsługa jest bardzo miła w recepcji. Menager, wprost ujmujący, ale hotel nie posiada mapek city. Nie mają też rozpiski z liniami kolejek MRT i LRT, nie zawsze wiedzą, gdzie co w mieście się znajduje. Nikt na przykład nie wiedział, gdzie jest poczta, a chciałam znaczki pocztowe kupić i wysłać kartki świąteczne do Polski.
Pomysłowa wystawa sklepowa, jak wagon kolejowy.
Na wszystko mają jedną odpowiedź, weź taxi. Nie wezmę przecież taxi, żeby jechać na pocztę! Gdy ich trochę przycisnąć, odszukają co trzeba w internecie i wydrukują rozpiskę z trasą, jak dojść. Nie trzeba natomiast zostawiać żadnej kwoty w depozycie i należność można płacić kartą. Może być.
Wokół pomnika sprzedaż świątecznych ozdób i kwiatów
Teraz się na dobre spakuję, zważę swoje bagaże, przygotuję bilet i paszport i jutro rano po śniadaniu pojadę na lotnisko. Tym razem wezmę taxi. Mam nadzieję, że wszystko dobrze pójdzie i szczęśliwie zajadę do rodziny na Boże Narodzenie i że w Polsce będzie śnieg.
Zwiedziłam Muzeum i kupiłam tam książeczkę dla mojego wnuka, Krzysztofa.
Wesołych Świąt!

2 komentarze:

  1. kolejny Pani niesamowity post , aż z wrażenia ściągnąłem Pani cały blog na swój dysk twardy , teraz to już Pani jest Expertem od Manili i Filipin , dobrze że sobie odpuściłem tą Manile jak byłem na Filipinach i ograniczyłem się tylko do portu lotniczego na T3 i T4
    niech Pani sobie obejrzy film Filipiny koszmar czy bajka
    http://www.dailymotion.com/video/xkt7o2_filipiny-koszmar-czy-bajka_travel ,
    pozdrawiam i życzę udanych podróży w nowym roku i mam nadzieje że w 2016 r. uraczy Pani swoich czytelników kolejnymi niesamowitymi postami !!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. O rany! tyle pochwał, to dla mnie prezent na Święta :)bardzo dziękuję, będę pisała nadal, nawet gdybyś tylko Ty jeden mnie czytał :) do experta to mi jeszcze daleko. Gdybym znała język angielski, więcej bym tematów zgłębiła, a tak, to opisuję tylko to, co sama przeżywam i trochę historii, bo ta zawsze mnie interesuje w nowym kraju. Z przyjemnością obejrzę załączony film. Dziękuję. Szczęśliwego Nowego Roku! Niech się dzieje wszystko, co najlepsze dla Ciebie, Noname :)

    OdpowiedzUsuń