Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

wtorek, 24 listopada 2015

Pożegnanie z Claveria, rybacką wioską na Luzon Isla

Jeepney, na który zmieści się wszystko, króluje na Filipinach. I tricykl, oczywiście.

Czas się zbierać w dalszą drogę. Z początku planowałam dojechać do Tuguegaro, następnie przez Tabuk, Bontac, Baguio jechać w stronę Manili i zboczyć z trasy w stronę morza do Olongapo Cty, ale zmieniłam zdanie.
W każdej, nawet najmniejszej miejscowości jest szkoła. W większch, kilka.
Miejscowi doradzili mi, żebym raczej ominęłą tereny górzyste na Tabuk i Baguio, skoro nie chcę się tam zatrzymywać. Tam ciągle jest niebezpiecznie i trwają naprawy dróg po tajfunie.
Wczesnym popołudniem ludzie wychodzą przed dom i na ulicy gotują dla innych.
Prostszą i lepszą drogą dojadę do Olongapo, gdy wrócę do Laoag City i tam przesiądę się do autobusu jadącego do Manili. Nie dojeżdżając do stolicy, wysiądę w Olongapo  i po sprawie. Miejscowi wiedzą, co mówią. Tak właśnie zrobię.
W każdym nawet zakamarku ulicy jest czysto. Bardzo tu dbają o czystość otoczenia.
Samo Olongapo City mnie nie pociąga, ale obok niego znajduje się nadmorska miejscowość Subic i tam właśnie planuję spędzić pozostały mi czas na Filipinach, zanim wylecę do domu na Boże Narodzenie. 
Zerwane owoce świeżutkie idą na sprzedaż
To jest 120 km od Manili, będę miała blisko na lotnisko. Nie opłaca mi się już penetrować innych wysp filipińskich, które mam w planie. Skieruję się tam po powrocie tutaj w styczniu. Luzon zwiedziłam już wystarczająco.
Ani raz nie padał deszcz, gdy ja tu byłam. Parasole noszą dla ochrony przed słońcem.
Wprawdzie na trasie Laoag City – Manila znajduje się jeszcze miasto San Fernando, w którym w czasie Świąt Wielkanocnych ludzie żywcem przybijają się gwoździami do krzyża i wiszą tak przez jakiś czas, naśladując Chrystusa, ale taki krwawy widok chyba by mnie nie ujął. 
Trudno w taki upał iść w szpilkach. Dziewczyna dzwoni po tricykla.
Będę na Filipinach w okresie Wielkanocy, ale nie mam w planie San Fernando. Nie rozumiem, o co tym ludziom chodzi, żeby się tak kaleczyć i cierpieć.
Jak na takie małe miasto, dużo tu kościołów. Ten, z figurkami na dachu.
Chrystusem przez to nie zostaną. Może to jakaś pokuta za własne grzechy? Może chcą zwrócić na siebie uwagę innych ludzi? Ale sławę zdobędą jedynie regionalną i na krótko, niewartą takiego bólu fizycznego. 
Z miasteczka widać góry tonące we mgle.
Ok, nie rozumiem podniosłości takiego postępowania, wspominam jednak o tym, bo są turyści, którzy lubią takie atrakcje. Jak będą tutaj w dpowiednim czasie, mogą sobie ten spektakl obejrzeć.
Dawniej tylko takie domy były, z naturalnych surowców. Drewniane, ze strzechą.
To jest właśnie to San Fernando, na zachodnim wybrzeżu wyspy Luzon, nad Morzem Południowo-Chińskim. Jak już wspominałam na swoim blogu i co pewien czas będę powtarzała, na Filipinach występuje po kilka miejscowości o takiej samej nazwie. Nieraz nawet na tej samej wyspie, jak właśnie San Fernando.
Ceny paliwa w Claveria (46,60 peso=1 $). Tricykiel tankuje się wprost z samochodu.
Trzeba bardzo się pilnować, aby nie zajechać zupełnie gdzie indziej, niż planowaliśmy, przez to jednakowe nazewnictwo.Drugie San Fernando na wyspie Luzon znajduje się bliżej Manili, w bok lądem od Olongapo City, jadąc z północy do Manili środkiem wyspy. To nawet spore miasto. Ale tam się ludzie nie wieszają na krzyżach. 
Miejsce, gdzie rzeka Kabikungan wpada do morza.
Znam turystów, co wyjazd na Filipiny wybierają specjalnie w okresie Wielkanocy, żeby zobaczyć ten krwawy spektakl w San Fernando. To coś podobnego, jak entuzjazm widzów w czasie, gdy odbywają się gonitwy za bykami na ulicach Hiszpanii i ludzie są tratowani przez rozjuszoe byki i siebie nawzajem.
Za rzeką, w połowie góry wdać samochód. Droga tam idzie.
Ludzie sami dobrowolnie idą na zatracenie, narażając swoje zdrowie i życie. Ok, może to nie jest dobrze porównnie. W każdym razie krew leje się równo tu i tam. Niepotrzebnie. Ale wychodzę z założenia, że każdy ma prawo realizować swoje marzenia na swój własny sposób. Jeśli mu to daje szczęście, to czemu nie?
Łódki trzech rybaków mieszkających samotnie nad rzeką w maleńkim domku.
Poszłam sobie w Claverii, bo tutaj jeszcze jestem, na spacer wzdłuż brzegu morskiego w odwrotną stronę, niż chodziłam dotychczas i doszłam do miejsca, gdzie rzeka Kabikungan wpada do morza. Bardzo ładne, malownicze miejsce.
Redlan zaprosił mnie na podwórko przed swoim domem.
Wody łączą się, fale morskie zaczepiają jeszcze wpływającą rzeczną wodę, ale tuż za miejscem, gdzie wody się mieszają fale łagodnieją, po czym zanikają  ostatecznie. Raptem robi się spokojnie, woda w rzece płynie bez hałasu i pienienia się na brzegu.
Tam poznałam jeszcze Milo i Nila.
W naturalnej zatoczce tuż przed linią morza, parkują błękitne łódki rybaków, tych co mieszkają bliżej rzeki, niż morza. Stąd wypływają oni w morze na połów ryb. Na wzgórzu w delcie rzeki stoi samotnie mały prowizoryczny domek. Starszy mężczyzna powitał mnie i zaprosił na podwórko.
Nowe gniazdo dla kury. Nie wiedziałam, że kura może znosić jajka na drzewie, jak ptak.
Do domu nie ma co zapraszać, bo w takich domach oni tu nic nie mają oprócz materacy do spania. Życie koncentruje się na zewnątrz, na podwórku. Przed domem widać dbałość o otoczenie, o czystość, o zieleń, o kwiaty i miejsca do pracy i wypoczynku.
Najmłodszy Nilu, beztrosko kołysze się w hamaku. Jest niedziela.
Mężczyzna ma na imię Redlan. W podwórku było jeszcze dwóch młodszych mężczyzn. Nilu w blue tiszercie kołysał się w hamaku zawieszonym w cieniu drzew, a Milo siedział na plastikowym krzesełku, wpatrując się w drugi brzeg rzeki Kabikungan.
Łódka nad rzeką
Pięknie tu macie, zachwyciłam się siadając na drewnianym kwadratowym podeście, jaki stoi prawie przed każdym domem w miasteczku. Często ludzie kładą na nim materac i leżą sobie, wypoczywając na świeżym powietrzu.
Na morzu tworzyły się duże fale i z łomotem uderzały o brzeg
Wprawdzie Redlan podsunął mi plastikowe krzesełko, abym spoczęła, ale ja się w te ich krzesełka nie mieszczę, one są tak małe, jak dla dzieci. Ano pięknie, potwierdzili. A gdzie wasze kobiety? Zainteresowałam się. Zaśmiali się.
Mimo to, rybak wypłynął. Fala uniosła go do góry.
Nilu, to jeszcze kawaler, a nasze kobiety pracują w Manili i tylko nas odwiedzają czasami. No właśnie, tak tu często jest na Filipinach. Żony pracują w Manili lub jakimś  innym większym mieście albo za granicą. Panowie zostają, bo muszą łowić ryby i budować domy.
Domek trzech mężczyzn ładnie się prezentuje z daleka
Kobiety często pracują w Tajwanie. Niektóre nawet w Tajlandii lub Malezji.  Jeżeli mają dzieci, to biorą je ze sobą. Bywa, że dzieci tam dorastają i uczą się w tamtejszych szkołach. Mają luźny kontakt z ojcami.
Koza z brodą.
Żony ślą na Filipiny do mężów większą część zarobionych pieniędzy, za które najczęściej mężowie  budują tutaj nowy, większy dom i urządzają go na powrót żony i dzieci, bo kiedyś przecież żony tu wrócą. Takie jest założenie. Dzieci niekoniecznie.
Domowa świnia spacerkiem podąża do swojej zagrody.
Nie widziałam, żeby akurat Redlan i Milo budowali tu nowy dom, ale może dopiero zbierają siły. Gospodarstwem domowym zajmują się z upodobaniem. Właśnie Milo wyścielił świeżo wypleciony kosz miękkimi suszonymi liśćmi i umieścił w naturalnym zagłębieniu na drzewie.
Dzieci mogą bezpiecznie bawić się na takich spokojnych uliczkach.
Kura tu będzie znosiła jajka, powiedział. Pokazał mi kurę z małymi kurczętami w klatce na ziemi. Pochwalił się, że te wszystkie nasadzenia wokół domu, w cieniu których tak przyjemnie się wypoczywa, wykonali sami. Radzą sobie panowie. Wypływają też w morze na połów ryb, bo to rybacy przecież. Ich błękitne łódki garażują poniżej domku, przy rzece.
Każda ulica, nawet najmniejsza ma swoje sklepiki.
Na kartce napisali mi wyraźnie, jak się rzeka nazywa oraz swoje imiona bo ja swoim zwyczajem wszystko poprzekręcałam. Trudno zapamiętać takie obce nazwy, wolę notować dla pewności. Posiedzieliśmy sobie wspólnie przed domem, popijając wodę i spoglądając na przeciwny brzeg rzeki. Miłe są takie chwile z ludźmi. Żałowałam, że nic nie miałam, co bym im na pamiątkę mogła zostawić.
Suszący się ryż przed domem.
Muszę o tym pomyśleć teraz, jak będę w kraju i zabrać z sobą jakieś drobiazgi symbolizujące mój kraj. Mogłabym je podarować ludziom spotykanym na drodze swojej podróży, bo takich chwil zdarza się więcej i warto czymś podkreślić radość z takiego miłego, bezinteresownego spotkania i się czymś odwdzięczyć.
Mieszkańcy dbają o czystość wokół domów i o swoje roślinki.
Wróciłam do wioski od innej strony, co pozwoliło mi przy okazji zobaczyć, jak ładnie mieszkają sobie ludzie w bocznych, pozamiatanych i ukwieconych ulicach Claverii. Bardzo tu ludzie dbają o czystość i w swoim podwórku i na zewnątrz, na ulicy.
W oczekiwaniu na klienta.
W każdym kącie jest czysto, wygrabione, wysprzątane, żadnego śmiecia nie ma w żadnym zakamarku nawet. Ani od frontu, ani na zapleczu. Tylko kwiaty wszędzie ponasadzane lub ustawione w donicach na murkach, na ulicach i gdzie tylko jest odpowiednie miejsce.
Są domy, które wprost toną w zieleni i w kwiatach.
Niektóre domy toną wprost w kwiatach z każdej strony. U nas tak by nie mogło być, pomyślałam z zazdrością. Zaraz by się tacy znaleźli, co by pokradli te kwiaty lub powyrywali je i podeptali w szale swojej grupowej zabawy. Bezinteresownie powybijali by wszystkie donice, tak sobie, dla zabawy, dla podkreślenia, że żyją w wolnym kraju, w którym wszystko można robić bezkarnie.
Town Hall w Claveria
Sądy mają dosyć pracy z poważnymi sprawami, na przykład, żeby sprytnie wybronić malwersantów na większą skalę, bandytów, złodziei, łapówkarzy, prominentów i ukarać przeciwników politycznych rządzącej aktualnie partii.
W soboty market jest większy, niż w inne dni.
Albo zabawić się w publiczne wystąpienia w sprawach o pomówienia i obrazę majestatu parlamentarzystów, pomazańców bożych, chociaż mają świadomość, że to ściema, gra pod publikę i walka o popularność.
Bardzo dużo różnych warzyw tu mają.
Przez całą kadencję można taką sprawę pociągnąć i  na nic innego nie mieć już czasu, bo kasa z tego jest wystarczająca. Na koniec lub gdy koniunktura się urwie, zawsze można przecież sprawę umorzyć z braku wystarczających dowodów i po sprawie. Sąd, to teatr, trzeba grać, grać, grać i czekać na oklaski oraz na pieniądze.
Dlatego dziwię się, że tak rzadko można dostać warzywa do posiłków.
Nikt w naszych sądach duperelami nie będzie się przecież zajmował. Poniszczyć komuś własność lub ją ukraść, to czyn o niskiej szkodliwości społecznej w Polsce, jak wiele innych przestępstw dokonywanych na zwykłym obywatelu i nie podlega karze.
Dziewczyny miłe, uśmiechnięte.
Po drodze zaszłam do marketu warzywnego. W soboty odbywa się tu duży targ i stoisk jest więcej w markecie i na zewnątrz, pod płachtami chroniącymi przed słońcem. Jest bardzo kolorowo, ludzie są w humorach, przygadują, śmieją się, zaczepiają.
Mężczyźni łowią, kobiety sprzedają świeżo złowione ryby.
Kobiety sprzedają tu również świeże ryby złowione przez swoich mężów, którzy w tym czasie zasłużenie odpoczywają. Lub grają w karty. 
Ryb są różne gatunki
Ryby były różne, małe i duże, kolorowe i płaskie oraz takie wąskie, z bardzo długimi, cienkimi dziobami, jak ptaki. Kobiety były wesołe i pozwoliły je fotografować.
Te z długimi cienkimi dziobami są ciekawe.
Przez moment popadał deszcz, nie zasłaniając chmurami słońca i w pewnym momencie wyłoniła się tęcza. Zwoje czarnych kabli zwisających między słupami psuły trochę widok, ale tęcza i tak była bardzo ładna.
Deszcz ledwie pokropił, ale słońce świeciło. Utworzyła się tęcza nad miasteczkiem.
Wracając do swojego hotelu spotkałam Adelę, która siedziała przed domem sąsiadów. Okazało się, że sąsiad znowu złowił wielką rybę! Teraz ją ćwiartowali i sprzedawali ludziom, bo sami mają jeszcze zapasy z tamtego połowu, który fotografowałam. Adela przyszła kupić kawał świeżej ryby. Spóźniłąm się i nie widziałam ryby w całości.
Każdy spacer kończę na plaży.
Wieczorem w podwórku hotelowym goście urządzili sobie karaoke. To bardzo popularna na Filipinach rozrywka i każdy szanujący się hotel, który dba o pozyskanie jak największej liczby gości, ma do karaoke wydzieloną przestrzeń oraz niezbędny sprzęt nagłaśniający.
Cicho tu i sennie w weekendy.
Często przy okazji odbywa się taż grillowanie i wspólne spożywanie kolacji. Ależ oni zawodzili! W pośpiechu szukałam zatyczek do uszu. No cóż, sami wykonawcy znajdują w tym jednak przyjemność, wyładowują stres nagromadzony w dniach pracy zawodowej, odprężają się i naprawdę wypoczywają.
Łódki i żaglówka przy dawnej rzecznej przystani.
Niech więc sobie pośpiewają, bowiem, jak to w naszej polskiej piosence idzie: śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. Tutaj byli to głównie kierowcy ciężarówek i Chińczycy z Tajwanu, którzy często weekendują na Filipinach, bo blisko i tanio.
Kiedyś musiał tu być duży ruch łodzi i statków, bo spora przystań została.
Pamiętacie miłą właścicielkę hotelu "Nikita", którą prezentowałam w poprzednim poście? mówiłam jej, że ten koszmarek budowlany, taka ruina obok jej hotelu psuje przyjemny widok i odstrasza turystów. Powiedziałam, że mogłaby się postarać, aby to usunęto. 
Ruinka obok hotelu "Nikita"
Nie uwierzycie! wracam dzisiaj  z ostatniego już spaceru po Claverii, skręcam z peryferii w jedną z tych prostych, jak drut ulic wiodących na plażę i znowu znalazłam się przy hotelu "Nikita". Coś mi tu w krajobrazie nie pasowało. Patrzę z jednej strony i z drugiej, od strony morza i od strony drogi i bingo! odkryłam różnicę. 
Brak ruinki obok hotelu "Nikita"
Nie ma już ruinki obok jej hotelu!  wszystko wyburzone, wywiezione, gruz wyrównany. No, nie uwierzę! patrzę i patrzę, ale to prawda! Z dnia na dzień kobieta potrafiła sprawę załatwić i pozbyć się paskudztwa. Naprawdę się tutaj starają i słuchają opinii turystów. Jestem mile zaskoczona i podbudowana taką postawą Filipińczyków. Warto się w tym hotelu zatrzymać.
Przyjemna kawiarenka w hotelu "Nikita" wystrojona już na święta.
Bo widać, że są tu odpowiedzialni ludzie, poważnie traktujący swoich klientów. Lubię takich ludzi z inicjatywą. Ja, to nawet nie byłam pewna, czy zostałam dobrze zrozumiana z tą ruinką, a tu taka niespodzianka. Być może kobieta czytała też post na moim blogu. Ale jej  błyskawiczna reakcja zaskoczyła mnie bez dwóch zdań.
Ponad furtką zobaczyłam zgromdzenie ludzi na plaży.
Ale, ale. Wyszłam na podwórko rozwiesić pranie i zobaczyłam na plaży zbiegowisko ludzi. Złapałam aparat i biegnę. Znowu złowili wielką rybę. Już nie sąsiad, ale inni rybacy, z innej łodzi. Mają wielkiego marlina! Dobiegłam w chwili, gdy wyciągali go z łodzi na drąg, żeby przenieść rybę na twardą ziemię między domami rybaków. 
Rybacy złowili dużego marlina.
Ciemno robiło się z szybkością błyskawicy, ale parę zdjęć udało mi się jeszcze wykonać. Ludzie gęsto otaczali rybaków i wielkiego marlina, że trudno było gdzieś się z aparatem wcisnąć. Niektórzy fotografowali swoimi komórkami.
Nieśli marlina na dwóch drągach.
Gdy go tak nieśli na drągach przez plażę, przypomniałam sobie samotną walkę z marlinem, kubańskiego rybaka Santiago z kultowej książki Ernesta Hemingwaya "Stary człowiek i morze". Z pewnością każdy z Was czytał, bo to była szkolna lektura.
Gdy sieci są w łódce, dla rybaków zostaje mało miejsca.
Claveriańscy rybacy na połowy pływają małymi, niebieskimi łodziami w kilka osób, nie zmagają się więc z rybą w pojedynkę. Mimo to dziwiłam się, jak oni dają radę wyciągnąć taką dużą rybę z sieci na pełnym morzu, w taką małą łódkę.  
Nie jest łatwo dźwigać taaaaką rybę!
Gdy sami są w łodzi plus zwoje sieci, to łódka już jest pełna. Poza tym, samo wciąganie olbrzyma na taką łupinę musi być sztuką, która wymaga dużo siły zręczności, aby się łódka nie wywróciła. Chyba tylko dzięki tym ogromnym płozom taka mała łódka daje radę.
Ryba zostaje oprawiona na oczach widzów.
Ludzie w Claveria żyją tu cały czas, co rusz któraś łódź wraca z morza z wielką rybą, marlinem lub rekinem i za każdym razem to wydarzenie wzbudza w nich wielkie emocje, zainteresowanie i entuzjazm. 
Kawał ryby zostaje na desce pokrojoiny na porcje i rozdany ludziom.
Na dużej desce rybacy pocieli maczetą kawał marlina na porcje i poczęstowali nimi ludzi. Każdy podchodził, brał w rękę jeden kawałek ryby i wychodził z plaży i tak przesuwali się wzdłuż deski jeden za drugim, aż wszystkie kawałki ryby z niej zniknęły. 
Ładnie tu jest o zmroku.
Szli z kawałkiem ryby do swoich domów, aby usmażyć na kolację. Widocznie to taki zwyczaj z tym poczęstunkiem. Żeby szczęście nie opuściło rybaków.
Wieczorem grają w koszykówkę w hali przy Town Hall.
Czas się pakować, bo jutro rano opuszczam gościnną miejscowość Claveria i jej miłych mieszkańców. Internet znowu się wyłączył. Od samego rana nie ma do niego dostępu,  więc ten ostatni post będę musiała umieścić w blogu później, już w nowym miejscu.
Dla mnie Claveria, to już wspomnienie. Ale bardzo miłe.

Jestem już w nowym miejscu, niedaleko Manili. Dobrze tu działa internet, post wrzucony. No to, do następnego postu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz