Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

czwartek, 29 października 2015

Tarasy ryżowe w Banaue



Tarasy ryżowe w Banaue
Postanowiłam, że rano nie kupię u nich śniadania. To znaczy w moim hotelu „Half Way Lodge” za to, że są tacy wyliczeni we wszystkim. Zjem chrupki chlebek ze swojego zapasu i kupię tylko ten wrzątek za 5 peso. Wsypałam do garnuszka kawę i zeszłam na dół. Miałam mało czasu. O 9.oo miał przyjść po mnie Danilo.
Tricykle są malutkie w porównaniu z lankijskimi tuk-tukami. Muszę się schylać.
W recepcji niespodzianka. Szefowa mówi, ok, Sofia, macha ręką i nie chce wziąć tych 5 peso za wrzątek. Wczoraj brała, wręcz się dopominała. Why? Pytam zdziwiona, ona na to, że teraz wrzątek będzie free. No proszę. 
Tarasy ryżowe w Banaue
Nie sądzę aby to moja uwaga zadziałała, ale być może więcej turystów się burzyło i już nie płacimy za wrzątek. Śniadania u nich jednak nie kupiłam, jakaś kara musi być za takie traktowanie.
Na tarasach pracują ludzie. Obecnie jest czas zbioru ryżu.
Przyszedł Danilo i zaprowadził mnie do drivera tricykla, bowiem Danilo jest tylko pośrednikiem, ale za to we wszystkim. Danilo, jak większość tutaj młodych mężczyzn ma ufarbowane włosy (z każdego farbowania wychodzi im brudno-rudy kolor) i czerwone od betelu usta oraz zęby.
Rozwieszony w sklepie betel w foliowych torebkach. Każdy sobie sam wybiera porcyjkę.
To jedyny region na Filipinach, gdzie żucie betelu jest tak popularne, jak w Indiach. Mężczyźni wyglądają więc trochę koszmarnie i nie wiem, na ile chętnie dziewczyny się z nimi całują. Dziewczyny bowiem są tutaj ładne i mają zadbane, śnieżno białe zęby, podczas gdy chłopaki wyglądają, jak zombi.
Tam w dole na jednym z tarasów stoi domek czarownika
Na ulicach widoczne są wyblakłe czerwone plamy od plucia tym betelem, które nawet częste i obfite deszcze nie są w stanie zmyć z bruku. Betel sprzedawany jest w plastikowych torebkach, poporcjowany z wszelkimi do tego wymaganymi dodatkami.
Mieszka tu sobie sam i ma widok na tarasy przez cały rok! w każdej fazie ich rozwoju.
Driver tricykla nazywa się Judy Boy Santiago. Pojechaliśmy na wycieczkę na View Point. Jedzie się szosą w górę, na której co pewien czas wskazane są miejsca, z których rozciąga się piękny widok na tarasy ryżowe i okolicę.
Jego chaty strzeże czarny bożek i dwa miecze.
Moim zdaniem za wcześnie się umówiliśmy. O g.9.oo unoszą się jeszcze nad górami i tarasami mgły poranne. Z czasem jednak mgły zaczęły ustępować, odsłaniając wspaniałe widoki. Robiłam zdjęcia i Judy też zrobił mi kilka. Zauważyłam, że lubi fotografować. 
Otóż i On, czarownik. Uśmiech ma czerwony od betelu. Ja boso,bo  podtopiłam się trochę.
Nim wróciłam do tricykla, Judy zawsze jeszcze kilka fotek okolicy wykonał z własnej inicjatywy..
Na jednym z widokowych miejsc zobaczyłam, że Chińczycy zeszli niżej i tam, na polu ryżowym oglądali drewniane podłużne figurki, jakie już widywałam tu w niektórych miejscach. Też chciałam tam podejść, zobaczyć je z bliska i zrobić zdjęcia. 
Chciałam dojść na koniec grobli widocznej trochę na skos.
Judy mówił, że tam nie dojdę, bo niebezpiecznie jest, nie ma betonowych schodów, jak tu, gdzie teraz stoimy, ale ja się uparłam, bo Chińczycy przecież weszli.
Chciałam dojść do tych drewnianych figurek, co je tam czarownik ustawił.
Zaczęłam schodzić na dół, schodki się skończyły, ścieżynka się skończyła i tylko brzeg pola ryżowego został się nad przepaścią. Jak oni tu przeszli? dziwiłam się rozglądając się dookoła, może jakieś inne dojście jest? Nie było. 
Po lewej ryż w wodzie, po prawej przepaść. Mogę iść tylko po chwiejnych kamieniach.
Trzymając się trawy, bo nic innego w pobliżu nie było, zaczęłam iść tą mokrą krawędzią po glinie między przepaścią, a nawodnionym ryżowym tarasem i w pewnym momencie klap! Siedzę na ryżu po lewej stronie. Po prawej jest przepaść, więc już bym się nie podniosła.
Umyłam nogi i buty, a teraz piorę w strumyku skarpetki z błota.
Pozbierałam się z trudem, bo noga ugrzęzła mi w błocie. Aparat fotograficzny trzymałam w górze, plecaczek był na swoim miejscu, na plecach i nawet tyłka zbytnio nie zamoczyłam, ani nie pobrudziłam błotem, bo na zielonym ryżu usiadłam. Wyschnę jadąc tricyklem.
Ryzyk-fizyk, jak to w życiu. Ważne, aby zawsze w porę wycofać się ze złych pomysłów.
Tylko noga jakoś mi tak w bok poleciała i zatopiła się w błocie. Wróciłam do Judy,ego, którego karcący  wzrok miał wyraźną wymowę, jakby chciał powiedzieć: „a nie mówiłem?” Ok, miałeś racje Judy, is not sejf, rzekłam ugodowo.  Go! Go!
Trudno oczy oderwać od tych krajobrazów
Przy tricyklu zapytałam, gdzie tu jest jakaś czysta woda? bo z takim błotem nie siądę przecież do pojazdu. Judy pokazał mi mały potoczek lecący z gór po kamieniach. Trzymał mój aparat fotograficzny, a ja wyprałam skarpetki, umyłam nogi i sandały i śladu nie było po katastrofie. Ok, Judy, go, go! i pojechaliśmy dalej. Jadąc, suszyłam skarpetki na wietrze.
Świeże zbiory, świeży towar. Tego ryżu to są różne gatunki.
To była bardzo przyjemna wycieczka po okolicy zaniedbanego miasteczka Bonuele położonego w przepięknej okolicy. W powrotnej drodze poprosiłam, aby Judy podwiózł mnie pod hotel „People,s Lodge” bo tam mają podobno mapki miasta. W moim mają tylko xero, na którym słabo widać opisy. Kolorowa mapka kosztuje 20 peso.
Tu przyjemniej, niż w centrum miasteczka.
Nie wróciłam do hotelu, lecz poszłam na spacer po miasteczku w inną stronę, niż szłam poprzedniego dnia. Pogoda tego dnia była przepiękna. Chmury z gór zeszły, zrobiła się znakomita widoczność i nawet pokazało się słońce.
Niektórzy do swojego domu muszą przejść po tym żelaznym wiszącym moście.
Poszłam tak daleko, że w drodze powrotnej zatrzymałam trcykla, bo nie chciało mi się ponownie tej drogi odbyć pieszo. Całą droga jest po obu stronach zabudowana. Byłam tam, gdzie mieszka większość tutejszych ludzi.
Dostojna mieszkanka Banaue
Po dojechaniu do miasteczka, weszłam do restauracji i zjadłam obiad, bo w swoim hotelu postanowiłam nie konsumować niczego. Budynki brzydkie, niedokończone lub w remoncie, w ogóle nie widać, że tam jakaś restauracja jest, ale człowiek powiedział mi, że mam na te schody wejść i tam będzie restauracja. Wchodzę i rzeczywiście jest i to bardzo przyjemna.
Chłopcy ganiają po opłotkach
W całym mieście nie było prądu. Powiedziałam gospodarzowi restauracji, że chyba nie ma jedzenia, skoro nie ma prądu? Zaprzeczył. Jedzenie jest, bo kuchnia pracuje na ogniu, a nie na elektryce. Zamówiłam Chicken curry i małe piwo.
A dziewczynki grają w karty. Naprawdę! Chłopiec w roli obserwatora.
Gospodarz przyniósł jakieś urządzenie, na którym paliły się dwie lampy. Co to jest? Zapytałam. Mają tu takie różne wynalazki w zastępstwie prądu, który bardzo często ma awarie lub jest wyłączany. Ludzie sobie radzą, jak mogą. Nie mają tu łatwego życia.
Hazardzistki
Prądu nie było już do końca dnia. W moim hotelu poustawiali wszędzie świeczki, aby turyści sobie nóg nie połamali. Dali mi dwie świeczki do pokoju. Ale przy świeczkach, to żadna robota, a ja spakować się powinnam bo rano o 8.oo wyjeżdżam do Sagady.
Przy recepcji rozdzielają świeczki
Turyści plątali się po sali restauracyjnej i po tarasie i miejsca sobie nie mogli znaleźć. Europejczycy bez prądu robią się zupełnie bezradni i nie wiedzą co mają z sobą zrobić. Nasza cywilizacja opiera się głównie na energii elektrycznej począwszy od oświetlenia wieczorami mieszkań i ulic, działania lodówek, pralek, telewizorów, komputerów i jeszcze wielu innych niezbędnych do życia dzisiejszemu człowiekowi rzeczy.
Świeczki rozstawiono na poręczach, żeby się turyści nie pozabijali
Mężczyźni chodzili w te i wewte z kablami od ładowarek w ręku od komórek, laptopów, aparatów fotograficznych łudząc się, że za chwilę prąd włączą. Recepcjonistka wyprowadziła wszystkich z błędu, mówiąc, że dzisiaj już prądu nie będzie, a jutro? być może? Poradziła wykorzystać ten czas i wyspać się porządnie w tym czasie
W swoim pokoju też już po omacku nie muszę chodzić.
Na Filipinach, jak jest noc, to jest naprawdę ciemno. Nie tak, jak u nas, że jak wzrok do ciemności się przyzwyczai to zarysy wszystkiego widać, bo gwiazdy świecą. Tutaj ani gwiazdy, ani księżyc nie świeci. Niebo jest całkowicie czarne. Jest ciemno, jak w otchłani piekieł, więc wyobraźcie sobie, jak wygląda tutaj miasto bez prądu.
Banaue utonęło w ciemności. Tylko blask świec i świateł samochodów widać.
Stałam na tarasie i patrzyłam w tą czarną otchłań. Mimo wczesnej pory, sklepy pozamykane. Ciemności na Filipinach zapadają bowiem krótko po g.18.oo.
"Hagabi Restaurant" polecam. Nie dość, że tanio i smacznie, to wystarczająco dużo.
Na ulicach widać jedynie światła samochodów i tricykli, w niektórych domach słabe światełka świeczek, a w niektórych ostre lampy, takie, jakie przyniósł mi właściciel restauracji, gdy jadłam obiad.
Mięsa i warzyw sporo, ryżu można poprosić dwie kopki.
Chicken Curry- 140 peso, Chicken Adobo lub Fried - 120 peso, ryba -120 peso, dodatkowa porcja ryżu - 15 peso, z warzywami- 30 peso. Dania vege po 80 i 90 peso, zupy po 60 peso. Pancake z syropem -40 peso, z serem - 50 peso. Piwko zależy ile i jakie, w can, czy w butelce, od 50 peso.
W Hagabi mają też takie swoje małe muzeum
Nie ma rady. Jak nie ma prądu, to nie ma co robić. Idę spać. Spakuję się rano i do Sagady!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz