Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

niedziela, 18 października 2015

Filipiny, Busuanga, Coron "Islands Hopping"

Ruszamy na islands hopping z nadzieja, że pogoda się poprawi
Wstałam już o godzinie szóstej rano, żeby zdążyć zjeść śniadanie i wypić kawę. Wiem od Dolores, że na łodzi będziemy mieli obiad. No, ale to dopiero obiad, a rano trzeba coś zjeść koniecznie. Wrzuciłam do plecaczka (bo tylko ten mały plecaczek wzięłam z sobą i torbę materiałową) kilka herbatników, parę cukierków i zabrałam z sobą 1,5 l butelkę wody mineralnej.
Na łodzi jestem pierwsza
Ja widziałam, że turyści na te wycieczki płyną z dużymi plecakami, ale nie wiem dlaczego. Mały plecaczek wzięłam ze względu na swoje dokumenty, które tam trzymam i pieniądze. Wszystko zawsze muszę mieć przy sobie. Dosyć, że laptop zostawiam w pokoju. Wprawdzie zamykam go na kłódkę w walizce, ale jednak zostawiam. Tracę go z oczu na wiele godzin.
plus załoga
Zabieranie wszędzie z sobą najważniejszych dokumentów tj. paszportu, karty, pieniędzy, ma wiele przeciwników wśród turystów. Wiem, bo czytam ich rady i z niektórych korzystam, ale z tej, dotyczącej zostawiania w hotelu dokumentów, nie. Pokój mój, jak w wielu innych hotelach tej klasy zamyka się jedynie na wciśnięcie guzika od wewnętrznej strony i zatrzaśnięcie drzwi. To dla mnie żadne zabezpieczenie
Doszli pozostali pasażerowie
Do korytarza, z którego wchodzi się do pokojów można wejść od strony recepcji i z restauracji przez taras. Praktycznie każdy może tu wejść i wyjść niesprawdzany przez obsługę, a nawet niezauważony przez nią. A potem szukaj wiatru w polu. Hotel nie będzie przecież pilnował moich rzeczy, tylko powie potem, no, proszę pani, takie rzeczy to się ze sobą nosi, a nie zostawia w hotelu. Każdy sam musi pilnować swego.
Dotarł też nasz Przewodnik
Moi doświadczeni przyjaciele, wytrawni podróżnicy, Paweł Szozda, guide ze Sri Lanki, jak również Simon Broll, dziennikarz poznany w Nowym Orleanie powtarzali mi, najważniejsze dokumenty i laptop noś ze sobą wszędzie i zawsze. I ja noszę bo im wierzę. Oni w podróżach nie rozstają się z tymi rzeczami, nawet z laptopem, tylko dźwigają go bez przerwy w plecaku.
Mijamy inne łodzie i małe osady na okolicznych  wysepkach
Tak więc miałam ze sobą mały plecaczek z dokumentami, aparatem fotograficznym, bateriami i kartami na zmianę do aparatu, pokrowiec na ten plecaczek w razie deszczu oraz torbę, do której wrzuciłam kostium kąpielowy, krem 50 UV, mały ręcznik, pareo, wodę mineralną, kruche ciasteczka na przekąskę w razie głodu i mini apteczkę z plastrami, węglem, tabletkami przeciwbólowymi w razie biedy oraz papier toaletowy.
międzynarodowa łódka
Tak wyposażona stawiłam się przed biurem Dolores piętnaście minut przed czasem. Dolores zadzwoniła, że już jestem, ale van nie mógł z jakiś względów w tej chwili  podjechać, więc Dolores zatrzymała tricykla i kazała mnie dowieźć do vana. Widziałam, jak daje kierowcy 5 peso i właśnie tyle kosztuje jazda tricyklem po tym małym miasteczku, ale kierowcy od turystów nigdy nie wezmą mniej, niż 10 peso.
Kuchnia na zapleczu sąsiedniej łódki. Dzielimy się opałem
Tricykl zawiózł mnie we wskazane przez Dolores miejsce, gdzie przesiadłam się do vana, który z kolei zawiózł mnie do portu. Tam odebrał mnie guide, który miał z nami płynąć i pomógł mi przejść przez inne łódki do tej właściwej, naszej, która miała numer 027 CTBA. Tak naprawdę to z „Sea Dive” mam bardzo blisko do portu i spokojnie mogłam tam sama pójść pieszo, ale może chodziło im o to, że nie znajdę swojej łodzi?
Oddalamy się od Coron, ale widać jeszcze napis na górze i "Sea Dive"
W każdym razie jakiś czas byłam sama na łodzi, bo czekaliśmy na Chińczyków, jak się potem okazało. To przed ich hotelem utkwił van, bo Chińczycy z natury się spóźniają i wcale nie przejmują się tym, że inni na nich czekają. Kiedyś już o tym pisałam. Są pewni siebie, bez kompleksów i uważają, że to inni muszą się do nich dostosować, bo oni zawsze i wszędzie są w większości.
Deszcz nie pada. Płyniemy spokojnie ku innym wyspom
Oprócz jednej starszej pary, wsiadła do łodzi sama chińska młodzież wyraźnie zaprzyjaźniona z sobą, bo oni przeważnie podróżują całą gromadą. Gdy guide poprosił, aby każdy po kolei się przedstawił, to po swoim imieniu wymieniało się kraj pochodzenia. Chińczycy mówili: China, Tajpej, Hongkong i to starsze małżeństwo też z Chin przybyło. Tylko ja taka osamotniona byłam, Sofia Poland.
Trzeba przyznać, że kamizelki ratunkowe nie są zbyt twarzowe, ale cóż, taki przepis
Jeszcze dobrze nie wyruszyliśmy z portu, gdy zaczął padać deszcz. Wiedziałam, że tak będzie bo już od samego rana ciemne chmury kłębiły się nad górami. Na Filipinach nikt zdaje się tym nie przejmować i wszyscy żyją tak, jakby tego deszczu wcale nie było.
Dopływamy do pierwszej wyspy na snorkowanie
Ludzie chodzą swobodnie po ulicach, ociekając wodą, na wycieczkach realizuje się program, nie chowając się przed deszczem, nie patrząc co chwilę w niebo, czy deszcz przejdzie, czy nie. Zazwyczaj po kilkunastu minutach, góra pół godzinie przechodzi, ale nieraz nie. Tym razem nie chciał przejść. Godziny mijały, a deszcz ciągle padał.
Przewodnik rzucił się do wody pierwszy i wszyscy za nim
Wszyscy byliśmy cały czas mokrzy bez względu na to, czy byliśmy w wodzie czy na łodzi. Wszystko wokół nas było mokre, nasze rzeczy były mokre. 
Czasami wyjrzało słońce i była ogólna radość
Szczęście, że na swój plecaczek z dokumentami miałam pokrowiec. Zaraz też go w niego ubrałam i schowałam pod siedzenie na wystającą belkę, bo podłoga też cała mokra była.
Dla mnie to trochę za głęboko, za daleko od brzegu
No i tak sobie skakaliśmy z wyspy na wyspę, uprawiając „islands hopping”, zatrzymując się w pewnych miejscach na trekking, w pewnych na snorkowanie. Guide zabawiał nas dowcipami, z których większość nie rozumiałam, ale nie dlatego, że dowcipy były kiepskie, tylko dlatego, że to ja kiepsko znam angielski.
Niektórym trzeba było pomóc przy nakładaniu na siebie tych różnych rzeczy
Trekking z powodu deszczu był trochę trudny, ponieważ wspinaliśmy się na naprawdę wysoką górę. Niemal pionową. Na zdjęciach wyraźnie widać, że wszystkie góry tutaj są pionowe. 
Coraz więcej łódek z turystami w zatoce
Początkowo szliśmy po wysokich kamiennych stopniach, ale z czasem stopnie się skończyły i szliśmy po prostu po oślizgłych kamieniach, a wszyscy byliśmy w klapkach, ze względu na to, że miała być woda i plaże.
A to ja. Narazie badam głębokość wody przy łódce
Chwilami było niesamowicie niebezpiecznie. Klapki się ślizgały, spadały, rwały się. Guide reperował mi klapek po drodze, gdy się wyrwał pasek. Przez pewien czas szłam boso, żeby mieć lepszą przyczepność do podłoża. Trzymaliśmy czego się dało, bo nie wszędzie były poręcze.
Dopływamy do tej skalnej wysepki na trekking
Widoki po drodze były wspaniałe, deszcz dawał po oczach, a tu trzeba co jakiś czas  jeszcze przystanąć i jakieś zdjęcie zrobić. Sylwetki całe ociekały wodą, aparat przykrywałam pareo, które też było już całe mokre, ale nie sposób przejść obok tak pięknych miejsc, nie robiąc im zdjęć.
Przejdziemy na drugą stronę góry
Gdy zeszliśmy znowu ogromnie stromą ścieżką, ale już w dół, ukazała nam się piękna zatoka o seledynowej barwie ciepłej, czystej wody. Ze względu na otaczające zatokę pionowe skalne góry, pobudowano tu drewniane molo, po którym można przejść jakiś odcinek drogi wokół zatoki, siedzieć a nim lub z niego zejść do wody. Pięknie tu było.
Na początku były schody
Rodzice uczyli swoje maluchy pływania w wodzie, a jeden z ojców to już takiego maleńkiego niemowlaka ubrał w kamizelkę ratunkową i uczył go pływać. Urocze maleństwa. Wcale się nie bały, spokojnie leżały na wodzie klapiąc o nią nóżkami.
Schody się skończyły. Nie było łatwo. Kamienie śliskie od deszczu.
Hałas jak zwykle robili Chińczycy, ale tym razem nie nasi, nie z naszej łódki. Wsiadali na tratwę, ile tylko zdołało ich się tam zmieścić, a nawet i więcej, tratwa wywracała się wrzucając ich do wody, a oni wrzeszczeli nieprzytomnie z uciechy, zakłócając ciszę przyrody.
Schodzimy po drugiej stronie góry
Nasi zrobili inny numer. Zażyczyli sobie łódkę, która zawsze przy dużej łodzi jest przyczepiona. Każda łódź ma taką łódkę. Zazwyczaj, gdy łódź z tymi ogromnymi, bocznymi płozami jest garażowana z dala od brzegu, tą właśnie łódką załoga płynie na ląd. Na noc lub na zakupy lub inne sprawy załatwić i potem nią wraca do łodzi.
Schodzimy do tej zatoki
No więc Chińczycy chcieli, aby guide im tą łódkę odczepił i dał im wiosło. Ja myślałam, że oni chcą trochę dalej popłynąć na snorkowanie, bo może im tutaj za ciasno, może inni ludzie przeszkadzają, albo coś w tym stylu. Okazało się, że oni chcieli sobie trochę popływać tutaj, po zatoce.
Widoki piękne. Szkoda, że to pochmurny dzień.
Pływali więc sobie w kółko wygłupiając się na tej łodzi, aż w pewnym momencie  wywrócili się dokładnie do góry dnem i przy okazji złamali wiosło. Przepraszali? Absolutnie. To nie leży  w ich charakterze. Na prośbę guida oddali łódkę i zaśmiewali się na widok złamanego wiosła. Z niepokojem sprawdzali tylko swoje komórki, czy im nie zamokły.
Tu jest raj. Woda niezbyt głęboka, ciepła i bardzo czysta
Guide miał na imię Allen i był dla mnie bardzo uprzejmy. Często też ofiarował się, że zrobi mi zdjęcia, dzięki czemu mam kilka, na których cała jestem, a nie tylko moja twarz, gdy sama sobie zdjęcia robię. Chińczyków o tą przysługę nie prosiłam, bo oni bardzo sobą zajęci byli przez cały czas.
Zbudowano drewniany pomost, żeby miejsce było dostępne dla ludzi.
Zdjęcia robili komórkami, które uprzednio włożyli w nieprzemakające pokrowce. Dzięki temu mogli fotografować się również w wodzie. Też mam taki pokrowiec, ale na dokumenty, gdybym musiała z nimi iść do wody. Na łodzi nie musiałam, bo mój plecaczek zamknięty na kłódkę i dodatkowo w pokrowcu był bezpieczny i zawsze ktoś z załogi pozostawał na pokładzie, gdy my szliśmy do wody.
Dzieci uczą się tu pływać.
W czasie przerw załoga zawsze sprzątała pokład, myła coś tam, szorowała swoją roboczą część łodzi, ustawiała dostarczony przez inną łódkę prowiant, przygotowywała produkty do sporządzenia posiłku, który mieliśmy spożywać na jednej z wysepek. Na pokładzie stały skrzynki z wodą mineralną, którą można było brać w dowolnym czasie.
Jest super! mogłabym tu zostać na cały dzień.
Generalnie nasz program „islands hopping” był taki: Kayangan Lake (to trekking, wspinanie się na wysoką górę i zejście z niej po przeciwnej stronie do jeziora, gdzie zażywaliśmy kąpieli i snorkowania również), Beach;91 (co znaczy ,91 to nie wiem, ale plaża była i tam jedliśmy pyszny obiad), Cyc Beach, Coral Garden, Twin Lagoon i Siete Pecados. Cały ten program zrealizowaliśmy pomimo niesprzyjającej pogody.
Dobijamy do brzegu. Na tej maleńkiej plaży zjemy lunch
Obiad przygotowano nam na maleńkiej wysepce, na której stoją specjalnie do tego celu przygotowane stoły i ławy pod daszkami chroniącymi od deszczu i od słońca. Tych stołów pod strzechą jest więcej, więc kilka wycieczek na raz może z nich korzystać jednocześnie. 
Po prawej stronie nasza chata. Załoga przygotowuje nam posiłek
Gdy załoga przygotowuje obiad, uczestnicy wycieczki pływają sobie w zatoce, a potem wołani są do stołu. Ten obiad, to była prawdziwa uczta. Główną potrawą były tu ogromne, świeżo zgrillowane ryby oraz czerwone kraby. 
Jedni pracują, inni pływają, a ja kryguję się przed obiektywem
Jako dodatki podano ryż, sałatkę z jakieś zieleniny i cebuli, maleńkie paseczki smażonego mięsa, jako okrasę na ryż, sałatkę z siekanych pomidorów i cebuli, kawałki ananasa, i te wszystkie azjatyckie sosy, według upodobań dobierane przez biesiadników.
Wszystko wygląda bardzo apetycznie
Każdy dostał też butelkę spr i wody mineralnej. Ryby były przepyszne! Świeże, mięsiste, dobrze doprawione. Kraby, to ja nie wiem właściwie co tam w nich jest takiego dobrego. 
I smakuje wybornie! to moja porcja.
Ja niczego w nich nie mogłam znaleźć, ale jednego wzięłam na spróbowanie i pilnie wydłubywałam, cokolwiek z nich się wydłubać dało, żeby zrozumieć, co inni w nich takiego dobrego znajdują. Śladowe ilości miąższu.
Spożywać posiłek w takiej scenerii, to sama przyjemność
W pewnym momencie deszcz ustał i zaczęło mocno przypiekać słońce. Zdążyliśmy wysuszyć wszystkie swoje rzeczy, po czym deszcz rozpadał się od początku i tak już trwało do końca. Na dobre rozpadało się w drodze powrotnej. 
Opuszczamy mini plażę posiłkową i płyniemy dalej
Z portu wracałam w strugach deszczu, ale było mi już wszystko jedno, bo i tak cała ponownie byłam mokra.
Nowa wyspa. Znowu snorkujemy
Szłam więc sobie powoli do hotelu, a nawet po drodze kupiłam jeszcze duży baniak wody i dwie puszki piwa po 36 peso w tym jedynym samoobsługowym sklepie, który znajduje się u wyjścia z portu, żeby potem nie przepłacać. 
Tworzą wąż i popłyną do jaskini
W sklepiku przy wejściu na molo wiodące do „Sea Dive” puszka piwa kosztuje 45 peso, a w restauracji 60 peso.
Już wracają z jaskini. Nie dałam się namówić, ale to super zabawa
Zaraz po przyjściu do pokoju musiałam wziąć prysznic i zrobić pranie wszystkiego, co ze sobą miałam oraz wysuszyć pod wentylatorem torbę i plecaczek, jak również wszystkie z nich rzeczy. Bardzo nie przemokły, bo były zabezpieczone, ale gdy cały dzień jest się na deszczu, siłą rzeczy wszystko wilgotnieje.
Obserwowałam spektakl z łodzi
Mimo to jestem zadowolona z wycieczki bo było bardzo przyjemnie i widziałam piękne zakątki na różnych wysepkach, do których sama bym nie dotarła. Zresztą sami widzicie zdjęcia. Było naprawdę ślicznie. Może taki trekking w uciążliwym upale, wcale nie byłby lepszy?
To była bardzo przyjemna wycieczka.
Mój słowniczek:
The sun is shining - świeci słońce
It is raining - pada deszcz
The harbour, the jetty, the marina - przystań statków, łodzi
ferry - prom
boat - statek, łódź
sailor - marynarz
pier - molo
bay - zatoka 
beach - plaża
cave - jaskinia
sea coast - brzeg morski
Is it possible to swim here? - czy można tu się kąpać?
Is it deep here? - Jak tu jest głęboko?
I,d like to go on a one day tour to islands hopping - chciałabym się wybrać na jednodniową wycieczkę na island hopping.
How long does the tour last? - jak długo trwa taka wycieczka?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz