Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

sobota, 5 września 2015

Sydney - życie hostelowe

Szczęśliwy kraj. Oddzielony od innych. Ciekawy, piękny, intrygujący.

To jest trochę inny post. Więcej zdjęć wnętrz niż pięknych widoków miasta i przyrody. Tak dla odmiany. Przeprowadziłam się do „790 On George Backackers”. W „YHA Hostel” trzeba pokój zdać do g.10.oo, natomiast w Backpackers 790 On George dostaje się pokój od g.13.00 (w innych hostelach też) Przechowalnia bagażu w YHA jest, ale płatna, jak wszystko w Australii.
Po lewej YHA, po prawej "Backpackers 790 On George" bliska przeprowadzka
To nie Azja, gdzie właściciel wsunie pod kontuar walizkę, dokopie nogą głębiej dla bezpieczeństwa i powie ok, idź sobie kobieto na miasto i wróć o 13.oo to dostaniesz klucz do pokoju, a walizka tu niech na ciebie czeka.
Schody wiodące do pralni w 799 George
W Australii preferowany jest profesjonalizm, który kosztuje. Jest specjalnie wydzielony pokój pełen jednakowych szafek pancernych z automatami na drzwiach. Wkładasz odpowiednią ilość dolarów, w zależności na ile godzin chcesz zostawić bagaż, wstawiasz go do szafki, wpisujesz swój kod i idziesz do miasta, żeby wrócić o 13.oo i bagaż zabrać.
Moje łóżko hostelowe
Koszt? 4 $ za godzinę! (ponad 12 zł), to rozbój na równej drodze w biały dzień! Wyszłam z tego sejfowego pokoju razem ze swoją walizką, z którą tam weszłam. Pościel oraz klucz od pokoju już zdałam do recepcji, ale w otwartych przestrzeniach mogę się przecież bez klucza poruszać. Przeczekam więc do 13.oo ze swoim bagażem.
Dobra firma. Ma oddział w każdym mieście Australii. Korzystałam z niej od Darwin.
Sanitariaty przy jadalni są bez kodów, żeby mogli z nich korzystać świeżo przybyli, co czekają na pokój. Ja właśnie czekałam, tyle że na pokój w innym hostelu. Poszłam do jadalni, zrobiłam sobie kawę i usiadłam przy stole w kąciku komputerowym, włączyłam laptop i spokojnie sobie pracowałam, a walizkę i plecak wstawiłam do kąta za stołem. Wyszło taniej.
Wejście do pacowni rysownika i malarza
Gdy nadeszła pora, spakowałam sprzęt i wyszłam z hostelu, aby wejść tuż obok w następne drzwi, do sąsiedniego hostelu. W „790 On George Bacpackers” jest trochę inaczej. Przede wszystkim jest taniej. Mimo, że w YAHA miałam zniżkę na legitymację, to i tak wyszło tu drożej.
Artysta przy pracy
Przy płaceniu w 790 On George, zupełnie niespodziewanie dostałam dodatkowo rabat 30 $ od całości, ale z jakiego powodu, to już nie zrozumiałam. Mniejsza z tym. Gdyby mi drożej policzono, to bym się dopytywała, a tak, to tylko podziękowałam i jest ok. Mogłam zapłacić kartą i zapłaciłam, a te pieniądze, które miałam na hostel w gotówce, będę miała na życie i nie muszę już z bankomatów korzystać (mam nadzieję), co mnie bardzo cieszy.
Wnętrze pracowni. Można kupić, ale moża jedynie obejrzeć.
Pokój jest kobiecy, a nie mix. Jest mniejszy, zgrabniejszy i są w nim tylko trzy łóżka. Trzy dolne zajęłyśmy, a górne są jeszcze wolne. Pokój jest ogrzewany. Okno na całą ścianę od sufitu do podłogi wychodzi na George Street. Przyjemnie tu.
Różne rodzaje twórczości są uprawiane w miejscach publicznych.
Szafki zamykane na własne kłódeczki mamy tuż za głową, można oprzeć o ich ściankę poduszkę i siedząc sobie na łóżku pisać wygodnie na laptopie, co właśnie czynię. W YHA nie mogłam tego robić, bo w pokoju było przejmująco zimno i mój kabel nie sięgał do jedynego w pokoju kontaktu. Tutaj każda osoba ma swój własny kontakt w swojej szafce.
W szafce mam swój kontakt i kasetkę przymocowaną na stałe do położa
Można laptop podłączyć i pisać, można aparat fotograficzny podłączyć i zamknąć go na kłódkę w szafce na czas ładowania i iść sobie, czy spokojnie spać, bez obawy, że zginie. Dziewczyny bezpiecznie mogą ładować swoje komórki. Świetne rozwiązanie. Lampkę każdy ma nad swoim łóżkiem, nie muszę więc dostosowywać się do potrzeb innych lokatorek. Górne jest zgaszone, osobiste nad łóżkiem zupełnie wystarcza.
W mieście gęsto rozmieszczone są informacje. Wszędzie trafimy sami.
Drzwi do pokoju otwieramy kodowaną kartą, którą również otwiera się łazienkę i o dziwo! kuchnię. Łazienkę mam trochę dalej, niż miałam w poprzednim hostelu, na końcu korytarza. W kuchni i jadalni panują takie same zwyczaje. W dużych lodówkach trzyma się opisaną torbę z prowiantem, a na półkach ściennych, w przegródkach trzyma się suchy prowiant.
Museum Of Contemporay Art, Sydney, Australia
Ja ten suchy wzięłam przezornie do pokoju, a wymagający chłodu opisałam i wstawiłam do lodówki. Jestem ciekawa czy tutaj też mi ukradną jedzenie. A właśnie dzisiaj uzupełniłam zapasy o mleko, jajka i ser, co musiałam do lodówki wstawić. Otwieranie kodowaną kartą kuchni miało chyba na celu zabezpieczenie naszego prowiantu przed kradzieżą, ale nie jestem przekonana co do słuszności takiego założenia. Nikt przecież z ulicy nie wchodzi do hostelowej kuchni  znajdującej się o poziom niżej od recepcji, aby ukraść żywność. Kradną turyści, którzy kodowane karty posiadają i swobodnie poruszają się po całym hostelu.
W muzeum
Najgorzej tu jest z internetem. Jest, może być nawet we własnym pokoju, ale płatny. Znowu 4 $ za godzinę. Ponad 12 zł na godzinę? nie do wiary, dziwiłam się w recepcji! Dla klientów hostelu? Dla mnie to absolutnie za drogo, bo ja długo komputer używam. Majątek bym na niego wydała. Musiałam znaleźć inne wyjście. Piszę i porządkuję zdjęcia w pokoju, a z free internetu korzystam w sąsiedniej kawiarence. Zamawiam sobie jakiś sok ze świeżych owoców lub kawę i wrzucam do bloga tekst i zdjęcia oraz odpisuję na maile, jak długo potrzebuję.
Obraz w muzeum
Jest to utrudnienie, ale nic na to nie poradzę. Będzie trochę zaległości w blogu.Tylko raz na dzień będę mogła sprawdzić pocztę, bo nie będę przecież kilka razy dziennie z laptopem wędrowała do kafejki. Niby to wystarczy w normalnych warunkach. Rzecz w tym, że akurat teraz nie są to normalne warunki, bo moja synowa Monika kupuje mi w Warszawie bilet lotniczy w internecie, z Sydney na Filipiny i powinnam być w ciągłym kontakcie, żeby w razie potrzeby uzupełnić jakieś informacje.
W muzeum
Dochodzi jeszcze sprawa różnicy czasu między Warszawą, a Sydney. Teraz na przykład u mnie jest już godzina 22.10, jestem już w łóżku i niebawem gaszę światło i śpię, a w Warszawie 14.10 i wszyscy rozkręceni do pracy i załatwiania różnych spraw. Gdy o 9.oo rano ja będę przy śniadaniu, w Warszawie będzie 1.00 w nocy i większość ludzi będzie sobie smacznie spała. Nie ma po co chodzić z laptopem do cafe. I tak tu się można dogadać z Europą. Trzeba po prostu pisać maila i cierpliwie czekać na odpowiedź kilka godzin lub do następnego dnia. Zarówno ja tutaj, jak i moi w Warszawie.
Sztuka aborygeska
Mieszkanie w hostelu, to wdzięczne miejsce do obserwacji ludzi. W YHA było więcej starszych ludzi, niż jest w Backpackers, chociaż tutaj też są, ale raczej mężczyźni. Tam przewijało się więcej starszych kobiet, podróżujących już od dłuższego czasu oraz rodzin z dziećmi. Tutaj wcale dzieci nie widzę. Ale zarówno tu, jak i tam, najwięcej jest Chińczyków.
Cały czas zwiedzamy Muzeum Contemporary Art, czyli Współczesne, w Sydney.
Rytm życia jest zróżnicowany w zależności od wieku. Gdy ja wracam wieczorem z miasta, to biorę prysznic i wchodzę do łóżka, aby popisać na laptopie lub poczytać książkę w czytniku. Dziewczyny też wracają wieczorem, biorą prysznic, ale po to, aby się przebrać, wypracować czasochłonny makijaż i wyjść do miasta. Sydney żyje nocą. Tak więc doświadczenia z podróży z pewnością młode dziewczyny wyniosą inne, a kobiety w moim wieku, inne.
Portret Aborygena
Gdy ja rano wstaję ( chociaż nie zrywam się bladym świtem, tylko spokojnie wstaję o g.8.oo), dziewczyny w najlepsze śpią. Biorę prysznic, zjeżdżam windą na poziom B do kuchni, robię sobie śniadanie, oglądam przy śniadaniu poranne wiadomości w tv, zmywam po sobie naczynia, wracam do pokoju, a dziewczyny w najlepsze śpią. Po cichu wychodzę.
A to ja jestem. "w swoich snach"
Młodzi ludzie mało z sobą rozmawiają, więc w całym hostelu jest cicho i w pokojach i w jadalni, która pełni jednocześnie rolę pokoju telewizyjnego i komputerowego. Młodzi ludzie mają słuchawki w uszach, więc nie mogą z nikim rozmawiać.Niby są wśród innych, ale odizolowani od otoczenia. Tak samo jest w pokojach. Idealna cisza, a we wgłębieniu każdego łóżka błyska światło z komórek do późnych godzin nocnych, a nieraz i do świtu. Czasami rozmawiają głośno, ale do komórki.Między sobą tylko na początku wymieniają informacje skąd są i dokąd jadą i na tym konwersacja się kończy. Acha, mówią i ponownie słuchawki na uszy.
W dziale muzeum pn. "Energia"
W tej chwili, gdy piszę, taka młoda, korpulentna mieszkanka Londynu od jakiś czterdziestu minut rozmawia bardzo głośno przez telefon, co chwilę zanosząc się gromkim śmiechem. Ona tak zawsze. Mieszka w tym hostelu już jakiś czas.Nawet myślałam, że wczoraj się wyprowadziła bo zniknęła jej ogromna fioletowa walizka, ale wracam dzisiaj do pokoju, a Angielka leży na brzuchu na swoim łóżku i……..głośno rozmawia przez telefon. Co jest grane?, myślę sobie. Wróciła z zielonym harcerskim plecakiem i dużą torbą marketową.
Niektórzy, to nawet wizyty w muzeum nie wytrzymają bez komórki i sms-owania.
Jest sympatyczna i dlatego wszyscy w pokoju znoszą jej zachowanie, chociaż w innym przypadku budziłaby irytację. Zabrała na przykład poduszkę z drugiego łóżka, bo ona musi mieć wysoko głowę w czasie snu. Przyjechała nowa dziewczyna i nie miała poduszki. Angielka nie oddała. Swoją ogromną walizkę postawiła przy łóżku drugiej lokatorki, bo jej przeszkadzała. To, że innej przeszkadzała, nie wzruszało jej wcale.
Nasze życie
Rozwiesiła swoje rzeczy na drążkach Chinki z górnego łóżka. Wszystko to zwisało w dół, jak kolorowe firanki, a Chinka nie miała jak się dostać na swoje łóżko. Wśród obcych ciuchów ma spać? Chinki patrzyły na siebie i szeptały coś długo po chińsku, zerkając na Angielkę. Ustalały widocznie strategię postępowania. Angielka z uroczym uśmiechem zagadywała je, ochylając na krótkie chwile słuchawkę od uszu, tak że trudno się było Chinkom obrazić. W końcu Chinka odsunęła delikatnie kilka rzeczy Angielki na bok i powiesiła tam swój ręcznik. Gdy Angielka zniknęła wraz ze swoją ogromną fioletową walizką, Chinki odetchnęły z ulgą i zagospodarowały swoją przestrzeń. Ale dzisiaj odnotowałyśmy powrót Angielki.
Sztuka współczesna Aleksa Danko
Znowu rozmawia długo i głośno przez telefon, ale widzi co się wokół dzieje, potrafi oderwać się, widząc, że któraś z naszego pokoju wyjeżdża, żeby serdecznie ją pożegnać, jak ulubioną krewną. Dopytuje o dalszą podróż. Wykazuje zainteresowanie. Życzy happy day and sejf flay i jak tu się na taką osobę gniewać?Mnie zawsze wita z entuzjazmem, jak by nie wiem jaką radość jej sprawiało, że mnie znowu widzi. Pamięta, że lecę do Filipin. Taka już jest. Jej harcerski zielony pękaty plecak stoi póki co, przy jej łóżku i żadne rzeczy nie walają się po poręczach i drabince górnego  łóżka. Zobaczymy, co będzie dalej, bo na razie, to ona cały czas zajęta jest rozmowami przez telefon. Co chwilę śle do nas urocze uśmiechy.
Aleks Danko, Muzeum Współczesne, Sydney
Każdy teraz głośno mówi do siebie we wspólnych pokojach, na ulicy, w autobusie, przy jedzeniu w jadalni, zupełnie nie zwracając uwagi na to, czy przeszkadza tym mówieniem innym, czy nie. Życie i wynalazki tak przyspieszyły, że na oczach jednego pokolenia wielokrotnie zmienia się Świat i ujednolicając się. Gdyby nie zróżnicowanie w przyrodzie i klimacie, w każdym miejscu na Ziemi byłoby tak samo, czyli nudno. Jeszcze kilka lat temu, podróżując po Azji Południowo-Wschodniej, bardzo skupiałam się na ludziach.
Instalacje Aleksa Danko
Nawiązywaliśmy z sobą kontakt wzrokowy i słowny. Rozmawialiśmy ze sobą, żartowaliśmy. Teraz to się zmieniło.Teraz bardziej skupiam się na przyrodzie, architekturze, życiu ulicy, na ludziach, jako masie poruszającej się w ogólnej przestrzeni przyrodniczej lub miejskiej, nie na indywidualnym człowieku. Indywidualizm zaniknął. Wszyscy zachowują się tak samo i wszyscy mając słuchawki na uszach lub komórki przy uchu błądzą wokół półprzytomnym wzrokiem, często dodatkowo stepując, jak koń w przyciasnym kojcu. Trzy kroki w przód, obrót i trzy kroki w tył. I od początku.
Muzeum Współczesne, Sydney
Gdy byłam u Remika w biurze na Danks Street w dzielnicy Waterlo i chcieliśmy jakoś umówić się na ponowne spotkanie, Remik powiedział, kup sobie telefon komórkowy, bo bez telefonu trudno się umówić. Boże! Jak umawiali się ludzie przed erą komórkową? i spotykali się częściej, niż teraz. Przecież mam laptop, możemy umówić się e-mailem lub na skype, dawniej nawet tego nie mieli. Ostatecznie umówiliśmy się przez internet i w niedzielę spotykamy się u Remika w domu na obiedzie, który sami przygotujemy.
Wiok z dachu Muzeum Współczesnego
Będą sznycle z kangura, a ja przyniosę coś na deser. W życiu nie jadłam kangura!  Na niedzielę zapowiadają deszcz w Sydney i Remik stwierdził, że to akurat właściwy dzień na wspólne gotowanie i siedzenie w domu. Z Central Station mam do niego kolejkę. Remik mieszka blisko stacji Bondi Junction, na Council Street. Mam nadzieję, że trafię. Nie zwiedzałam tamtej strony Sydney, bo tam głównie jeździ się na słynną plażę Bondi Beach, a w Sydney przecież zima, więc o plaży można tylko pomarzyć. W brzydką pogodę nic ciekawego na plaży nie ma, więc piasku nie pojechałam oglądać.
Sztuka wyszła z sal muzeum na dach. Praca Sangeety Sandrasegar
Chociaż pogoda się raptem zmieniła. Dzisiaj, gdy rano wyszłam z hostelu, po 10 minutach wróciłam, żeby przebrać się w letnie rzeczy. od rana było gorąco i tak zostało do późnego wieczora. Na ulice wróciły tiszerty, krótkie płócienne spodnie i plastikowe klapki. Chyba wróciło tutaj lato! Tak nagle i niespodziewanie. Musiałam znowu przekładać wszystko w walizce. Wyciągać letnie rzeczy, a na dno chować swetry i polary. Stąd lecę na Filipiny, a tam przecież cały czas gorąco, ciepłe rzeczy będą już niepotrzebne.
Dla zainteresowanych notka o tej australijskiej artystce
Przez te ciepłe rzeczy przyrosło mi bagażu. Z Filipin (bo taniej) będę znowu musiała część rzeczy odesłać do Polski. Lecę linią Philiphines Airlines, to chyba jedyna linia lotnicza na świecie, która pasażerom ekonomy class pozwala jeszcze mieć bagaż do 30 kg.Te loty na Filipiny realizowane są codziennie oprócz czwartków. 
Skoro widać most "wieszak", to również i Operę, bo stoją blisko siebie.
Szybko sprawdziłam jaki to dzień tygodnia będzie, gdy zakończę pobyt w hostelu, bo z doświadczenia wiem, że zawsze, ale to zawsze wpasowuję się właśnie w taki dzień, który jako jedyny jest nieodpowiedni w całym tygodniu i co tylko może stać się utrudnieniem, to się dla mnie staje. Walka z przeciwnościami, to moja specjalność i zajmuje mi w życiu większość czasu. Sprawdziłam. Oczywiście, będzie to czwartek. 
Info o Museum Of Contemporary Art, Sydney
Poszłam do recepcji i przedłużyłam pobyt o jeden dzień. Problemu nie było, bo to law seson. Teraz zastanawiam się, co kupić na deser niedzielnego obiadu u Remika.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz