Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

niedziela, 22 listopada 2015

Claveria, ostatni punkt na filipińskim lądzie



Rano pojechaliśmy na przystanek autobusowy
We wtorek rano, bez pośpiechu spakowałam się i wyszłam z wszystkimi swoimi bambetlami na podwórko. Olivier, jak obiecał, zawiózł mnie tricyklem na terminal autobusowy. Terminal, to zbyt duże słowo. Po prostu jest takie miejsce na szosie, gdzie staje się w kierunku, w którym chce się jechać i czeka się na autobus.
Po drodze wstąpiliśmy do szkoły, gdzie uczy Marybel.
Po drodze zahaczyliśmy o szkołę, w której uczy Marybel, żeby się pożegnać. To mała elementarna szkółka, w której Marybel naucza 22 dzieci w wieku 7 i 8 lat. Zrobiliśmy sobie pożegnalne fotki, wyściskaliśmy się i pojechaliśmy dalej.
Bagaże ustawiłam pod sklepem i czekałam na autobus
Przy okazji Olivier zabrał synka, który rano pojechał z mamą do pracy i chyba już mu się nudziło czekać na zakończenie pracy mamy. Jeszcze ma czas na spędzanie połowy dnia w szkole.Chociaż jest tam trochę dzieci, z którymi na przerwach można się bawić. Lecz na przydomowym podwórku dzieci jest również dużo, na samotność dzieci tu nie narzekają.
W hotelu u Adeli mam pokój numer 15
Bardzo się cieszę, że mogłam kilka dni przebywać w dużej, bardzo miłej rodzinie Oliviera i Marybel w Pagudpud na filipińskiej wyspie Luzon. Niezwykle sympatyczni ludzie. Przyjemnie jest mieszkać wśród takich serdecznych i zadowolonych ze swojego życia ludzi. Sami są szczęśliwi, to i z innymi chętnie dzielą się radoścą, zarażając ich optymizmem.
Prosto z podwórka wychodzę na plażę
Nie są też tak bardzo nastawieni na zysk, jak niektórzy, co opisywałam czasem w blogu. Nie trzeba za każde stąpnięcie po ich ziemi płacić. Potrafią bezinteresownie zaprosić na rodzinną uroczystość lub o świcie położyć pod drzwiami pokoju pęczek małych słodkich bananków na dzień dobry.
Jestem tu zupełnie sama. Zbieram muszelki.
Olivier nawet nie chciał przyjąć zapłaty za dowiezienie mnie z bagażami do autobusu, ale się uparłam i w końcu przyjął i przekazał je synkowi mówiąc, że w takim razie będzie to dla dzieci na candy. Candy, to na Filipinach nazwa słodyczy, cukierków.
To jest rybacka wioska. Rybacy mieszkają tu od pokoleń.
Ustawiliśmy moje bagaże przy przydrożnym sklepiku. Panowie tam przebywający powiedzieli, że za 10 minut powinien jechać autobus w stronę Cagayan. Mam machać ręką. Zamachałam na minibus, bo akurat taki jechał.
Wszystko w błękitach, morze, łódki i niebo.
Za bilet z Pagudpud do miasteczka Claveria zapłaciłam 75 peso. To nie jest daleko, niewiele ponad 50 km, ale już nowy region administracyjny. Pożegnałam Ilocos Norte, przywitałam Cagayan. Duże autobusy są podobno tańsze i wygodniejsze, ale niech tam. Nawet wygodnie się jechało, nie było ścisku, jak to nieraz w minibusach bywa.
Zabudowa parterowa, czasami jakiś hotelik skoczy w górę o pięterko.
Claveria, to ostatnia, najbardziej w morze wysunięta miejscowość wyspy Luzon i wogóle Filipin. Bliżej stąd do Tajwanu (778 km), niż na filipińską wyspę Boracay (985 km). To nie jest kurort. Turystów tutaj, jak na lekarstwo, ale są niewielkie hotele i pensjonaty, do których przyjeżdżają Filipińczycy z pobliskich większych miast na weekendy.
Tutaj też na drodze spaceruje się z dziećmi na rękach, jak w Pagudpud.
Z tańszych hoteli korzystają często kierowcy ciężarówek, którzy przyjeżdżają tu z towarem, a zabierają ryby. Claveria to typowo rybackie miasteczko. Driver tricykla, który wiózł mnie z przystanku autobusowego, wybrał dla mnie niewielki hotelik Adeli nad samym morzem.
Na ulicy równoległej do nadmorskiej znajduje się duży market, czyli targ pod dachem.
Hotel stoi już właściwie na plaży. Skoro chciałam tanio, czysto i nad morzem, to powiedział, że tutaj powinno mi się podobać i miał rację. Jest czyste, rześkie powietrze i nie ma komarów. Z podwórka mogę obserwować morze i błękitne łódki rybackie na plaży.
Jest też terminal jeepneyów kursujących do okolicznych miejscowości.
Adela Arizabal, przemiła, zawsze uśmiechnięta właścicielka hotelu „Claveria Bayview Inn” wynajęła mi za 500 peso/night niezależny pokój z łazienką, wiatrakiem, telewizorem i dostępem do free internet. Pokój mieści się w osobnym domku, w którym wchodzi się do poszczególnych pokoi bezpośrednio z podwórka.
Ten żółty, to główny budynek mojego hotelu. Ma lepsze pokoje, ale droższe.
Można z niego wyjść tylnymi drzwiami bezpośrednio na plażę. Hotel stoi przy tej części plaży, skąd rybacy wyruszają na połowy ryb. Bardzo dobre miejsce. Free internet działa tak, jak w całych Filipinach, ale trudno za to winić Adelę. Czasami jest i trzeba to wykorzystać.
Adela króluje w recepcji, która jest zarazem sklepem. Pod szkłem na stole, wzytówki gości
Generalnie ta ulica ciągnie się daleko wzdłuż brzegu morza, ale ta część jest najciekawsza. Tak uważam po spenetrowaniu brzegu morskiego w obie strony miasteczka. Jest to reprezentacyjna ulica Claverii. Od niej idą proste, jak drut boczne ulice w głąb miasteczka, dochodząc do głównej ulicy handlowej. I dalej, na peryferie.
W pokoju mam trzy łóżka. Na górnym mam stół, z bocznego oglądam telewizję.
Stan pokoi mógłby być lepszy. Wymagają remontu i malowania, ale być może nie starcza na to pieniędzy, bo turystów mało, a konkurencyjnych hoteli coraz więcej, chociaż jeszcze  nie tak dużo, jak w Pagudpud. Tam w każdym domu był Homestay i sklepik.
W pobliżu, przy drodze do marketu, dziewczyna sprzedaje gorące fishboole.
W Claverii również wiele domów ma sklepiki, w których można kupić podstawowe artykuły spożywcze i środki czystości. Nie w każdym sprzedają jedzenie. Trzeba trochę za tym pochodzić. Pod wieczór wychodzi na ulicę w pobliżu mojego hotelu młoda dziewczyna i sprzedaje gorące fishboll.
Wyśmienicie smakują w sosie słodko-ostrym. Jemy je patyczkami.
Nic wprawdzie w tym z ryb nie czuję, ale przyznaję, że są to pyszne, smażone w głębokim oleju okrągłe poduszeczki podawane z ostrym lub słodkim sosem. Najbardziej smakują mi, gdy zmieszam te sosy razem, bo wtedy nie jest ani za ostro, ani za słodko, a smacznie.
Zbadałam teren w obie strony brzegu morskiego.
Te pierożki, czy jak to nazwać, sprzedawane są na sztuki. Za 1 peso dostaje się dwie sztuki. Zjadam po 20 sztuk na raz, bo to takie mini pierożki, jak rivoli. Do tego najczęściej biorę dwa patyczki zgrillowanego mięska z kurczaka (8 peso/patyk) i Red Horse (37 lub 43 peso, w zależności, gdzie się kupuje). Filipiński obiadek za 1,5 $.
Felix przyniósł mi nowy telewizor, a stary zabrał i poszedł sobie.
W hotelu u Adeli mam pokój, w którym jest jedno piętrowe łóżko i dostawka, taka niewielka kanapa. Materace nie są tutaj najwygodniejsze, ale nie marudzę. Zaznaczam jednak, ponieważ wszędzie, gdzie dotychczas nocowałam na Filipinach, warunki mogłam mieć różne, ale materace zawsze miałam bardzo wygodne.
Raczę się często małymi banankami i zielonymi, bardzo słodkimi pomarańczami.
To taki hostelowy pokoik, ale Adela powiedziała, że nikogo mi nie dokwateruje, to tylko dla mnie jest pokój. Śpię na dolnym łóżku, górne służy mi za stół, a na dostawce leżę sobie, gdy piszę na laptopie i kątem oka oglądam CNN w telewizorze.
Czasami pozwalam sobie na bronz-ciasteczko do porannej kawy.
Właśnie Barack Obama wizytuje Filipiny przy okazji szczytu APEC w Manili, więc na okrągło to pokazują, chociaż w serwisach mówią też o Paryżu, terroryzmie i Europie. Pierwszego dnia był tu inny telewizor, ale nie odbierał. Mówię Adeli, że skoro już taki luksus mam w pokoju, to bym chciała czasami obejrzeć newsy i mieć towarzystwo ludzi z telewizora.
Ban, czyli kobieta do wszystkiego w hotelu. Prawa ręka Adeli.
Zawołała El Shane Pablo, na którą wołają tu Ban. To prawa ręka Adeli w tym hotelu. Co tylko się dzieje, to natychmiast, w pierwszej kolejności wołana jest Ban. W drugiej kolejności zawołano Felixa, bo manipulacji guzikami przez Ban telewizor się nie poddawał. Felix manipulował dłużej przy różnych przyciskach i antenie, ale również bez skutku.
Tylną furtką wychodzę prosto na plażę.
Felix zabrał telewizor i po chwili przyniósł inny, nowy, w folijkach jeszcze, z płaskim ekranem. Postawił go i poszedł sobie. Ban włączyła, ale znowu nie było obrazu. Teraz  już obie manipulowałyśmy przy sprzęcie, ale bez rezultatu. Gdy ponownie zawołano Felixa, popatrzył, popsztykał i oznajmił spokojnie, że w pilocie nie ma baterii.
Tego poranka zobaczyłam z podwórka rybaków  szykujących się na połów ryb.
W recepcji baterii też nie było, ani w hotelowym sklepiku, ale ja miałam w swoim bagażu dwa paluszki, bo zawsze gdy potrzebowałam zakupić dwie sztuki, wmuszano mi w sklepie komplet trzech baterii w opakowaniu. Uff! Wreszcie telewizor zadziałał. Czasami trochę miga, to wina kiepskiej anteny na druciku, ale generalnie można wytrzymać.
Zarzuciłam na siebie tylko spódnicę i pobiegłam na plażę.
I tak bardziej słucham, niż patrzę, bo zajęta jestem pisaniem bloga lub selekcją zdjęć w laptopie. Gdy tego nie robię, to najczęściej nie ma mnie też w pokoju. Tyle ciekawych rzeczy dzieje się na plaży i w miasteczku. Trzeba kazdą chwilę należycie wykorzystać.
To był piękny widok
No i tak to wszystko działa na Filipinach, a raczej rzadko działa cokolwiek i trzeba dopracowywać na bieżąco. Wiatrak działa wyjątkowo dobrze i naprawdę chłodzi pokój, a nie tylko miele gorące powietrze. Jest ok.
Sieci leżały wzdłuż brzegu. Spod daszku przy drodze, przyszli pomagierzy.
Położenie hotelu jest największym atutem tego miejsca. Wychodzę sobie na moment tylnymi drzwiami złapać łyk świeżego porannego powietrza i co widzę? Rybacy szykują się do wypłynięcia w morze.
Trzeba to wszystko umiejętnie zebrać, aby się nie poplątało.
W te pędy zawracam na pięcie do pokoju, aż piasek spod stóp leci, łapię aparat fotograficzny, narzucam na piżamę spódnicę i lecę po schodkach na plażę. Od góry nie zdążyłam się już ubrać, poleciałam w piżamie. Bałam się, że szybko uporają się z pracą i nic już nie zobaczę.
Następnie trzeba sieci przenieść na łódkę.
Przepiękny widok, nie do opisania. Świt, pierwsze promienie słońca, jeszcze rześko, ale czuć już napływające prądy ciepłego powietrza, bryza morska, niebieskie łódki na błękitnym morzu, kolorowi rybacy i  ogromnie długie zwoje rybackich sieci na piasku. Wszystko to musi być umiejętnie zapakowane na łódki, aby się nie zaplątało.
Praktyka czyni mistrzów, ale to ciężka praca.
Pracują wszyscy w jednakowym rytmie, w milczeniu. Robią to od lat, każdy wie co i jak należy w danej chwili zrobić. Część mężczyzn nie płynie w morze, tylko pomaga rybakom rano z sieciami, a pod wieczór z rybami. W międzyczasie leżą pod zadaszeniami na plaży, patrzą w morze, śpią lub grają w karty.
Praca wymaga zespołowego działania
Czasami łykną sobie ryżową samogonkę, nawet chcieli mnie poczęstować, ale nie przepadam za takim alkoholem. Wolę piwo. Gdy przychodzi odpowiedni moment, zrywają się i pracują razem z rybakami. Fotografuję. Nie złoszczą się, wręcz odwrotnie, uśmiechają się do mnie, kiwają ręką. Good moorning, mówią lub hello? How are you?
Nie drażniła ich moja obecność, uśmiechali się, zagadywali.
Pod koniec jeden z nich proponuje, że zrobi mi z rybakami zdjęcie. Nie potrafi, dwa razy zawracam, żeby pokazać mu gdzie ma patrzeć, a gdzie przyciskać palcem. To nie szkodzi, ma szczere chęci, chce, żebym też miała przyjemność i była z nimi na zdjęciu.
Jeden z rybaków sam zaproponował, że zrobi mi zdjęcie. No cóż, ale widać, że jestem.
W końcu pstryknął, nawet dwa razy pod rząd, jest w porządku, pokazuję kciuk do góry. Jest zadowolony, ja też. Fantastyczny poranek. Odpływają, machają mi ręką na pożegnanie jeszcze z morza.
W końcu zepchnęli łódkę do morza.
Potem nikną na horyzoncie, na styku błękitu morza z błękitem nieba. Pomagierzy wracają pod daszek. Dzień, jak co dzień. Dla nich. Dla  mnie piękne, niezapomniane przeżycie.
 I popłynęli, machając do mnie na pożegnanie.
Wracam do pokoju, biorę prysznic i idę zwiedzać okolicę, ale instynktownie pilnuję czasu. Chcę ich przywitać na plaży, gdy będą wracali z połowu. Nie mogę tego przegapić. Nie znam harmonogramu, nie wiem, o której godzinie zaczynają się powroty z połowów, ale instynktownie wybieram dobry czas.
Poszłam zwiedzać miastecko z myślą, że wrócę tu pod wieczór.
Idę na plażę i czekam. W pobliżu czekają już dwie inne kobiety, żony rybaków. Patrzymy w morze. Co pewien czas ukazuje się niebieska łódka. Teraz dopiero zauważam, jak szybko one płyną. Mkną po prostu po fali, jak motorówka i z impetem wpadają na piasek.
Pomagierzy wrócili na swoje stałe miejsce, pod daszek.
Co rusz następna łódka przybija do brzegu. Mężczyźni spod daszku już tu są. Rybacy wyskakują z łodzi i wspólnie z miejscowymi wyciągają łódź na piasek, głębiej w plażę.
Późnym popołudniem zaczęły się powroty z morza
Już płynie następna łódka, szybko zbliża się do brzegu, za nią ukazuje się raptem jeszcze jedna i jeszcze jedna, w końcu przybijają do brzegu ”moi” rybacy. Są zadowoleni. Kiwają na mnie, żebym się zbliżyła. I co widzę? Ogromną rybę! Oogroomnną!
Pomagierzy niezbędni przy wyciąganiu łodzi na piasek.
Kobiety się cieszą. Ryba zostaje wyciągnięta z łodzi wspólnymi siłami kilku mężczyzn. Prezentują nam ją z dumą. Pozują do fotografii, są szczęśliwi. To był dla nich dobry dzień. Żadna tam drobnica, suszona potem na słońcu, ale ogromna, pyszna, mięsista ryba, zajmująca całe dno łodzi. W domach rybaków będzie uczta.
No i co turystko, ładna sztuka?
Ten szczęśliwy rybak, to sąsiad, jego chata tuż za płotem mojego hotelu. Zaraz na plaży, przed domem ryba zostaje podzielona na części maczetą. Kobiety podchodzą z reklamówkami, do których rybacy wkładają odpowiedni kawał ryby. Nie znam klucza tego działania, nie pytam.
To był bardzo udany połów.
Słabo mówię po angielsku, więc nie zawracam im głowy swoimi pytaniami, tylko patrzę i fotografuję. Na koniec został już tylko jeden z mężczyzn z ogromnym rybim ogonem - płetwą w ręku. Była ryba, nie ma ryby. Zostało wspomnienie na fotografiach.
Trzeba teraz ogromną rybę donieść pod dom. Zmęczeni, ale zadowoleni.
Inny rybak podchodzi i pokazuje, że złowili też trochę mniejszą rybę. Ona również jest świetnym okazem i zasługuje na fotograficzne zainteresowanie. 
Na specjalnym stole podzielono rybę i rozdano rodzinom rybaków.
I,d love to! Gdyby nie ta ogromna ryba, ta właśnie byłaby podziwiana, jako piękna, duża sztuka. Ominął ją podziw, konkurencja była tego dnia zbyt duża.
Wielki młot zabrał ostatni z uczestników spektaklu i poszedł z nim wiejską drogą.
Fantastyczny dzień w Claverii, w rybackiej wiosce -  miasteczku, na samym krańcu Filipin, gdzie na co dzień czas płynie leniwie i bez emocji. Ale zdarzają się właśnie takie dni. 
A moja ryba? przecież też złowiłem dużą!
Dzień dumy dla rybaków, radości dla pozostałych. Wszyscy cieszą się z takiego dnia. Nawet jedyna w tej mieścinie turystka z obcego, dalekiego kraju, czyli ja.
Człowiek z dużą rybą podąża samotnie do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz