Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

sobota, 14 listopada 2015

Obrazki z Pagudpud


Urząd Miasta już w świątecznym nastroju

Z internetem są tutaj jednak problemy, jakie były również w innych miejscowościach Filipin. Niby on jest, ale albo bardzo słaby, albo zanika całkowicie. Dzisiaj od rana nie chce się otworzyć nawet na chwilę i nie mogę wysłać swojemu synowi maila z życzeniami imieninowymi. Taki los. Znowu robią się zaległości w postach, ale piszę w wordzie na zapas.
Idąc brzegiem morza, można spocząć co jakiś czas i nasycać się przestrzenią.
Rano, zaraz po śniadaniu poszłam na plażę. Gdy wyszłam z podwórka na drogę, sąsiadka stała na zewnątrz swojego domu, więc spytałam, czy ma może wolny pokój do wynajęcia dla mnie od soboty. Wyjaśniłam, że ja tylko do soboty u Oliviera jestem, ponieważ ktoś z Manili wcześniej już ten pokój sobie zarezerwował, więc muszę szukać innego. Powiedziała, że ma.
Zrujnowany mały zabytkowy kościółek zarósł bujną roślinnością. Stoi pusty.
Weszłam i obejrzałam pokój. Nie jest taki nowoczesny, jak ten u Oliviera, nie ma swojego balkonu, jest na parterze, tuż przy ziemi, ale jest w porządku. Wchodzi się przez spory przedsionek. Pokój ma swoją łazienkę, ma okno, stolik i telewizor. 
Szkoda go. Mógłby to ktoś kupić i wyremontować. Dzwonnica na szczycie ocalała.
To dobrze, bo ta cisza w pokoju gdzie teraz jestem, to aż dzwoni mi w uszach. Jest też internet Wi-Fi, nawet info o tym wisi na ścianie budynku. Kobieta twierdzi, że internet odbiera w pokoju również.
Palmowa droga nad brzegiem morza w Pagudpud.
Nie jestem tego taka pewna. Wszędzie dotychczas na Filipinach miałam niby dostęp do internetu, a jednak nie mogę swobodnie z niego korzystać. Ten dom, to dwa kroki od domu Oliviera, więc z pewnością będzie tak działał, jak tutaj. Ale cóż, nie ma rady. Córka kobiety przyhamowała ją, mówiąc, że słyszała od męża, że ten pokój jest zarezerwowany. Musi do niego zadzwonić i się upewnić.
Dzieci zaciekawione. Dobrze, że jeszcze kilka cukierków miałam w plecaczku.
Nie mogła się dodzwonić, więc umówiliśmy się, że na razie nie będę w innych domach szukała pokoju, tylko pójdę na plażę, a wracając wstąpię, to ona będzie już miała informację na temat tego pokoju. I tak było. 
W takim baraczku urządzili kościół, bo tajfun zniszczył im poprzedni.
Wracając zatrzymałam się i kobieta powiedziała, ok, mogę się tutaj rano w sobotę wprowadzić. Cena taka, jak u Oliviera, 500 peso za noc. To dobrze, bo nie muszę już szukać niczego po wsi i bagaże tylko przestawię obok, za płot.
Pastor Gil E.Villarojo i Pani Pastorowa Amalia Villarojo oraz ja.
Jest też możliwość wykupienia u nich śniadań, ale nie pytałam o cenę, bo nie wiem czy się na to zdecyduję. Pogadamy, jak się wprowadzę w sobotę. Chcę jeszcze kilka dni w Pagudpud zostać.
Żegnamy się. Każda religia dobra, jeśli nie krzywdzi innych ludzi i daje wolność wyboru.
Dowiem się, co na te śniadania bym dostawała i o cenę, gdyby było w porządku, to wezmę te śniadania. Ale tutaj czasami jedzą dziwne rzeczy, a nie chciałabym im przy stole robić przykrości i odmawiać. Nie chciałabym również zmuszać się do jedzenia czegoś, co mi nie smakuje.
Gdy szłam na plażę, czyścili dopiero teren. Wracam, a tu mury pną się w górę
Na powyższym zdjęciu: szosa skręca lekko w prawo, a droga w lewo i idzie już wzdłuż plaży. Zaraz za tymi schodkami, które widać na rogu budynku, skręca się w lewo do wejścia na plażę, a jeśli się jeszcze nie ma biletu, to do kasy, żeby go kupić.
Za chwilę ja sobie spocznę na tym hamaczku z palmowych liści.
Tutaj, w Pagudpud nie ma w pobliżu żadnego normalnego sklepu z żywnością, o markecie nie wspominając. Są jedynie te rodzinne mini sklepiki w podwórkach Homestay. W tych sklepikach można dostać tylko podstawowe artykuły, z których trudno coś do jedzenia konkretnego wybrać. 
Póki co, jest tu jedna restauracja przy hotelu na plaży.
W takim sklepiku jest piwo i woda mineralna, bo to niepsujące się produkty. To dobrze, bo nie muszę tego dźwigać z miasta, to jest plus takiego sklepiku. Do centrum miasta jest 5 km, właśnie jutro się tam wybieram, żeby je zobaczyć. Tricykl do miasta kosztuje 50 peso. Pagudpud nie jest tanie.
Jedyne miejsce, gdzie można coś zjeść. Chyba, że u rodziny, bo innych cafe tu nie ma.
W Laoag za jazdę tricyklem zawsze płaciłam 11 peso. Fakt, że nigdy tam się nie jeździło 5 km, odległości były znacznie bliższe, ale jednak. Dowiadywałam się tutaj w biurze samorządu, gdzie kupowałam wejściówkę na plażę i rzeczywiście, to nie jest cena dla turysty, tylko każdy tricykl do miasta kosztuje tu 50 peso, to jest ponad 1 $.
Prosto od stołu na hamak. I gdzie im będzie lepiej?
Za wejściówkę na plażę, którą będę się posługiwała przez cały czas swojego tutaj pobytu, zapłaciłam 32 peso. Chyba jakąś zniżkę mi zastosowano, bo wczoraj pani twierdziła, że taki bilet kosztuje 40 peso. Nie dopytywałam. Pytam tylko wtedy, gdy mi liczą drożej. Sama się doliczyłam, że obniżyli mi równo o 20%, więc to musi być jakaś zniżka.
W miasteczku (5 km dalej) jest kawiarenka internetowa.
Turyści z innych krajów nie wiedzą jeszcze o Pagudpud, bo prawie wcale ich się tutaj nie spotyka. Widziałam tylko jedną parę młodych ludzi i jednego starszego pana. Pagudpud zapełnia się turystami z własnego kraju w weekendy, a potem znowu spokojnie czeka na weekend. Działa już w miasteczku Biuro Informacji Turystycznej. Mają tylko jeden folder.
Sympatyczna obsługa z Office Information w Pagudpud. Wyjątkowo skromne biuro.
Pewno to się zmieni, gdy już skończą budować te swoje hoteliki i zaczną się trochę reklamować lub zmuszą do tego samorząd. Z tego powodu cała plaża należała dzisiaj do mnie. Niebawem z pewnością to się zmieni. Pobudowano już następny większy hotel, właśnie wykańczają go i niebawem pojawią się tutaj goście.
Stoi już następny większy hotel. Jeszcze nie urządzony, ale za moment będzie.
Woda w morzu bardzo czysta, ale są duże fale, więc muszę uważać, aby mnie nie porwały. Dla skaczących po falach na deskach, to z pewnością bardzo dobra sytuacja. Ale ja nie jestem deskowcem.Wolę spokojne morze.
Maleńkie patio między hotelem, a restauracją przy plaży Saud Beach.
Poszłam brzegiem morza trochę dalej, żeby zobaczyć co tam jest. W powrotnej drodze weszłam do restauracji hotelu stojącego przy plaży i zjadłam obiad. Kurczaka Adobe. Nie ma tu jeszcze cafe z posiłkami ani żadnych restauracji wolnostojących. Można umówić się na posiłki u rodziny, ale dla mnie to dyskomfort bo trzeba wtedy pilnować czasu, żeby na umówioną godzinę posiłku wrócić do domu. Lubię swobodę. Gdzie akurat jestem, to jem.
W Pagudpud również hodują koguty do walki.
A jak nie ma gdzie, to nie jem. Po powrocie do pokoju zrobię sobie jakąś owsiankę albo sałatkę z pomidorów i przeżyję. Jestem pewna, że niebawem Pagudpud stanie się gwarnym kurortem i powstaną tu lokale restauracyjne. Miejsce ma po temu wszystkie warunki. Jest do niego dobry dojazd, szosa, więc łatwo można dojechać samochodem lub autobusem. 
W miasteczku jest nawet Post Office. Wprawdzie nieczynne, ale jest.
Można też dolecieć samolotem z lotniska Domestic w Manili, na lotnisko w Laoag i stamtąd autobusem. Jest dostępny długi brzeg z czystym piaskiem, porośnięty pięknymi palmami, niektóre się słaniają malowniczo nad wodą. Jest tutaj po prostu ładnie. Mówię o okolicach plaży. W samym miasteczku jest brzydko, jak w większości filipińskich miast i mieścin.
Jest też mini targ. Kupiłam małe pomidorki i cebulę.
Woda ma płycizny, gdzie mogą się chlapać nieumiejący pływać i dzieci. Są duże fale, ale nie wiem jeszcze, czy to zawsze tak, czy dzisiaj wyjątkowo. To nie byłoby zbyt bezpieczne. W każdym domu praktycznie można znaleźć nocleg. To plus tej miejscowości.
Jedyny budynek do rzeczy w mieście. Miejscowi lubią tu przebywać.
Miejsc noclegowych będzie jeszcze więcej, gdy gospodarze skończą swoje budowy. Jest tutaj też jeden duży hotel, dla bogatszych i bardziej wymagających i z pewnością będą jeszcze hotele budowane, gdy przyjdzie moda na Pagudpud.
Najładniejsze w Pagudpud są jednak plaże. Piasek tak biały, że go nie widać w słońcu.
Jest dużo pięknych błękitnych łódek rybackich, z których część może zostać przystosowana do świadczenia usług turystycznych. Mieszkańcy są przychylni turystom i robią wszystko, aby turyści chcieli się u nich zatrzymywać. Pewno już im się znudziło żyć w odosobnieniu, na samym krańcu wyspy Luzon, gdzie Filipiny się właściwie kończą. Dalej tylko woda.
Błękit łódek, morza, biel piasku i zieleń drzew. Piękne zestawienie kolorów natury.
Jest cicho i spokojnie, a na dodatek nie ma tu męczących upałów. Jest rześkie powietrze, wiaterek od morza i nie ma wcale moskitów. W pokoju mam cały czas otwarte okno, a gdy siedzę na balkonie, również drzwi, żeby świeże powietrze przechodziło przez pokój. To się dotychczas w Azji nie zdarzało.
Można pomieszkać sobie w takim hoteliku
Często wyłączam wentylator, bo temperatura w pokoju jest właściwa. Wieczorem spokojnie można siedzieć na balkonie bez smarowania się specyfikami przeciw moskitom. Bardzo mi odpowiada tutejszy klimat, dlatego zostanę tu jeszcze trochę z przyjemnością. Szkoda tylko, że internet nie działa, jak należy.
Są też rodzinne bungalowy do wynajęcia. Narazie turystyka rodzinna górą w Pagudpud.
Nie ma głośnej muzyki za oknem, nie wyje żaden telewizor. W dzień wszyscy coś robią. Przy budowie, w podwórku, przy naprawie motoru, tricykla. Mężczyźni jadąc do pracy, zabierają dzieci do szkoły i podrzucają tricyklem innych członków rodziny do pracy. Zgaduję to po ubiorze i że każdy z nich ma torbę z laptopem w ręku.
To akurat nie jest homestay tylko prywatna posiadłość.
Potem wracają, każdy wchodzi do swojego domu, jedzą z rodziną obiad. Pachnie na podwórku różnymi smakami. Znowu coś robią, zamiatają podwórko, podlewają roślinki. Wczoraj panowie wieszali wokół dachu tego różowego domku stojącego pod moim balkonem, kolorowe lampki bożonarodzeniowe. Palić się i migać będą każdego wieczoru.
Jest tu tylko jedna droga, ale korków na niej nie ma.
O godzinie 18.00 robi się tutaj zupełnie ciemno. Wieczorem słychać tylko spokojne rozmowy młodzieży, której w takich wielorodzinnych podwórkach jest sporo. Siedzą sobie na ławce pod drzewem i gadają godzinami. W mini sklepku pali się światło, ale pani coś robi na zewnątrz. O każdej porze można tu coś kupić, jeśli zajdzie potrzeba.
Praca zespłowa często widziana. Zbyt szybko tu wszystko rośnie. Trzeba wyrywać.
Małych dzieci jest dużo w takich rodzinach, ale one w ogóle nie płaczą, a większe nie drą się bez przyczyny. Słychać cykady za oknem i inne odgłosy lasu i morza. Jest przyjemnie. Trochę tu inaczej, niż w innych regionach Filipin. Może dlatego z tych innych regionów tu tak chętnie przyjeżdżają na weekendy?
Pokój na pięterku w "Damayan Transiet" jest świetny. Dalej są domki family.
Sytuacja się zmieniła w trakcie pisania posta. Ci ludzie z Manili, co zarezerwowali mój pokój, oddzwonili, że rezygnują. Poszłam przeprosić sąsiadów za płotem i też odwołałam rezerwację. Nie będę się przeprowadzała. Nie chce mi się na tak krótko pakować i znów rozpakowywać rzeczy, skoro nie muszę. Wyjeżdżam z Pagudpud we wtorek.
Każdy poranek z przyjemnością  spędzam z kawą na balkonie. Jeszcze w piżamie.
Olivier dał mi takie urządzenie, jak komórka wygląda. Mam je mieć cały czas włączone do kontaktu, gdy używam laptop i wtedy internet jest. Wreszcie! Tego dnia już nie poszłam na plażę, tylko uzupełniam blog. Znowu jestem prawie na bieżąco.
Nigdy nie wiem do czyjego domu wchodzę, ale już mnie rodzina odpowiednio pokieruje.
Jutro umówię się z bratem Oliviera na poniedziałek na wycieczkę po okolicy za 600 peso. Taką cenę za określoną trasę wycieczki mają tutaj w Pagudpud (to znaczy w miasteczku, te 5 km przed moim osiedlem) w Biurze Informacji Turystycznej rozpisały mi dziewczyny trasy i ceny. Dają folder i proponują oraz umawiają dla nas drivera.
Samotny budowniczy
Pomyślałam, że dam tą rozpiskę z ceną i planem wycieczki komuś z rodziny Oliviera, żeby sobie zarobił zamiast obcy ludzie, których mi chcą dziewczyny z Office Tourism załatwić. Widzę przecież, że jest low sezon i z pewnością rodzinie każde pieniądze się przydadzą.
Pagudpud buduje się. Ma ambicje na kurort.
Jeśli rodzina nie będzie mogła, bo może gdzieś tam pracują za dnia? to wtedy wrócę do Office w miasteczku i skorzystam z propozycji dziewczyn. Chłopaki się zgodzili. Nie Olivier wprawdzie, bo on musi opiekować się małym Vincentem, gdy żona jest w pracy, ale polecił mi swojego brata, Romulu. 
Zosia na plaży w Pagudpud
Wstępnie się umówiliśmy, a którego dnia wycieczka, to mam potem powiedzieć bo nie wiedziałam jeszcze ile czasu zajmie mi uzupełnianie bloga. Właśnie skończyłam nad nim pracę i mogę w poniedziałek, bo we wtorek kończę pobyt. Ok. Pojedziemy samochodem Romulu, a nie tricyklem. Trochę szkoda, bo tricyklem jest zabawniej i przyjemniej.
Pagudpud, sielankowe miejsce na końcu świata.
Plan wycieczki jest taki:
1.Patapat Bridge
2.Paraiso Ni Anton
3.Bantay Abot Cave
4.Blue Lagoon
Jak wrócę z wycieczki, to opiszę dokładniej te miejsca.
Zadowolona. Uwielbiam taki klimat. W Polsce zimą wpadam w depresję.
Gdy internet prawidłowo działa, jak teraz przy tym urządzeniu, to nie potrzebuję telewizora, bo słucham polskiego radia, mojej ulubionej „trójki”. Dzisiaj cały czas mówią o tej tragedii we Francji, w Paryżu. Niesamowita historia.
Przestrzeń i swoboda. Bez lęku, że spośród palm wyskoczy terrorysta z kałasznikowem.
Unia Europejska będzie teraz musiała podjąć jakieś zdecydowane działania. Pogłaskiwanie islamistów i schodzenie im z drogi, aby ich nie drażnić, nie dało spodziewanych rezultatów.
Błogi spokój, nikt tu nawet nie wie, jak gotuje się teraz w Europie.
Do decydentów w Unii Europejskiej chyba wreszcie dotarło, że nie wystarczy zamknąć oczy i zatkać uszy, żeby zło się nie działo. Coś z tym trzeba zrobić, tym bardziej, że już nie ukrywają, że będą ciągle i systematycznie zabijać niewiernych, czyli nas wszystkich, co nie wierzymy w Allacha mimo, że on jest Wielki.
Czas pożegnać się z pokoikiem w Damayan Transient House
 A do domu, do Europy aż strach wracać. Idę na plażę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz