Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

piątek, 30 października 2015

Sagada i trumny

Wejście do Echo Valley. Będziemy szukać wiszących trumien w tym lesie.

W moim hotelu Saint.Joseph poznałam parę Francuzów w średnim wieku. Wynajęli bungalow za 1.200 peso, poniżej mojego budynku. Są zawiedzeni pogodą i hotelem. Nie wiedzą, co mają z sobą robić. Chodzą po miasteczku w nieprzemakalnych płaszczach i kapturach i czekają na poprawę pogody, żeby do Echo Valley iść.
W lesie skały i gęsta, soczysta zieleń
W hotelu Saint Joseph nie ma dostępu do komputera z internetem. Internet jest tylko w pomieszczeniu recepcji i jest udostępniany gościom, którzy mają swój laptop. Gdy przyszłam tu wczoraj popracować trochę przy blogu, poprosili o możliwość przeczytania swojej poczty i napisania maila do rodziny z mojego laptopa. Ok, no problem.
Jak nie pada, to też mokro w tej gęstwinie
Na koniec wyklikali informację na temat pogody w Sagada i okazało się, że pogoda poprawi się dopiero 23 października. Przestanie padać deszcz i wreszcie pojawi się słońce. To bardzo długo, bo wczoraj mieliśmy dopiero 18 października, poniedziałek.
Czasami były schody z poręczą, a czasami, nie.
Wczoraj mijał trzeci dzień odkąd jestem w miasteczku i ciągle nie mam jak do Echo Valley iść, bo bez przerwy pada deszcz, co pewien czas zmieniając się w ulewę. Za trzy dni miałam zapłacony pokój i właściwie dzisiaj powinnam z Sagada wyjechać.
Gdy odpoczywam, sycę wzrok krajobrazem. Soutero cierpliwie czeka.
Zdecydowałam się jednak przedłużyć pobyt o dwie doby, ale poprosiłam o rabat, a to z powodu fatalnej pogody i braku prądu. Rano nawet kawy nie mogłam sobie w pokoju zrobić. W recepcji również nie, chociaż stoi tu czajnik elektryczny i można sobie kawę lub herbatę przyrządzać samemu przy stole na antresoli. Oczywiście, jak jest prąd.
Trumny rozmieszczone są w różnych miejscach po lesie, więc chodzimy. Ta, w jaskini.
Przy tym stole siadam wieczorami z laptopem i uzupełniam zaległości na blogu. Wczoraj wrzuciłam dwa zaległe posty i zdjęcia, które załączyły się tym razem bez problemu. Ale potem był problem z prądem w całym mieście, a dzisiaj internet się zamknął i nie mam dostępu nawet tutaj, w recepcji.  Więc piszę w wordzie i czekam.
Mijamy inną wycieczkę z Przewodnikiem.
Filipińczycy, naród cierpliwy, mówią mi, że dostęp do internetu się przerwał i nie ma na to rady, trzeba czekać. Może się otworzy, a może nie. Tak samo, jak z prądem było. Nie ma? cóż zrobić. Trzeba czekać. Wszyscy tu są przyzwyczajeni do czekania. Czekają na prąd, na internet, na to, aż zapełni się jeepney, żeby można było ruszyć, na poprawę pogody. Na wszystko czekają bardzo cierpliwie i bez złości.
Gdy schody raptem się kończyły, zaczynało się coś takiego. Mokro, ślisko i bez trzymanki.
Dzisiaj rano postanowiłam wybrać się w końcu do Echo Valley, bo ja tutaj na słońce się nie doczekam. Gdy miną dodatkowe dwie doby, to będzie dopiero 21 październik, do 23 na słońce nie będę czekała. Głównie z tego powodu, że wszystkie rzeczy mam wilgotne przez te ciągłe opady. Pościel jest wilgotna, ręczniki nie schną,. Bielizna, tiszerty i skarpetki po wypraniu schną już trzeci dzień i ciągle są mokre. Masakra!
Na szlaku spotkałam znajomych Francuzów, Ann i Boba.
Wynoszę je na balkon i wieszam na drut (zamiast sznurka, porozwieszali tu wszędzie druty do suszenia bielizny), który jest częściowo zadaszony. Gdy padanie przechodzi w ulewę, przenoszę pranie do holu i tu rozwieszam na druty, ale nic z tego. Pranie wisi już trzeci dzień i nie schnie.
Przez niezadrzewione luki patrzę na Sagadę tonącą w deszczowej mgle.
Z samego rana poszłam pod prysznic, bo musiałam umyć głowę. Woda zimna, wszędzie zimno i mokro, ale trzeba się przemóc. Najgorszy jest pierwszy moment, potem już jest lepiej. Zjadłam w pokoju śniadanie, bez kawy, bo brak prądu i poszłam do recepcji przedłużyć pobyt o dwie doby.
Nie widać dna tej doliny, taka głęboka.
Mówię pani, że w takiej sytuacji proszę o rabat, bo nic z tego pobytu tu dobrego nie mam. Obniżyła mi cenę z 300 do 250 peso za dobę. Dało mi to satysfakcję. Proszenie o większą obniżkę byłoby już nieprzyzwoitością, bo Ci ludzie w końcu z tego żyją, a 250 peso to jest raptem jakieś 6 $ , na nasze, to jakieś 18-19 zł.
Soutro pokazywał mi różne owoce rosnące w lesie. Rosną tu nawet dzikie truskawki.
Powiedziałam również, że nie będę już dłużej czekała na poprawę pogody, tylko dzisiaj chcę pójść do Echo Valley, czy może mi zamówić Przewodnika? Zadzwoniła po Przewodnika i zanim on po mnie przyszedł, ubrałam się odpowiednio i sprawdziłam  aparat fotograficzny, o który też się boję, że mi zawilgotnieje i przestanie działać.
Piękna okolica, nawet bez trumien.
Wiedziałam już wcześniej, że do Echo Valley nie wolno iść samemu, tylko trzeba wynająć przewodnika, co kosztuje niewygórowaną cenę 200 peso. W czasie tej wycieczki przekonałam się, że to dobry pomysł, bo sama bym chyba nie dała rady odbyć tej drogi. To dosyć trudny szlak, na szczęście niezbyt daleko od miasta.
Zanim zbudowali schody, chodzili po takich drewnianych drabinach.
Być może ta droga nie jest trudna, gdy jest ciepło i sucho, ale my szliśmy w deszczu, który nieprzerwanie padał już czwarty dzień i noc. Najpierw był cmentarz katolicki, potem szliśmy betonowym chodnikiem z barierką, cały czas pod górę. Ciężko, ale na  barierce można się było wspierać. Potem było już tylko gorzej. Wspinaczkę również utrudniało ciągłe trzymanie otwartego parasola w jednym ręku i aparatu w drugim.
To już naturalne schody z błota, gliny i korzeni drzew. Soutro musiał mnie wciągać.
Wspinaliśmy się po obślizgłych kamieniach, nierównych kamiennych stopniach, po wgłębieniach w żwirze i w glinie. Niektóre miejsca, gdzie można było się wbić stopą były bardzo od siebie oddalone wzwyż. Soutero (tak miał na imię Przewodnik) musiał podawać mi rękę i wciągać do góry. Oddech łapałam, gdy na chwilę przystawaliśmy aby nasycić wzrok widokiem z góry na Sagadę leżącą na zboczach i w dolinie.
No, są te trumny. Rzeczywiście wiszą na skale.
W końcu doszliśmy do wiszących trumien. To bardzo stare trumny i stary zwyczaj, gdy jeszcze Filipiny nie przeszły na wiarę katolicką, a przecież są już od kilku wieków gorliwymi katolikami. Każdy turysta, który odwiedza Sagadę, pokazuje na zdjęciach te same trumny, bo tylko one pozostały. Chociaż Soutero mówi, że gdzieś tam, wysoko w górach są jeszcze inne, ale dostępu do nich nie ma, tak są ukryte.
Jesteśmy bardzo wysoko i dosyć daleko od miasta.
Jedne wiszą przy skałach, inne schowane są na półkach skalnych w cave, w jaskiniach. Podobno też żyją jeszcze w górach plemiona, które w ten sposób chowają swoich bliskich do dnia dzisiejszego, ale nie wiem czy to prawda, czy legenda stworzona na okoliczność rozwoju turystyki. Z natury jestem sceptykiem.
Niektóre trumny w jamach skalnych są już w roszypce.
Gdy schodziliśmy z Echo Valley, co wcale nie było łatwiejsze, niż wspinanie się do góry, spotkaliśmy moich znajomych Francuzów. Mijały nas również dwie pary turystów, każda ze swoim Przewodnikiem. Francuzi szli bez Przewodnika, ale nie wiem, czy doszli do celu, bo naprawdę łatwo jest pobłądzić w tych chaszczach. Chyba, że szli trzymając się wzrokowo tamtych turystów z Przewodnikami.
Ann i Bob. W śodku mój Przewodnik Soutero. W tle, pasące się krowy.
Spotkaliśmy się potem jeszcze w mieście, gdy kupowałam dla Oliwii i Krzysia pamiątkowe tiszerty z napisami. Na metkach napisano, że to wyrób filipiński. Rzadko się zdarza, żeby nie były one made in China. Francuzi powiedzieli, że zmienili hotel i są teraz w „Guesthouse George”, gdzie mają o połowę taniej, to znaczy, zamiast 1.200, płacą 600 peso za pokój. Pewnie, że taka zmiana się opłaca, na osobę wypada im 300 peso, jak u mnie.
Guesthouse "George", gdzie mieszkała Ann z Bobem.
Poza tym mają tam dostęp do komputera z internetem. W Saint Joseph płacili 1.200 peso za samodzielny bungalow, a nie za pokój. Każdy sam wie, co dla niego najlepsze i to wybiera. Mówią, że w guesthousie jedzenie lepsze, niż w naszej restauracji. Tak? To ja tam pójdę na obiad. I poszłam. Lepsze nie jest, ale tańsze i większe porcje. Jutro pójdę tam na rybę. Zapowiedziałam się.
Obsługa zwyczajowo ogląda łzawe telenowele.
Ja w tym guesthousie dopytywałam się o pokój pierwszego dnia i był właśnie za 600 peso. Ale ja tu płacę 300, a teraz 250 peso, więc dla mnie korzystniej jest w Saint Joseph. Jak wysiada prąd i przestaje działać internet, to w guesthausie dzieje się to również i deszcz z równą intensywnością pada przy „Guesthouse George”, jak i przy „Saint Joseph”. Mają lepiej z jednym, mają tam ciepłą wodę w łazience, czego im zazdroszczę, ale jakoś wytrzymam te dwa dni, skoro wytrzymałam już trzy.
Rzeczywiście jest taniej, ale nie ma tego, co w menu. Nie ma ryb.
W powrotnej drodze z miasta zobaczyłam, że dom na wzniesieniu, któremu pierwszego dnia pobytu robiłam zdjęcie, został dotknięty katastrofą budowlaną. Nie sam dom, ale mur ochraniający wzgórze, na którym dom stoi.
Sagada, dom na skarpie
Zdjęcie robiłam mu ze względu na to właśnie położenie wysoko nad jezdnią i kamienne schody wiodące do niego. Teraz schody zasypane są gruzem i nie można już po nich wchodzić. To przez te długotrwałe ulewy mur się zawalił i ziemia się osunęła.
Ten sam dom, ale nie można już do niego wejść po schodach, bo zasypane.
Trochę jestem zaniepokojona, jak w takim razie ma się ta droga nad przepaściami, wiodąca do Bontoc, którą mam za dwa dni jechać jeepneyem. Tym bardziej, że cały czas rozjeżdżają ją samochody. Muru nikt nie dotykał, a się zawalił nasiąknięty wodą. Sagada leży trochę na boku i żeby jechać dalej na północ wyspy Luzon, muszę wrócić do Bontoc i tam się przesiąść w odpowiedni autobus lub jeepney. Do Bontoc jedzie się 50 min.
Oszałamiająca przyroda Sagady. Jej deszcze sprzyjają.
Gdy wróciłam do hotelu, młody chłopak o imieniu Arche (Arczi) froterował podłogę w holu mojego „taniego” budynku, jak go nazywam (w odróżnieniu od drogiego budynku głównego i od bungalowów)  i podśpiewywał sobie wesoło do rytmu. Często słyszę, jak Filipińczycy podśpiewują sobie przy pracy. I kobiety i mężczyźni. Świadczy to o tym, że są zadowoleni ze swojego życia.
Arche froteruje podłogę. Mój ręcznik i parasol suszą się tu ciągle, bo wciąż pada.
Arche pod butem miał przywiązaną okrągłą szczotkę do froterowania i jeździł po całym holu, jak po lodowisku na jednej łyżwie. Hol przestronny. Urzęduję w nim sama, bo tylko ja mieszkam w tym domu. Nawet drzwi od pokoju nie zamykam, jak idę do łazienki, czy na balkon. Na balkonie mam kran z wodą i zlew. Myję tam naczynia i przez okno wkładam do pokoju na drugie łóżko, które za stół mi służy. Okna mają kraty.
Na balkonie mam zlew i druty do suszenia prania pod daszkiem. Jak nie pada.
To mi się tutaj podoba, że jak biorę tani pokój, to nie znaczy, że musi on być zasyfiony, z nieświeżą, podartą pościelą, obskurny i brudny. Zawsze to mówiłam, że jak tani, to mniej udogodnień, ale czysto powinno być w każdym miejscu wynajmowanym ludziom do spania. I tutaj tak właśnie jest. Pościel mam czystą, w czystym oknie zasłonka.
Mój pokój skromny, ale czysty. Za 300 peso jest w porządku.
Chcę tanio, to mam łazienkę w korytarzu, nie mam ciepłej wody, muszę mieć swój ręcznik i papier toaletowy. Ok, ja to rozumiem, ale mam czysto w pokoju, mam kontakt, wprawdzie nie przy swoim łóżku, ale w dostępnym położeniu, podłogi wypastowane, wyfroterowane na błysk. Jest ok. Kto potrzebuje większy komfort, to go znajdzie, ale zapłaci drożej. Jest wybór dla każdego według potrzeb i możliwości finansowych.
Wyraźnie widać, że ta skała spadła kiedyś z góry. I spadają tak nadal, niestety też na drogi
Mój słowniczek:
Valley – dolina
Cave – jaskinia
Rock – skała
Hill – wzgórze
Is the guided tour only? – zwiedzanie tylko z przewodnikiem?
There is no lights – nie ma światła
Sink – umywalka
Where are the rubbish bins? – gdzie są pojemniki na śmieci?
Can I go online here? – czy mogę się tu podłączyć do internetu?
Difficuld way – trudna droga
The day before yesterday – przedwczoraj
The day after tommorow - pojutrze

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz