Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

sobota, 14 listopada 2015

Pagudpud

Jaka jest różnica między calesą z Laoag, a z Vigan? w Laoag są bardziej kolorowe?

Ostatniego dnia w Laoag poszłam jeszcze do BPI wybrać gotówkę, bo nigdy nie wiadomo, jak będzie z bankomatami w nowym miejscu, wstąpiłam do fryzjera, bo w tym upale głowa mi się już gotowała w moich gęstych włosach. Za strzyżenie zapłaciłam 50 peso, to trochę ponad dolara.
Do calesy z Vigan wchodzi się z przodu, przy woźnicy i siedzi przodem do jazdy.
Po powrocie do hotelu zrobiłam pranie, bo lubię w nową podróż wyruszać z czystymi rzeczami. Kilka rzeczy musiałam wyrzucić, ponieważ w czasie długiej podróży moje tiszerty wyblakły od słońca i ciągłego prania. 
Do tych z Laoag wchodzi się od tyłu drzwiami, siedzi bokiem i jedzie, jak w karecie.
W to miejsce kupiłam sobie dwa nowe po 146 peso (3,5 $). Tiszertów nigdy za wiele, bo tak właściwie to co innego można na sobie nosić w upały do spodni lub spódnicy?
Zazwyczaj na drzwiach calesy wożą reklamy. Dodatkowy zarobek.
Może w Pagudpud uda mi się znaleźć noclegi w hotelu, w którym będzie sprawnie działał internet, bo znowu zrobiły się zaległości z Laoag, chociaż posty napisane i zdjęcia przygotowane. Internet nie chce się otworzyć lub otwiera się na chwilę i zanika.
Najlepszy dla mnie bank w Filipinach. Szybki, prosty w obsłudze i niezawodny.
Wstałam już o 6.oo rano, nie wiem po co, skoro do Pagudpod są co chwila autobusy. Spokojnie zjadłam śniadanie, wypiłam kawę i dopakowałam rzeczy, których znowu jakby urosło i nie chciały się zmieścić. Oddałam klucz od pokoju oraz pilota od telewizora za co zwrócono mi 200 peso poręczenia, które wpłaciłam pierwszego dnia.
Zbliżając się do Pagudpud było widać coraz więcej wiatraków
Tricyklem za 11 peso pojechałam na terminal autobusów jeżdżących do Pagudpud. Naprawdę z tymi terminalami jest tu dziwnie. W zależności, gdzie się chce jechać, trzeba przyjść na inny terminal określonej linii autobusowej obsługującej konkretną trasę. Mówi się driverowi trycykla, aby zawiózł nas na terminal autobusów do Pagudpud i on nas wiezie na odpowiedni terminal. Do Manili? Proszę bardzo, wiezie nas na inny terminal itd.
Pola ryżowe i wiatraki na horyzoncie to tutejsze naturalne widoki
Prosto z tricykla zabrano moją walizkę i plecak do luku autobusu, nim zdążyłam zapłacić driverowi tricykla za kurs. Oczywiście, zabrałam plecak z luku i wzięłam go do autobusu bo w nim przecież jest wszystko najważniejsze z laptopem włącznie.
I obowiązkowo boczny pas szosy przeznaczony dla ryżu.
Ale tak tutaj szybko działa obsługa, że nie zdążę się nawet obejrzeć, a już jestem zapakowana. Nawet nie pytali, czy ja do Pagudpud chcę jechać, bo to dla nich oczywiste, skoro na ten terminal przyjechałam. Bilet z Laoag do Pagudpud kosztuje 70 peso. Bilety sprzedaje konduktor potem,  podczas jazdy autobusu.
Trwają żniwa, suszenie i wożenie do skupu. To dobry czas dla rolników.
Z Laoag City do Pagudpud nie jest już daleko. Może z 70-80 km. Gdy zobaczyłam pierwsze wiatrowe wiatraki, wiedziałam, że już jesteśmy niedaleko. Po lewej stronie widziałam przy pewnych odcinkach szosy, morze migające między drzewami.
Wyjechaliśmy z miasteczka w stronę morza. W każdym domu jest "Homestay"
Samo Pagudpud jest niewielkie, nie ogarnęłam jednak jeszcze tej miejscowości, ponieważ chciałam dotrzeć bliżej plaży i od razu przesiadłam się w tricykl, żeby mnie do jakiegoś taniego hotelu bliżej morza zawiózł. Ale tanich hoteli tu jeszcze nie ma, tylko Homestay przy rodzinach. Gdzie mnie zawiózł, tam drogo, od 700 do 1500 peso za noc. Już zwątpiłam czy w tej miejscowości zostanę.
Ostatecznie trafiłam do Homestay "Damayan Transiet"
W końcu przywiózł mnie tutaj. Room za 500 peso przyzwoity, blisko do plaży, ale mogę zostać tu jedynie cztery noce bo od soboty ten pokój jest zarezerwowany. Dzisiaj mamy wtorek. Żałuję, bo bardzo mi się tutaj podoba. To jest nowy, odrębny, wąski piętrowy budynek. Na parterze są pokoje dla rodzin, a na górze jeden pokój z łazienką dla 2 osób.
Zajęłam pokój z balkonem na górze
Na górę wchodzę schodami po zewnętrznej stronie budynku i jest tutaj tylko jeden pokój z łazienką. Na dole są trzy odrębne pokoje z łazienkami, ale większe, dla family. Wszystko już porezerwowane, bo do Pagudpud chętnie przyjeżdżają Filipińczycy z rodzinami na weekendy i urlopy, głównie z Manili, chociaż to jest stosunkowo daleko.
Domy ciągną się w głąb podwórka. To jedna rodzina, budująca się na wspólnym siedlisku.
Generalnie całe Pagudpud znajduje się w budowie. Ja tu jeszcze nie znalazłam domu, przy którym nie byłby budowany drugi dla turystów, dobudowywany dla rodziny lub powiększany już istniejący. Gdziekolwiek się zatrzymamy, bądźmy pewni, że będzie tam trwała budowa, co nie znaczy, że będzie tam głośno, świdrująco i łomocąco.
Moi gospodarze: Oliver, jego żona Marybell i dzieci,Isabell,Vera i Ivan.
A to dlatego, że Filipińczycy budują na raty. Nie stać ich, aby za jednym zamachem wybudować dom lub dobudować pokoje dla gości i łazienki. Póki mają pieniądze, budują, potem przerwa, aż znowu będą pieniądze, dlatego to tak opieszale idzie i budowy są rozgrzebane. W każdym podwórku zwały żwiru i piasku budowlanego.
Jest jeszcze mały Vincent, właśnie kończy dzisiaj pierwszy rok życia
Faktem pozostaje jednak, że Pagudpud przekształca się właśnie w miejscowość typowo turystyczną i nie będzie tutaj już tak cicho, sielankowo i pusto na białych plażach pod pochylonymi palmami. Domy jeszcze w budowie, a pokoje już wynajmowane, aby zarobiły na kontynuowanie budowy. Dla turysty nie jest to komfortowa sytuacja.
W organizację przyjęcia urodzinowego zaangażowana była cała rodzina.
Tym bardziej, że pokoje nie są tanie. Jeśli płacę więcej, chciałabym mieć wokół czysto i przyjemnie. Jeśli mam chodzić po budowie, powinnam płacić mniej. Tak nie jest. Ale tutaj, u Oliviera i Marybell płacę adekwatnie do warunków. Pokój wygodny, z łazienką, czysty, z własnym balkonem. Jest okno, klimatyzacja i wiatrak do wyboru. Nie ma telewizora.
Rankiem kawa na balkonie smakuje wyśmienicie
Pokój bezpieczny, bo cały czas pod okiem wielopokoleniowej rodziny. Mogę w pokoju zostawiać wreszcie swój plecaczek. Zamknięty wprawdzie na kłódeczkę w walizce, ale nie muszę już z nim chodzić na plażę i mogę swobodnie wchodzić do wody bez lęku o to, co zostawiam na piasku. Jest dostęp do darmowego internetu.
Pokój skromny, ale czysty, przyjemny.
Internet jednak słaby, podobnie jak było w poprzednich miejscach. Odbiera na jedną kreskę, tą najmniejszą, ale o dziwo, poczta się otwiera. Gdy wyjdę na balkon, a mam tam ławkę i stolik, więc jest wygodnie, internet łapie drugą kreseczkę i mogę już otworzyć blog. Nie wiem, czy uda się przy takim słabym internecie umieścić zdjęcia w blogu. Jeszcze nie próbowałam.
Jest okno, klimatyzacja i dodatkowo wiatrak. I swoja łazienka. To są plusy.
Najpierw rzuciłam toboły w pokoju i poszłam obejrzeć plażę. Mam blisko, jakieś 3 min drogi. Woda – błękitny lazur, piasek biały i miałki, jak mąka, czysto i pusto. Wspaniale. Tylko błękitne łódki kołyszą się gdzie niegdzie na falach lub spoczywają na piasku. Przed wejściem na plażę stoi drewniane obszerne pomieszczenie biurowe, gdzie panie pobierają opłatę za korzystanie z plaży.
Bardzo przyjemny i niedrogi pokój. Nie ma stołu, ale jest ławka. Stolik na balkonie jest.
Moje zaskoczenie było duże. Nie byłam na to przygotowana, nikt o tym nie wspominał, wręcz odwrotnie. Driver tricykla mówił, że ta plaża jest publiczna, darmowa, a tam dalej są plaże płatne, resortowe. Tutaj na Filipinach jest tak, że jak kupujesz plac pod budowę, a jest on przy plaży, to kupujesz razem z dostępem do tej plaży. Ogradzasz się i masz. Ok, wtedy pobierasz opłaty, ale publiczna plaża miała być za darmo, a nie jest.
Wejście na plażę. Moja woda mineralna stoi na ladzie, przy której kupuję bilet wstępu.
Już myślałam, że będę się stąd wynosić, bo nie będę przecież codziennie płaciła za wejście na plażę 40 peso. Ostatecznie dogadaliśmy się, że płacę raz 40 peso i jak długo tu jestem, tak długo na tą plażę mogę przychodzić. No, to inna rozmowa. Nie jest to opłata za wejście na plażę lecz coś w rodzaju opłaty klimatycznej, pobytowej.
Piękna, prawda? piasek parzy w stopy, trzeba szybko do wody wejść.
To biuro (bo to samorząd tak wymyślił i samorząd ściąga kasę) jest czynne codziennie od g.6.oo rano do 22.oo. Pracują tu na zmiany, biznes to biznes i żaden turysta się nie prześlizgnie bez opłaty, bo by musiał chyba już w nocy na tą plażę iść. Powiedziałam, ok, teraz wejdę tylko na chwilę, obejrzeć plażę, a jutro wykupię tą wejściówkę. Panie uprzejmie się zgodziły.
Tylko szum fal bijących o brzeg słychać.
Cała ta ulica wiodąca od lasu do plaży jest zabudowana, na każdym podwórku prowadzona jest budowa i na każdym domu wisi ogłoszenie o wynajmie pokoi. Prawie w każdym jest jakiś sklep, podręczny sklepik lub jadłodajnia. Tu, gdzie będę nocowała te cztery noce, w podwórku jest kilka innych domów, mniejszych domków, chat drewnianych i ten stosunkowo nowy budynek dla turystów, w wieży którego mam pokój.
Widok ze wzgórza, którym idę do restauracji na obiad
Tak stadami budują się obok siebie całe familie. Trafiłam na dzień urodzin najmłodszego syna gospodarzy, Vincenta. Właśnie dzisiaj kończył roczek. Z tego powodu rodzina wydawała rodzinne przyjęcie, na które zostałam zaproszona na g.16.oo.
Pusto. Nie ma mi kto nawet zdjęcia zrobić. Krzywię się, bo nic nie widzę, słońce pali.
Nie spieszyłam się zbytnio z powrotem do domu, bo wiem już z doświadczenia, że jak Filipińczyk mówi 4 p.m. to ok 6.oo p.m. z pewnością się zacznie i tak właśnie było. Usłyszałam happy brehstday, to zeszłam na dół i dołączyłam do gości. Była 18.20 i uroczystość się właśnie zaczęła.
Pierwsze urodziny Vincenta, Pagudpud, Luzon, Filipiny
Wiele kobiet i starszych dzieci krzątało się wokół przygotowań tego przyjęcia, ale rozmawiali ze mną i dowiedziałam się, że wszyscy należą do rodziny i wszyscy tutaj mieszkają. Każdy pokazywał, który jest jego dom i które to są jego dzieci, ale wszystko mi się już pomyliło w głowie od nadmiaru informacji.Bardzo liczna rodzina, ale w podwórku każdy ma swój dom.
Rodzina nie musi się zjeżdżać, bo wszyscy mieszkają w jednym podwórku.
Zapamiętałam tylko, że Olivier i Marybell mają czworo dzieci i pamiętam ich twarze. Jest to Isabell, Ivan, Vera i mały Vincent. Podaję od najstarszego do najmłodszego wiekiem. Bardzo fajne dzieciaki i zrobiłam im rodzinne zdjęcie. Christyna, szwagierka Oliviera powiedziała mi, że jej dzieci mieszkają w USA i ona ich czasem odwiedza.
Każdy podchodzi z talerzem do stołu i dostaje porcję jedzenia. Ja też.
Potem, w czasie przyjęcia rozmawiałam trochę z bratem Marybell, Romano, który zdradził mi, że jego żona i dzieci mieszkają w Australii, tam się uczą, a żona tam pracuje i dzięki temu on tutaj może kontynuować budowę domu. 
Pies zabrał kurom talerz. Może się z nim w kolejce do stołu ustawi?
Tym sposobem dowiedziałam się, że Filipińczycy jeżdżą na saxy do bogatszych krajów, żeby móc tutaj wybudować sobie lepszy dom, większy, z pokojami na wynajem i żyć dostatniej. Ale to znaczy też, że rodzina jest jeszcze większa, niż widać to na przyjęciu.
Młodzież usadowiła się na tarasie domu jednego z członków rodziny.
Pracują tu ludzie na różne sposoby jednocześnie, bo oprócz tego, że jedno z nich pracuje gdzieś za granicą, to drugie często jeździ tricyklem lub jepneeyem i dodatkowo uprawiają ryż lub jeszcze coś innego na poletkach w dżungli. Budują te domy, żeby wynajmować pokoje i mieć stały dochód, a potem ich dzieci. Dzieci mają tu dużo.
Dorośli siedzą rządkiem na krzesełkach lub gdzie kto chce.
Często przy tych niedokończonych budowach stoją samochody, jeden lub dwie terenówki z napędem na cztery koła. Na każdym podwórku wid duże talerze anten satelitarnych. Na prowincji biedy nie ma. Biedę widać tylko w miastach i to nie we wszystkich. 
Był nawet rodzinny solista śpiewający do mikrofonu podłączonego do szafy
Owszem, są też skromniejsze domy, ale zadbane, ukwiecone. Pracowici są ci Filipińczycy. Prawie przy każdym domu jest jakiś mały sklepik. Przy zabudowaniach rodzinnych Oliviera również taki jest w podwórku.
Siedząc na swoim balkonie, widzę rodzinny sklepik Oliwiera przy bramie na ulicę.
Dla mnie to wygoda, bo nie muszę dźwigać z daleka wody do picia. Taki familijny sklepik w podwórku jest super. Wszyscy członkowie rodziny, co mieszkają w tych wszystkich domach w granicach podwórka, zaopatrują się w tym sklepiku. Również turyści tu przebywający, czyli ja i obcy, zatrzymujący się tu na chwilę samochodem, czy motorem. Biznes się kręci.
W Pagudpud każdy dom ma swój sklepik i miejsca noclegowe dla turystów.
Jak na chwilę sklepowa musi iść do domu, to idzie, nawet go nie zamyka, bo on zawsze na oku jest. Ja siedzę na ławce na swoim balkonie i widzę, że sklepowa jest, to schodzę na dół i kupuję np. małe piwko lub wodę mineralną, nawet nie chowając laptopa, ani nie zamykając swojego pokoju. Wszystko jest w podwórku w zasięgu wzroku. Swojsko i bezpiecznie. No i nie muszę dźwigać niczego z miasta.
Po wejściu na plażę, najpierw są stragany z pamiątkami, jedzeniem i piwem też
Olivier powiedział, że oni mają tutaj dobrą wodę w kranach i można ją pić. Trudno mi w to uwierzyć i dalej  kupuję wodę w butelkach. Być może to prawda, a być może tylko żołądki tutejszych tolerują tą kranową wodę z przyzwyczajenia. Nie będę ryzykowała.
Nie wiem kto kupuje na tych straganach, bo plaża pusta jest.
Na te pierwsze urodziny Vincenta, kobiety szykowały mnóstwo jedzenia. Był ryż, oczywiście, bo to podstawa każdego posiłku, były różne rodzaje mięs, sosy w specjalnych małych salaterkach, z papryką, inne na słodko z ananasem, była zielona fasola i jeszcze jakieś zielone zielsko, które nigdy nie wiem, jak się nazywa, ale jest ok i jadam je dla witamin, ponieważ tutaj niestety mało jest podawanych jarzyn do potraw.
Przemykają czasem pojedyńcze osoby, które zatrzymały się w Pagudpud, jak ja.
Była fasola w sosie, grillowane całe ryby i jeszcze jakieś niezidentyfikowane przeze mnie potrawy. Dla mnie one wszystkie były słodkie. Taki gust kulinarny Filipińczyków. Na końcu podwórka  panowie pilnowali grillującego się mięsa. Między tym wszystkim chodziły kury z małymi kurczętami i duże psy. Hodują tu także koguty do walk bokserskich. Pełne urozmaicenie w takim familijnym gospodarstwie.
Każdy dom w Pagudpud ma też rybaka, co złowi świeże ryby dla rodziny i na sprzedaż.
Potem był ogromny tort urodzinowy. Ten tort to stał od początku na osobnym małym stole, nad którym wisiał plakat ze zdjęciem Victora i napisem o jego urodzinach oraz z życzeniami. Zadają sobie ludzie wiele trudu, żeby taką uroczystość przygotować. Nie było wspólnego dla wszystkich stołu. Ze stołu pobierało się jedzenie i siadało na plastikowych krzesełkach.
Z tego niebieskiego mebla wydobywała się muzyka.
Każdy z ogólnego stołu nakładał sobie na talerz potrawy i siadał, gdzie mógł i gdzie mu było wygodniej. A było tej rodziny naprawdę spora ilość. Grała muzyka i były śpiewy. Najpierw myślałam, że to z płyty, ale zobaczyłam, że śpiewają na żywo przy mikrofonie, a tylko w przerwach występu puszczają muzykę ze skrzynki grającej, takiego dziwnego, niebieskiego  urządzenia z głośnikami. Co to ludzie nie wymyślą.
W plastikowych woreczkach wiszą słodycze dla dziecięcych gości Vincenta
Jak już się wszyscy najedli, zaczęła się zabawa dla dzieci z łapaniem słodyczy. Popakowano w takie małe foliowe woreczki po parę cukierków, ciasteczko, lizaka i te woreczki przypięto do spinek od bielizny umocowanych na kole.
Ale trzeba się wykazać zręcznością lub sprytem, aby je sięgnąć.
Olivier to koło miał przyczepione do drąga i ono było wysoko. Teraz zaczął tym drągiem manewrować i koło ze słodyczami to się zniżało, to wirowało wzwyż, a dzieci skakały i  łapały te woreczki. Z różnym skutkiem, oczywiście, bo nie wszystkie są przecież jednakowe wiekiem, wzrostem, sprytem i zręcznością.
Nie obyło się bez wywrotek, ale zabawa była.
Niektóre nie mogły dosięgnąć woreczków. I wtedy właśnie przypomniałam sobie, że mam w plecaku torbę z cukierkami, którą specjalnie tutaj wzięłam, ale zajęłam się fotografowaniem i zapomniałam o tym. Wysypałam te cukierki na duży talerz i poczęstowałam dzieciaki, a resztę postawiłam na ich stole, który miały przy różowym domu w postaci kaflowego murku.
Kucharz cały czas pracował, dokładając do miseczek ubywające potrawy.
Ogólnie było wesoło. Taka duża rodzina i bardzo dużo w niej dzieci, to duże urozmaicenie dla nich samych. Takie dzieci zawsze mają się z kim bawić w wolnych chwilach na własnym podwórku i nigdy nie są same. A dorośli zawsze mają sobie z kim pogadać.
Przy drodze na plażę pracowała młodzież
Takim oto sposobem, zaraz po przybyciu do miasteczka (może raczej większej wsi?) Pagudpud uczestniczyłam w rodzinnej uroczystości. Od jutra muszę sobie szukać jakiegoś taniego lokum i zarezerwować coś  od soboty, bo przed samym weekendem będzie trudniej.
Wyglądało mi to na prace społeczne
Ale najpierw, zaraz po śniadaniu pójdę się wykąpać w morzu, bo już od dawna o tym marzę. Całe Filipiny, to wyspy otoczone morzem, a ja ostatnio więcej w miastach i w  górach przebywałam, niż nad morzem. Spragniona jestem kąpieli w morzu. Powietrze w Pagudpud bardziej rześkie, niż było w Laoag. Żar tu nie stoi wiecznie w powietrzu. Nie ma komarów.
Jest tu jednak ktoś jeszcze oprócz mnie z turystów.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz