Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

piątek, 11 września 2015

Filipiny - El Nido

El Nido, Palawan, Filipiny

Z Puerto Princesa do El Nido postanowiłam pojechać klimatyzowanym autobusem firmy „Cherry” za 450 peso. Jeżdżą na tej trasie również vany, czyli minibusy. Podróż samochodem jest długa, trwa ponad 6 godzin, nieraz 7 a nawet 8 godz. w zależności od ilości przystanków na trasie i czasu przeznaczonego przez kierowcę na przerwy, bo on też przecież musi odpocząć czasami, aby bezpiecznie dowieźć nas do celu.
Pięknie! wreszcie sobie odpocznę!
Kierowcy jeżdżą wolno, bo na wielu odcinkach szosa znajduje się w remoncie lub budowany jest dodatkowy pas, trzeba co rusz zwalniać. Ale jest to jedyny tani sposób, aby dostać się do El Nido. Generalnie droga nie jest zła, czasami odcinkami jest już autostrada. Niebawem, po zakończeniu prac drogowców, czas dojazdu z Puerto Princesa do El Nido i odwrotnie z pewnością się skróci.
Powitalna brama wjazdowa do El Nido
Tyle godzin w niskim minibusie nie jest chyba łatwo wytrzymać. Autobus jest wygodniejszy, chociaż siedzenia w tutejszych autobusach też są dla nas za niskie, przystosowane do wzrostu Azjatów, jednak jest więcej miejsca na nogi i można od czasu do czasu wstać, pochodzić lub rozsiąść się na dwóch siedzeniach, bo zawsze jest  kilka wolnych miejsc. Autobusy jeżdżą często, co 2-3 godziny, więc tłoku nie ma.
Domki z liści palmowych na drewnianych palach
Minibusy są ciasne i przeważnie zapełnione. To prywatny transport i kierowca nie ruszy z miejsca, jak nie ma kompletu pasażerów. Jest nisko i ciasno, że ruszyć się nie można. Przeważnie ma się jeszcze na kolanach własny plecak, jakąś torbę z aparatem foto, reklamówkę z jedzeniem i wodą mineralną, bo tych rzeczy nie da się przecież rzucić na dach. Minibusy nie są wygodnym środkiem transportu na dłuższą podróż.
Jeepney zbiera ludzi i ich zakupy z targowiska
Widziałam minibusy tak dokładnie wyścielone masą ludzką, że aż wierzyć się nie chciało, że kierowcy (lub właściciele) wpadają na takie pomysły. Dorobione wąskie stołeczki wstawiano na schodki vana od wewnętrznej strony, poniżej podłogi i tam jeszcze upychano dodatkowo dwie osoby. Ludzie musieli za każdym razem wysiadać razem z tymi stołeczkami, gdy ktoś z vana wysiadał lub wsiadał na trasie.
Tricykle w oczekiwaniu na klientów
Już wolałabym jechać takim kolorowym jeepneyem, jakie mijaliśmy po drodze lub spotykaliśmy się z nimi na postojach. To takie bardzo kolorowe, czerwono zielone, niebieskie lub ogólnie rzecz ujmując, pstrokato cudownie kolorowe autobusiki, z małymi okienkami bez szyb, z wydłużoną, srebrną maską na przodzie, o kształcie  podobnym do amerykańskich Willisów .
Ten prosiak też pojedzie jeepneyem
Na dachu jeepneya oprócz bagaży siedzą również pasażerowie, którzy taką jazdę lubią lub dla których w środku nie było już miejsca. Wesoły pojazd. Takimi autobusami wozi po Palawanie firma „San Isydoro”, mająca wspólne terminale z „Cherry Bus” i takie jeżdżą też w dużych miastach, jako transport miejski.
Każdy jeepney ma swoje imię nadane mu przez właściciela
Jeepneye pochodzą od amerykańskich jeepów i ciężarówek, które po swojej bytności na Filipinach w pierwszej połowie XXw zostawili Amerykanie. Filipińczycy przerabiali je po wojnie na środki transportu publicznego, który w czasie wojny został przez Japończyków całkowicie zniszczony. Było tego dużo, bo Amerykanie bardzo  zaangażowali się w wojnę z Japończykami na filipińskim terytorium, a potem raptem zostawili cały ten sprzęt i wrócili do siebie.
Jeepney ma same zalety. Pakowny, przewiewny i tani.
Jeepy dostawały zadaszenie, z czasem je wydłużano, zwiększano ilość siedzeń, na dachach montowano bagażową obudowę, potem bardzo kolorowo cały samochód malowano i wypuszczano na drogi, jako autobusy do transportu ludzi. Każdy jeepney jest inny, spełniający wizję właściciela, który zamówił jego wykonanie. Niektórzy życzyli sobie malowidła religijne, inni utrwalali podobizny swoich idoli muzycznych, aktoró, a wszystko to w obłędnie soczystych kolorach tak lubianych przez ludzi żyjących w tropikach.
Filipińczycy każdą sytuację przyjmują z uśmiechem
W 1953r powstała fabryka jeepneysów „Sarao Motors”, od podstaw stworzona przez Leonardo Sarao, obecnie prowadzona przez jego syna Eda. Jeepneye nadal są tam produkowane ręcznie przy zastosowaniu używanych silników sprowadzanych z Japonii i Korei, co pozwala je nadal tanio sprzedawać Filipińczykom, za 450- 500 tys pesos.
Ten pasażer w klatce pojedzie na dachu jeepneya. Żeby go nie przewiało!
W przeliczeniu na złotówki daje to 37 do 40 tys zł. Taki kolorowy jeepney podarowano papieżowi Janowi Pawłowi II, gdy w latach 80-tych odwiedził Filipiny i takim właśnie wesołym samochodem on po Filipinach jeździł. Nikt już nie potrafi teraz powiedzieć, czy zabrał ten prezent ze sobą do Watykanu, czy zostawił go tutaj na wyspach. Filipińczycy uwielbiali naszego papieża i do dzisiaj go bardzo ciepło wspominają, jak przyjaciela.
Kościół katolicki w El Nido
Terminal autobusowy w Puerto Princesa znajduje się 7 km za miastem i trzeba dojechać trycyklem, bądź vanem hotelowym, jeśli taka możliwość istnieje. Ja pojechałam trycyklem za 100 peso. Obecnie na Filipinach za 1 $ USA  płacą 46,60 peso.
Wszędzie można swobodnie przejść na plażę. Nie ma zakazów wstępu przed resortami.
W autobusach „Cherry” jest wygodnie. Jest klimatyzacja i wyświetlają w nich filmy na dużym plazmowym telewizorze oraz jest dostęp do internetu. W moim password był "Cherrybus507". Czas szybciej leci. Przyznaję, że nie korzystałam z tego udogodnienia zbyt długo, odebrałam tylko maile i schowałam laptop do plecaka, ponieważ bardzo mnie pociągały widoki przetaczające się za oknem i czas w podróży wyjątkowo szybko mi zleciał.
Cicho i spokojnie jest w El Nido w law seson
Po drodze zjeżdżaliśmy z trasy do małych miejscowości. Zauważyłam, że wszędzie terminale autobusowe są oddalone od centrów miejscowości. Taka tu moda widocznie. Trzeba dojechać trycyklem. A może o to właśnie chodzi? Ludzie mają pracę, a podróżujący, wydatki. Przystanki były przeważnie przy stacjach benzynowych na wc i jeden dłuższy przy restauracji, na obiad (we własnym zakresie, oczywiście).
Gorąca bułeczka ryżowa,kasaba
Na krótkich postojach przez autobus przetaczali się sprzedawcy różnych rzeczy do jedzenia, picia i z pamiątkami. Głównie z koralikami z pereł, bransoletkami, pareo i podobnymi duperelami. Pod koniec weszła pani pasażerka z dziwnymi bułeczkami ryżowymi, z których każda była przewinięta liściem bananowym. Bułeczki były gorące i pachnące. Wiozła tego sporą ilość do najbliższego miasteczka  Tatay, na sprzedaż.
W środku smaczne, ale niezidentyfikowane przeze mnie nadzienie
Jedna z pasażerek zapytała, czy może od niej kupić taką bułeczkę. Oczywiście… i lawina ruszyła. Każdy chciał to pachnące jedzonko kupić. Niektórzy jedli na poczekaniu, parząc sobie palce, inni chowali na później. Były osoby tubylcze, które kupowały po kilka sztuk, a jeden facet kupił tego całą reklamówkę! Zainteresowałam się co to jest. Kupiłam jedną sztukę (10 peso) i zapytałam o nazwę. To kasaba. Nie chciałam ryzykować zmyłki i poprosiłam, aby pani mi to na kartce napisała. Tak się nazywa, kasaba. Ok.
Niektóre boczne uliczki El Nido utwardzone są drewnianymi deskami
Nie jadłam kasaby w autobusie, ponieważ dopiero co po obiedzie byłam, który jedliśmy na postoju, na którym pani z tym smacznym jedzonkiem wsiadła. Dowiozłam kasabę do El Nido i w pokoju hotelowym zjadłam ze smakiem na kolację. Bardzo dobra. Była z nadzieniem i raczej słodka, ale nie za bardzo. Pyszna i syta. Pani zaś wysiadła z kilkoma tylko sztukami kasaby na dnie ogromnego pojemnika. Zaraz pewno wróciła do domu, bo co tu sprzedawać?
Mimo obfitości naturalnej roślinności, mieszkańcy dostawiają roślinki hodowane
W El Nido terminal autobusowy tradycyjnie, jak w na całym Palawanie, oddalony jest od centrum, ale niezbyt daleko, bo i miejscowość niezbyt duża. Do centrum dojechałam trycyklem za 40 peso. Może nawet doszłabym pieszo, ale na początek w nowym, nieznanym miejscu zawsze wolę wziąć lokalnego drivera, aby przy okazji uzyskać od niego informacje z pierwszej ręki i żeby zawiózł mnie do jakiegoś taniego, czystego hoteliku.
Na ulicy w El Nido
Nie tracę siły i czasu na samodzielne błądzenie po nieznanym mi mieście w poszukiwaniu noclegu. Jeżeli miejsce okaże się nietrafione, to sama szukam innego miejsca, ale już na luzie, wykąpana, przebrana, uwolniona od bagaży i następnego dnia przenoszę się. Driver przywiózł mnie do „Hotel Strong Tower Inn” przy Rizal Street, głównej ulicy miasteczka. 
El Nido (w kółeczku zaznaczony mój hotel)
Nazwy hoteli są w Azji bardzo  szumne, górnolotnie brzmiące, ale nie dajcie się zmylić. To zazwyczaj bardzo skromne, małe tanie hoteliki lub pensjonaty, często urągające podstawowym wymogom higienicznym stawianym miejscom noclegowym w innych krajach.
Taki hotel jest już droższy, ale czy ładniejszy? ja bym w nim nie chciała mieszkać.
Do mojego bardzo małego, rodzinnego hotelu wchodzi się w taką czeluść między budynkami. Część budynku jest w remoncie (lub rozbudowie). Musiałam zapamiętać sobie punkty orientacyjne (kantor wymiany walut i kształt szczytu strzelistej góry naprzeciwko), żeby wracając ze zwiedzania trafić w odpowiednią czeluść. Pokój okazał się bardzo przyjemny. 
Droga przez miasteczko
Okno pokoju wychodzi wprawdzie na blaszane dachy innych domów i ogromne niebieskie zbiorniki wodne, ale dzięki oknu jest w pokoju jasno. Mam też swoją łazienkę, również z oknem, za którym cały czas suszy się pranie. Jedno zdejmą, wieszają następne.
Na tej ulicy mieszkam. Na przeciw widocznego z lewej strony sklepu.
Ludzie piorą tutaj codziennie swoje rzeczy z uwagi na upały i dużą wilgotność powietrza. Po każdym powrocie do domu trzeba zmieniać ubranie na suche i czyste. Być może za moim oknem znajduje się punkt usługowy Laundry. Najbardziej jednak jestem zadowolona z free internetu odbieranego w pokoju. To duża wygoda pisać we własnym pokoju, nie licząc czasu, siedząc (lub leżąc) w wygodnej pozycji, z przerwami, kiedy potrzeba odpocząć lub jeść.
Wprawdzie za oknami dachy innych domów, ale za to jest cicho i spokojnie
Mam też mały stolik na naczynia i swój czajnik do gotowania wody. Jest wisząca półka na ścianie na różne drobiazgi, a pod nią rurka z wieszakami na ubrania, na których suszę również swoje pranie. Cóż mi więcej potrzeba do szczęścia? Łóżko jest szerokie z wygodnym materacem. W pokoju znajduje się wiatrak i urządzenie klimatyzacyjne do wyboru. Wybrałam wiatrak i to nie  dlatego, że wtedy pokój jest tańszy o 100 peso, ale ja wolę wiatrak.
W pokoju mam wszystko, co turyście do życia jest potrzebne. Jest ok!
Klima przymocowana na oknie na wprost łóżka (w poprzednim hotelu też tak miałam) powoduje u mnie ciągły katar, w nocy jest mi zimno, a gdy wyłączę ją, gotuję się z gorąca. Wiatrak jest w sam raz, gdy odpowiednio go sobie ustawię. W dzień otwieram okna i wpuszczam świeże powietrze. Na szczęście mało tu jest komarów. Raz może dwa razy mnie coś ukąsiło, ale generalnie nie odczuwam ich obecności i nie muszę się niczym smarować.
Do plaży mam dwie minuty drogi piechotą
W pokoju są trzy kontakty. Jednocześnie mogę pisać na laptopie, słuchając w nim radiowej „Trójki”, ładować baterie do aparatu fotograficznego i gotować wodę na kawę. Niby drobiazgi, a bardzo istotne w podróży. W korytarzu na stoliku stoi urządzenie utrzymujące przez cały czas wrzącą wodę oraz kawa, herbata i filiżanki. To w cenie pokoju. Można sobie co rusz coś do picia z korytarza przynieść. Śniadań nie ma, bo nie ma  też na to odpowiedniego pomieszczenia. To mały hotelik.
Wzdłuż plaży rozgościły się hotele, bary, wypożyczalnie sprzętu  i szkoły nurkowania
Pokój z wiatrakiem jest w cenie 800 peso, ale z uwagi na law sezon udało się zbić cenę do 500 peso za dobę. To dobra cena za taki pokój. Wiem to z doświadczenia. Następnego dnia zwiedzając miasteczko weszłam do jednego z tanich hotelików przy plaży. Nigdy nie zaszkodzi wiedzieć i mieć porównanie.
Bangka filipińska
Pokój w bungalowie, jaki mi pokazano odstraszył mnie na tyle skutecznie, że już o żadnym innym tańszym niż mój, nie myślałam. Syf i malaria, nie mogłabym się na takie łóżko położyć nawet na chwilę, jakie tam zobaczyłam. Na dodatek pokój bez dostępu do internetu i poniżej 650 peso nie chciano zejść! Motywacja? Bo przy plaży! Tragedia! To ja mam tutaj luksus, można powiedzieć, a do plaży idę dwie minuty z zegarkiem w ręku.
Idąc plażą w lewo, w stronę tych łódek, dojdziemy do Portu El Nido
Niektórzy właściciele tanich hoteli i hosteli uważają, że jak mają obiekt w dobrym położeniu, to nie muszą już się wysilać, sprzątać, czegoś odnowić, coś wyprać, naprawić, wyszorować, bo turysta i tak zapłaci każdą cenę, nawet za chlew. Ale to tak nie jest.
Małe jest piękne i to przy samej plaży
Co innego jest bieżący nieporządek, co nawet sama mogę sobie posprzątać, a co innego zapuszczony pokój, brudne, odrapane ściany, lepiące się z brudu poręcze łóżka, łuszcząca się ściana, która już dawno zatraciła pierwotną barwę. Buro szare łóżko, zdeformowany, poplamiony materac, zasyfiona firanka żałośnie zwisająca na szczątkowych klamerkach. 
Agencji turystycznych jest w miasteczku bardzo dużo
W swoim hotelu Strong Tower Inn mam czysto, czuję się dobrze i przedłużę tutaj pobyt o tydzień, ponieważ miejscowość i plaże mi się podobają. Jest law seson, nie ma dużo turystów. Dzięki temu, że budynek hotelu jest wycofany w głąb czeluści między budynkami frontowymi, nie dochodzi tutaj gwar z ulicy. Jest bardzo przyjemnie i dobrze mi się tutaj wypoczywa oraz pracuje na laptopie. Wszędzie mam blisko, mogę więc wracać weczorami, po zmroku.
Idąc plażą w prawo, szybko nam się droga skończy
El Nido to niewielka nadmorska miejscowość z jedną główną ulicą Rizal Street, ciągnącą się od plaży morskiej w kierunku Corong-Corong. Tędy jedzie się też do terminalu autobusowego oraz do Public Market, wielkiego miejskiego targowiska.
Bardzo ładne są boczne wąskie uliczki w miasteczku. Mają nawet przewieszki :)
Centrum skupia się nad brzegiem Bacuit Bay. Są tam może jeszcze ze dwie niewielkie uliczki, położone w poprzek mojej ulicy, a równolegle względem siebie. To Calle Hama i Calle Real. Bardzo podoba mi się wąska, ukwiecona boczna uliczka, przy której znajduje się ArtCafe, rożne małe sklepiki, butiki i kafejki. Malownicze i oblegane przez turystów miejsce, szczególnie wieczorami po powrocie z islands hopping, nurkowania i snorkowania. Pełen luz.
ArtCafe. Mają tu też darmowy internet i smaczne jedzenie.
Gdy ze swojego pensjonatu wychodzę na plażę, po lewej stronie w pewnym oddaleniu mam „El Nido Port”, za którym widać dzielnicę bardzo skromnych domków rybaków. Idąc z kolei w prawą stronę, przy plaży stoją niewielkie hotele i kafejki , a za skalnym wyłomem skrywa się inna mała piaszczysta plaża, a dalej jeszcze inne. Często zupełnie puste.
Urocze zakątki El Nido
Nad brzegiem zatoki stoi budynek szkoły nurkowania i miasto praktycznie się kończy. Można iść ścieżką przy brzegu dalej i odkrywać następne małe, puste plaże, ale po co? Morze, aksamitny piasek na plaży to piękne miejsca, ale za plecami zarośla wśród skał, to raczej niezbyt bezpieczne miejsce dla samotnej turystki. Nie czuję potrzeby izolowania się od ludzi.
Co kilka kroków kawiarenki i butiki. Mnóstwo zieleni. Pięknie!
Archipelag Bacuit, to wiele wysp leżących w niewielkiej odległości od siebie i miasteczka El Nido, charakteryzujących się wysokimi, strzelistymi klifami. Niektóre z nich skaliste, pionowe, ostro zakończone na szczytach, a niektóre łagodniejsze, porośnięte rzadką zielenią. U podnóża klifów, w ich wgłębieniach znajdują się małe plaże z czystym, miałkim piaskiem, i czystymi przezroczystymi płyciznami. Tam właśnie lubią pływać turyści. Są też jaskinie.
Ta choinka jest zrobiona z plastikowych butelek ubranych w zielone koszulki
Na te wysepki dla turystów organizowane są wycieczki, zwane tutaj Island hopping. Wszyscy turyści chwalą w swoich opisach na blogach i na facebooku miasteczko El Nido, uważając, że tutaj właśnie znajdują się najpiękniejsze plaże świata. Ale to nie o samo El Nido chodzi, lecz o te wyspy i wysepki leżące wokół niego, do których pływa się łodziami lub bangkami. Leżą one często w odległości nie przekraczającej 20 km od lądu wyspy Palawan.
Dzieci z tej szkoły (polewej) ją zrobiły. Myślę, że w ramach zajęć o ochronie środowiska.
Bangki, to te piękne kolorowe łódki z płozami po bokach, kołyszące się na turkusowej fali morskiej, które tak ładnie wychodzą na zdjęciach. Są to bardzo charakterystyczne dla Filipin łódki. Jedne większe, a niektóre zupełnie wąskie i malutkie, ale Filipińczycy z natury są szczupli i niskiego wzrostu, więc wszystko mają tu małe, wąskie i niskie.
To już inna szkoła w El Nido. Trener wychowuje młodą kadrę koszykówki
Aż dziw bierze, że ich narodowym i ulubionym sportem jest koszykówka. Tak, jak u nas wszędzie na boiskach szkolnych, osiedlowych (na podwórkach już nie, bo nie mamy już podwórek) widzi się dzieci i młodzież kopiących piłkę do bramek, tak na Filipinach zawsze i wszędzie zobaczymy dzieci rzucające piłkę do kosza. To ulubiony tutaj sport.
Właśnie piłka wpada do kosza. Widzowie szaleją. A widzowie, to koledzy ze szkoły i ja.
Agencje turystyczne, w których wykupuje się bilety na Island hopping znajdują się dosłownie co kilka kroków, prawie w każdym budynku, w każdym hotelu, restauracji, barze, w porcie. Wszędzie wiszą takie same plakaty informacyjne z takimi samymi trasami i jednakowymi cenami bo zostały one odgórnie określone przez władze miejskie.
Bilety na wycieczki można kupić też na plaży
Ponieważ Island Hopping ma cztery sztywno ustalone trasy i odgórnie zatwierdzone przez władze ceny, to jaką agencję turystyczną byśmy nie wybrali, zapłacimy tyle samo i  to samo zobaczymy. Trasy oznaczono literami, A, B, C i D.
Nawet w najmniejszym hoteliku można zdobyć informację i kupić bilety na islands hopping.
Tour A – 1.200 peso/osoba - Small Lagoon, Big Lagoon, Shimizu Island, Secret Lagoon, Seven Commando.
Tour B – 1.300 peso/osoba – Snake Island, Cathedral Cave, Pinagbuyutan Island,  Entalula Island, Cudugnan Cave.
Tour C – 1.400 peso/osoba -  Hiiden Beach, Star Beach, Matinloc Shrine, Secret Beach, Helicopter Island (kształt wyspy przypomina helikopter, stąd taka nazwa).
Tour D – 1.200 peso/osoba – Cadlao Lagoon, Pasandigan Beach, Paradise Beach, Bukal Beach, Ipil Beach.
W butiku panowie mogą nabyć "koszulki Cejrowskiego" w palemki, fale morskie i takie tam.
Z wielu opinii wyrażanych przez tych co byli, można wywnioskować, że najlepsze są Tour 1 i 3, a w drugiej kolejności Tour2 i 4. Znaczy to, że warto popłynąć do tych wszystkich atrakcyjnych miejsc, ale gdy się nie ma pieniędzy na  wszystkie wycieczki,  warto wybrać tour 1 i 3. Ja nie popłynę na żadną, ponieważ muszę oszczędzać pieniądze, bo nie ma tu bankomatów, a chcę jakiś czas w El Nido pobyć.
El Nido. Piękne, spokojne, szczególnie w niskim sezonie, jak teraz.
Może wybiorę się na Island hopping z Coron, bo słyszałam, że tam one są tańsze i jeszcze ładniejsze. No i w Coron jest podobno jeden bankomat. W El Nido bankomatu nie ma, ale dowiedziałam się od swojej gospodyni, że w razie naprawdę poważnego problemu z brakiem gotówki, można ją wypłacić na stacji benzynowej znajdującej się przy Porcie El Nido. 
W razie co, tutaj możemy wypłacić gotówkę
Niestety, wykorzystując sytuację, stosują tam wysoką opłatę 6% no, ale skoro się ma nóż na gardle, to jednak jakieś wyjście jest. Ja narazie jeszcze radzę sobie z tym, co mam, ale bardzo oszczędzam na wszystkim, głównie na jedzeniu, chociaż nieraz zaszaleję !
Tao, życie w zgodzie z naturą
A może dołączę na kilka dni do społeczności tao i z nimi zwiedzę kilka ciekawych zakątków wyspy? http://taophilippines.com. Nie wiem, życie toczy się każdego dnia na swój sposób. c.d.n.

4 komentarze:

  1. Pani opisy są więcej warte niż nie jeden przewodnik turystyczny ,
    Bardzo dobrze , że pani opisuje plusy i minusy Palawanu , ta wiedza jest bezcenna dla turysty
    Jak będę planował swoja drugą podróż na Filipiny to na pewno skorzystam z pani relacji,
    Widzę że ceny są niższe na Palawanie niż te na Bohol-Panglao i najlepiej mieć gotówkę ,rozumie że wrzesień to jest na Filipinach po sezonie , a czy mogę się spytać jaka jest odczuwalna temperatura , bo ja raczej w kwietniu i maju już na Filipiny nie pojadę bo było dla mnie za gorąco , ale wrzesień na przyszły rok to kto wie może się uda ? pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  2. Odczuwalne temperatury za dnia, to 28-30 stopni C, nocą chłodniej. Lato nie kończy tu się nigdy. Wysoki sezon jest w miesiącach suszy, a niski sezon, w porze deszczowej i tylko taka jest różnica, noname. Deszcz pada tutaj głównie po południu lub nocą. Mnie to nie przeszkadza. W dzień jest czasami zachmurzenie mimo wysokiej temperatury, wtedy gorzej wychodzą zdjęcia. Turystów jest mniej (widać to na moich zdjęciach hoteli :) wszędzie są wolne miejsca, ale dlatego spadają ceny, bo rywalizacja duża), ale są. Deszcze padają krótko, ale obficie. Jest ok :) pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. rozumie , dziękuje bardzo za odpowiedź , nie będę już więcej pani zanudzał swoimi wpisami bo nie chcę być natrętny , ale pani blog będę cały czas czytał :) , jestem pewny że jak pani zakończy swoją bardzo długą podróż !!! , to ktoś z TV zrobi z panią ciekawy wywiad i na pewno pani będzie bardzo znana w Polsce , osobiści nie znam nikogo kto by od kilku lat był w podróży i to na dodatek w pojedynkę , myślę że pani nawet Wojciecha Cejrowskiego może zawstydzić , bo on całą ekipę zabiera ze sobą a pani daje radę w pojedynkę ! ,pozdrawiam serdecznie i życzę udanego pobytu na Filipinach .noname

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję noname, że czytasz mój blog. Właśnie dla takich ludzi go piszę. Dla rodziny oczywiście, aby mieć z nią ciągły kontakt i dla ludzi, co autentycznie zainteresowani są miejscami i opowieściami zwykłych, nieznanych szerzej podróżników, zmagających się samotnie z różnymi trudnościami w podróży, a nie tylko zachwalającymi zdawkowo całokształt. Do wywiadów to ja się nie palę, noname i absolutnie nie chcę być publicznie znana. Wystarczy już, że mój blog jest upubliczniony na cały świat, a blog to przecież, jak intymny pamiętnik jest. Pozdrawiam serdecznie i ciekawych podróży życzę :) spełniajmy swoje marzenia, bo życie szybko mija :)

    OdpowiedzUsuń