Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

poniedziałek, 26 października 2015

Zdobywanie Mount Tapyas w Coron

Góra Tapyas w Coron. Na nią będę się wspinać.
Rankiem poszłam do recepcji zapłacić za tygodniowy pobyt w hotelu. Właśnie mijał termin i chociaż zarezerwowałam ten pokój na następne 10 dni, za ten tydzień chciałam zapłacić, aby za dużo długu mi się nie uzbierało.
Na tarasie "Sea Dive", Coron.
W recepcji był tym razem chłopak. Powiedziałam swoje nazwisko, numer pokoju i on wydrukował mi rachunek po 900 peso za dobę. O, nie! Tego ja nie zapłacę człowieku! Byłam umówiona na 500 peso za dobę. On twierdzi, że ten pokój jest po 900 peso. To zapytaj Dolores lub Jimiego, bo z nimi uzgodniona była cena po 500 peso.
Na mapce zaznaczone miejsca, gdzie leżą wraki japońskich okrętów. Można naurkować.
Może i w sezonie ten pokój jest po 900 peso, ale teraz mamy law season, padają deszcze, turystów mało, pokój nie ma klimatyzacji, tylko wiatrak, okno nie jest od strony morza, tylko z boku. Dlatego właśnie dostałam ten pokój za 500 peso za dobę, tłumaczę mu cierpliwie, wyliczając wszelkie niedogodności, które akurat dla mnie są nieistotne, ale na cenę mają istotny wpływ. Poza tym, taka była umowa z Dolores.
Bardzo stare drewniane domy w Coron. Piękne.
Wtrąciła się w końcu dziewczyna, a dziewczyny tu są bystrzejsze od chłopaków, poza tym ona była bardziej w temacie. Podarła rachunek i wydrukowała drugi, po 500 peso. Płacę kartą. Chłopak wyciąga spod lady urządzenie, ale transakcja raz i drugi nie dochodzi do skutku. Zaczynam się niepokoić. Chłopak zmienia terminal na drugi i transakcja za pierwszym razem zostaje zrealizowana. O co chodzi? pytam.
To ten jedyny duży market samoobsługowy w Coron. Można płacić kartą.
Chłopak mówi, że tamto urządzenie jest chińskiej produkcji, więc czasem zawodzi (jest to dla nich oczywiste, że co chińskie, to szajs), a to urządzenie jest singapurskiej produkcji i jest lepsze. To wyrzuć to chińskie przez okno do morza, mówię i  nie denerwuj klientów maltretowaniem ich karty.
Wyruszyłam na pieszą wędrówkę pod górę
Przyszedł Jimmi, znowu mnie wyściskał i spytał, czy wszystko ok? Ok, ok, mówię, poza tym, że deszcz za często pada. Już nie skarżyłam na chłopaka, bo sprawa została wyprostowana, ale wszystkiego trzeba pilnować samemu, bo by człowieka z torbami puścili.  Nigdy nie pomylą się na swoją niekorzyść, tylko zawsze ze szkodą dla klienta.
Postanowiłam wejść wreszcie na Mount Tapyas
Dla pewności powiedziałam, żeby sprawdził w komputerze, czy od dzisiaj mam ten pokój na 10 następnych dni, czyli wychodzę z niego 6 października i czy pokój jest nadal po 500 peso za dobę, bo jak po 900 peso, to rezygnuję. Jak tam masz wynotowane? Żeby potem znowu nie było niedomówień. Jest Ok? to dobrze.
Najpierw szło się żwirówką, a potem betonowymi schodami.
Poprosiłam przy okazji, aby zmieniono mi pościel na czystą. Po paru minutach przyszedł chłopak od tej roboty, zmienił pościel, przyniósł ręczniki i sprzątnął mi pokój. Jest czysto i świeżo. Całkiem przyjemnie mam, trochę więc jeszcze tu pomieszkam.
Nawet na odludziu funkcjonują małe sklepiki. Wodę do picia można kupić.
Poszłam z laptopem na taras, rozłożyłam sprzęt na stoliku, przyniosłam sobie kawę i postanowiłam powklepywać do bloga zdjęcia i opublikować wreszcie te trzy posty, co je mam już napisane, a jeszcze nie pokazane na blogu. Dzień na pracę. Raz świeci słońce, a za moment znowu pada deszcz. Taka tu jest teraz pogoda na Filipinach.
Tu chyba każda rodzina żyje z handlu lub z transportu. Albo z jednego i drugiego jednocześnie.
Obserwowałam, jak turyści schodzili się do przystani na swoje łodzie, którymi tego dnia płynęli na islands hopping. Nie zazdroszczę. Pogoda jeszcze gorsza, niż tego dnia, co ja płynęłam, bo już od samego początku mają deszcz i jest prawie ciemno od chmur. Zdjęcia będą kiepsko wychodziły przy takiej sino-stalowej pogodzie.
Nawet działa tu hotel. Z pewnością ma piękne widoki z okien na Coron i morze
Obserwować morze mogłam swobodnie, bo wklepywanie zdjęć szło, jak krew z nosa. Pół godziny wchodziło jedno zdjęcie. Mogłam dowolnie długo przyglądać się łódkom, ale w takim tempie, to ja za miesiąc nie opublikuję tych postów. Nie wiem, co tu jest z tym internetem nie tak. Dostęp jest na full, wszystkie kreseczki pełne, a trudno przesłać jedno zdjęcie, jak również otworzyć pocztę, czy facebook.
Jestem już tak wysoko
W pewnym momencie zaczął padać tak rzęsisty deszcz, że miałam wrażenie iż ściana wody na mnie idzie. Do tego zerwał się potworny wiatr. Nie wiedziałam, co najpierw ratować. Chwyciłam, co najważniejsze, czyli laptop, plecaczek, kubek z kawą.
Ulewa w Coron. Widzicie te bąble na betonie?
Krzesła takie ciężkie z drewna, a przewracały się na tarasie. Zdążyłam wycofać się do korytarza, na podłodze położyłam te wszystkie rzeczy i wróciłam po resztę. Niemal w powietrzu chwytałam  torbę z kablami. Blaszane krzesełko przeleciało przez cały taras i zatrzymało się na poręczy, a czyjaś koszulka i suszący się na sznurku strój do nurkowania przefrunął nad tarasem w dół. Ale się działo!
Widoczność zanika prawie całkowicie
Turysta z sąsiedniego pokoju wyszedł z kamerą i  nagrywał to pogodowe zjawisko stojąc w drzwiach wyjściowych na taras. Dalej nie poszedł, bo by go zmiotło. Gdy sobie poszedł, ja zrobiłam kilka zdjęć. Na szczęście wichura zelżała nieco, ale padało jeszcze dłuższy czas. Wczoraj w TV pokazywali, że powietrze na Palawanie ma wilgotność 90%. To dzisiaj  już chyba osiągnęła 99,9%!
Zaraz zerwie się wichura, to nie będą sobie tak spokojnie spoglądać na morze
Mam nadzieję, że tym na islands hopping nic się nie stało i że byli w tym czasie na którejś z wysepek lub przynajmniej w małej zatoczce. Bo jeśli byli akurat na pełnym morzu, to jedynie im współczuć trzeba. Widziałam jak skakały zacumowane w porcie łodzie. Sytuacja nie do opanowania przez człowieka. Ciągle jesteśmy maluczcy wobec sił natury i tak już zostanie na wieki. Człowiek nigdy nie okiełza przyrody.
Już po wszystkim. Powrót z Island Hopping przebiegł bezpiecznie.
Z wklepywania zdjęć do bloga, nici. Na dodatek internet się w pokoju zamknął i teraz nie wiem, czy nie stracę tego, co już udało się na roboczo w blogu umieścić, bo oczywiście, nie zdążyłam wyjść właściwie z programu.
Znów można pracować na tarasie
Ważne, że uratowałam laptop i nie odfrunął mi do morza. Pierwszy raz coś takiego się przy mnie zdarzyło. Wszak Filipiny słyną z częstych tajfunów w porze deszczowej. Niby to wiedziałam, a jednak sytuacja mnie zaskoczyła.
Chwilami wędrówka na Mount Tapyas całkiem przyjemna. Płasko.
Teraz, następnego dnia kończę ten post, bo wczoraj już nie było czasu. Dzisiaj zeszłam z laptopem do restauracji, gdzie internet odbiera najlepiej.  Niby jest dostęp na full, a jednak nie mogę facebooka otworzyć, a do bloga nie chcą przechodzić zdjęcia. Coś się zepsuło. Na szczęście nie straciłam dotychczas wykonanej pracy. Wszystko się zapisało i jest, ale zdjęcia nie przechodzą. W blogu będzie przerwa.
A czasami strome schody
Będę pisała w wordzie, a jak coś się naprawi, to później wkleję do bloga. Szkoda, że tak się stało i szkoda, że nie znam się na tyle na komputerach, żeby samej to naprawić. Poszłam  w takim razie do miasta. Wzięłam z sobą aparat fotograficzny z myślą, aby wejść wreszcie na tą górę z krzyżem na szczycie i zrobić kilka ciekawych zdjęć.
Stojaki do ćwiczenia koszykówki stoją na Filipinach dosłownie wszędzie. Narodowy sport.
Niestety, nie dałam rady. Dzisiaj dla odmiany pogoda jest świetna, ale nieprzeciętny upał. Podeszłam tą górą prawie do połowy drogi, ale myślałam, że ducha wyzionę. Niesamowity gorąc, a podejście bardzo strome, zadyszki dostałam, wody nie wzięłam. Wprawdzie cały czas idą w górę betonowe schody, ale idzie się nimi i końca nie widać.
Czym wyżej, tym piękniejsze widoki, ale już się chmurzy.
Wróciłam na dół. Jutro z samego rana zrobię drugie podejście, może będzie trochę chłodniej i łatwiej. Ta góra nazywa się Mount Tapyas. Trzeba wchodzić na nią od strony San Augustin Street, obok Tiyata Hotel. Po przecięciu poprzecznej ulicy, San Augustyn przechodzi w Tapyas Street i już cały czas do góry trzeba się piąć po betonowych schodach, aż na sam szczyt, gdzie stoi krzyż i duży napis CORON.
Czekałam na tych ludzi, żeby nie iść samej, ale rozmyślili się i zawrócili z drogi..
Być w Coron i nie wejść na Mount Tapyas, to by było śmiechu warte. To jak być w Paryżu i nie zobaczyć wieży Eiffla. Następnego dnia kupiłam po drodze butelkę wody mineralnej i zaczęłam wspinaczkę od początku. Co rusz można odpocząć pod zadaszeniem i potem iść dalej. Na jednym z takich przystanków siedziało dwóch młodych chłopaków. Szłam zupełnie sama, ani żywego ducha wokół. Niedobrze.
Cicho tu i spokojnie, z dala od hałasu miasta.
Wolałabym, aby jacyś turyści szli w pewnej odległości za mną lub z przodu. Patrząc w dół, zobaczyłam, że idzie grupka młodych ludzi. Przysiadłam na murku i czekam, żeby mnie minęli, to pójdę dalej. Ale oni się rozmyślili i zaczęli schodzić na dół, jak ja wczoraj.
Piękna panorama okolicy.
Wspinałam się dalej. Tych dwóch chłopaków trochę mnie niepokoiło. Po co oni tak siedzą na półmetku? A ja idę zupełnie sama z tym swoim plecaczkiem, w którym właściwie mam wszystko, co stanowi smakowity kąsek dla miejscowych złodziejaszków. W takich momentach zawsze przypomina mi się historia Kris i Lisy, którą opisałam w poście z Boquete w Belize.
Francuzi mówią, że jest ok, sejf, mogę iść. Oni już schodzą na dół.
Z góry schodziła para młodych Francuzów. Pytam ich, czy tam na górze są jeszcze jacyś ludzie? Oni mówią, że nie, nikogo już tam nie ma, bo deszcz nadciąga. Tak, tak, nadciąga już od samego rana. Przez cały czas kłębią się chmury nad szczytami gór. Bezpiecznie tam jest? Pytam jeszcze. Jest ok, mówią Francuzi, możesz iść. To poszłam.
Coraz bardziej się chmurzy. Będzie deszcz.
Po drodze robiłam zdjęcia, ale ciągle wspinałam się do góry. Już niedaleko, Krzyż na szczycie jest już w zasięgu mojego wzroku, ale chciałam wejść na sam szczyt i zrobić sobie zdjęcie przy literach napisu CORON. Deszcz niespodziewanie przyspieszył i to tak, że aż dudniło wokół. Szybko schowałam aparat i zaczęłam schodzić w dół.
Schowałam się na chwilę pod tym daszkiem.
Miałam parasol, ale trzymałam go bardziej z tyłu, żeby chronić plecak z dokumentami i aparatem. Po paru sekundach byłam już cała mokra, jak bym spod prysznica wyszła. Cały czas jednak schodziłam w dół. Woda sięgała mi do kostek. Zatrzymałam się dopiero u wylotu uliczki, przy restauracji „Mamas” do której mnie zapraszano, gdy szłam do góry, a ja odpowiedziałam, że wejdę, jak będę wracała i weszłam.
Już widać szczyt z krzyżem i napisem. Jeszcze kawałek podejdę.
Postanowiłam zjeść tu obiad i zamówiłam grillowaną rybę, ryż i shake z mango. Mango zyskało moje uwielbienie na Filipinach, chociaż polubiłam je już wcześniej, w Sri Lance. Tutaj jednak jest ono bardziej mięsiste, soczyste i słodsze. Objadam się nim przy każdej okazji. Jest to dla mnie owoc nr.1 w Azji. I jak shake, to tylko z mango!
Restauracja "Mamas" stoi na drodze u podnóża góry Tapyas
Deszcz ciągle padał rzęsiście i woda spływała z góry strumieniem, zamieniając wąską uliczkę San Augustin w rwącą rzekę. Chłopak grillował dla mnie dzwonko świeżej ryby pod daszkiem. Machał bez przerwy wachlarzem z liści palmowych nad paleniskiem, aby utrzymać żar w grillu.
W drodze powrotnej zjadłam w "Mamas" grilowaną rybę
Czekałam spokojnie ociekając wodą, zupełnie tak samo, jak mój parasol stojący obok krzesła.
Nieco w dole, na ulicy toczyło się życie. Mimo deszczu jeździły tricykle, motory, robotnicy ręcznie rozładowywali ciężarówkę z długich żelaznych prętów budowlanych. Nie mieli nawet rękawic ochronnych. Nikt tu nie zwraca uwagi na deszcz, każdy robi swoje. Ludzie mokną na ulicy i na ulicy wysychają, gdy deszcz ustaje. Takie tu życie.
Widok z góry Tapyas na Coron
Ryba była bardzo smaczna i shake z mango również. Przy płaceniu chłopak wydał mi za mało reszty o 100 peso. Gdybym automatycznie chowała resztę do portfela, nie licząc, jak robię to w swoim kraju, już nie raz i nie dwa dałabym się oszukać. Nie lubię tego. Gdyby zatrzymał sobie 20 peso, ok, uznałabym to za napiwek, ale stówka?
Bardzo ładny widok na zatokę, tylko żeby nie ten deszcz......
Co mi tu dajesz? Pytam zdziwiona, a on szybko się oddalił i po chwili doniósł 100 peso. Skąd wiedział, że brakuje akurat 100? Nie liczył przecież i ja też nie zdążyłam powiedzieć ile brakuje pieniędzy. Incydent zepsuł miłe wrażenie, jakie było podczas obiadu i już więcej do tego lokalu nie przyjdę. Takie mam zasady. Omijam nieuczciwe sklepy, lokale i nieuczciwych ludzi szerokim łukiem. I w kraju i za granicą.
W życiu nie pokonałam tyle schodów na jednym spacerze.
Wszystko znowu miałam mokre. Musiałam suszyć pod wentylatorem wszystkie rzeczy z plecaka, a swoje ubrania od razu wyprać i rozwiesić na wieszakach. Zamokły również sandały trekkingowe, ale przecież nie mogłam wchodzić na górę w klapkach. Faktem jest, że na sam szczyt Mount Tapyas nie weszłam, ale trzeci raz nie będę już próbowała go zdobywać. Odpuszczam sobie ten szczyt. Widoki z góry piękne.
Jestem tak blisko, że wystarczy ręką sięgnąć, ale zawróciłam z drogi.
Mój słowniczek:
Law season – niski sezon, poza sezonem.
Are there any rooms free? – czy są wolne pokoje?
With a bathroom? – z łazienką?  with a shower?– z prysznicem?
How much is it per night? – ile kosztuje doba?
What is included in the price? – co wliczone jest w cenę?
Breakfast – śniadanie, air-conditioning – klimatyzacja, free internet – darmowy dostęp do internetu
Are there any discounts for retireds? (pensions?, seniors?) – czy są zniżki dla emerytów? (rencistów?, seniorów?)
Can I pay card? – czy mogę zpłacić kartą?,  only cash! – tylko gotówką!
Can I have the bill, please – proszę o rachunek
Evening meal – kolacja
Slice – kromka, slices - plastry
fried – smażony, raw – surowy, baked – zapiekany,
a piece of – kawałek
the bill is wrong – rachunek się nie zgadza
I am leaving – wyjeżdżam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz