Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

piątek, 30 października 2015

Sagada, Filipiny, Luzon



Dolina Bayayo
Rano poszłam z kawą po wrzątek, wróciłam na górę i usiadłam na tarasie, aby na koniec pobytu w Banaue nasycić wzrok roztaczającymi się wokół, przepięknymi widokami na góry. Zjadłam na śniadanie kupione poprzedniego dnia dwie bułeczki z serem. Takie śniadanko na tarasie o poranku, w tak pięknym przyrodniczo otoczeniu to wspaniałą sprawa.
Czasami robiliśmy przystanki na krótką chwilę
O umówionej godzinie zeszłam na dół z bagażami, Danilo już był i przedstawił mi drivera, z którym pojadę vanem do Sagady. Mam poczekać chwilę na ławeczce, bo  minibus tu podjedzie po mnie, żebym nie musiała dźwigać bagaży do rynku. Tutaj ulice przecież nie są normalne, tylko dziurawe i same góry oraz kamienne schody. Wszędzie schody i schody.
Minibus zatrzymywał się w szerszych miejscach szosy z poboczem
Za kilka minut van się podstawił. Zbieraliśmy jeszcze po drodze turystów, bo samochód musi mieć komplet pasażerów i ruszyliśmy w drogę. Boże! Co to była za droga! Same serpentyny wijące się po zboczach gór nad przepaściami, w których dna nie widać.
Można było pstryknąć kilka zdjęć.
Na dodatek nasz driver to był chyba jakiś kaskader z zamiłowania, gnał po tej wąskiej drodze, jak wariat, mijając inne samochody w sytuacji, gdy nigdy nie było wiadomo, czy coś za tym ostrym zakrętem jedzie, czy nie. A po prawej stronie przepaść. Nerwowo było, ale wszyscy siedzieli cicho. Podejrzewam, że ze strachu.
I rozprostować nogi.
Były takie odcinki drogi, że musiał zwolnić. Z powodu obsuwania się skał. Głazy i kamienie lecąc z góry zarwały drogę, zdarły z niej asfalt, ścięły nawierzchnię zabierając ją z sobą w dół. U nas taki odcinek drogi byłby już zamknięty dla ruchu do czasu naprawy, ale nie tutaj. Wolniutko, po pochyłej powierzchni powstałej z kupy gruzu ubijanego na bieżąco kołami samochodów, jechaliśmy dalej.
Wokół bujna i wspaniała przyroda
Gdyby chociaż driver zaczekał, aż przejedzie jeepney pełen ludzi, ale nie, on wjeżdża na ten pochyły, wyszczerbiony kawałek usypiska tuż za jeepneyem. Jeepney w pewnym momencie się zatrzymuje i my też musimy. I tak sobie wisimy nad piękną, zieloną odchłanią, wśród ryżowych tarasów usytuowanych na stromych zboczach. Ani się cofnąć,ani jechać do przodu.
Jedziemy ciągle tą jedną drogą, chociaż widzimy ją obok
Ja tylko czekam, jak ten gruz spod kół usypie się pod naszym ciężarem i zsuniemy się w tą przepaść bez dna. Wszyscy wstrzymaliśmy oddech. Każdy patrzył gdzieś pod nogi, nikt nie chciał spojrzeć rzeczywistości wprost w oczy. W końcu wyjechaliśmy na twardszą nawierzchnię i opatrzności czuwającej nad nami niech będą dzięki.
Tam w dole byliśmy przed chwilą. Takie tu ostre zakręty.
Przez całą drogę z Banaue do Sagady widoki są cudowne, nie do opisania! To trzeba zobaczyć samemu, na żywo. Białą wstążkę naszej drogi było widać i u góry i głęboko w dole, wijącą się wśród zieleni drzew i ryżowych tarasów. Była wszędzie w różnych miejscach, na różnych wysokościach, ale to ciągle była ta sama, nasza droga.
Jest tylko jedna droga na wyrwanych górom skrawkach ziemi.
Niestety, nie było możliwości robienia dobrych zdjęć. Raz, że ciasno, dwa, że ciągle bujaliśmy się na serpentynach w prawo i w lewo. Był też krótki odcinek drogi wiodący przez wyrąbany w skale tunel, bo już nie było jak pociągnąć tej drogi zboczem, tak stromo wszędzie.
Sagada czysta
Sagada, jak wszystkie filipińskie miasteczka zaniedbana  pod względem remontów budynków, ale trzeba przyznać, że czyściejsza, niż dotychczasowe miasta, w których byłam. Śmieci nie walają się pod nogami. Na poboczach ulic nie leżą usypywane śmietniska rozgrzebywane przez psy, chociaż psów pęta się tu wszędzie dużo. Nawet widziałam w Sagadzie pojemniki do segregowania śmieci.
"Vincent Cafe", warto tam wstąpić na chwilę.
Zaniedbane są domy. Śliczne położenie miasta nie zostało należycie wykorzystane. Nie jest to kurort w europejskim wyobrażeniu, ale miasteczko miłe, ma dużo hoteli dla turystów o różnej zasobności portfela i restauracji. Nie jest tak drogo, jak w Manili. Jest tutaj przyjemnie. Przede wszystkim jest chłodniej, bo to wysoko w górach i nie tną komary. Ale często pada deszcz.
Wnętrze "Vincent Cafe"
Informacja Turystyczna jest, ale kiepsko działa. Oni tu na Filipinach głównie są ukierunkowani na polecanie wycieczek, tubylczych przewodników, droższych hoteli, miejscowego transportu, a nie na informowanie turystów co, gdzie, kiedy i jak tam się dostać. Głównie zależy im na pozyskaniu naszych pieniędzy, a nie na nas i naszej osobistej satysfakcji. 
W "Vincent Cafe" Aniołowie.
Pani w Informacjji Turystycznej nie potrafiła mi powiedzieć, gdzie jest "Vincent Cafe", o której czytałam na blogu podróżnika. Musiałam sama znaleźć. Zrobiłam zdjęcia, wróciłam do pani i pokazałam jej, że mają tu taką Cafe, aby mogła innym turystom udzielić już prawidłowej informacji, a nie robić zaskoczonej i zdziwionej miny.
Transport publiczny na trasie Sagada-Bontoc
Są cafe i małe restauracje, gdzie można smacznie zjeść potrawy regionalne i europejskie. Nie w moim hotelu, niestety. Nie mam szczęścia w tym temacie. Zatrzymałam się w Resorcie polecanym na tej rozpisce, którą jeszcze w hotelu w Manili otrzymałam. Hotel nazywa się „St. Joseph Resthouse” Pięknie położony i tuż nad rynkiem miejskim.
Do St Joseph można wejść z każdej strony miasta. To duży resort położony w centrum.
To kompleks hotelowy bardzo ładnie położony na górze, skąd roztaczają się na wszystkie strony piękne widoki. Stoi w centrum miasta, ale hotel jest tak wysoko położony, że gwar miejski tu nie dochodzi. Resort położony jest w rozległym ogrodzie. Chodzi się betonowymi chodnikami i kamiennymi schodkami między krzewami i kwiatami. Ładnie tu i wygodnie.
Główny budynek z recepcją
Na wzniesieniach i w kotlinkach rozmieszczone są bungalowy, można też wynająć pokoje w głównym budynku, gdzie mieści się recepcja lub z boku, w skromnym budynku, w którym mieszczą się tanie pokoiki ze wspólnymi łazienkami w korytarzu. 
Bungalowy rozsiane po ogrodzie, na różnych jego poziomach.
W tym właśnie skromnym budynku wynajęłam pokój za 300 peso. Te w głównym budynku i bungalowy kosztują od 1.200 peso w zwyż za noc. Narazie mieszkam tu sama, więc łazienkę mam tylko do swojej dyspozycji i mogę po obszernym holu chodzić w ręczniku.
Ja mieszkam w tym z lewej strony, na tyłach głównego budynku. Jest tu ok.
Jest tu przyjemnie, cicho i swobodnie. Wprawdzie też nie ma w pokojach kontaktów, ale przed moim pokojem w holu mam trzy kontakty, zaraz za załamaniem ściany. Kable sięgają tam z pokoju. Ładuję więc sobie spokojnie sprzęt, który znajduje się w pokoju. Mogę zamknąć drzwi na klucz i iść sobie, a sprzęt w pokoju jest zabezpieczony i cały czas ładuje energię.
Można do St.Joseph wejść z boku, z innej ulicy i jeszcze z innego miejsca.
Natychmiast podłączyłam wszystkie ładowarki, bo wszystkie baterie były już całkowicie wyczerpane. Baterie w aparacie fotograficznym ładowały się całą noc. Internet też jest, ale w restauracji hotelowej i w budynku, gdzie mieści się recepcja. Mam już password, ale jeszcze nie miałam czasu iść tam z laptopem, aby sprawdzić, czy on działa.
W Sagada chodzi się po górach i betonowych schodach. Dla starszych ludzi to kłopot.
Po rozpakowaniu się w pokoju i wzięciu zimnego prysznica, co nie jest już taką przyjemnością, jak na wyspach, ponieważ upałów tu w górach nie ma. Jest raczej zimno i trzeba chodzić w swetrze lub polarze. No więc po wzięciu prysznica i rozpakowaniu niezbędnych rzeczy, poszłam do tej naszej restauracji, żeby coś zjeść, bo już południe było, a ja o tych dwóch bułkach tylko jestem.
Na centralnym rynku, mini market ekologiczny, czyli targ.
Wybór kiepski. To znaczy w menu jest urozmaicenie, ale w realu nie ma tego, co w karcie. Chciałam rybę, a musiałam wziąć znowu kurczaka z ryżem. Dopytywałam się u kelnerki, czy to jest pierś kurczaka, czy noga? Noga, odparła. Ok, to poproszę.
Piętrowa Sagada
W rzeczywistości były to kawałki kurczaka posiekane razem z kością. Mięso tam występowało szczątkowo. Było to raczej takie danie, gdzie trzeba wysysać resztki mięsne z kości i uważać, aby się ostrymi odłamkami kości nie zadławić. Kiepska sprawa. Kto zjadł mięso? I za co ja zapłaciłam? Znowu nie mogę się żywić w hotelu, w którym nocuję. Do tego dają tu fatalną kawę. Już nie kupuję, parzę w pokoju swoją.
Restauracja St.Joseph ma ładny taras, ale kiepsko tu karmią i drogo
Na szczęście jest sporo miejsc w miasteczku, gdzie można zjeść smacznie, do syta  i niedrogo i w mieście odtąd będę się żywiła. Pierwszego dnia poszłam obejrzeć miasteczko i znaleźć Biuro Informacji Turystycznej, żeby dostać mapkę miasta. 
Na szczęście w  mieście jest dużo miejsc, gdzie można zjeść smacznie i tanio
Wszędzie tutaj można bez trudu trafić samemu, ale na takiej mapce zaznaczone są zawsze ciekawe miejsca dla turystów. Zostanę tu kilka dni i pozwiedzam trochę. Głównie zależy mi na wiszących trumnach i tarasach ryżowych.  
Sagada. Na chodniki miejsca już zabrakło.
Wszystko jest jednak tak zorganizowane, że nie można samemu chodzić gdzie się chce i zwiedzać co się komu podoba, tylko trzeba z przewodnikiem, z kimś tutejszym. Takie uprawnienia mają również driverzy tricykli. Miasto dba, aby jego obywatele mieli zapewniony zarobek. Nawet do Echo Valley, czyli tam, gdzie wiszą trumny też trzeba mieć przewodnika, co kosztuje 200 peso. W końcu to największa atrakcja Sagady.
Wchodzi się bokiem przy barierce. Tam są stoiska z jedzeniem i plastikowe stoliki
Przodkowie mieszkańców Sagady z pewnością nie przewidzieli, że wiele lat po śmierci staną się turystyczną atrakcją dla obieżyświatów z różnych obcych kajów, a ich potomkowie będą z tego czerpać zyski. 
Widzę codziennie ten kościół. Któregoś dnia pójdę go obejrzeć z bliska.
Trumny i tarasy muszą niestety poczekać, bo jak na razie to w miasteczku bez przerwy pada deszcz. Jestem tu już drugi dzień i nic wokoło nie widać od chmur i deszczu. Muszę czekać na lepszą pogodę i przedłużyć pobyt w resorcie. Na razie o dwa dni.
Schodkowe uliczki Sagady
Taka przerwa może i na dobre mi wyjdzie. Naładowałam wszystkie baterie bieżące i zapasowe. Przejrzałam i posegregowałam zdjęcia w folderach, przegrałam je na twardy dysk zewnętrzny, uzupełniłam teksty i piszę już na bieżąco. 
Na tym wąskim balkonie hostelu siedzą często rządkiem turyści i patrzą.
Jak jutro będzie jeszcze padało, to zejdę po śniadaniu do holu przy recepcji i gdy uzyskam połączenie z internetem, zacznę to wszystko umieszczać na blogu. Chyba, że znowu zdjęcia nie będą chciały się załączać.
Schody, schody, schody. Taki urok miasteczka.
A jak będzie pogoda, to pojadę oglądać te trumny. To jest w pobliżu miasteczka, więc gdy nie będzie nad górami chmur, zdążę jeszcze na tarasy. Teraz, chociaż pada, nie siedzę bez przerwy w pokoju przy laptopie, ale z parasolem w ręku zwiedzam miasto.
Jazda na dachu jeepneya? to jest właśnie to, co uwielbiają turyści!
Dzisiaj poszłam odwiedzić muzeum, bo okazuje się, że Sagada ma swoje Muzeum w samym centrum miasteczka. Muzeum malutkie, jedna salka, ale bardzo tam było  przyjemnie. Buty trzeba zostawić na dole i wejść po schodach boso. Nie zauważyłam tego napisu. Nie jestem wyczulona na ostrzeżenia i zakazy, bo nie znam języka.
Wspinając się schodkową ulicą można zajrzeć w okna I p. "Ganduyam Muzeum".
Na górze pan mi powiedział, ale nie kazał już schodzić na dół, ale ustawić buty i parasol obok balustrady schodów w salce muzealnej. Poinformował też, że przy wyjściu płaci się 25 peso i jednocześnie prosi o wpisanie swojego nazwiska i kraju do zeszytu, bo pan prowadzi swoją statystykę.
Malidom, kustosz Muzeum w Sagada. Bardzo życzliwy człowiek.
Pan kustosz  jest oryginalnym Filipińczykiem z tradycyjnej, dobrze sytuowanej rodziny, której członkowie kształtowali swoje naturalne zdolności artystyczne i dbali o wykształcenie dzieci. Mama była malarką, a dowiedziałam się stąd, gdy zobaczyłam portret pięknej kobiety i zapytałam, kto to jest? A to jego mama, Christine. Jej przyjaciel, również malarz wykonał ten obraz. Bardzo żałowałam, że nie można w muzeum robić zdjęć.
Malidom złamał zakaz i zrobił mi zdjęcie w swoim Muzeum.
Pan jest bardzo miły i w prostych słowach opowiadał mi o wszystkim tak, że rozumiałam całkiem dobrze. Zapytałam, jak się nazywa, odpowiedział, że ma dwa imiona. Lester oficjalne oraz tradycyjne filipińskie, Malidom. Gdy poprosiłam, napisał mi to na kartce. Pokazywał mi poszczególne eksponaty i tłumaczył do czego służyły.
Obejrzeć stare fotografie można w "Masferre" w pobliżu Muzeum.
Bardzo mi się podobały takie plecione koszyczki, które kobiety nosiły na głowie. Otóż te koszyczki były tak sprytnie zrobione, że wyglądały na jedną sztukę, a w rzeczywistości były trzy w jednym. W środkowym kobiety chowały swoją biżuterię.
Wszystkie zdjęcia są opisane, pzedstawiają codzienne życie dawnej społeczności Sagady.
Mężczyźni też nosili na głowie plecione koszyczki, ale z boku głowy, a one były tak zrobione, że się głowy trzymały. Jak mycki. Były też większe koszyki o różnych kształtach,  kobietom służyły one za torebki, a jeszcze większe były na różne artykuły w gospodarstwie domowym.
Są też portrety
W zupełnie dużych koszach trzymano ryż. Bardzo zmyślne były talerze i sztućce. Wszystkie zrobione z lekkiego drewna, trwałe i łatwo się myjące, często ładnie ozdobione rzeźbionymi główkami. Panowie nosili kolorowe torebki z materiału o dziwnym kształcie, takie dwojaczki, z których zwisały dosyć długie frędzle.
Paryskie Centrum w Sagadzie
Miałam nawet zamiar kupić taką torebkę na pamiątkę do domu, ale ona kosztuje 250 peso. Cóż, ręczna robota, to drogo. Takie rzeczy na wzór dawnych, wykonują tutaj kobiety w warsztatach rękodzielniczych, które znajdują się prawie w każdym mieście.
Każdy ma prawo odpocząć sobie na ławce w parku
Również tkaniny, z których szyte były ubrania. Byłam w takim warsztacie i przyglądałam się pracy kobiet. Wszystko tam wykonują metodą tradycyjną, ręcznie, przy pomocy takich narzędzi, jakie służyły ludziom w tamtych czasach. Ciężka praca.
Ok, są też biedne domy w Sagada, ale wszędzie jest czysto
Malidom pokazywał mi też dzidy z jakimi polowano na zwierzynę i jakimi posługiwano się na wojnach plemiennych. Zauważyłam, że mało jest starych fotografii. Malidom skierował mnie do tradycyjnej restauracji o nazwie „Masferre”, w której zgromadzono dużą ilość starych fotografii mieszkańców Sagady i okolicy. Pokazał mi przez okno, jak tam dojść.
W każdym kącie wysprzątane, nawet w takich ziemiankach. Pachnie proszkiem do prania.
Na koniec zrobił mi niespodziankę. Pozwolił zrobić jedno zdjęcie, więc ja powiedziałam, że chcę koniecznie z nim w tym jego królestwie wspomnień, na co przystał i powiedział, że zrobi również zdjęcie ze mną na tle salki muzealnej. Tym sposobem mam zdjęcia dwa. Bardzo fajny gość z tego Malidoma.
Można podróżować autobusem lub jeepneyem. Cena i wygoda inna, czas taki sam.
Polecam go turystom. Wszyscy niemal turyści mówią po angielsku, więc swobodnie mogą sobie z Malidomem porozmawiać więcej i on im opowie różne ciekawe historie z dawnych czasów. Będąc w Sagada nie uganiajcie się tylko za trumnami, ale koniecznie spotkajcie się z Malidomem w „Muzeum Sagada” w samym rynku miasteczka!
Serwetka i pokrowiec na doniczkę zrobione są z kolorowych papierków.
Do „Masferre” również łatwo trafić, bo to dwa budynki dalej za Muzeum, po przeciwnej stronie jezdni. Byłam tam pierwszego dnia, ale w innej salce, gdzie sprzedają oryginalne ekologiczne  wyroby tutejszych rolników i pamiątki. Kupiłam sobie konfiturę z mango.
Plan miasteczka Sagada i okolicy.
Widziałam, że można przejść do innej sali, jak również wejść do niej z zewnątrz, ale to restauracja, a ja nie czułam wówczas potrzeby konsumowania posiłku. Okazuje się, że na ścianach tej właśnie restauracji prezentowane są stare pamiątkowe zdjęcia społeczności Sagady. Bardzo ciekawe fotografie. 
Zabytkowy kościół w Sagada
Te wszystkie rzeczy, które Malidom mi pokazywał i o nich opowiadał, zobaczyłam teraz na tych zdjęciach. Nie wiem dlaczego nie mogą być one prezentowane w muzeum, skoro tak wspaniale komponują się z muzealnymi eksponatami. Być może są własnością gospodarza tej restauracji, bo to restauracja rodziny pokoleniowej, związanej z historią miasta.
Wejście przez  błękitną bramę.
Deszcz co pewien czas ustawał, po czym znowu zaczynał padać, mimo to poszłam jeszcze zwiedzić kościół, który widziałam z daleka już pierwszego dnia, ale nie było mi wówczas po drodze. Kościół jest z 1904r, zbudowany z kamieni, z ogromną rozetą na szczycie. Ciekawie kontrastuje z ciężkim kamiennym murem, niebieska drewniana brama. Kościół jest pod wezwaniem Sant Mary The Virgin związanej z Francją.
Wnętrze w stronę ołtarza
Kościół był bombardowany w 1945r przez Japończyków, potem odbudowany. Tym razem ciszę na dziedzińcu zbombardowali Chińczycy, którzy gromadnie, bo oni nie chodzą pojedynczo, tylko zawsze w gromadzie, wtargnęli na teren kościoła i zachowywali się, jak na pikniku. Jeden mężczyzna z tutejszych coś im powiedział i się w końcu uspokoili.
Chińczycy na dziedzińcu kościoła
Po wyjściu z kościoła deszcz przeszedł w ulewę. Z ledwością umknęłam do góry, kamiennymi schodkami do swojego resortu i schowałam się pod dachem budynku recepcji. Jeden z pracowników również wbiegł pod zadaszenie, a w ręku trzymał bułki. Zapytałam, gdzie je kupił, bo ja nigdzie takich zwyczajnych bułek nie widziałam dotychczas. Chleb jest tutaj tylko tostowy i jedynie w dużych opakowaniach, więc chętnie kupię bułki.
Kręci się tym kołem i dzwon dzwoni na wiernych.
Człowiek powiedział, że z tyłu, za tym mniejszym budynkiem hotelowym (czyli moim) trzeba wyjść bramą i skręcić w lewo. Drugi budynek po lewej, to Bakery. No, proszę. Weszłam do swojego pokoju, zostawiłam aparat fotograficzny i znowu wyszłam, tym razem na tyły, gdzie znajduje się parking. Brama była otwarta. Rzeczywiście, jest sklep z pieczywem.
Wnętrze w stronę wyjścia
Tutaj wszelkie pieczywo mają przeważnie słodkie, albo z serem. Trzeba dokładnie się dopytywać. Chcę zwykłe, bez żadnych dodatków i żeby nie było słodkie, tłumaczę pani, ale na jakie nie wskażę, każde jest słodkie. W końcu pani sobie coś przypomniała, kazała poczekać i poszła na zaplecze. Przyniosła mi w opakowani 6 zwykłych bułeczek
To kościół St Mary The Virgin.
Teraz siedzę w pokoju przy gorącej herbacie, piszę i słyszę, jak dudni deszcz. Z małymi przerwami pada już drugi dzień! Łudzę się, że jak pada już tak długo, to jutro będzie piękna pogoda, bo zabraknie w końcu deszczu w chmurach.
Wieża kościelna z błękitną bramą.   
mój słowniczek:
journey - podróż
direct connection - połączenie bezpośrednie
delay - opóźnienie
ground floor - pater
first flor - I piętro
binds - rolety
stairs - schody
How far is it the centre from here? - jak daleko jest stąd do centrum?
When was it built? - kiedy to zbudowano?
Who painted that? - kto to namalował?
exhibit - eksponat

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz