Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

wtorek, 27 października 2015

W podróży czas się nie dłuży

Wieczorne rozmowy tarasowe

Pakowanie się to dla mnie zmora w podróży. Zupełnie nie wiem, co tak dużo waży. Generalnie, to rzeczy do ubrania mam najmniej. Cienkie spodnie rybaczki i jedne krótkie spodenki, trzy, czy cztery tiszerty, skarpetki,  piżama bawełniana, sweter, polar, cienka sukienka i spódniczka, że po zwinięciu w garść się zmieszczą, bielizna, pareo,  sandały, tenisówki i klapki. Bawełniany kapelusz, co mieści się w siateczkowej bocznej  kieszeni plecaka, a który najczęściej mam na głowie, bo upały tu są piekielne, kostium kąpielowy.
Na pokładzie bangki
Biorąc pod uwagę, że kilka z tych rzeczy zawsze mam na sobie, w walizce ubrań jest niewiele. Najwięcej jest tych wszystkich dodatkowych rzeczy „niezbędnych” w podróży. Dwa ręczniki cienkie i małe, ściereczka bardzo malutka, kosmetyki, czyli mydło, krem przeciwsłoneczny, płyn odkażający, żel pod prysznic, krem do twarzy, do stóp, szampon, płyny p/ komarom, apteczka. Poza tym mapy i notatniki (już drugi używam)
Wszędzie zalega mgła, jak dym snuje się zabudowanym nadmorskim pasem
Mały czajniczek elektryczny, kubki dwa, blaszany i plastikowy, sztućce, nóż, nożyczki, dwie ładowarki do aparatu fotograficznego i do laptopa, kable, adaptery na inne wejścia do kontaktów, aparat fotograficzny (już się zamieniłam z Oliwią na mniejszy). 
Dla mieszkańców pływanie łodzią, to codzienność
Zapasowe dwie baterie do aparatu i kilka kart oraz urządzenie pośredniczące w przegrywaniu zdjęć z karty, bo z samej karty laptop często nie chce czytać, laptop oczywiście, ale z tych mniejszych, budzik, mysz do laptopa i podkładka.
Rybak
Okulary do czytania, przeciwsłoneczne i do chodzenia. Jedne zawsze na nosie. Szczotka do włosów, maleńki komplet igieł i nici, kawałek sznurka. Zawsze też mam coś z rzeczy bieżących, już tutaj kupowanych, jak nawilżone chusteczki higieniczne, ręcznik jednorazowego użytku, papier toaletowy spełniający również rolę chusteczek higienicznych, kawa, herbata, coś do jedzenia na czas podróży, jakiś suchy chlebek lub kruche ciastka, kilka cukierków na osłodę.
Dla mnie takie widoki, to atrakcja
Mam śpiwór, ale to śpiworek właściwie maleńki, po zwinięciu mieści się w spodniej kieszeni plecaka wraz z innymi jeszcze rzeczami. Saszetka z dokumentami, portfel z pieniędzmi, pęk kluczyków od kłódeczek, na które to wszystko jest pozamykane w walizce, plecaku i małym plecaczku. 
Tutaj już nie mgła, a palące się ogniska na lądzie
Rozmówki polsko-angielskie, dysk zewnętrzny na archiwizowanie zdjęć, gdyby coś, dwa pendrive. W jednym mam ulubioną muzykę, bo bez muzyki ciężko żyć.
Tutejsi nie podzielają mojego entuzjazmu widokami, wolą się wyspać.
Kindle, na które moja synowa Monika wgrywa mi od czasu do czasu ciekawe książki, żebym sobie w wolnych chwilach, w czasie deszczu lub w podróży, czytała, żeby nie dźwigać z sobą jeszcze książek. Dodatkowo dźwigam też przecież przynajmniej jedną dużą butelkę wody mineralnej. To konieczność tutaj.
Dzieciaki się bawią. Nie ma dla nich złego miejsca do zabawy.
Sami powiedzcie, ile tego wszystkiego jest, że tak właściwie na ciuchy to już miejsca nie ma. Czy ja dźwigam coś niepotrzebnie? Czego się jeszcze mogę pozbyć? Już sama nie wiem.
Na lądzie. Filipińczycy zawsze w dobrym humorze.
Zostały tylko rzeczy niezbędne, a jednak mój bagaż jest ciągle ciężki. Dlatego za każdym razem gdy się pakuję, znowu histeryzuję. Najchętniej wszystko wrzuciłabym do morza i jeździła tylko z małym plecaczkiem na dokumenty.
Tu sprzedają przysmak azjatycki, balut. Aż mną wstrząsa na samą myśl.
Ogarnęłam to jakoś, ale mam cztery bagaże, co w samolocie już by nie przeszło. Jeden bagaż główny, to walizka. Bagaż podręczny, to plecak i plecaczek oraz materiałowa torba z prowiantem na drogę i dwoma butelkami wody, bo przecież na tych statkach nic nie można normalnego kupić, a te nienormalne artykuły, jakie tam sprzedają, mają dodatkowo nienormalnie wysokie ceny.
Na podróż wybrałam firmę dużych autobusów "Rorobus"
Na blogu jednego z podróżników przeczytałam,  jak on się pakuje na wyjazd. Lubię czytać blogi podróżników, bo zawsze można z nich czegoś ciekawego się dowiedzieć. Między innymi żartował sobie, z jakimi to bagażami ludzie potrafią podróżować, widział nawet turystkę, która podróżowała z walizką! Niesamowita sprawa, dziwił się.
Terminal autobusowy i kasa. Trzeba się wpisać do księgi na stole.
To z pewnością mnie gdzieś widział na trasie, bo ja właśnie z walizką podróżuję, a skoro to taka dziwna rzecz jest dla podróżników, to nikt inny nie mógł to być. Rzecz w tym, że tego wszystkiego bym do plecaka nie zmieściła, a poza tym nie dam rady tyle na swoich plecach dźwigać. Walizkę toczę na kółkach, a na plecach mam mały plecak.
Takie to miasto. Nie mam ochoty na przechadzkę, chociaż mam sporo czasu
Pojechałam tricyklem za 20 peso do portu. Tutaj jest tak, że jak jedziesz sama z podręcznym plecaczkiem, płacisz 10 peso, ale jak masz oprócz tego duży plecak lub walizkę, to za nią płacisz, jak za dodatkowego pasażera, bo bagaż zabiera miejsce potencjalnemu pasażerowi, który mógłby po drodze się dosiąść.
Przyglądam się ich codzienności z ławki na terminalu autobusowym
Ciągle się ktoś dosiada, chociaż mi się wydaje, że ja i moja walizka to już zbyt dużo, jak na ten mini pojazd. Ale gdzie tam. Dwie osoby swobodnie siedzą bokiem na siedzeniu motoru za driverem i dwie na bocznych ławeczkach w przyczepce za mną, a nieraz i więcej ich się tam mieści. Oczywiście ich bagaże też jadą. Ja siedzę w przyczepce, ale twarzą do szybki. Szybka zazwyczaj zalepiona jest jakąś reklamą, że nic nie widzę, co się na jezdni dzieje.
Tatuś z córką pozuje, znaczy, że chcą być sfotografowani. Bardzo proszę.
W porcie okazało się, że to żaden statek, a zwykła łódź z bocznymi płozami. Dokładnie taka, jaką płynęliśmy na Islands Hopping. Mamy płynąć 8 godzin na pełnym morzu. Super! Przyjmuję tutaj już wszystko ze stoickim spokojem, przynajmniej tego się w podróży nauczyłam. Koleś zabrał moją walizkę do łodzi, a ja z plecakami i torbą ustawiłam się do kontroli biletów i bagaży. Znowu zapomniałam, że najpierw trzeba się zgłosić do biura żeby  opłacić 20 peso i dostać kwit do biletu. Biegiem z powrotem.
Nawet na nowoczesnej ciężarówce można podróżować na dachu. Nawyk.
Tak już mam. Zawsze wszędzie jestem pierwsza, a wchodzę ostatnia, bo zawsze o czymś zapomnę. Taka sierota Boża jestem. Niby wiem, a jednak we właściwym momencie o tym zapominam. Zamyślam się zupełnie o czym innym, a potem problem. Wróciłam szybko, wszyscy jeszcze stali, ale musiałam stanąć już na końcu kolejki.
Na takim samochodzie, to normalka
Bagaże ustawione były pojedynczo długim rządkiem na ziemi, a pasażerowie stali obok, też długim rządkiem na ziemi. Pan kazał mi postawić bagaże na końcu, jeden za drugim. Postawiłam plecak i torbę. Mały plecaczek też, pokazuje pan. Nie, mówię, nie zostawię tego plecaczka bez opieki. Za chwilę przyszedł inny pan z dużym czarnym psem. Acha, to o to chodzi. Grzecznie ustawiłam na samym końcu swój mały plecaczek. Thank You, powiedział pan. Pies szedł i obwąchiwał bagaże.
W tym hotelu się zatrzymałam. Wygląda niespecjalnie. Ale tu wszystko tak wygląda.
No i to taka kontrola. Duża walizka już dawno w łodzi, a tam przecież mogłam  schować narkotyki. Gdy puszczono nas w końcu na trap, zobaczyłam, że stoją dwie takie same łodzie. Jedna na Mindoro, do San Jose, gdzie płynę, a druga do El Nido. W przejściu z dolnego na górny pokład, gdzie są półki na bagaże, mojej walizki nie było.
Wewnątrz, całkiem nieźle.
Łapię za rękaw człowieka, który zabrał ode mnie walizkę i pytam, gdzie ona jest? Pod pokładem, on mi odpowiada. To ja chcę ją zobaczyć. Człowiek zgonił z ławeczki pasażerów, odstawił ławkę na bok, otworzył podłogę i mi pokazuje. Mało nie ległam na pokładowych deskach, żeby dosięgnąć ją wzrokiem. Ok, jest. Thank You. Bałam się, że może trafiła do tej łodzi, co płynie do El Nido. Zawsze lepiej sprawdzić, czy mój bagaż płynie ze mną.
Vis a vis hotelu mam przyjemną restaurację
Lubię pływać po morzu. Muszę tylko uważać, aby się dużo nie najadać przed podróżą. Na łodzi dali nam potem posiłek, który jest wliczony w cenę biletu, ryż i smażoną rybkę. Zjadłam i było, ok. Tym razem nacierpiała się młoda filipińska dziewczyna, biegała co rusz to kibla, ale w końcu jej ulżyło i zasnęła na ławce. Spała do samego końca rejsu.
Dostałam filipński secjał, który ciągle się jeszcze smaży na żeliwnej podstawce
W porcie San Jose zapytałam tricyklowca, czy zna jakiś czysty, tani hotel w pobliżu bus station, bo jutro jadę dalej. Zawiózł mnie za 20 peso do naprawdę czystego, miłego hoteliku za 400 peso, aż szkoda, że tylko jedną noc tam spałam, ale samo miasto nieciekawe do zwiedzania, więc nie ma co dłużej w takich miejscach zostawać.
Przed kasą na terminalu autobusowym
Pani recepcjonistka bardzo miła, ale smutna jakoś. Może dlatego, że przyszło jej żyć w takim brzydkim i zaniedbanym mieście? Gdy spytałam panią, czy w tym mieście jest bezpiecznie? Z rozbrajającą szczerością odpowiedziała krótko i zwięźle, nie. Nawet nie spytałam o internet, bo byłam bardzo zmęczona podróżą. Postanowiłam zjeść coś konkretnego, wziąć prysznic i iść spać. Ewentualnie jakieś wiadomości obejrzeć w tv, bo telewizor był w pokoju.
Sama bym tego terminalu nie znalazła. W podwórku się mieści.
W hoteliku restauracji nie mają, ale pani skierowała mnie dokładnie naprzeciw hotelu do bardzo fajnej, małej restauracyjki, gdzie zjadłam porządny obiad. Potrawę z kurczaka podano mi w pojemniku, w którym ona ciągle się gotowała i świerczała. Pierwszy raz jadłam tą filipińską specjalność.
Wyjechaliśmy z miasta
Za 90 peso porcja duża, że ledwo dałam radę ją zjeść. Zrobiło się już ciemno. Przeszłam kawałek ulicą, ale w tyle głowy ciągle miałam to jedno krótkie, ale zdecydowane słowo pani recepcjonistki. Nie. Wróciłam do hotelu.
Trzeba przyznać, że prowincja wygląda o wiele korzystniej, niż miasta
Następnego dnia rano wzięłam tricykl i pojechałam na bus station, żeby o 8.oo rano jechać na drugi kraniec wyspy Mindoro, do Calapan. Tym razem szczęścia nie miałam. Autokar zepsuł się i odwołano ten kurs o ósmej. Następny autobus był dopiero o 10.oo. Najpierw myślałam, żeby przejść na station vanów, ale w końcu zdecydowałam się czekać na duży autobus. W ciasnym minibusie nie wytrzymam tyle godzin w podróży.
Pola ryżowe
O 10.oo wyjechaliśmy lecz po kilku kilometrach stanęliśmy na szosie i staliśmy tak 40 minut. Driver gdzieś dzwonił. Myślałam, że znowu coś się popsuło i może ma do nas dojechać jakiś mechanik z terminalu, ale nikt nie przyjechał. Kierowca w pewnej chwili usiadł po prostu za kierownicą i ruszyliśmy w dalszą drogę. Nie wiem, o co chodziło, ale skoro nikt z pasażerów nie pytał, to ja też się nie wychylałam. Cierpliwość tu jest cnotą.
Tak wygląda dojrzewający ryż
Przed wyjazdem pytałam drivera, czy jedziemy prawą stroną wyspy, czy lewą. Powiedział, że prawą. To dobrze, bo na mapie wygląda, że ta po lewej stronie, przez Rizal, Sablayan, Memburao jest kiepska, a ta po prawej przez Roxas, Bongabong, Pinamalayan jest lepsza, ale w rzeczywistości wcale taka dobra nie była.
Poletka ryżowe toną w wodzie. Nie ma dnia bez deszczu.
Jechaliśmy z południowego krańca wyspy dokładnie na kraniec przeciwny, północny, więc można jechać dowolną stroną wzdłuż wyspy, równolegle do brzegu morskiego po jednej lub po drugiej stronie.
Resort wypoczynkowy prawie zaorany. Budowa drogi.
Oni tu na Filipinach to są dopiero w budowie. Wszystko tu jest w trakcie budowy, drogi, autostrady, domy, wieżowce, hotele. Być może to z powodu tajfunów ciągle muszą się odbudowywać. Co kilka kilometrów czekaliśmy w korku, aż przejadą samochody w odwrotną stronę, żeby móc jechać dalej. Ruch wahadłowy. Zamiast świateł, ustawiono ludzi i oni kierują ruchem pojazdów.
Małe gospodarstwa domowe. Filipińczycy kochają kwiaty.
Potem droga pięła się serpentynami raz w górę, a raz z góry ostro w dół. Serpentyny, jak wąż pozawijane, więc znowu w ruch poszły reklamówki. Ja dzielnie się trzymałam, ale ciągle musiałam trzymać walizkę, która nie mogła ustać spokojnie między siedzeniami. Z ledwością ją tam upchałam, żeby miała ciasno, ale siła pędu na zakrętach była tak duża, że walizka tańczyła.
Dzieci na szosie. Co one dźwigają?
Nie dałam jej do luku bagażowego, ponieważ widziałam, że wkładają tam jakieś ciężkie rury, mnóstwo kartonów, żywe koguty w kartonach, a na koniec bardzo ciężkie drewniane skrzynie, a w nich ogromne foliowe worki z wodą, w których pływały małe rybki. To te rybki, co suszą się potem na słońcu na ulicach w oparach spalin i kurzu i które kiedyś mi bardzo zaszkodziły, więc więcej ich nie jadam.
W prześwitach co rusz widać morze. Jedziemy równolegle do jego brzegu.
Widziałam, że został jeden karton na ławce na przystanku i miałam zapytać dlaczego  go nie biorą, ale w tej samej chwili powstało zamieszanie z tą moją walizką, czy idzie do luku i dlaczego nie, że zupełnie mi ten karton wyleciał z głowy. Dopiero u celu podróży, gdy gość wyjmował te swoje rury i kartony z luku i nie mógł znaleźć jednej sztuki, przypomniałam sobie o tamtym kartonie.
Terminal minibusów i jeepney w tragicznym stanie
Dzwonili zaraz z kierowcą komórką na terminal do San Jose, żeby mu ten karton w następny autobus wsadzili. Często widzę, że bagaż ktoś ładuje, a sam nie jedzie, a potem na odpowiednim przystanku ktoś inny zgłasza się po niego. Ale problem jest. Facet będzie musiał znowu przyjść na przystanek i czekać na następny autobus.
Terminal firmowy dużych autobusów
Krajobrazy po drodze się zmieniały. Zaczęły się pola ryżowe. Zauważyłam, że teraz trwa właśnie czas zbioru ryżu. Ryż suszy się wszędzie, a głównie na asfalcie, co zabiera 1/3 szosy samochodom, które jednak skwapliwie suszący się ryż omijają i nie burzą się. Suszy się na betonowych placach, na ogromnych płachtach brezentowych.
Z luku naszego autobusu wyładowują żywe rybki w foliach z wodą
Chodzi o to, że beton i asfalt jest wiecznie nagrzany i ryż suszy się szybko. Susząc go nawet na płachtach, ale na polach, podwórkach czy w ogrodach, ryż by się nie ususzył, bo tereny są tu podmokłe. Dokładnie takie, jakie potrzebne są do uprawy ryżu.
Suszenie ryżu na cementowym placu
Przed domami stoją worki z ryżem czekające na transport. Samochody ciężarowe, a nawet jepneye obładowane workami z ryżem ponad wszelkie wyobrażenie, wiozą go do punktów skupu, ciężko sapiąc. Widziałam też tricykle załadowane workami z ryżem na siedzeniach i na dachu. To drobni rolnicy sami dowożą swoje zbiory do skupu.
Remonty dróg. Co kilka kilometrów ruch wahadłowy.
Wyraźnie trwają tutaj ryżowe żniwa. Ryżowiska są wypalane i zaraz ziemia na tarasach  jest wyrównywana i poletka są obsadzane nowymi sadzonkami. Bo na Filipinach nie ma pór roku. Wszystko rośnie obficie cały czas i przez cały rok.
Nowy, jeszcze płynny pas szosy
Gdy dojechaliśmy do Calapan, natychmiast otoczyli nas tricyklowce, jak to w Azji jest w zwyczaju, ale ja się nie spieszyłam. Wiedziałam, że do miasta nie jest daleko. W końcu podjęłam rozmowę z driverem, a on mi mówi 100 peso. Człowieku! Ja nie jestem pierwszy dzień na Filipinach i znam ceny. 100 peso? W życiu! 10, góra 20 peso, ale on się upierał, aż tu nagle podeszła do nas młoda policjantka i pyta, jaki problem?
Kierowca zatrzymał się przy przydrożnym targu owoców
Ten driver chce 100 peso do center city, mówię, to jest niedorzeczne żądanie. Dlaczego zawsze turysta ma płacić 10 razy tyle, co mieszkaniec Filipin, pytam? Facet będzie miał przechlapane, bo to była turystyczna policjantka, spisała jego numer tricykla i dobrze, bo naprawdę już sobie za wiele pozwalają w stosunku do turystów. Minę driver miał średnią. Tak się dał zaskoczyć!
Zapewniał, że tutaj są najsmaczniejsze owoce z ekologicznych upraw. Kupiłam garść.
Pani policjantka spytała do jakiego hotelu jadę, odpowiedziałam, że nie wiem, szukam taniego i czystego. Nie znam miasta i nie mam rezerwacji. Policjantka kiwnęła na innego drivera, powiedziała, że to będzie kosztowało 20 peso (bo ta walizka, to też pasażer). Powiedziałam, ok. Wsiadła z nami i przywiozła mnie do „Morning Breeze Lodge”. Bardzo pani policjantce podziękowałam za pomoc i zostałam w tym hotelu.
Wreszcie dostrzegłam, że w większości tatusiowie opiekują się dziećmi.
To jest przy ulicy biegnącej do centrum brzegiem morza. Morze widać tylko w przerwach między budynkami, bo ulica jest zabudowana gęsto. Pokój był po 400 peso, ale bez okna. Poprosiłam o inny, z oknem. Zapłaciłam 550 za noc. Wzięłam dwie noce, żeby następnego dnia zobaczyć miasto i się zorganizować do dalszej podróży.
Zatrzymałam się w "Morning Breeze Lodge"
To dosyć duży hotel, zabudowany w czworobok z galeryjkami, z których wchodzi się do pokojów, ale nie posiada własnej restauracji, ani nic tuż obok takiego nie ma. Nie miałam już siły iść do miasta. Postanowiłam dojeść to, co w torbie z podróży zostało, wziąć prysznic i płożyć się spać. Podróż łatwa nie była i jeszcze to ranne czekanie na drugi autobus. Chłopak hotelowy przyniósł mi tylko dużą butelkę wody na moją prośbę.
W pobliżu hotelu taka skalna budowla religijna
Wody zawsze tutaj zużywa się dużo. Dużo piję samej wody, a także gotuję na kawę i herbatę, również w wodzie mineralnej myje się zęby, bo ta z kranu się nie nadaje. Wszyscy tak robią, to ja też, chociaż nie wiem, dlaczego w takim razie nie szkodzi nam częsta kąpiel pod prysznicem? Nie grozi nam żadna choroba skórna?
Z galeryjek ładnie widać ulicę

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz