Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

niedziela, 22 listopada 2015

Claveria, Cagayan, Filipiny

Mieszkańcy Claverii urządzili sobie rajd po miejscowości.
Byłam właśnie przy porannej kawie, gdy usłyszałam głośny warkot silników pojazdów mechanicznych na drodze oraz trąbienie i głośną muzykę. Złapałam aparat i lecę na ulicę. Ładne mi senne miasteczko! Co chwilę coś zmusza mnie do zrywu, to z jednej strony od drogi, to z drugiej, od morza. Ciągle się tutaj coś dzieje.
Każdy jechał, czy mógł. Tutaj jeepney o imieniu Wilma.
Drogą przed moim hotelem, która idzie równolegle do plaży jechały kolumną tricykle i jeepneye pełne ludzi. Pojazdy ozdobione były kolorowymi balonami, mały gazik terenowy wiózł duże głośniki, z których płynęła muzyka na całą okolicę.
Warkot tak wielu motorów naraz, wywołał mieszkańców z domów na ulicę.
To zlot kolorowych filipińskich pojazdów mieszkańców z Claverii i okolicy na piknik, być może na  otwarcie sezonu turystycznego nad morzem. Na maskach pojazdów były zawieszone banery z informacją, jaką reprezentują dzielnicę, czyli numer Centro.
Jadą nawet ciężarówki. Kolumnę zamykał gazik z głośną muzyką z głośników.
Bowiem miasteczko podzielone jest na Centra, czyli dzielnice chyba, tak sądzę, które są ponumerowane. Do każdego takiego Centro wjeżdża się powialną bramą, a obok niej stoi kamienna tablica z nazwą Centra, numerem i nazwiskami ludzi. Nie łapię za bardzo, w czym rzecz, ale tak tu właśnie jest. Tych Centro jest sporo, bo widziałam tablicę Centro VII.
Jedzie tutaj Centro 5. Wszystkie pojazdy pełne ludzi.
Każdy jechał czym mógł. Kolorowym jeepneyem, motorem, ale najwięcej było tricykli. Pojazdy i ludzie rozlokowali się potem na plaży, ciągnącej się ze dwa kilometry wzdłuż  brzegu morza i piknikowali. Poszłam na spacer, żeby to obejrzeć.
Filipińczycy, to wesoły naród i rozrywkowy. Pozdrawiają mnie.
Kiedyś, za czasów Ferdynanda Marcosa, Claveria musiała być uzdrowiskiem dla Filipińczyków, albo dla prominentów z Manili, któż to wie? Podobnie u nas w Polsce popadły w ruinę prominenckie i pracownicze ośrodki wypoczynkowe, gdy obalono komunę.
Jedna z tablic granicznych. Centro 3, Claveria.
Sądzę tak po widoku nędznych pozostałości po dawnych budowlach nad plażą, resztkach zmyślnych murów ogradzających zapewne kiedyś jakieś domy wczasowe, altanki itp.
Resztki po dawnych budowlach na plaży
Różne ronda, grzybki, letnie sceny do występów artystycznych, betonowe ławeczki, towarzyskie miejsca pod ogromnymi murowanymi parasolami dającymi zbawczy cień z widokiem na morze. Dawne budowle szczątkowo pozostały, ku pamięci.
Nikt tego nie rozbiera, ani nie remontuje.
Wszystko to teraz jest w ruinie, ale miejscowa ludność wykorzystuje jeszcze te pozostałości po świetności, na swój prywatny użytek. W jakimś kącie ogromnej hali działa jadłodajnia, pod częściowym zadaszeniem ruinki rozłożył się sklepik. Każde miejsce do handlu dobre.
Ruinkę można obiektywem ominąć i pokazać sam hotel "Nikita".
Niektóre zrujnowane budynki straszą swoim wyglądem, a tuż obok funkcjonuje na przykład przyzwoity hotel w należytym stanie  i właścicielom hotelu nie przeszkadza taki potworek w sąsiedztwie.
Nikita ma miłą kawiarenkę i sklep z pamiątkami
Zwróciłam na to uwagę właścicielki hotelu „Nikita Beach House”, która koniecznie chciała, abym weszła do jej posiadłości i obejrzała znakomite warunki, jaki jej hotel proponuje turystom. Za umiarkowaną cenę, zapewniała. Może pokażę to na facebooku i Polacy zaczną tutaj przyjeżdżać. Wszyscy tu nieustannie czekają na turystów, bo z tego chcą żyć.
Gospodyni zaprezentowała mi pomieszczenie do karaoke z migającymi światełkami.
Na fejsie reklamować nie będę, ale na swoim blogu chętnie podróżnikom pokażę, bo rzeczywiście warunki są niezłe, jak na Filipiny. Można dostać przyzwoity pokój za 500-800 peso (z klimatyzacją jest zawsze trochę droższy, niż fan, czyli z wiatrakiem) lub za 1500 peso apartament dla bardziej wymagających.
Miła właścicielka oprowadziła mnie po całym hotelu. Wszystko jest, tylko turystów brak.
Kobieta najbardziej dumna była z kabiny prysznicowej zainstalowanej przy apartamencie. Czegoś takiego w Claveria nie zobaczę, a być może nawet w całym regionie Cagayan, mówiła z zadowoleniem. Na terenie hotelu filipińskim zwyczajem jest sklep z pamiątkami, ciuchami i innymi artykułami, również do jedzenia. Jest Wi-Fi. Pewnie działa, jak u Adeli.
Ulice przecinają się tu pod kątem prostym, jak na szachownicy. Są zadbane.
Działa tam również bardzo przytulna kawiarenka. Wszystko jest ok, mówię, ale moglibyście postarać się u władz miasteczka, aby wyburzono tą straszną ruderę obok. Turyści nie mają, jak koń klapek na oczach i lubią jak miejsce, w którym przebywają posiada również przyjemny, zadbany teren wokół. Tak, to jest problem, przyznała.
Na taki mały tricykl zmieści się cała rodzina.
Sporo ludzi opuszcza jednak Claverię. Nie jest tu łatwo żyć. Zostają tylko rodziny tradycyjnie trudniące się połowem ryb i ci, co zainwestowali już w hotele. Naprawdę się postarali, aby zadowolić turystów. Wszędzie jest czysto i przyjemnie.  Wszędzie mnóstwo kwiatów.
To jest cały czas ta sama droga, przy której mieszkam. Idzie wzdłuż morza.
Ceny niewygórowane.  Może turyści odkryją Claverię, jako dobre do wypoczynku miejsce i zaczną tu przyjeżdżać. Trzeba jednak przyznać, że nie ma tu turystycznie pięknych plaż, jak na przykład w Panglao, gdzie można godzinami chlapać się w ciepłej, przejrzystej wodzie na płyciznach lub na  głębokościach dobranych do swoich potrzeb i możliwości.
Te błękitne łódki na piasku mnie urzekają. Każdą bym fotografowała.
Tu jest od razu dość głęboko. Są silne fale niosące z sobą na brzeg mętną od piasku wodę. To rybackie plaże, na łódki, a nie do kąpieli. Oczywiście, kąpać się można, kto dobrze pływa, poradzi sobie. Można uprawiać surfing i inne wodne sporty, ale generalnie, dla turystów to plaża raczej do spacerów lub opalania się, kto lubi się piec na słońcu.
Na innych plażach pełno ludzi, na tej pełno łódek. Typowo rybacka plaża.
Nie ma tutaj portu statków turystycznych ani liniowych, nie ma żaglówek, chociaż wiatry w sam raz do, na przykład zawodów żeglarskich. To jeszcze nieodkryta miejscowość. Być może ma taką pozostać. Senną, rybacką wioską na krańcu kraju.
Bardzo przyjemnie jest posiedzieć w cieniu pod daszkiem i obserwować morze.
Sporo domów stoi w Claveii pustych z tabliczkami do wynajęcia lub na sprzedaż. Wiele zostało po prostu porzuconych i popadło w ruinę, jak ten obok Nikity. Ludzie wyprowadzili się na inne filipińskie wyspy, a niektórzy za granicę, do sąsiednich krajów, gdzie członkowie ich rodzin  pracowali już wcześniej.
W bardzo wielu miejscach ustawione są zadaszenia. Ludzie często tu przesiadują.
Rybacy mają zbyt na swoje ryby. Przyjeżdżają tu ciężarówki z Manili i zabierają świeży towar. Nic się nie marnuje. Tacy pomagierzy spod daszku przy plaży też się utrzymają przy rybakach. Ale część ludzi nie ma tu się czym zająć. Nie ma tu tarasów ryżowych, chociaż jakieś poletka ryżu w okolicy są uprawiane na sprzedaż i na własne potrzeby.
Kierowcy ciężarówek lubią się zatrzymywać w hotelu Adeli. Zabarykadowali podwórko.
Gdyby władze gminy opracowały jakiś projekt odbudowy, remontów, przywracania części dawnych budowli do życia, organizacji biura i atrakcji dla turystów, integracji mieszkańców na rzecz rozwijania turystyki itp. To może część mieszkańców miałaby pracę tu na miejscu. 
Dlatego hotel zarabia, chociaż nie ma turystów w miasteczku. Adela zawsze pogodna.
Ale nic tu takiego nie ma. Sami ludzie nie potrafią się tu zorganizować, jak w Vigan, czy w Pagudpud. Brakuje im chyba inicjatywy. W Vigan i Pagudpud, to od razu widać, że ludzie pracują zespołowo nad atrakcyjnością miejscowości i jej rozleklamowaniem. Nawzajem sobie podrzucają turystów, gdy nie mają już miejsc, organizują wspólne imprezy, itp.
Wołają mnie na kieliszeczek. Zawsze zadowoleni i uśmiechnięci ludzie.
Tutaj hotele stoją puste, restauracje nie działają, no bo w hotelach nie ma ludzi. Ale właściciele nie reklamują swoich hoteli, nie ma folderów o regionie, o  miejscowości. Nie ma mapek z ciekawostkami turystycznymi w okolicy, do których tricykle mogłyby wozić turystów i też na tym zarabiać.
Gdzieś tu jednak uprawiają ryż.
Kilkakrotne zawyżenie ceny tricykla dla znienacka pojawiającego się zbłąkanego turysty nie spowoduje wzrostu stałych regularnych dochodów. Ale opracowanie folderu i reklamowanie ciekawostek w terenie powiększyłoby ilość turystów, a tym samym zarobki hotelarzy, restauratorów i tricyklowców. Są tu bardzo mili ludzie. To też atut.
Tak wygląda świeżo zebrany,  jeszcze nieobrobiony ryż.
Jednak uprawiają tu gdzieś ryż w pobliżu. Ale ja nie widziałam po drodze, ani spacerując po okolicy, żadnych tarasów ryżowych. Muszą być gdzieś dalej, poza wioską. Z pewnością te worki z ryżem zabiorą z Claverii ciężarówki nocujące w naszym podwórku.
Worki z ryżem w punkcie skupu.
Idąc drogą wzdłuż morskiego brzegu natknęłam się na rodzinną skromną restauracyjkę na świeżym powietrzu. Obejrzałam menu i powiedziałam, że wracając, zjem tutaj obiad. 
Są tu narazie małe gospodynie, ale może się ktoś zjawi w międzyczasie i da mi obiad.
Na końcu wsi zobaczyłam, że wybudowano nową betonową drogę gdzieś dalej. Coś chyba myślą tu robić i bardzo dobrze. Wracając, usiadłam z przyjemnością przy stoliku bo byłam już bardzo zmęczona spacerem i upałem.
Nowa betonowa i oświetlona droga idzie dalej, wzdłuż zatoki.
Dwie pary dziecięcych oczu śledziły każdy mój ruch. Gdy podano mi ryż z mięsem (kurczaka nie było), dziewczynka również poprosiła o posiłek. Dostała ryż z małą rybką i tak sobie siedziałyśmy przy jednym stoliku i jadłyśmy swój ryż.
Zazwyczaj można we wsi zjeść tylko taki skromny obiadek. Ale piwo wszędzie mają.
Potem doszła druga dziewczynka i chłopiec. W gromadzie raźniej i odważniej, więc poprosili o foto. Musiałam zrobić im kilka zdjęć, które z zadowoleniem potem oglądali.
Mama zrobiła nam wspólne zdjęcie.
Idąc drogą, co chwila musiałam się uśmiechać i odpowiadać na pozdrowienia. Żadna mijająca mnie osoba nie przeszła obok w milczeniu. Każdy mnie przyjaźnie zaczepiał. You from? Poland? To Europa? blisko Germany? Jan Paul II? O, yes! How are you!
Ludzie zaczepiają mnie przyjaźnie, aby zamienić parę słów.
Jest w centrum jeden sklep samoobsługowy, gdzie można kupić podstawowe produkty spożywcze. Jest Bakery z pieczywem i ciastkami. Brak Cafe i restauracji. Jedzenie serwują na Ip. marketu z warzywami. Nie ma gdzie przysiąść na chwilę odpoczynku. Nie ma żadnego parku. Nie ma banku BPI. Jest jedna kafejka internetowa, bardzo ciasna, ale jest.
Dwie panienki z kawiarenki, to znaczy z domowej stołówki.
Cieszę się, że zobaczyłam Claverię. Głównie z przyczyny rybaków. Poranki, gdy wyruszają na połowy i popołudnia, gdy z nich wracają, to dla mnie malownicza atrakcja, piękny widok i zapadające w pamięć przeżycie. Każdy ranek jest inny i każdy powrót z morza różni się od poprzedniego. Niby to samo, a inne wykonanie w szczegółach.
Nad brzegiem morza parterowe, ale obszerne Centrum Konferencyjne Claveria.
Naturalne czynności codziennego życia rybaków, a odbierane są, jak przesuwające się obrazy malowane wprawną ręką wybitnego artysty. Codzienna praca, a jak sztuka artystyczna, spektakl teatralny, gdzie każdy realizuje przypisaną mu do wykonania rolę. Czapki z głów, rybacy!
Puste, być może chwilowo. To dobre miejsce na szkolenia i konferencje.
Ponieważ nie mogę jechać dalej, bo skończyła mi się ziemia w Filipinach, to muszę come back. Pomału będę kierowała się w stronę Manili, skąd samolotem wrócę do rodziny na Święta Bożego Narodzenia. Podróżowanie przez cały rok jest ok, ale gdy zbliża się Boże Narodzenie, coś się w człowieku przekręca. Otwiera się jakiś zakamarek uczuciowy.
Piękny widok na morze, może trochę rozpraszać uczestników.
Czy znacie tą amerykańską piosenkę: „Driving home for Christmas?” codziennie już chodzi za mną ta melodia i ciepłe słowa o podróży do domu, do swojej najbliższej  rodziny na święta. Nie mogę odczepić się od tej melodii i przestać o tym myśleć.
Suszące się rybki przekładane są na drugą stronę
Po polsku, to idzie tak: „Jadę do domu na Święta. Och, nie mogę się doczekać, aby zobaczyć te twarze. Jadę do domu na Święta, o tak. Patrzę na to z perspektywy i widzę, że minęło wiele czasu, ale będę tam. 
Kumple
Śpiewam tą piosenkę, by czas minął szybciej. Jadę do domu na Święta. Jadę do domu na Święta, z bagażem tysiąca wspomnień….” Itd. Itd. Bardzo wzruszająca piosenka i piękna melodia.
Rybacy oprócz ryb, sprzedają też inne morskie cuda.
Driving home for Christmas, with a thousand memories – wiem, że moje dzieci i mój wybitny wnuk Krzysztof, czekają na mnie i to jest wspaniałe uczucie.
Droga doszła do końca Filipin. Dalej już tylko morze. Muszę zawrócić wgłąb lądu.

3 komentarze:

  1. przeczytałem już cały pani blog i muszę przyznać , że to jest najbardziej interesujący blog o Azji w języku polskim jaki istnieje w internecie , niech pani pisze dalej to są niesamowite opisy i bardzo przydatne dla turystów , nie mogę się nadziwić że pani sama daje radę podróżować po Filipinach
    a wiem że tak łatwo nie jest,z własnego doświadczenia ,....

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dziękuję, Panie Robercie, odpowiedź wysłałam mailem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Pani Zofio, niech Pani podróżuje jak najdłużej , i pisze jak najwięcej , jeszcze żaden blog tak mnie nie wciągnął jak ten Pani , zwłaszcza że też byłem w kilku miejscach co Pani , na Cebu na Boholu , Panglao czy Virgin Island , ale Pani podróż i opisy na północ Filipin naprawdę robią wrażenie , nikt tego jeszcze tak nie opisał jak Pani ,....

    OdpowiedzUsuń