Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

wtorek, 27 października 2015

Ostatni dzień w Coron

Filipińskie klimaty

Mamy już październik. Powinno się tutaj zacząć lato, a wciąż padają deszcze. Dzisiaj mamy piątek, 2 października i cały dzień padał deszcz, że nie było jak wyjść z hotelu. Teraz wieczorem dopiero przestało. Co można robić cały dzień w hotelu, gdy laptop nie działa i nie można pisać bloga? W takich chwilach nie pozostaje mi nic innego, jak uczyć się języka angielskiego z rozmówek, które przed wyjazdem sprezentowała mi przyjaciółka mojej córki, Oliwii.
Pasażerowie
Przy okazji obserwowałam życie hotelowe, bo większość turystów została tego dnia w hotelu. Jedynie ci nieszczęśnicy, co mieli wykupione wycieczki na ten dzień, popłynęli rano łodziami z nadzieją, że deszcz ustanie niebawem, ale nieświadomie byli w błędzie.
Rano było tu targowisko
W tym hotelu cały czas pracują ludzie. Coś naprawiają, malują, odnawiają, myją i ciągle froterują podłogę. Dwóch chłopaków już od kilku dni od samego rana do wieczora oskrobuje na tarasie drewniane fotele ze starego lakieru. Będą odnawiane. Wyskrobali pięknie, fotele stały się jaśniejsze, matowe i prawie aksamitne w dotyku. To samo mają zrobić ze stołami na moim tarasie. Jak by nie patrzeć, hotel bardziej służy pracownikom i ich rodzinom, niż turystom. Muszą mieć wszystko do dyspozycji.
Teraz trzeba to wszystko zmieścić w samochodach. Zakupy i ludzi.
To samo w restauracji piętro niżej. Obsługa najlepiej czuje się w swoim towarzystwie. Zbierają się w grupki przy recepcji lub przy barku restauracyjnym, opowiadają sobie chyba jakieś śmieszne rzeczy, bo zaśmiewają się w głos, aż turystami wstrząsa, gdy czekają cierpliwie na kelnerkę. Tak, Filipińczycy to wesoły naród.
Te wszystkie worki ryżu będą władowane na dach.
Panie mają niby sprzątać pokoje i pewnie to robią po swojemu, ale ciągle je widzę bawiących się z dziećmi w hamakach na tarasie. Stoły i fotele już nie dla nas, bo w remoncie, hamaki również, ale co tam, dzieciaki fajne, miłe, zadowolone. Kraj katolicki, stawia się tu na rodzinę, a nie na jakiś przybłędów z różnych dziwnych stron świata.
Nie zapomnijcie o kogutach pod koszami
Inny gość chodzi po pokojach i naprawia. Ale jak on naprawia, Boże ty mój! wszystko tuż za nim się sypie. Ja to już nawet nie zgłaszam pewnych rzeczy, bo by cały czas musiał w moim pokoju pracować. W końcu by ze mną zamieszkał.  
Toalety na placu targowym są za darmo i w dobrym stanie.
Prysznic leci tak wąskim ciurkiem, że się spłukać nie można. Spłukuję się rondelkiem, do którego nabieram wodę z niskiego kranu przy podłodze, pod którym stoi wiadro. To w razie awarii wody, żeby mieć czym spłukiwać kibel i umyć ręce.Nad umywalką z kranu woda cieknie kropelkami, więc go wcale nie używam. Dwa razy wyłączyło mi się światło, chociaż w innych częściach domu było. No, to już zawołałam pana i on gdzieś tam mi te korki naprawił. Żebym wiedziała, gdzie one są, to sama bym następnym razem naprawiła, bo co pewien czas prąd się wyłącza.
To co na ziemi, za chwilę znajdzie się na dachu. Towar różnorodny.
Wentylator chodzi, ale na bardzo małych obrotach, więc to chyba nie z jego powodu. Ale dzisiaj stało się coś gorszego. Leżę sobie na łóżku i powtarzam angielskie zwroty, a tu nagle huk! Siadam na łóżku i co widzę? Wentylator oderwał się od nóżki i spadł. Nie na podłogę, bo zatrzymały go kable, ale zawisł. Szybko odłączyłam go od prądu.
I jeszcze to, z drugiej strony. Wszystko musi się zmieścć na samochodzie.
Myślałam, że ta głowica się odkręciła i chciałam dokręcić na nowo, ale okazało się, że tak słabo zespawane było, że po prostu się oderwało. Niesłychane! A gdyby tak stało się z wentylatorem sufitowym? Mógłby mnie zabić na tym łóżku. To jest na szczęście stojący na podłodze wentylator. Tu już musiałam interweniować i to natychmiast.
Tricykle rozwożą tych, co do domów wracają własnymi łódkami.
Znalazłam i przyprowadziłam pana, bo już wiem, który to jest od remontów i napraw, co ciągle pokrzykuje na tych pracujących chłopaków. Zabrał wentylator i powiedział, że mi wymieni, ale czas mijał i nie przychodził. Poszłam pouczyć się na hamaku tarasowym, bo był akurat wolny i było tam chłodniej. W pokoju bez wentylatora się nie żyje po prostu.
Sprzedali swój towar, zakupili inny i wracają na swoją wyspę
Po jakimś czasie wróciłam do pokoju po zeszyt, żeby wynotować kilka rzeczy i widzę, że wentylator stoi pod moimi drzwiami. To nie mógł powiedzieć, że już przyniósł? Widział mnie przecież na tym hamaku, bo co chwilę przez taras przechodzi. Ok, wniosłam wentylator, ale musiałam go najpierw trochę oczyścić i umyć.
Na łodziach szykują się do powrotu
Czasami to myślę sobie, że obsługa hoteli na to liczy, że turysta podomywa i doczyści pewne rzeczy, które chce używać i zdejmie z nich tą niewdzięczną robotę. Uporałam się z wentylatorem, włączyłam go i poszłam do łazienki umyć ręce i co widzę? Pod umywalką odłączyła się śruba i woda leci wprost na posadzkę. Leci! Z kranu to kapała, a jak śruba od wężyka odskoczyła, to woda już nie kapie, a leci! Zadziwiające.
Ruch w zatoce, jak na szosie przed weekendem
W spłuczce od kibla woda cały czas leci. Nic już na to poradzić nie mogę, bo jak zakręcę pod spłuczką kranik, to po paru minutach wody w zbiorniku nie ma i nie ma czym spłukać kibla. Teraz znowu pod tą umywalką, która i tak do użycia się nie nadawała. Niech leci, pomyślałam sobie, przecież w tej posadzce jest otwór, którym woda spływa, gdy biorę prysznic, więc i ta woda popłynie do tego otworu i nie przeleje się do pokoju. Gdy zawołam pana, to on po prostu odetnie mnie od wody i tyle. 
Na targ przypływają całymi rodzinami. Potem wszyscy pomagają ułożyć zakupy w łodzi.

Wzięłam reklamówkę ze śmieciami, bo już mrówki się tam dobierały i wyniosłam śmieci do śmietnika przed budynek. Żeby wyjść przed budynek, trzeba zejść piętro niżej po takich dziwnych stromych i nierównych schodach, a potem przemaszerować przed stolikami restauracyjnymi z jednej strony i recepcją z drugiej. Zawsze Cię tu mają na oku. Jak wprost z tarasu zejdziesz tymi kręconymi schodami, to też przez restaurację.
Zakupy z supersamu tradycyjnie w kartonach.
Wracam, a tu mokra dziewczyna owinięta tylko w ręcznik przybiega do recepcji i mówi, że coś się w jej łazience stało i nie może zatrzymać wody, wszystko się zalewa. O rany! czyli to nie tylko u mnie te awarie są. Gdy wróciłam do pokoju, wody już nie było.
Na czas naprawy zakręcili dopływ wody w całym budynku. No i tak tutaj jest. Znowu naprawią,
Trzeba wszystko dobrze rozlokować, żeby łódź się nie wywróciła
ale tak na aby aby i co chwilę coś się będzie psuło. Azjatycka robota. Ważne, że ludzie cały czas pracę mają. Teraz piszę i słyszę, jak ta woda w łazience cały czas leci, czyli już podłączyli dopływ wody. Za oknem też słychać charakterystyczny stukot. Znowu pada deszcz. Za cztery dni wyjeżdżam z Coron.
Jeszcze tylko chwila na posiłek. Wszyscy bardzo zgłodnieli
Nie narzekam, bo bardzo mi się tutaj podoba. Po prostu piszę, jak jest. Ludzie są bardzo przyjemni, a dzieciaki ciągle proszą o zrobienie im zdjęcia. Wczoraj na tej wąskiej kładce między domkami na palach, wiodącej nad wodą do „Sea Dive” jedna z trzech dziewczynek mijających mnie pokazuje na plecak i mówi, o! kandy (cukierek). Gdzie? Pytam, bo nie załapałam od razu.
Plac targowy powoli pustoszeje.
O tu, pokazuje rączką. Cukierki były w bocznej siateczkowej kieszonce. Taka  bystrzacha! Nie prosiła o niego tylko stwierdziła, że tam jest cukierek. Były akurat trzy, więc każde dziecko dostało po jednym. Włożyłam tam znowu kilka, żeby dzieciaki poczęstować, jak ich spotkam lub inne, które mnie zaczepiają, witają się ze mną, pozdrawiają mnie. Że też sama na to nie wpadłam wcześniej. Taki drobiazg, a dla dzieci przyjemność przecież.
Busuanga Express gotowy do drogi
Na wodzie między tymi domkami na palach pływają często plastikowe butelki i inne śmieci, bo dla ludzi z tych domków to jest naturalny śmietnik, kanalizacja, droga wodna dla ich pojazdów z bocznymi płozami itp. Co pewien czas te śmieci są przez służby oczyszczania miasta zbierane, podobnie, jak zbierają je z ulic. Ale zauważyłam, że nie pływają po wodzie żadne reklamówki, jak to było na przykład w Kambodży. Bardzo mnie to zaskoczyło, ale w końcu doszłam, dlaczego.
Na dachu przewiewniej
Otóż tutaj, jak chcesz w reklamówce mieć zakupy, to musisz ją kupić, jak każdy inny towar. W tym supersamie, który odwiedzam, zastosowali jeszcze większy reżim. Wcale nie kupisz tam reklamówki, ale możesz kupić taką kolorową siatkę z oczkami, jakie kiedyś w PRL-u były lub torbę ekologiczną.
Uff! wszystko się zmieściło i pasażerowie też.
Ludzie tu kupują ogromne ilości wszystkiego, więc te siateczki na nic im się zdadzą. Sklep użycza im kartony. Pracownicy ciągle coś z kartonów rozpakowują i stosami znoszą je i ustawiają obok kas. Są to kartony różnej wielkości. Bierze się odpowiedni karton, stawia na ladzie przy kasie, kasjerka skanuje produkt i od razu wkłada do kartonu. Potem można je jeszcze zawiązać taśmą, którą były opakowane produkty.
Szerokiej drogi, chłopaki!
Nieraz ludzie mają po kilka takich kartonów, bo naprawdę codziennie kupują tu bardzo dużo rzeczy. Potem ładują to wszystko w swój pojazd lub do tricykla i wiozą do domu. Sklep pozbywa się w ten sposób opakowań, które musiałby gdzieś składować i potem wywozić, a w zatoce nie pływają żadne reklamówki. Podwójna korzyść dla środowiska. Największe zakupy robią ludzie przypływający tu z małych wysepek na łódkach.
Część ludzi wraca do domów na wodzie
Gdy pewnego dnia zapomniałam wrzucić do plecaczka swojej ekologicznej torby na zakupy, to pomyślałam, ok, kupię już tą reklamówkę i wtedy właśnie dowiedziałam się, że reklamówek nie ma i nie będzie. To w co ja mam te zakupy zabrać, spytałam się (taka naiwna Europejka:) a pani mówi, abym sobie z tego stosu wybrała jakiś karton i w to zapakowała zakupy. Kupiłam wtedy tą nylonową kolorową siatkę za 8 peso.
Mieszkając na wodzie trzeba garażować swoje pojazdy na drodze.
Jak ja będę z kartonem po mieście chodziła? Przecież nie wracam jeszcze do hotelu. Rzeczy niewiele mam i mogę z nimi pójść dalej. Bo moje zakupy to przeważnie jedna rolka papieru toaletowego, cztery maleńkie cebulki czerwone, mały płyn dezynfekujący lub mydełko, jedna puszka piwa, jakiś mini chlebek tostowy i to wszystko.
Zakupy trzeba donieść pieszo na własnych plecach.
Czasami saszetka proszku do prania, bo bywają też pojedyncze. Bywa też margaryna w małych 10-cio dekowych opakowaniach po trzy sztuki w opakowaniu. Kierowniczka pozwoliła ten trzypak rozerwać, żebym mogła kupić jedną margarynę. Stoję potem z tą garstką zakupów i przyglądam się, jak kasjerka przerzuca te tony towaru zakupionego przez miejscowych i tak sobie myślę, co oni właściwie tak kupują, bo ja tu nic nie widzę.
Kładki koślawe, dziurawe, o wypadek łatwo.
Nie widzę nic godnego uwagi dla mnie, bo nasze supermarkety sprzedają konkretne rzeczy, a tutaj dla mnie dziwne, nie do spożycia. Nie ma tu na przykład żadnych wędlin, mięsa, ani świeżych, ani wędzonych, ani mrożonych. Nie ma serów twardych żółtych, ani białych, ani jogurtów i kefirów. Nie ma masła. Nie ma nawet herbaty. To co jest?
Jedyny duży sklep samoobsługowy w Coron stoi tuż przy placu targowym
Są puszki z rybami, sardynkami, mini  parówkami. Są różnego rodzaju chipsy, które kupowane w ogromnych ilościach zabierają dużo miejsca, bo są w nadymanych opakowaniach. Są różnego rodzaju ciastka kruche nadziewane i suche, są cukierki w 20 dekowych opakowaniach. Są oleje do smażenia i do sałatek i to w wyjątkowo dużym wyborze gatunków. Jest jeden gatunek serka topionego w kartonikach.
Robią tu zakupy mieszkańcy miasta i pobliskich wysp
Są piwa w puszkach i w butelkach. Mają nawet piwa w butelkach litrowych! Są różne rodzaje win, no i oczywiście rum! Rum jest tu bardzo tani i można go kupić w małych i większych piersiówkach, ale również w normalnych butelkach. Jedną małą piersiówkę kupiłam, bo mówią, być na Filipinach i nie spróbować ich rumu, to przestępstwo. Dolewam go sobie czasami do herbaty wieczorem. Jest ok. Nie znam się na tym.
W dzień targowy tricykle mają dużo pracy i spory zysk
Są papiery toaletowe, ręczniki jednorazowego użytku, mydła, pasty do zębów i różne kosmetyki takich samych firm, jak u nas w Polsce. Są majonezy o różnych smakach, musztardy, pasty pomidorowe, dżemy i mnóstwo różnych przypraw tutaj stosowanych. Są śmierdzące rybki, suszone na płachtach na ulicach i placach miast w naturalnym słońcu i kurzu.
Przy targowisku suszy się ryż a płachcie
Są proszki do prania, ale nie w dużych opakowaniach, ani nie w kartonikach, tylko w saszetkach. Po 6 saszetek w komplecie i ludzie kupują całe zwoje tych saszetek. Jedna saszetka proszku na jeden wkład do pralki automatycznej. Nawet w tych biednych domkach na palach mają pralki automatyczne. Podejrzałam. Woda odprowadzana jest bezpośrednio do dziury w podłodze, czyli do wody w morzu.
I rybki na matach, które są przysmakiem Filipińczyków. Moim, nie.
Ale wodę pralka pobiera z wodociągów, bo do tych drewnianych domków idą rury z wodą i kable z prądem. Generalnie w takim pomieszczeniu w domkach na palach jest stół, plastikowe krzesełka, wentylator, szerokie łóżka, czasami kanapa, telewizor i pralka automatyczna. Szaf nie ma, bo za duża wilgoć. Są drążki, na których wiesza się ubrania na zwykłych wieszakach. Podłogi przeważnie wyłożone są gumolitem.
Powrót do domu
W niektórych jest nawet czysto i przyjemnie, a w niektórych strasznie. Te dbające gospodynie to już z daleka widać. Firaneczki kolorowe w oknach, mnóstwo donic z kwiatami przed domem, na drewnianych pomostach i gdzie się po prostu da je ustawić. Bardzo ładnie takie drewniaki wyglądają. 
Na wodzie mają swoje sklepiki. Mają tu swój własny świat.
A z boku stoi plastikowa beczka na śmieci. I przed każdym domem suszy się na sznurkach bielizna. Taki tu krajobraz codziennie. Idziesz między tymi domami i cały czas czujesz świeży zapach proszku do prania. Chłopak wraca do swojego domu na palach w bardzo jasnych spodniach, w białej koszuli z laptopem w torbie. Być może kiedyś pobuduje swój własny dom na lądzie? Jest praca, są możliwości.
"Sea Dive" żegna mnie i zaprasza ponownie. Come again.
Czas się pakować i ruszyć w dalszą drogę. Kieruję się na wyspę Luzon.
Mój słowniczek:
Price – cena, discount – zniżka, rabat,
Could you write down how much it costs, please – proszę mi napisać, ile to kosztuje
The bill is wrong – rachunek się nie zgadza
There is no water in my room – w moim pokoju nie ma wody
There are no towel – nie ma ręcznika,
There are no lights – nie ma światła
I,m leaving tomorrow at 6.oo a.m. - wyjeżdżam jutro o g. 6.oo rano
Thank you. I had a nice stay - dziękuję, bylo bardzo przyjemnie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz