Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

niedziela, 6 września 2015

Sydney - u Remika

Sydney w zachodzącym słońcu

W Telewizji zapowiadali, że w niedzielę będzie w Sydney padał deszcz i padał. Sobota była bardzo ciepła, gorąca niemal, czym uśpiła moją czujność i nie przygotowałam się należycie na deszcz. Gdy rano się obudziłam i wyjrzałam przez okno, zobaczyłam ponury poranek i siąpiący deszcz. Znowu musiałam przewrócić wszystko w walizce, żeby wydobyć pełne buty oraz parasol. Zajęło mi to trochę czasu.
Central Station od strony PIT Street.
Z Central Station, obok którego mieszkam, bez problemu dojechałam na stację Bondi Juncton. Remik mówił, że jego ulica Counctil Street znajduje się niedaleko tej stacji, ale nie powiedział, w którą stronę iść. Musiałam sobie sama jakoś poradzić.
Główna hala dworca kolejowego
Gdy wysiadłam na Bondi Juncton znowu poczułam się, jak w nowym mieście. Każda dzielnica jest inna, ale każda bardzo funkcjonalna i samowystarczalna. Mają swoje kina, teatry, centra handlowe, galerie, kawiarnie, parki, uczelnie, szpitale. Bondi głównie znana jest z pięknej plaży, ale to jedzie się przystanek dalej, do Bondi Beach.
Wejście, jak do Metra. Bez biletu na peron się nie wejdzie.
Żeby jechać na tą piękną plażę, musi też być lato, którego w Sydney akurat nie ma. Generalnie jest ciepło, ale pochmurno i deszczowo. Sobota była dniem wyjątkowym. Nawet się dziwię, że w takim nieciekawym okresie pogodowym jest tutaj tak dużo turystów z całego świata. Wczoraj do mojego hostelowego pokoju dołączyły Węgierki! Pierwszy raz w swojej podróży po tej części świata spotkałam Węgierki. W mieście z autokarów wycieczkowych masowo wysypują się turyści z różnych części świata. To cu tu musi być w sezonie?
Przejście podziemne pod dworcem. Wyobrażacie sobie takie czyste przejście podziemne?
Kilka dni temu Remik miał urodziny, co przegapiłam. Dowiedziałam się z facebooka. Dołączyłam swoje spóźnione życzenia, ale było mi głupio. Na deser kupiłam więc mały czekoladowy torcik, aby przy okazji spotkania, uczcić również urodziny Remika. Miałeś w swoje urodziny torcik? pytam. Nie miał. To potraktuj ten, jako urodzinowy. Było fajnie.
Szok. Na ścianach nie grafitti, a historia budowy kolei i miasta.
Torciki wypatrzyłam w cukierni niedaleko mojego hostelu, na George Street, tylko idzie się w odwrotną stronę, niż do Centrum. Upewniłam się, czy w niedzielę cukiernia  będzie otwarta, od której godziny i czy aby na pewno będą świeże torciki i zamówiłam czekoladowy. W niedzielę o g.11.3o odebrałam torcik i od razu pojechałam do Remika.
Sydney, deptak nad zatoką
Byliśmy umówieni na 12.30. Remik mieszka na Vp, a że dodatkowo budynek stoi na górce, widok z okien mieszkania Remika jest wspaniały. Całe centrum miasta, jak na dłoni widać. Całe Sydney leży na wzgórzach. Ja tutaj ciągle po górach chodzę. W górę i w dół, w górę i w dół. Nie jest łatwo, ale za to pięknie takie ulice wyglądają. Sporo ulic ma schody, a nieraz i schody ruchome z ulicy na dole, na ulicę na górze. Sydneyczycy się rozpieszczają.
Taką łodzią płynęłam do Manly
U Remika mieszka młody Brazylijczyk, Andrea. Informatyk. Bardzo sympatyczny młody człowiek. Przyjechał tu do pracy, a że była niedziela i pogoda nieszczególna, został w domu i  we trójkę szykowaliśmy wspólny obiad. Było bardzo przyjemnie.
Niektórzy zanim się zakwaterują, najpierw sobie na morze i operę muszą popatrzeć
Ja zajęłam się sznyclami z kangura, Remik obierał ziemniaki zwykłe, oraz czerwone słodkie ziemniaki, a Andrea wykonywał prace pomocnicze. Wcześniej, skaleczył się w palec, Remik udzielił mu pierwszej pomocy i palec opatrzył, ale Andrea już pewnych czynności wykonywać nie mógł. Pomagał jednak, w innych, „suchych” pracach.
Pionierka
Kangur smakował, jak dziczyzna ze zwierzyny płowej, a słodkie ziemniaki rzeczywiście były słodkie i wyglądały oraz smakowały trochę tak, jak marchewka. Obiad był wyśmienity, a na deser mieliśmy kawę i torcik, z którego Remik bardzo się cieszył i zrobił z nim sobie zdjęcie. Ja zdjęć nie robiłam, bo aparat tego dnia zostawiłam w hostelu.
Tablica poęwięcona pierwszym kobietom imigrantkom
Przy naszej wspólnej rozmowie najwięcej napracował się Remik, bo oprócz tego, że sam mówił do Andrea po angielsku, a do mnie po polsku, to tłumaczył dodatkowo moje wypowiedzi Andrei i odwrotnie, to co mówił Andrea, tłumaczył dla mnie. Czasami się mylił i do Andrea mówił po polsku, a do mnie po angielsku, bo już mu się wszystko mieszało. Ja nie zawsze prostowałam sytuację, bo sama z zaskoczeniem stwierdziłam, że sporo rozumiem, co oni po angielsku mówią, więc nie było problemu.
Kolonialiści po zajęciu nowego teretorium, zawsze najpierw budowali kościół i fort
Gdy się pożegnałam, zapytałam, jaki kierunek złapać po wyjściu z budynku do stacji metra, bo nie znam tej okolicy i już nie pamiętam, z której strony przyszłam. Andrea szybko zaoferował swoją pomoc i powiedział, że chętnie mnie odprowadzi na stację.Zdążyliśmy wyjść z budynku, gdy deszcz lunął z niespotykaną siłą. O, nie, powiedziałam, w taką pogodę nie możesz ze mną iść Andrea. Ja miałam parasol, bo byłam na deszcz przygotowana, Andrea wyszedł, tak jak stał, bo już jakiś czas nie padało. 
Często odbywają się jakieś inscenizacje. Dla turystów.
Powiedz mi tylko, jak mam iść i wracaj do domu, Andrea. Wytłumaczył mi dokładnie drogę i bezbłędnie trafiłam na stację metra.Ten deszcz, to nie był jeszcze taki straszny, jak mi się wówczas wydawało. W poniedziałek, to dopiero był deszcz. Lało jedną wielką ścianą. Ulice momentalnie zamieniły się w kanały wodne. Ja akurat wracałam do hostelu. Zatrzymałam się pod filarami, żeby przeczekać, bo parasol w taką ulewę nie był wystarczającą ochroną.
Do Muzeum Opali wejdziemy za darmo
Ale ile można czekać? Deszcz nie zamierzał nawet zmniejszyć nasilenia. Idę, postanowiłam. Otworzyłam parasol, a dziewczyna stojąca obok prosi mnie, czy mogę ją pod swoim parasolem przeprowadzić przez skrzyżowanie? Pewnie, że mogę.Potem spostrzegłam, że tak właśnie ludzie się zachowywali. Brali pod swój parasol tych, którzy parasola nie mieli i szli jakiś odcinek drogi razem. Z tym się jeszcze nigdzie nie spotkałam, ale to społecznie ciekawe zjawisko.
W Opal Museum, Sydney
Jednak posiadanie parasola nie za wiele mi  pomogło. Woda w butach chlupała, a spodnie zrobiły się ciężkie po nasiąknięciu wodą. Niesamowita historia. Po powrocie do hostelu nie było na mnie suchej nitki.Wszystko musiałam z siebie zdjąć i suszyć, a deszcz nie ustawał. Buty już drugi dzień schną. Wieczorem tak zaczęło dudnić w szyby, że wszystkie (lokatorki pokoju) po kolei podchodziłyśmy do okna, żeby sprawdzić, co się dzieje. Deszcz przeobraził się w grad. W Australii, wyobrażacie sobie?
w muzeum
We wtorek sytuacja wróciła do normy i nawet wyjrzało słońce. Poszłam do Muzeum Żydowskiego przy Darlinghurst Road z ciekawości, bo w folderze napisali, że to o Holocausie. W Australii? Zdziwiłam się. Wstęp 10 $. O nie! 4 $ to bym jeszcze zapłaciła, ale 10$? Moja ciekawość aż taka wielka nie jest.
Poszukiwacz opali
Remik mówi, że Żydzi na świecie są owszem, wszędzie i dużo hałasu swoimi problemami wszędzie czynią, przez co dużo się o nich mówi i im zarzuca, ale to Chińczycy opanowują świat. Po cichu, spokojnie, nie rzucając się w oczy, niczego nie wymagając, przejmują biznesy, nieruchomości, prasę, kulturę. To prawda. Też tak sądzę. O ekspansji Chińczyków jeszcze się nie mówi, niezauważa się, ale to tylko kwestia czasu. Opanują wszystko w różnych krajach.
Sydney ma kilka ulic - deptaków. Miasto lubi pieszych i rowerzystów.
Potem trochę zaszalałam w sklepie i kupiłam sobie dwie letnie bluzki i błękitne krótkie spodenki do kolan, na ten wyjazd na Filipiny. Tam jest pełnia lata, upały i coś nowego mi się bardzo przyda, więc skorzystałam z okresu wyprzedaży i zrobiłam zakupy.Te wyprzedaże są tutaj fantastyczne. Ceny spadają o 50%, 60%, 70%. To jest prawdziwa wyprzedaż, a nie jakieś tam 10-15%. I jest w czym wybierać. Nie jestem specjalnie „ciuchową” kobietą, ale nieraz coś nowego muszę sobie kupić, żeby mieć w czym chodzić. Lubię praktyczne rzeczy.
Galeria handlowa
W takiej długiej podróży rzeczy szybko się zużywają. Jestem zdania, że jak jest okazja tańszego kupna fajnych markowych rzeczy, to trzeba z tego skorzystać, a nie potem kupować drogo lub byle co. Kupiłam też tiszerty dla Oliwii i dla Krzysia, wnuka mojego.Chociaż czasami zastanawiam się, co powinnam rozumieć pod nazwą „rzecz markowa”, skoro dosłownie na wszystkim jest metka „made in China” czasami trafi się „made in Vietnam” lub „made in Korea” ale generalnie wszystko robione jest w Chinach i trudno cokolwiek kupić teraz na świecie, żeby nie było przez Chińczyków zrobione.
Sportowy sklep dla dziewcząt. 50% zniżki!, dziewczyny szaleją na zakupach.
Nic dziwnego, że Chiny tak szybko się bogacą. Ile tam musiało powstać nowych fabryk, w których wszystko co człowiekowi do życia jest potrzebne (i niepotrzebne), jest produkowane. Ubrania, artykuły do wyposażenia i upiększenia mieszkań, urządzenia kuchenne, naczynia, zabawki dla dzieci, artykuły elektryczne, zegarki, biżuteria, no po prostu co w jakim sklepie do ręki wziąć, to made in China, nawet regionalne pamiątki z różnych krajów! naprawdę!
W kawiarni, nie tylko z kawą.
Sydney jest urocze i łatwe do zwiedzania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz