Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

poniedziałek, 7 września 2015

Podróż z Sydney na Filipiny


Straszny dzień dzisiaj miałam, aż nie wiem jak to opisać. Odkąd podróżuję, nie dopadło mnie tyle kłopotów na żadnym lotnisku, jak dzisiaj w Sydney z linią lotniczą Philippines Airlines. Jakby wszystko się sprzysięgło przeciwko mnie. A miałam wrażnie, że się przygotowałam porządnie do tego wyjazdu na Filipiny.
Sydney, Australia
Ostatniego dnia w Sydney dowiedziałam się i to zupełnie przypadkowo, bo nie mając świadomości nie dopytywałam się nigdzie, że lecąc na Filipiny muszę mieć bilet powrotny lub na wyjazd do innego kraju. Latając do różnych krajów wiem, że niektóre z nich bezwzględnie wymagają biletu powrotnego, ale wydawało mi się, że taka jest sytuacja w Indonezji. No, dobrze, moja wina, że o tym nie pomyślałam. Często bywa, że jakiś kraj ma w przepisach, że trzeba mieć bilet powrotny, ale na granicy wcale tego nie sprawdza. Ale nie Filipiny!
Teatr
Poprzednim razem, gdy byłam na Filipinach ze znajomą, trasa była zaplanowana z góry, więc taki bilet powrotny miałyśmy do Singapuru. Zupełnie nie zwróciłam uwagi na to, ze to jest wymóg .Szczęście w nieszczęściu jest takie, że się o tym dowiedziałam dzień przed wylotem. Bilet w jedną stronę, na filipińską wyspę Palawan kupiła mi moja synowa, Monika, w Warszawie. Bilet oczywiście był z Sydney na Palawan, nie z Warszawy. Załączyła mi ten bilet do maila, ja przerzuciłam go na pendrive i wydrukowałam za 3 $ w punkcie usługowym kopiowania dokumentów.
Madame Tussand
Gdy dowiedziałam się, że nie wypuszczą mnie na Palawanie z lotniska, jeżeli nie pokażę biletu powrotnego, szybko napisałam do Moniki i ona kupiła mi ten drugi bilet z Manilii do Kota Kinabalu w Malezji. To jest bardzo blisko Filipin i kraj bardziej przyjazny dla polskich turystów i turystów w ogóle. Za każdym razem wbijają do paszportu zezwolenie na 90 dni pobytu i nie robią problemów. Nie każą wypełniać druczków typu, a dokąd? Do jakiego miasta? A do pracy? Do wypoczynku?, a gdzie będę mieszkała? Hotel? Nazwa, A mam tam rodzinę? Itd, itp.
Kasa biletowa na atrakcje Sydney
Tego drugiego biletu nie poszłam już drukować, bo nie było czasu, ale przerzuciłam go na pendrive, aby mieć pod ręką w razie czego. Podobno tego pierwszego też nie musiałam drukować, bo kupiony internetowo, przy odprawie znajdą go w swoim komputerze i na jego podstawie dadzą mi boarding pass, ale ja wolę mieć dodatkowo na papierze taki dokument. To jednak było zbyt optymistyczne myślenie. Nic nie zobaczą w swoim komputerze i nie tylko, że nie wypusczą mnie z lotniska na Palawanie, ale już tutaj, w Sydnej, nie wpuszczą mnie do samolotu na Palawan.
Ceny biletów nie dla plecakowca (one są w dolarach)
Ciężar mojego bagażu z każdym odwiedzonym miejscem zwiększa się niestety w sposób nieprzewidywalny, więc miałam trochę problemu z zapakowaniem się. Dobrze, że Philippines Airlines pozwala mieć w ekonomy class bagaż główny do 30 kg. Pod tym względem to linia wyjątkowa. Na ciężar bagażu podręcznego nie zwracałam szczególnie uwagi, ponieważ nigdy mi podręcznego nie ważą. Bardziej obawiałam się ilości sztuk. Można mieć tylko jedną sztukę podręcznego, a ja oprócz plecaka miałam osobną torbę z aparatem fotograficznym i jeszcze dodatkowo mały plecaczek, w którym trzymam dokumenty, pieniądze, bilety.
Widok z góry na most "wieszak" i przystań promów. Australijczycy na trawce.
Jednym słowem wszystko to, co najbardziej wartościowe i co praktycznie muszę mieć pod ręką, bo co chwilę jest coś potrzebne i nie mogę za każdym razem otwierać plecaka z kłódeczek i grzebać w nim. Tym sposobm bagażu podręcznego mam 3 sztuki. Samolot z Sydney miałam o 10.30, ale wstałam już o 5.30, aby spokojnie rozliczyć się w recepcji, dojść na Central Station i dojechać na lotnisko. Na Central Station bilety na kolejkę kupuje się w kasie lub w automacie. Ponieważ na stacji byłam bladym świtem, kasa była nieczynna i musiałam poradzić sobie z kupnem biletu w automacie. Pierwszy próg do pokonania.
To miasto naprawdę jest dwupoziomowe! W dole ulice i na górze ulice.
Bilety na kolejkę kosztują różnie, raczej nie przekraczają 4,50 $ (w zależności ile stacji jedziemy), ale na lotnisko bilet kosztuje 17,50 $, chociaż to tylko cztery stacje od centrum, ale jest to specjalna linia i tutaj ściągają kasę od turystów. Byłam na to wcześniej przygotowana, ale to i tak taniej wychodzi, niż taxi. Na lotnisku miałam spory zapas czasu, więc wypiłam gorącą kawę i usiadłam na ławce tuż obok check in Philippines Airlines, aby być jak najprędzej odprawioną, gdy już pojawią się pracownicy.
Z ulicy na ulicę można wjechać ruchomymi schodami.
Pojawili się szybko, ale długo przygotowywali siebie i stanowiska do pracy. Łazili w te i wewte, opowiadali sobie jakieś śmieszne historyjki, przenosili papiery z miejsca na miejsce. W końcu zaczęła się odprawa i momentalnie nie wiadomo skąd pojawiło się mnóstwo pasażerów, a przede mną zapaliła się info, że tutaj, to odprawiana będzie biznes class. Drugi próg. Byłam pierwsza, nim doszłam do właściwej taśmy, byłam ostatnia. Ale do tego też jestem przyzwyczajona, bo często tak bywa.
Można odbyć za darmo wycieczkę po mieście z wolontariuszami. (guide w kapeluszu)
Przy odprawie zażądali okazania biletu powrotnego. Wyjęłam pendrive i mówię, że bilet jest kupiony elektronicznie  i znajduje się tutaj, jednocześnie podaję pani nośnik aby sobie włączyła i bilet z Manili do Malezji obejrzała, ale pani mówi, że ona nie ma takiej możliwości i muszę mieć ten bilet na papierze. Próg urósł o trzy stopnie naraz.
Głowy w kapeluszach w muzeum art.
Gdzie ja mam teraz to wydrukować? Biegać po lotnisku z tymi bagażami? Druga pani czuwająca nad całością powiedziała, że ok, pójdzie ze mną, bo rzeczywiście, jak zacznę szukać, to mogę się spóźnić na samolot. Poszłyśmy. Ona przodem, ja za nią z bagażami na wózku sunęłam po holach, sklepach, między stolikami restauracyjnymi, bo tak się chodzi po lotnisku w Sydney. Żeby mieć jak najdalej i jak najwięcej wydać pieniędzy po drodze.
Głowy w kapeluszach, wycieczka chińska.
W dwóch miejscach odmówili jej wykonania usługi, bo nie mają drukarki, czy mają zepsutą, nie wiem. W kwestii dogadywania się zostawiłam już pole do popisu pani z linii lotniczych, która mówi po angielsku i wie czego potrzebuje. Zjeżdżałyśmy windą (bo z wózkiem bagażowym po ruchomych schodach się nie dało) i wjeżdżałyśmy na górę, biegałyśmy dosłownie po całym lotnisku, w te i z powrotem, a czas uciekał. No, sama, to bym w życiu tego nie załatwiła w określonym czasie.
Tramwaj przy Central Station
Stewardesa dobrze znała lotnisko i też już w końcu nie wiedziała, czy zdążymy tą sprawę załatwić, czy nie zdążymy. Minę miała rzadką.W końcu znalazła miejsce, gdzie nam ten bilet wydrukowali za 3 $. Chcąc sięgnąć pieniądze zauważyłam, że główna komora tego małego plecaczka z dokumentami jest uchylona (przecież nie zdążyłam pozamykać tych cholernych kłódeczek, bo wszystko się kotłowało i biegiem to wszystko załatwiałyśmy.
To jedyny tramwaj w Sydney. Jeździ z Central Station do China Town
Nie byłam nawet pewna, czy mam te wszystkie bilety, co w paszporcie były, bo te panie ciągle w tych dokumentach mieszały. Raz mi je oddawały, raz zabierały, coś sprawdzały, znów oddawały. Nawet bym tej kłódeczki nie nadążyła otwierać, zamykać znowu otwierać itd, ale zamki w plecaczku zasuwam zawsze, a były częściowo rozsunięte.
Wejście do ChinaTown. Takie same w każdym kraju na Ziemi.
Skoro tak, to zaglądam tam i nie widzę ani paszportu ani biletów. To już nie próg przede mną, a zupełna ciemność przed oczami się pojawiła. Czarna otchłań! Nie ma mojego paszportu i biletów mówię do pani, przecież tutaj były! Wpadłam w panikę. Kobieta mnie uspokaja, że zostały chyba tam na dole przy odprawie, u koleżanek, ale ja dobrze pamiętałam, że tamta kobieta oddawała mi paszport z biletami. Z całą pewnością.
W Australii China Town wyjątkowo zadbane i bardziej nowoczesne.
Ukradli mi paszport! Teraz to ja już nigdzie nie polecę, koniec zabawy, już nie musimy się spieszyć. Nie mam paszportu, przepadły bilety i wszystko to przez taką linię lotniczą, która nie jest w stanie włożyć do swojego komputera pendrive, żeby obejrzeć bilet, który zresztą w tej chwili zupełnie nie jest nikomu potrzebny, a dopiero za miesiąc.Pani! mówię, XXI wiek, a wy z pendrive nie potraficie elektronicznego biletu wyświetlić? lub sobie go nawet wydrukować, jeśli już lubicie mieć na papierze? a teraz ja mam problem ogromny!
Przed China Garden. Ogród okolony wodą, a w niej pływają ryby.
Kobieta uspokaja mnie, na pewno został tam, przy stanowisku, chodź, sprawdzimy. Nie został, mówię z całą pewnością. Wkładałam go do plecaczka, wiem przecież. Nerwowo otwieram drugi zamek, potem trzeci, który jest przy kieszeni od strony pleców. Trzymam w nim zawsze pieniądze na bieżące wydatki, kluczyki od wszystkich kłódeczek i ten pendrive właśnie, który teraz chcę tam schować, bo już psu na budę się zda drukowanie biletu, skoro nie mam paszportu ani biletu. Chowam pendrive i co widzę?
Codziennie tu ćwiczą Tai Hi i protestują w sprawach swoich ziomków, co żyją w Chinach
Widzę paszport z tym całym plikiem papierów, biletów i formularzy, które mi tu dali do wypełnienia i które zresztą już wypełniłam, czekając w kolejce do odprawy. O rany! Jest! Mówię do mojej przewodniczki z ulgą, ale cała w emocjach, bo nie tak łatwo uspokoić się po czymś takim. Podałam jej 5 $ i pendrive, żeby już sama załatwiła, co trzeba. Ale okazało się, że oni z pendrive nie są w stanie wydrukować nic. Mogą tylko z e-maila.  Nie zdzierżę! Musiałam na ich komputerze wejść na swoją pocztę i wyświetlić do drukowania ten bilet z załącznika do maila, co mi go Monika przysłała. Ot, Australia! Skaranie Boskie! A czas leci.
Wejście do Chińskiego Ogrodu jest płatne, ale z zewnątrz można trochę obejrzeć.
Szczęście, że poczta się szybko otworzyła, bo nieraz też mi niespodzianki robi i wcale nie chce się otworzyć, ale tym razem poszło sprawnie. Pani chwyciła ten bilet i biegniemy z powrotem na dół, na górę, tunelem, zatrzymujemy się, bo pani uznała, że powinnam zimnej wody się napić, a akurat było urządzenie z wodą do picia. No, pewnie że powinnam, cała się przecież gotuję! I dalej suniemy do stanowiska odprawy.
ściana z nazwiskami imigrantów. Schodzą ze statku "Toscana" Są też polskie nazwiska.
Oglądają ten bilet powrotny, ja znowu walizkę rzucam na taśmę, chociaż ona już ma przewieszkę, bo z rozpędu mi wcześniej przylepili. Walizka waży 23 kg, ale można do 30 kg, jest ok, walizka spływa z drugiej strony i taśma zatrzymuje się. Pani od odprawy każe mi na taśmę położyć plecak. Plecak to mój hand bag, mówię, nie nadaję go do luku bagażowego.
Bardzo ciekawa historia imigrantów, dostępna dla wszystkich na ulicy.
Ok, mówi pani, ale trzeba go zważyć. Pierwszy raz w tej całej podróży ważą mi bagaż podręczny! Plecak waży 10,3 kg może być 7 kg! Wiedziałąm! on zawsze waży więcej, niż przepisy przewidują, ale nigdy nigdzie nie kazali rzucać mi na wagę bagażu podręcznego! Następne progi już mi migają przed oczami, jak schody ruchome i myślę, że jednak nie dam rady ich wszystkich przeskoczyć. Nie polecę. Walizka zostaje ściągnięta na powrót na zewnętrzną stronę, a czas leci.
Znalazłeś chłopczyku pradziadka?
Pani mówi, żebym przełożyła 3 kg z plecaka do walizki, bo ona ma jeszcze możliwości. Owszem, ale wagowe, nie objętościowe, mówię, ale już do siebie, w myśli. Ledwo się przecież dopięła. Taśmą ją obwiązałam na wierzchu, żeby się nie rozwaliła. Co ja tam jeszcze mogę zmieścić? igłę?  Ale zabieram ją i się oddalam. Zatrzymują mnie. Walizka ma już przewieszki, bilety, nie mogę z nią nigdzie iść. To gdzie mam ją otworzyć i przepakować? Na taśmie? ja tylko na bok, pod tym słupem się z tymi bagażami rozłożę, chociaż nie wiem, czy zdążę
Piękny stary żaglowiec
Otwieram z kłódki walizkę, otwieram plecak i zupełnie nie wiem, co ja mam przepakować, bo walizka pełna. Dokładam tam jednak torebkę z kosmetykami, zdejmuję z laptopa dosyć gruby, miękki pokrowiec. Upycham to wszystko kolanem, domykam, zamykam, kłódkuję, obwiązuję pasem, a goły komputer chowam do tego małego plecaczka z dokumentami. W pokrowcu nie chciał się zmieścić, szczęście, że mam mały laptop, duży już by nie wszedł.
Płynę sobie
Jeszcze sweter wyjęłam z plecaka i płócienną torebkę z niezbędnymi w podróży drobiazgami, którą wpycham do torby z aparatem fotograficznym. Wyjmuję rozmówki angielskie, bo książki duże, czy małe zawsze są ciężkie. Wkładam je do kieszeni spodni. Kabel i mysz od komputera chowam do kieszeni polara. Wracam do taśmy. Swetra i polara nie mam już gdzie schować. Trzymam je w ręku. Jeśli pani się uprze, to założę to wszystko na siebie.
Widzicie na szczycie mostu ludzi? po prawj od flag?
Plecak waży 7,3 kg, może być, stwierdza pani i prosi o podanie walizki. Walizka waży 23,5 kg. Panie patrzą po sobie. Z plecaka ubyło, w walizce nie przybyło, co ja zrobiłam z rzeczami? Pytają mnie o to. Przełożyłam do walizki kosmetyki, mówię uczciwie, a reszta to był mój breakfast, wyrzuciłam do kosza i jeszcze sweter tu mam w ręku i słownik w kieszeni, tłumaczę się. Połknęły tłumaczenie i odprawiły mnie wreszcie. 
Teraz ich widać lepiej. Wejścia dozwolone, ale jedyne ze zorganizowaną wycieczką.
Wcale nie miałam tam śniadania, Było w osobnej reklamówce, na którą zupełnie nie zwróciły uwagi. O laptopie w podręcznym plecaczku nie pisnęłam ani słowa, a to on trzymał wagę. Jajka ugotowane na twardo i herbatniki dorzuciłam do reklamówki z kanapkami. Trzy mandarynki i banana zjadłam w trakcie pracy przepakowywania bagażu. Wodę wypiłam, żeby przepchać to wszystko, bo mało się nie udusiłam z pośpiechu. I tylko pustą butelkę po wodzie wyrzuciłam do kosza.
Rodzina imigrantów. Dużo pamiątek jest o nich w Sydney. Cóż, wszak to kraj imigrantów.
Na koniec pani pyta czy chcę miejsce przy oknie? Pani! Może być przy oknie, może być po zewnętrznej, mogę siedzieć w przejściu na podłodze, tylko puśćcie już mnie wreszcie! powiedziałam po polsku. Dobrze, to będzie przy oknie, odpowiedziała pani. Ok, dzięki, posłałam jej dziękczynny uśmiech. Najważniejsze, że mogłam wreszcie wejść do samolotu..
Tablica informacyjna dla zainteresowanych tym tematem
Na odchodnym powiedziały, że walizkę odbiorę dopiero w Puerto Princesa. Jak to? Pytam, przecież ja dopiero jutro lecę do Puerto Princesa. Nocuję w Manili. Ta walizka będzie się na taśmie kręciła do jutra popołudnia na lotnisku? w Puerto Princesa?, ale panie uparcie twierdzą, że walizka leci bezpośrednio do Puerto Princesa i tam dopiero mam ją odebrać. W Manili na taśmie jej nie będzie. Nie do wiary! Ale nie mam czasu na wyjaśniania, bo w końcu samolot odleci z moją walizką, ale beze mnie.
Diabelskie koło takie samo, jak w Singapurze.
Teraz biegiem do gate, a tam zapora, tłum ludzi z różnych gate, bo przecież przez bramki najpierw trzeba przejść. Następny próg do pokonania. Tego chyba już za wiele, jak na jeden poranek. Czy ja to przeżyję? Najpierw laptopy. Wszyscy wyciągają z plecaków laptopy, więc ja zawczasu też go wyciągam i czekam. W pewnym momencie kolejkę skutecznie zablokował pasażer z ogromnymi kartonami, torbami, walizkami. No tak, jeszcze to musi być akurat w mojej kolejce! Szybko przeszłam do następnego stanowiska, gdzie odprawa szła płynnie.
Zawijamy do przystani
Do szuflad wkładam aparat fotograficzny, laptop, mały plecaczek,  paszport z biletem. Do drugiej plecak i reklamówkę. Przechodzę. Nawet nie zabrzęczały moje blaszki, które zawsze w bramce dają sygnał, a ja teraz zapomniałam je zdjąć z szyi (to ten mój identyfikator, na wypadek gdybym zginęła), ale to zobaczyłam potem. Małe torby przeszły, plecak został przez pana ściągnięty z taśmy. No, to po mnie! Znowu coś nie tak ?
Widok na miasto z zatoki
Chcę od pana wziąć plecak, żeby otworzyć kłódeczki, aby mógł sobie w nim pogrzebać, jak już musi. Jest mi już wszystko jedno, zobojętniałam na problemy. Pan nie chce mi plecaka oddać. Grzebie w bocznych kieszeniach i bezbłędnie wyciąga małe nożyczki. Jak to? Myślę intensywnie. Pamiętałam o tym, żeby je przełożyć do walizki i przełożyłam. Pamiętam dokładnie. Ale to były drugie, zapasowe, o których zupełnie zapomniałam. Były schowane w komplecie z igłami i nićmi i wciśnięte do bocznej kieszeni plecaka.
To nie wycieczkowy, a rejsowy prom. Zatrzymujemy się na wszystkich przystankach.
Ok. Prawie na każdej bramce w każdym kraju tracę małe nożyczki z kompletu kosmetycznego. Dlatego miałam zapasowe, o których zupełnie zapomniałam. Może teraz będę wreszcie pamiętała, jak będę posiadała jedne. Nic więcej pan nie wypatrzył i oddał mi plecak. Zupełnie tego nie rozumiem. Jedzenie przeszło, batony energetyczne, nawet jajka! Ale maleńkie nożyczki, nie!

Można wysiąść, zwiedzić dzielnicę i płynąć dalej następnym promem.
Potem dopiero okazało się, że pan dodatkowo zabrał z drugiej kieszeni plecaka moją wagę do ważenia bagażu. Tego mi nie pokazał. Duża strata. Obawiam się, że takiej wagi na Filipinach nie znajdę w sklepach. Przed wejściem do rękawa stała pani i zbierała takie małe zielone ankiety, co je wypełnialiśmy przed bramką. Wśród moich papierów tego zielonego druczku nie było. A jednak mi coś zgubiły panie, przekładając wiecznie te moje papiery bo pamiętam, że ten zielony druczek wypełniałam. Z całą pewnością.
Jeden człon opery. Sydney Opera składa się z takich właśnie członów.
Już ten druk wypełniałam, mówię zgodnie z prawdą, został tam, u pań przy odprawie. Myślałam, że ten numer przejdzie, ale nie przeszedł.Trudno, muszę wypełnić drugi! Rany! ten samolot naprawdę odleci beze mnie! Nie mam przecież drugiego takiego druku! Pani pokazała mi gdzieś tam w oddali inną panią, która takie zielone druczki trzymała w ręku. Mam tam iść, druk od pani wziąć, wypełnić i wrócić. Uff!
W mieście ciągle chodzi się po górach. W dół i w górę.
Do rękawa wchodziłam osamotniona. Ostatnia z ostatnich. Dobrze, że samolot miał opóźnienie. Mam nadzieję, że nie z mojego powodu, ale dobrze, bo bym nie zdążyła. Nie było już żadnej kolejki, żadnych ludzi. W wejściu do samolotu z promiennym uśmiechem powitała mnie pani, z którą zwiedzałam lotnisko, szukając możliwości wydrukowania biletu powrotnego. To pani tutaj? zdziwiłam się. Czekałam na ciebie, powiedziała. A jednak z mojego.
Ciekawy pomysł na pomnik. Wnękowy. Tu wojskowy z karabinem.
Chyba cieszyła się, że mimo wszystko przebrnęłam przez ten survival i zdążyłam wejść na pokład przed odlotem samolotu. Zbyt długo nie mogliby przecież czekać na jedną pasażerkę. Jeszcze raz jej podziękowałam, że mi pomogła. Sama widziała, jak to jest. Gdyby nie była ze mną, w życiu nie wydrukowałabym tego biletu.
Z każdej strony inna sylwetka. Tu robotnik-więzień chyba, w łąńcuchach.
Przez te niemiłe, niespodziewane i absorbujące przypadki nie dowiedziałam się w końcu, gdzie to stanowisko office imigration się znajduje. Zapytałam o nie na wstępie, ale nie otrzymałam odpowiedzi, bo wynikła sprawa tego biletu powrotnego, a potem, to już wszystko popłynęło w niekontrolowany sposób. Nie mam w paszporcie pieczątki, że opuściłam Australię. Może w Australii jest tak, jak w Stanach, że automatycznie w komputerze się odnotowuje wyjazd pasażera? Nie wiem.
Białą papuga zginęła tragicznie? przyjrzałam się z bliska i co?
W samolocie rozdali nam następne trzy druki do wypełnienia. Bardzo szczegółowe. Ale ja się już tym nie przejmuję. Myślę, że co najgorsze, chyba już za mną. Chciałam wpisać prawdziwą nazwę hotelu, w którym się zatrzymam w Manili, bo Monika zarezerwowała mi tam hotel niedaleko lotniska, ale jego nazwa uciekła mi z głowy przez te zawirowania.
Rzeźba z gliny z napisem "nothingness" co znaczy nicość. Takie pomysły mają Sydeyczycy.
Coś z ostryg miał w nazwie, mam tą rezerwację w laptopie. Wyjęłam go, ale laptop nie chciał się włączyć. Jeszcze to? Zepsuł się laptop? tego już za wiele, jak na jeden dzień. W porę przypomniałam sobie, że wczoraj używałam go przy kolacji w „Market City” do wyczerpania baterii. Gdy wróciłam do pokoju spakowałam resztę rzeczy i poszłam spać, żeby rano obudzić się przed 6.oo rano. Nie naładowałam go, to chyba dlatego nie działa, a nie, że jest zepsuty.
Nieraz z ulicy na ulicę prowadzą takie schody. Piękne. A nieraz są windy.
Nie wiem, jak wytrzymam w tropikalnym powietrzu w długich, dosyć grubych spodniach, z polarem i swetrem, a bez letnich rzeczy, które zostały w walizce, a którą zarekwirowano mi do jutrzejszego popołudnia. Jeśli w ogóle doleci, lub jeśli do tej pory ktoś jej z taśmy nie ściągnie.
Na rondzie następna dziwna i taka tragiczna inscenizacja. Głaz na samochodzie.
Myślę, że ona poleci do Puerto Princesa najbliższym samolotem, jaki będzie z Manilii leciał po wylądowaniu naszego. Ja tam lecę dopiero jutro po g.13.oo. Nie mam jednak już siły martwić się tym, na co zupełnie nie mam wpływu.
Piękne stare domy z rzeźbionymi żelaznymi balkonami i ogrodzeniami.
W druczek wpisałam nazwę jednego z hoteli, które miałam wynotowane w zeszycie, gdy rozpatrywałam w internecie możliwości noclegowe w Puerto Princesa. Przecież nie będą mnie tam po mieście szukać. Potem odkryłam, że w samolocie pod siedzeniem mam kontakt. Podłączyłam laptop. Jest ok, działa i się ładuje. Lecimy.
W starej dzielnicy Sydney, jak w innej epoce się czuję.
Przy pisaniu czas w samolocie szybko upływa, jest już 16.oo. Nawet nie wiem, o której godzinie mamy być na miejscu, ale to długi lot. Nie wiem, co się jeszcze tego dnia może wydarzyć. Jestem dobrej myśli, bo uważam, że limit nieszczęść został na dzień dzisiejszy wyczerpany i wszystko od tej chwili potoczy się dobrze. Ten hotel nazywa się „Oyster Plaza Hotel”.
Żegnaj Australio ! Jesteś piękna!
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz