Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

piątek, 30 października 2015

Koszmarna podróż do Vigan

Mimo ciągłych opadów deszczu wyruszyliśmy w drogę i co kilka kilometrów staliśmy.

Nastawiłam budzik na godzinę 5.oo rano, chociaż do ryneczku, skąd odjeżdżają jeepneye, miałam kilka kroków. Chciałam koniecznie wypić przed podróżą kawę, bo takie wczesne wstawanie jest wbrew mojej naturze i przynajmniej jeszcze z godzinę jestem nieprzytomna. Mieliśmy wyjechać z Sagada o 6.oo a.m.
W minibusie upchano nas, jak sardynki. Dwie osoby na jednym siedzeniu.
W korytarzu na stole stał jeszcze termos z wrzątkiem, który przyniósł mi wieczorem chłopak z hotelu. Prądu nadal w mieście nie było. Spokojnie wypiłam kawę, dopakowałam resztę rzeczy, zostawiłam na stole klucz, bo recepcja jeszcze spała i poszłam na umówione miejsce. Niemal równocześnie doszli tam Ann i Bob.
Wezbrana rzeka z hukiem przetacza wodę po kamieniach. Wszystko tonie we mgle.
Nasza europejska punktualność śmieszy chyba Filipińczyków, bo z wyrozumiałym  uśmiechem unoszą do góry brwi ze zdziwienia, że tak wszystko bierzemy na serio.  O 6.oo? no nie…, pojedziemy o 7.oo, ale pojedziemy na pewno. No problem.
Piękna przyroda potrafi być przerażająca dla człowieka.
Ale gdzie jest driver, pytam, który z nami ma jechać. Każdy driver zawsze najpierw idzie do cafe, a potem dopiero wyrusza w podróż, usłyszałam w odpowiedzi. Poszliśmy do tej cafe driverów, ale pani dopiero cafe otwierała i przygotowywała wszystko do śniadania. Na moje pytanie przytaknęła, tak, driver najpierw przyjdzie tutaj wypić kawę, możecie tutaj poczekać.
Wszędzie, gdzie na stokach widać zdartą zieleń, tam obsuwała się ziemia i kamienie.
Napijecie się kawy? Ann i Bob chętnie, ja dzięki, już piłam w hotelu. Czekamy. Schodzi się więcej podróżnych, sami miejscowi, bo obcokrajowców już w miasteczku nie ma. Pytam, czy miejscowi coś wiedzą na temat stanu dróg, czy po tym tajfunie drogi są przejezdne? Nie zmyło ich? Jazda jeepneyem w takich warunkach jest bezpieczna?
Spychacze wszystko spychały w przepaść i do rzeki
Jest ok, mówią, driver wszystko wie i jak jedzie, to znaczy, że jest sejf. Sejf, to sejf, oni wiedzą lepiej, niż ja. Ciągle przecież telewizję oglądają, to między tymi łzawymi telenowelami słuchają chyba informacji o stanie pogody i warunkach podróżowania. W końcu przyszedł driver, siadł do stołu i pani podała mu kawę. Pił bez pośpiechu, a nasz wzrok po prostu nie odrywał się od jego sylwetki. Wreszcie wstał i powiedział, go.
Często spadające kamienie łamały ochronne barierki
Jedziemy do Bontoc. Pamiętam, że na tym odcinku drogi jest taki niebezpieczny przechył w stronę głębokiego jaru. Jak był wtedy, to teraz po tajfunie i tych zabójczych opadach deszczu musi być jeszcze gorzej. Z niepokojem obserwuję drogę. Nie wierzę, żeby to naprawili w międzyczasie. I mam rację. Dojechaliśmy do tego miejsca.
Te kamienie i żwir pospadały tu z góry
Ja wychodzę z tego pojazdu, mówię. Mogę sobie mówić, a jak kierowca nie zatrzymuje się i nie każe nam przejść pieszo na drugą stronę zmytej drogi, to nic na to nie mogę poradzić. Zamykam oczy i niech się dzieje, co chce. Zsuniemy się, jak nic w tą przepaść. Cudem przejechaliśmy. Potem okaże się, że ten kawałek zmytej drogi, to był pryszcz wobec tego, co nas czeka później. Moja wyobraźnia mnie zawiodła.
Wszędzie leci z szumem woda. Potworzyły się nowe wodospady.
Obserwuję, co się wokół porobiło. Na poletkach zielone sadzonki ryżu leżą na płasko, boczne barierki bezpieczeństwa przy drodze powyrywane wiszą nad przepaścią. Kamienie te największe pousuwane, ale mniejsze jeszcze leżą i trzeba slalomem je wymijać, żeby nie uszkodzić podwozia.
Służby pracują, ale jest ich za mało na taki żywioł. Nie docierają wszędzie.
Ekipy pracują, szuflami zgarniają kamienie i ziemię z szosy do przepaści. Duże głazy zostawiają dla spychacza. Tam, gdzie gorzej, pracują dźwigi i spychacze. Wszystko spychane jest w przepaść. Przynajmniej nie muszą wywozić tego wszystkiego ciężarówkami. Co kilka kilometrów stoimy i czekamy, aż nam pozwolą jechać dalej.
Lecąca ze skał woda przelewa się przez jezdnię i leci w dół przepaści
Wszędzie leci woda. Naturalne wodospady huczą po prostu od ogromnej ilości wody i nie są w stanie przyjąć wszystkiej wody. Woda leci z gór, jak szalona wszystkimi możliwymi sposobami, żłobiąc sobie nowe ścieżki. Te stałe wodospady mają zbudowane spływy betonowe pod szosą i wypływają z drugiej strony drogi, w dół.
Nie ma rady, czekamy. Bob ma czas na papieroska.
Te nowe, potajfunowe wodospady płyną szosą. Przecinają ją w poprzek i spływają w dół, do wąwozu. Trzeba pokonać ten wartki nurt wody na szosie. Było takie miejsce, gdzie woda płynęła szosą, jak korytem rzeki i musieliśmy w nią wjechać i wpław pokonać ten szalony nurt. Wreszcie dojechaliśmy do Bontoc.
Dźwigi usuwają głazy i większe kamienie. Reszte robią ludzie.
Wysiadamy, ktoś już chwyta moją walizkę, ja łapię plecaki, wychodzimy z samochodu, ale nie ma nawet czasu rozprostować nóg. Już czeka na nas następny samochód, bagaże już załadowane, szybko, szybko i znowu jedziemy. Do toalety muszę. Nie wytrzymam długo, chyba się gdzieś zatrzymamy?
Ludzie w wioskach muszą z tym żyć. Mają po kilka takich tajfunów w roku.
Owszem, tam, gdzie nie będzie można przejechać, ale inne samochody również będą stały, jeden za drugim. Z jednej strony skalne pionowe góry, z drugiej przepaść, nie ma gdzie siku zrobić. Mężczyźni stają po prostu z boku samochodu i sikają do wąwozu, a co mają zrobić kobiety? Kobietami się tutaj nikt nie przejmuje. Jedziemy w deszczu.
W porze suchej mają w tym miejscu drogę w poprzek rzeki
Wyobrażałam sobie, że jak wyjedziemy z Sagada i dostaniemy się bezpiecznie do Bontoc, to najgorsze będzie już za nami. Myliłam się. Czym dalej się posuwaliśmy, tym było gorzej. Okazuje się, że ten tajfun to epicentrum miał na północy Luzonu, czyli tam, gdzie jedziemy. To driver o tym nie wiedział? Pchamy się w najgorszy odcinek drogi.
Na takiej mazi łatwo wpaść w poślizg. Usuwają to ręcznie  łopatami.
Coraz częściej stoimy i czekamy na przetorowanie drogi przez spychacze i ekipy drogowców. Coraz więcej odcinków drogi jest nieprzejezdnych. Widoki mamy niesamowite. Widzimy głęboko w dole inne drogi, na różnych poziomach. Okazuje się, że to jest ciągle nasza jedna, jedyna droga. Innej tu nie ma, tylko ona tak się wije wokół gór. Droga wyrwana górom, skałom, nad przepaściami. Takie półki skalne wokół gór.
Uprzątnięto na tyle, że można przejechać kilka km do następnej zapory.
Dotarliśmy w końcu do miejscowości Cervantes. Sytuacja się powtórzyła. Szybko kasę za transport kierowcy w rękę i błyskawiczna przesiadka na drodze pełnej kałuży i błota, do następnego samochodu. Nim wydostałam się na zewnątrz, moje bagaże były już w następnym samochodzie. Wszyscy w pośpiechu sadowili się w minibusie. Miejsca były zajęte wszystkie, ale ludzie ciągle wsiadali. Jeszcze? Gdzie?
Coraz częściej mamy przystanki, aż w końcu utkniemy. Bob wzywa Boga na pomoc?
Ano, Filipińczycy drobni, to po dwóch na jedno siedzenie. Bob długi, ze swoimi europejskimi długimi nogami cierpiał w milczeniu. Ja miałam trochę lepsze miejsce. Policzyłam, pięcioro ludzi plus dziecko było ponad normę, czyli o tyle było więcej pasażerów, niż miejsc. Na dodatek kierowca nie mógł zamknąć bocznych drzwi, bo były zepsute. Swoimi sposobami je zamykał, jakąś wajchą dokręcał i dokopywał.
Zwały piachu i kamieni odsunięte  na bok tworzą barierę ochronną nad przepaścią
Jechaliśmy ściśnięci, jak sardynki w puszce. O robieniu zdjęć nie było już mowy. Ja muszę do toalety, może wreszcie się gdzieś zatrzyma ten facet, gdzie można się wysikać. Na stacji benzynowej, albo przy jakimś zajeździe przy drodze? Nic z tego. Jedziemy znowu żabimi skokami. Co rusz droga zatarasowana. Robi się późno.
Przyjechało wojsko z karabinami. Będą walczyć zbrojnie z żywiołem?
Znowu postój. Przyjechała ciężarówka z wojskiem. Wojacy z karabinami w ręku gotowymi do użycia. Po co tu wojsko? Żeby jeszcze z łopatami przyjechali i pomogli tym drogowcom, to by było szybciej, ale z karabinami? Minęli nas i podjechali bliżej zakrętu, gdzie pracowali drogowcy, spychacze i dźwigi. Wyskoczyli z ciężarówki i podeszli do nich pieszo. Czekanie się przez nich wydłuży, jak będą przeszkadzać.
Może pomogą tym chłopakom?
Ja już nie mogę. Wysiadam i zrobię siku za samochodem, jak mężczyźni. Od 5.oo rano w podróży, a jest już późne popołudnie, niebawem zacznie się robić ciemno. A nasz kierowca na każdym przymusowym postoju wysiada i idzie pogadać z kierowcami innych oczekujących samochodów.
Nie przyjechali do pomocy, niestety lecz do pilnowania porządku
Wszyscy pasażerowie, tacy ściśnięci, po dwóch na jednym siedzeniu, siedzą w milczeniu. Otwórz mi drzwi, mówię do jednego z nich, siedzącego najbliżej drzwi. On się mocuje z drzwiami, ale nie może ich otworzyć. To otwórz okno i zawołaj drivera, mówię, ja muszę wysiąść natychmiast, panikuję. Zawołał. 
Nie ma tu innej drogi, nie objedzie się przeszkód. Można jedynie wrócić skąd się przyjechało
Driver też się mocuje z drzwiami i nie może ich otworzyć, coś się zablokowało. I to jest sejf jazda? W razie co, nawet nie mamy możliwości ratowania się ucieczką. Kierowca swoimi drzwiami z przodu wyskoczy, a my zapuszkowani zjedziemy razem z tym gruchotem prosto w przepaść. Ann, Bob, czy widzicie to, co ja? Oni milczą.
Jest na co popatrzeć
W końcu udaje się driverowi te cholerne drzwi otworzyć. Łapię w biegu parasolkę i wysiadając mówię do drivera, że idę za samochód siku, żeby nikogo tam nie wpuszczał, dopóki nie wrócę. Takiego cyrku, jak długo na tym świece żyję, to nie widziałam jeszcze, a teraz sama biorę w tym udział. Z jednej strony tył minibusa, z drugiej otwarty parasol, jak na plaży i ogromna ulga! Wreszcie.
Tutaj większe zwaliska. Praca potrwa dłużej. Trzeba się uzbroić w cierpliwość.
Prawie wszyscy, oprócz pani z dzieckiem wysiedli z autobusu i sikają, gdzie kto może. Bob wreszcie zapalił sobie papierosa. Ok, ale nikt nie protestował, jak driver zapuszkował nas i chodził sobie do kolegów. Ja nie znam języka, a muszę o wszystko zawalczyć. Teraz okazuje się, że każdy chciał siku i każdy chciał wyprostować nogi.
Wojsko nie puszcza za blisko prac drogowych. Trzeba zachować pewną odległość.
Czekanie trwa coraz dłużej, bo tajfun w tej części wyspy zrobił więcej szkody. Wyobrażam sobie tylko, jakie to było widowisko, gdy od gór odrywały się całe ogromne głazy i spadały w dół, do przepaści, wyrywając przy okazji żelazne bariery. Niektóre głazy zatrzymywały się na szosie. Za nimi leciały mniejsze kamienie i lawiny piachu zsuwały się zwałami tarasując drogę. Ale tu musiało się dziać!
Tak wygląda nasza droga. Kto ma lęk wysokości nie powinien tędy jechać.
Widzę, że w końcu spychacze zjeżdżają na bok. Znaczy to, że możemy przejechać, a kierowca dalej gada z kumplami. Go, go mówię, przecież możemy już jechać. Tarasujemy tylko drogę tym, co za nami. Kierowca wreszcie rusza. Noc nas zastanie, jak nic, przewiduję. Nic nie jest lepiej. Dwa, trzy kilometry i znowu stoimy.
Posuwamy się wolno naprzód, za drogowcami
Następną przesiadkę mamy w miejscowości Tagudin, ale nie możemy do niego dojechać. Droga coraz bardziej zrujnowana, tonąca w błocie. Sprzętu coraz mniej do dyspozycji, trzeba czekać, aż skończą w jednym miejscu i przyjadą tutaj zsunąć do przepaści te kamienie i błoto. To może trwać dzień lub dwa. Po ciemku nie pracują.
Mijamy wioski skupione nad brzegiem rzeki
Driver chodzi i dopytuje. Wraca i mówi, że nie da rady. Tu kończymy jazdę. Tagudin już niedaleko, musimy wysiąść i dojść pieszo. Jak daleko? Pytam. Nikt nie wie, ale kobieta z dzieckiem mówi, że dojdziemy, bo to niedaleko jest, zbiera bety i wychodzi.
Zdarza się, że zwały błota spadają ludziom na dachy domów i na podwórka
Wszyscy po kolei zbierają swoje rzeczy i wychodzą z samochodu. Kierowca stoi przy drzwiach z zbiera pieniądze za transport, po 200 peso. Jestem wściekła i daję mu 100 peso. On mówi, że 200 się należy. Do Tagudin ok, 200, mówię, ale nie dowiozłeś mnie do Tagudin, więc dostaniesz 100 peso. Zostawiasz mnie z tymi bagażami w górach pełnych lawin błotnych i kamieni, w nieznanym mi miejscu. Nie wiem, gdzie jest Tagudin, ile kilometrów stąd, robi się noc i ja mam ci zapłacić za cały transport?
Już z daleka widzę, że znowu będziemy stali
Co to znaczy niedaleko? 2 km? 3 km?, 5 km? Driver nie protestuje. Dla mnie 100 peso, to nie majątek. To niecałe trzy dolary, ale w jakiś sposób muszę wyładować swoją wściekłość i bezsilność, że dałam się wpakować w to bagno. Dosłownie. Przecież pytałam, czy aby przejezdne są drogi? Bo jak nie, to zanocuję gdzieś na trasie i pojadę następnego dnia. Przejezdne. A teraz wysadza nas na tym pustkowiu i chce całą kasę?
W rzece brudna woda zmieszana z błotem
Wszyscy idą do przodu, a ja na końcu toczę się za nimi. Pcham przed sobą walizkę, reszta bagaży na plecach. Pada deszcz. Całą drogę z kilkuminutowymi przerwami pada deszcz. Od samego rana, na całej trasie. W tym samochodzie myślałam, że gorzej to już nie może być. Okazuje się, że zawsze może być gorzej.
Nawet całkiem duże kawałki skał się odrywają i lecą w dół
Samochód zawraca, a ja tonę w błocie razem ze swoją walizką. Nie ma jak tu przejść. Przed czymś takim właśnie wysadził nas, bo nawet samochód tego bajora błotnego nie był w stanie pokonać. Kierowca widzi, co się dzieje i znowu wysiada z samochodu. Pomaga mi wydostać się z błota i podprowadza mój bagaż na utwardzoną nawierzchnię. W tym czasie wszyscy już mi znikają z pola widzenia. Idę sama.
Nasza droga ciężka i piękna zarazem.
Kierowca zawraca samochód i odjeżdża. Idę tocząc przed sobą walizkę na kółkach, ale co rusz są miejsca pełne kamieni i błota, muszę walizkę przenieść. Znowu ją toczę. Znowu przenoszę, a raczej przerzucam ją skokowo, bo nie mam siły jej dźwigać. Walizka cała upaprana błotem, jak ja. Ja to mam jakby nowe brązowe spodnie, chociaż jechałam w bordowych. Zamiast butów, mam swoje krótkie kaloszki i całe szczęście.
Jak po czymś takim ciągnąć walizkę? miejscami było jeszcze gorzej.
Kaloszki wprawdzie co pewien czas zostają gdzieś w błotnistej mazi i muszę ich po omacku szukać ręką po łokieć w błocie, ale przy najbliższym spadającym z gór wodospadzie myję je, odzyskują kolor i świeżość i znowu w nich idę. Niektóre miejsca na drodze są tak zatarasowane, że myślę, że tutaj to już nie dam rady. Nie przejdę. Ale zbieram siły i walczę. Jakiś młody mężczyzna oderwał się od grupy i czeka na mnie. Chce mi pomóc.
Samochód dalej nie pojedzie, bo tam jest o wiele gorzej
Ja nie chcę. Dzięki, poradzę sobie. Zawsze, jak jestem wściekła, to nie pozwalam sobie pomóc, bo moja wściekłość obejmuje cały świat, więc tego, co chce mi pomóc, również. Człowiek idzie przy mnie i patrzy, jak ja walczę z przeciwnościami losu. Ok, przynajmniej nie jestem sama na tej pieprzonej drodze.
W spadającej z gór wodzie można co rusz umyć buty i ręce
Uszliśmy już jakieś 3 km, a Tagudina, jak nie widać, tak nie widać. Long way for Tagudin?, pytam mojego współwędrowca, ale on też nie wie. W pewnym miejscu widzimy ludzi. Są jeepneyem, zbierają kamienie i ładują do samochodu. To młodzi ludzie, chłopy i dziewczęta. Są radośni, roześmiani, podają sobie kamienie i ładują.
Tutaj nie ma już żadnych służb drogowych. Trzeba sobie jakoś radzić samemu.
Po co oni dźwigają te kamienie?, myślę. Może na budowę domu? Współwędrowiec rozmawia z nimi i prosi, abym włożyła swój bagaż do jeepneya. Pojedziemy z nimi do Tagudin, bo to jeszcze spory kawałek drogi.
Mniejszych kamieni nikt nie usuwa. Samochody lawirują.
Okazuje się że od samochodu, który wysadził nas na środku drogi, do Tagudin to jest 12 km! To już blisko, zapewniał driver! 3 km. Są elastyczni w określaniu  odległości. Gdyby miał wieźć mnie tricyklem, podałby 25 km, żeby zażądać większej opłaty. Gdy  każe mi iść pieszo, mówi, że to tylko 3 km, podczas gdy jest to 12 km.
jedziemy wolno między kamieniami i żwirowymi przeszkodami
Wsadziliśmy wspólnymi siłami moje bagaże do jeepneya, podsunęli mi ławeczkę, żebym sobie siadła i każdą wolną lukę w samochodzie zapełniali kamieniami, a ja zadowolona, że moja droga krzyżowa się skończyła wreszcie, odpoczywam. Siedzę cała oblepiona błotem na chwiejącej się ławeczce pośród sterty kamieni i mój oddech wraca powoli do normy. Jest dobrze. Skończą swoją robotę, to pojedziemy.
Ludzie mieszkają po obu stronach rzeki. Pobudowali sobie most.
Jest już ciemno. Pracują w świetle lamp samochodowych. Współwędrowiec wrzucił swój plecak na kamienie i też wsiadł do środka. Dziewczyny przykucnęły na kamieniach, a chłopaki się już nie zmieścili i jechali na zewnątrz, na stopniach jeepneya. Pokonywaliśmy drogę wolno i z wielkim sapaniem. No, jak teraz osuniemy się z błotem w przepaść, to już po nas. Ciężar tych kamieni ściągnie nas swoją siłą w dół.
Wszędzie żyją ludzie. W każdych warunkach.
Ja już nic nie widzę. Ani przepaści, ani kamieni na drodze, ani skalnych gór nade mną. Jest mi wszystko jedno. W pewnej chwili widzimy w świetle reflektorów ludzi. To nasi z samochodu. Ciągle idą. Zatrzymaliśmy się i wszyscy z drogi chcą do jeepneya. Ann i Bob patrzą zdziwieni, że ja w samochodzie. To ty tutaj Sofia? Tutaj. Myśleliście, że tego nie przeżyję? Żyję i jadę do Tagudin właśnie. Wrzucili swoje bagaże i siedli na kamieniach. Ważne, że jechali, bo byli już u kresu sił, a do Tagudin ciągle daleko.
We wsi mają prąd
W końcu dojechaliśmy. Wieś to, czy miasteczko, trudno wyczuć. Pytam miejscowych przy straganie o jakiś tani hotel w pobliżu. Pokazują mi, ale zaznaczają, że nie ma tam prądu. Ja z Bobem zostaję przy bagażach, a Ann idzie zobaczyć ten hotel i rozeznać się w sytuacji. Wraca i mówi ok, idziemy. No, to idziemy. W obejściu ciemno. Jakaś kobieta przychodzi i otwiera nam pokoje, do których wchodzi się wprost z podwórza.
Polecony hotel jest bez prądu, ale nie mamy już sił szukać innego
Cena 350 peso za pokój. Niby nie dużo, ale gdy się weźmie pod uwagę, że bez prądu? Po wprowadzeniu się do pokoju okazuje się, że również bez wody. Bez kropli wody! A ja cała w błocie, nie mówiąc o bagażach. Pukam do sąsiedniego pokoju do Ann i pytam, czy u nich jest woda? Mają dwa wiadra wody postawione w łazience. Idę do gospodyni. Dobrze, że mam swoją świeczkę jeszcze z poprzedniego miejsca, bo bym się zabiła po ciemku na tym nieznanym podwórku.
Rano dopiero przyjrzałam się, jaki mam pokój
Daj mi wodę, mówię. Nie widzisz, jak wyglądam? Chcesz, żebym w takim stanie położyła się na łóżko w twoim hotelu? Niesie mi wiadro wody. Idę za nią i widzę pod innymi drzwiami drugie wiadro wody, zabieram je również. To niewiele, żeby się umyć i sprać rzeczy z najgorszego błota. Wyprać je będę musiała już w Vigan.
Od świtu suszymy wszystko na podwórku, ale nie ma za wiele czasu na to
Nie wiem w jakim stanie są rzeczy w walizce, która się topiła i w plecaku, na który cały czas padał deszcz. Boję się o sprzęt elektroniczny, ale jest ciemno i nic nie mogę zrobić. Nie mam nic do jedzenia, wypijam resztę wody mineralnej i kładę się spać. Boli mnie kręgosłup. Dobrze, że w pokoju jest łazienka. Kibel spłukuję brudną od błota wodą z wiader po spłukaniu spodni, kaloszków i leginsów. Aby do świtu.
Miasteczko i okolicę oglądam z okien autobusu
Wstaję wcześnie rano, otwieram na oścież drzwi, wpuszczam świeże powietrze. Deszcz ustał. Rozglądam się, gdzie ja właściwie jestem, bo wczoraj po ciemku nic nie widziałam. Prądu i wody nie ma nadal. Przy bramie widzę miednicę z deszczówką. Idę się umyć. Świeci słońce. Wynoszę te brudne, ale już bez warstwy błota rzeczy i wieszam na sznurze na podwórku. W tym czasie wstają też Ann i Bob.
Młodzież się kształci
Oni mają porządne, wysokie sznurowane buty, takie trapery. Też tonęli po kolana w błocie i tutaj Ann próbowała domyć te buty. Po nocy są tak samo mokre, jak były wieczorem. Ann mówi, że innych nie mają i musi w te mokre buty wejść. Aż się wzdryga cała, ale nie ma wyjścia. Też wywiesza część rzeczy na sznurek, ale nic nam nie dosycha, bo trzeba się zbierać do dalszej drogi. Za pół godziny mamy autobus.
Ojcowie bawią dzieci, bo matki chyba pracują?
Zbieram mokre rzeczy ze sznurka i pakuję w osobną torbę. Polar cały w błocie i mokry. Nie miałam go już w czym sprać. Przewracam go na lewą stronę i wiążę na sobie w pasie. Autobus pojedzie później, więc mamy czas na kawę. To normalne, nawet nie wyobrażałam sobie, jak na Filipinach autobus może wyjechać z terminalu punktualnie. We wsi mają prąd? A może to generatory? Kawa stawia nas na nogi.
Ryż się położył od tej wichury
Podjeżdża porządny autobus, z lotniczymi siedzeniami i klimatyzacją i ja taka mokra i brudna rozsiadam się na obu siedzeniach z moimi bagażami. Tylko walizkę dałam do luku bagażowego. Jedziemy do Vigan. Po chłodnym, górskim mieście Sagada, znowu będziemy w tropikach. Będzie parno i gorąco, Filipiny są właśnie takie zróżnicowane w pogodzie i w stylu życia.  W autobusie zimno, więc nie schnę.
Poletka dostały ostatnio wody ponad normę
Do autobusu azjatyckim zwyczajem wsiadają sprzedawcy jedzenia i jadą do granicy miasteczka. Sprzedają gorącą kukurydzę, łuskane prażone orzeszki, jakąś nieznaną mi brązową, gumowatą potrawę, wodę mineralną i oranżadę. Kupuję kukurydzę za 20 peso. To moje śniadanie, nawet bardzo dobre. Do Vigan jakieś 80 km i droga uprzątnięta z kamieni i błota. Podróż mija tym razem sprawnie i szybko.
Zjadłam bardzo gorącą i smaczną kukurydzę. Dobra przekąska w podróży.
Wreszcie ukazuje się cel naszej podróży. Urocze, pokolonialne miasteczko Vigan. Po odebraniu walizki z luku zatrzymuję tricykla i pytam, czy zawiezie mnie do jakiegoś taniego i czystego hotelu w pobliżu centrum. Ok, to ładuję się z bagażami i jadę. Od pierwszej chwili wiem, że polubię to miasto.
Driver polecił mi "Vigan Hotel" w centrum, obok głównego rynku "Plaza Burgos"
Driver zatrzymuje się w bocznej uliczce od rynku, pod „Vigan Hotel”. Proszę, żeby zaczekał, aż ja sprawdzę, czy jest dla mnie pokój w cenie do przyjęcia. Jeżeli nie będzie, pojedziemy dalej. Jest, za 350 peso. Oglądam go, jest ok. Wracam po rzeczy.
Rozwiesiłam w pokoju sznurek, żeby wszystko wysuszyć. Wyprany plecak wisi w oknie.
W pokoju jest okno, stół i krzesło, umywalka i telewizor. Łazienka naprzeciwko pokoju. Jest dobrze. Jest prąd i woda. Dużo, dużo wody! Wreszcie w łazience, a nie tylko na ulicach i drogach. Są w pokoju kontakty i wentylator. W holu stoi duży stół i przy nim jest zasięg darmowego internetu. Mój pokój tuż przy holu, więc jest dobrze. Zostanę w Vigan jakiś czas, jestem tego pewna. Podoba mi się tutaj.
W pokoju mam telewizor. Oglądam CNN. To był tajfun Koppu o ogromnej sile.
Z telewizji dowiaduję się, że to był tajfun Koppu. Przetoczył się przez północną część wyspy Luzon. No proszę, znaczy tu, gdzie ja podróżowałam. Nie wiem, gdzie zatrzymali się Ann i Bob, ale nie zaczekali na mnie, gdy na pustkowiu wyrzucili nas z samochodu w bajora błota, więc już na nich nie liczę. Sama uwijam się za swoimi sprawami. 
Dwukołowe dorożki na rynku "Burgos Plaza" u wylotu mojej ulicy "Burgos Street"
Vigan to małe miasteczko, z pewnością się spotkamy któregoś dnia i pójdziemy na piwo.Takie właśnie są znajomości w podróży. Przypadkowe i niezobowiązujące.  

Mój słowniczek: 
How far is it the village from here? jak daleko jest stąd do wioski?
How long is the journey? - jak długo potrwa podróż?
gorge - wąwóz
highland - wyżyna
hill -wzgórze
valley -dolina
hihing trail - szlak turystyczny
Is it possible to repair it?  - czy to się da naprawić?
The handle has fallen off - odpadła rączka
The zip is broken - zepsuł się suwak
Wild life conservation - ochrona przyrody
I can - mogę ; I know - wiem ; I dont know - nie wiem
I,d love to - bardzo chętnie

1 komentarz: