Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

środa, 28 października 2015

Banaue, górskie miasteczko


Banaue wśród gór i tarasów ryżowych

Autobus był niewygodny, jak na taką długą i nocną podróż. Siedzenia małe, jak dla Filipińczyków, a przecież Ameryka i Europa jest wysoka. Trzy czwarte autobusu zajmowali turyści, właśnie z Ameryki (USA, Kanada) i z Europy (Polska, Włochy, Niemcy) bośmy na postojach rozprostowując nogi, sobie rozmawiali. Na dodatek te siedzenia wyścielone śliską ceratą, po której się bez przerwy zjeżdżało. Tragedia!
Autobusy mają tu na górze plac postojowy. Dalej pojedziemy jeepneyem
Obok mnie pod oknem miał miejsce bardzo wysoki i dobrze zbudowany Kanadyjczyk. Bardzo mu współczułam, bo nijak nie mógł sobie poradzić z tymi długimi nogami, a potem bardzo marzł pod wentylatorem, którego nie można było wyłączyć, ani zakryć. Ja i tak się poświęciłam, bo on w szerz przelewał się częściowo na moje siedzenie i miałam ciaśniej, ale ani to jego, ani moja wina. Musieliśmy jakoś wytrzymać.
Zjeżdżamy w dół do miasteczka
Po środku, między jedną stroną siedzeń, a drugą, można było otworzyć dodatkowe krzesełka. Autobus miał komplet pasażerów i gdy inni jeszcze chcieli jechać, bo to ostatni tego dnia kurs do Banaue był, kierowca tylko te krzesełka proponował, ale uczciwie zaznaczał, że będzie na nich ciężko całą noc wysiedzieć. Na miejscu planowo mieliśmy być o godz. 7.oo rano.
Nieszczęsny hotel "Half Way Lodge and Restaurant" wycofany trochę w głąb ulicy.
Potem to środkowe krzesełko przy swoim siedzeniu wykorzystałam, położyłam na nim plecak, który i tak nie mieścił się na wąską górną półkę i musiał stać w przejściu. Spałam na tym plecaku. Było trochę lepiej, niż kiwanie się na siedzeniu. 
Teren do spacerku z dzieckiem, ograniczony.
Dziewczyna siedząca przede mną spała w pozycji zwisu. Z początku nie wiedziałam co się jej stało.Przegięta była w pół z siedzenia ku środkowemu przejściu. Głowa jej zwisała całkowicie w dół, a długie czarne włosy swoimi końcami sięgały podłogi. Tak, jak by lalkę powiesić za nogi, głową w dół.
W oczekiwaniu na transport
Chłopak z którym siedziała nie reagował, to chyba nic jej się nie stało, pomyślałam i rzeczywiście. Po postoju znowu każdy ułożył się do snu, a dziewczyna ponownie zawisła głową ku dołowi. Ludzie mają różne osobiście wypracowane pozycje snu. Może to jakaś joginka była?
Ulica Banaue
Ostatni postój mieliśmy godzinę przed Banaue. To była jakaś restauracja w ogrodzie, ale o tej porze zamknięta, oczywiście. Świtało. Natomiast sanitariaty znajdowały się na zewnątrz. Przy stoliku przed wejściem  do wc siedział chłopak i kasował po 5 peso od osoby. Niezły pomysł na biznes. Nie za wiele? pytam, 5 peso? zapłacę, jak wyjdę. 
Zaniedbane miasteczko Banaue
Zapłaciłam, ale głośno dziwiłam się nadal. Jak bierzesz 5 peso, to chociaż połóż tam papier toaletowy, mydło i ręczniki jednorazowe koleś, ok? 1 lub 2 peso, to rozumiem, ale 5 peso? Trudno mi to było pojąć.
Centrum Informacji Turystycznej w Banaue
Nie dojechaliśmy do samego miasteczka Banaue. Autobus zatrzymał się na zakręcie. Z jednej strony stroma ściana lasu z drugiej przepaść. Widok śliczny, ale dlaczego tutaj musimy wysiąść? 
Uprzejmy i radosny, jak wszyscy Filipińczycy worker IT. Wszystko mi pokazał i wytłumaczył
Bo tutaj jest terminal bus Ohayami. Zaraz jednak driver dodał, że mamy przesiadać się w jeepneye, które na koszt firmy Ohayami dowiozą nas do centrum miasteczka. No, to inna rozmowa.
Przed Centrum IT można spocząć i napatrzeć się na okolicę
Szybko się przesiedliśmy w kilka jeepneyi i ruszyliśmy dalej. Podobno to 5 km, ale Filipińczycy zawsze zaniżają lub zawyżają odległość, odpowiednio do sytuacji.. To było jakieś 2-3 km dalej. Pytali, czy mamy zarezerwowane hotele. Niektórzy mieli, a niektórzy, nie. Wysadzili nas przed „Half Way Lodge” i powiedzieli, że to jest tani hotel i możemy się tutaj zakwaterować. 
Bardzo ciekawa informacja o historii tarasów ryżowych w Banaue
Część podróżnych poszła szukć innego hotelu, ale część skorzystała z oferty, ja też, bo nie będę z bagażami chodziła po nieznanym miasteczku w czasie deszczu i szukała innego hotelu. Private room był, ale łazienka w korytarzu wspólna. To ja nie, dzięki. Nie lubię wspólnych łazienek, chyba że naprawdę nie mam już innego wyjścia lub hotel słynie z wyjątkowej czystości.
Do Muzeum trzeba się wspiąć na tą górę, niestety.
Gdy zbierałam się do wyjścia, opiekun driverów, Danile zaproponował mi swoje usługi, ale w tej samej chwili pani powiedziała, że o 9.oo zwolni się private room z łazienką, jeśli chcę zaczekać, to mogę go wziąć za 400 peso. Zrobią clining i dostanę klucz. To chciałam i poczekałam. Clining tu robią szybko, bo zmienią tylko pościel i omiotą podłogę. Taki to u nich clining w hotelach ekonomy class.
Widok za to mamy piękny na miasteczko i ryżowe pola
W tym czasie przeszłam do restauracji znajdującej się obok recepcji na śniadanie i umówiłam się z Danile na jutro rano na 8.oo, żeby zawieźć mnie na View Point za 200 peso, obejrzeć ryżowe tarasy. To podobno jest 5 km od centrum, ale ja już im nie wierzę i myślę, że to będzie jakieś 2 km. Zobaczymy, najwyżej więcej nigdzie już z polecenia Danile nie pojadę.
Sklep firmowy z tradycyjnymi wyrobami znajduje się przy drodze do Muzeum
Taka sceptyczna jestem, ponieważ ten hotel rozczarował mnie już na początku. Powiedziałam na wstępie, że wezmę pokój na 3 noce, ale najpierw się umyję, przebiorę i zejdę na dół zapłacić. W tym czasie odkryłam, że w pokojach nie ma kontaktów. Wołam dziewczynę i pytam. Nie ma, w żadnym. Kto chce ładować komórkę, to ma zejść na dół do restauracji. Nie podoba mi się to bardzo.
Zakład rękodzielniczy.Tu autentycznie wyrabiają rzeczy dawną techniką.
Nie mogę sobie rano robić w pokoju kawy, nie mogę pisać na laptopie, bo bateria się szybko wyładowuje, nie mogę ładować laptopa ani aparatu fotograficznego. Bez prądu, jak kaleka jestem. Potem dowiedziałam się, że kawę, to ja mogę u nich w restauracji wypić za 25 peso. Ja wolę swoją, bo oni robią niedobrą, z torebki „3 w 1”, a ja nie używam cukru i lubię gatunkowo lepszą kawę. Bez cukru tutaj nic nie mają.
Wejście do Muzeum. Pani inkasuje 50 peso i idzie sobie. Zwiedzamy samodzielnie.
Potem zobaczyłam, że na stole pod ścianą stoi pojemnik z wrzątkiem. Poszłam na górę i przyniosłam swoją kawę, poprosiłam o duży kubek, a nie taki do espresso, skoro muszę za wodę również zapłacić. Wrzątek kosztuje 5 peso. Niesłychane pomysły!
Opisy początków uprawy ryżu na tych terenach
Zeszłam do szefowej zapłacić i powiedziałam, że biorę room na dwie noce, a nie na trzy i to tylko dlatego, że już się z Denilem na wycieczkę tricyklem na jutro umówiłam. Dowiedziałam się skąd i kiedy odjeżdżają vany do Sagady i najszybciej, jak mogę, wynoszę się stąd. Pamiętajcie, ten koszmarny hotel nazywa się "Half Way Lodge" uczulam na niego, chociaż coś tam z czasem może się zmienić na korzyść, jak zaczną tracić klientów. 
Stare fotografie z życia Banaue. Bardzo stare.
Pisząc ten post w pokoju, wyczerpała mi się bateria. Zebrałam wszystkie klamoty, plecaczek i zeszłam na dół. Chciałam się podłączyć w holu przy recepcji, ale nie można. Jest tylko jeden kontakt, do którego oni są podłączeni. Mogę tylko w restauracji. W restauracji są jedynie dwa kontakty i oba zajęte. Przedłużaczy nie ma. Dziewczyna zaprowadziła mnie w kąt, gdzie do podwójnego kontaktu podłączony jest telewizor. Ok, dzięki.
Przedmioty używane dawniej. Już wtedy mieli plecione kosze na koguty.
Podłączyłam się, piszę, a telewizor wyje mi nad uchem i cały personel wisi nade mną, bo jedną z tych płaczliwych telenowel typu Isaura, oglądają. Tutaj tylko takie filmy idą, na których cały czas wszyscy jęczą i rozpaczają. Mężczyźni też. Filipińczycy uwielbiają takie filmy, zupełnie nie wiem dlaczego, bo przecież z natury, to radośni ludzie.
Różnica we wzroście pzybysza i tubylca była spora.
Podłączając się do prądu zauważyłam na ścianie odręczną rozpiskę, że ładowanie telefonu kosztuje 15 peso, a ładowanie innych rzeczy, 20 peso, ale nie jest napisane, czy jednorazowo za usługę, czy za godzinę. No to mnie zczeszą, pomyślałam sobie. W życiu takiego hotelu nie spotkałam w żadnym kraju, żeby tak podle traktować klientów.
Dawne stroje kobiece utkane w pokazanym już warsztacie rzemieślniczym
Podłączyłam tylko laptop, żeby się ładował podczas pisania, bo nie było już miejsca na co inny sprzęt. Potem, gdy miejsce  się zwolniło,  podłączyłam jeszcze aparat fotograficzny, bo jutro wycieczka, więc bateria nie może mnie zawieść. 
Straszne były kiedyś rytuały
Wezmę zapasowe, ale one nieraz działają tylko przez pół godziny, więc nie jestem ich pewna. Może wyładowują się, gdy nie są długo używane? albo się słabo naładowują w tych kontaktach. Nie wiem czy dziewczyna zauważyła, że podłączyłam aparat i czy za niego mi też policzy.
Głównie miały obowiązek cierpieć kobiety
Pisząc, poprosiłam o herbatę. 30 peso się należy. Nie wyrobiłam w sobie jeszcze czujności na te gierki, bo dotychczas we wszystkich hotelach i hostelach kawę i herbatę mieszkańcy hotelu mieli za darmo. 
To małe z frędzlami, to torebka dwukomorowa przewiązywana w pasie.
Również wrzątek i zimną wodę pitną w baniaku, z którego można nawet do swoich butelek nabierać Mogłam przecież zabrać z pokoju swoją herbatę i zapłacić tylko 5 peso za wrzątek. Banaue zawiodło mnie pod względem traktowania turystów.
Większość przedmiotów codziennego użytku była z drewna i ozdabiana rzeźbami
Dali mi password do internetu, ale nie powiedzieli ile każą sobie za dostęp do internetu zapłacić. Nie mówią z góry, zawsze potem zaskakują znienacka informacją. Na razie więc nie korzystam z internetu, tylko piszę w wordzie. Zobaczę, czy zażądają zapłaty. Może o 22.oo prąd w pokojach jeszcze wyłączą i ogłoszą ciszę nocną?
Do połowy Filipinki były ubrane w naszyjniki z półszlachetnych  kamieni lub z muszelek
Pogoda dzisiaj była pod psem. Od samego rana padał deszcz. W pewnych momentach góry i przepaście się ukazują, ale zaraz ponownie zasłania je deszczowa mgła. Jeżeli jutro nadal będzie tak padało, to z wycieczki nici.
Mężczyzna w kąpieli
Krajobrazy są tu rzeczywiście śliczne, bo mimo deszczu poszłam na spacer obejrzeć miasteczko. Położone jest wprost cudownie. Szkoda tylko, że ten dar przyrody nie został doceniony przez ludzi i zupełnie o swoje miasteczko nie dbają. Wszystkie walory miasta przeliczają na pieniądze, ale nic tu nie jest ich zasługą, tylko przyrody.
W Muzeum znajduje się tkie urządzenie
Brudno i śmierdzi wszędzie. Walące się stare baraki, nie będę zresztą dokładnie opisywała, ale to nie jest w porządku, że ze względu na piękne położenie przyrodnicze drożej liczą noclegi, posiłki i za każdą hotelową usługę dodatkowo każą płacić, a nic nie robią od siebie dla miasta i turystów. Gdyby zadbali, Banuae mogłoby być prawdziwą perełką na Luzonie.
Wracając z Muzeum znowu podziwiam krajobraz
Będąc dzisiaj w mieście, odwiedziłam Muzeum Banaue. Wstęp 50 peso, jak do Muzeum Narodowego. Salki są dwie. Zwiedziłam dokładnie. Można fotografować. Tak myślę, bo fotografowałam. Pani zainkasowała zapłatę, powiedziała, że to jest ta sala i druga na dole, żeby zejść tymi oto schodami i poszła sobie na podwórko do dzieci.
Za każdym razem wygląda inaczej. Zależy, jak padają promienie słoneczne (lub deszcz)
Zwiedzałabym dalej miasteczko, ale znowu się rozpadało, a nie wzięłam parasola myśląc, że wypadało się już za wszystkie czasy i wreszcie będzie spokój. Ale, gdzie tam. Dlatego obawiam się, że jutro również może padać. Muzeum stoi na górze, trochę trzeba wysiłku z siebie dać, aby tam dojść, ale widoki na okolice stamtąd są śliczne.
Czas zrobić sobie zdjęcie w Banaue

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz