Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

piątek, 7 sierpnia 2015

Australia - zwiedzamy Melbourne

Na dworcu kolejowym w Adelajdzie, jak na lotnisku. Ważą bagaże i zabierają do luku.
W poczekalni dworca kolejowego nad stanowiskami nadawania bagażu znajduje się ciekawe malowidło przedstawiające sposoby podróżowania ludzi i transportu bagaży w dawnych czasach i teraz. Dworzec jest ciekawy, no bo czy ktoś widział w Polsce dworce kolejowe, gdzie chodzi się po dywanach, siedzi w miękkich fotelach, a walizki nadaje się na taśmę? 
Bgaż nie może przekraczać 20 kg! w pociągu! inaczej jest dopłata.
Wejście na peron jest zamknięte. Ustawimy się w kolejkę i pan nas po kolei będzie wpuszczał, sprawdzając czy jesteśmy na liście, a na bilecie dopisze nam numer siedzenia. Zupełnie, jak lotniskowa odprawa przed gate. Na dworcu kolejowym! Co kraj, to obyczaj.
Jedziemy "The Overland".Na peron wpuszczą nas dopiero po odprawie wszystkich bagaży.
Byłyśmy na dworcu dużo przed czasem. Podróżni ustawili w kolejce do odprawy swoje walizki, które ciągnęły się wężykiem od taśmy w stronę sali i poszli do sklepów bądź restauracji znajdujących się w holu dworca kolejowego. Odprawa odbędzie się godzinę przed odjazdem pociągu. My z Lyn też ustawiłyśmy swoje walizki w kolejce i usiadłyśmy w fotelu przy stoliku w poczekalni. Rozmawiałyśmy, robiłyśmy zdjęcia i oglądałyśmy foldery.
Wagony są bez przedziałów, siedzenia numerowane i jest więcej miejsca na nogi niż w air.
Podróż koleją z Adelajdy do Melbourne była stosunkowo krótka, bo zajęła tylko jeden dzień. Wieczorem byliśmy już na miejscu. Gdy się nie jedzie samemu, to nie gapi się bez przerwy w szybę, ale z tego co widziałam to mogę stwierdzić, że ładniejsze widoki oglądamy jadąc autobusem, szosą. Przy torach kolejowych jest mniej ciekawie.
Ogrodzone pastwiska i pasące się owce
Mijaliśmy bezkesne pola, ogromne pastwiska i małe miejscowości. Na niektórych stacjach się zatrzymywaliśmy, a na niektórych nie. W większości były to małe stacyjki w małych miejscowościach, w których znajdowały się niezbędne sklepy i instytucje dla okolicznej ludności, mieszkającej w ogromnym rozproszeniu. Nie było dużej, zwartej miejscowości.
Na niektórych stacjach nawet się nie zatrzymywaliśmy.
W pociągu był wagon barowy, w którym można było kupić kanapkii napoje gorące oraz zimne. Część pasażerów tam siedziała, a innym obsługa roznosiła kanapki i napoje do wagonów. W barze były kontakty i można było naładować swój sprzęt elektroniczny. Leżały tam również mapki miasta Melbourne, do którego pociąg zdążał. Bardzo dobry pomysł.
Podziwiam ludzi, którzy potrafią żyć w takim oddaleniu od innych.
Pasażerowie mogą już w czasie podróży taką mapkę obejrzeć i ustalić, gdzie znajduje się obiekt, do którego jadą. Na miejscu prędzej  się odnajdą, a i czas w podróży szybciej leci, gdy się coś czyta, pisze czy ustala. My z Lyn nie nudziłyśmy się wcale.

Tak wypadło, że razem jechałyśmy z Lyn do Melbourne. Było raźniej.
Na dworcu w Melbourne oczekiwała na Lyn jej przyjaciółka. Nie mogły nacieszyć się swoim widokiem, ściskały się bez końca. Chciałam dyskretnie się ulotnić, ale Lyn oderwała się od przyjaciółki i powiedziała, że podprowadzi mnie kawałek, żebym złapała właściwy kierunek, bo to jest naprawdę blisko i trafię bez kłopotu. Po czym pożegnałyśmy się i dziewczyny poszły.
YHA Hostel w Melbourne
Łatwo i szybko doszłam do hostelu, ale w recepcji okazało się, że tym razem nie jestem ulokowana w Central YHA, tylko w Metro YHA, które jest o wiele dalej. Jakoś tak z rozpędu, nie sprawdzając w papierach, skierowałam się do Central YHA i o tym hostelu mówiłam też Lyn. W Central YHA byłam dotychczas i będę w Sydney, ale akurat w Melbourne nie o Central chodziło.
Flinders Street Station w Melbourne
Obsługa nie mojego hostelu była bardzo miła. Powiedzieli, że chętnie by mnie u siebie ulokowali, bo miejsca mają (pewnie, przecież jest law sezon), ale mam już opłacony tamten hostel, więc tam muszę jakoś dotrzeć. Dali mapkę, na której zaznaczyli mi Metro YHA i wytyczyli długopisem trasę, skoro uparłam się, że nie chcę taksówki.
W Melbourne budynki są jeszcze dziwniejsze, niż w Adelajdzie
Niby łatwo dojść, cały czas praktycznie idzie się Elizabeth Street, ale to jest bardzo, bardzo długa ulica, a może się tylko taka wydaje w nocy, gdy dźwiga się i ciągnie za sobą ciężkie bagaże. Tym bardziej, że w walizce zepsuło się kółko i nie chciała ona równo się toczyć. Trzeba było użyć sporo siły, aby ją za sobą ciągnąć i jeszcze ten plecak na plecach. Ach!
Zadziwiające budowle. Z lewej strony szklany budynek Centrum Informacji Turystycznej
No, to się nieźle przespacerowałam po nocy z tymi bagażami po nowym, nieodkrytym jeszcze  mieście! Niezły początek! W końcu doszłam, dostałam miejsce w pokoju ośmioosobowym, czyli z czterema piętrowymi łóżkami i wszystkie były zajęte, tylko jedno na piętrze wolne.
W nocy palą się te wszystkie lampki nad placem. Jest kolorowo.
Wyjęłam z bagażu jedynie ręcznik, kosmetyki i piżamę, poszłam wziąć prysznic, po czym wdrapałam się na górne łóżko. Padłam bez tchu ze zmęczenia. Zdążyłam jedynie w szafce zamknąć na własną kłódkę plecak, laptop i aparat fotograficzny. Torbę z dokumentami włożyłam pod poduszkę i zasnęłam snem zmordowanego drogą turysty.
Ok, ale nie rozumiem co robią ludzie w ten zimny wieczór na leżakach w miecie?
Gdy wstałam dnia następnego, zobaczyłam, że jedna z turystek z dolnego łóżka wyjechała bladym świtem. Szybko przełożyłam jej pościel na swoje łóżko, a swoją pościelą zasłałam dolne. Łóżko jest przy oknie, mam więc dodatkową półkę z parapetu i własny kąt między oknem, a łóżkiem na walizkę i inne własne rzeczy. Wszędzie, gdzie jestem, lubię mieć własny kąt. Chociaż 1x1 m.
Centrum Informacji Turystycznej w Melbourne. Przestronne. Z barem i sklepem.
Takie sprawy w hostelach są ważne. Można pranie powiesić na swoich poręczach od strony okna, nie susząc ich pod nosem sąsiadki i ma się dodatkową powierzchnię na drobiazgi. Spanie na parterze jest dla mnie wygodniejsze, bo nie muszę za każdym razem schodzić i wchodzić po drabince.Na przykład w nocy do łazienki, czy jak coś z szafki potrzebuję. Taka gimnastyka jest dla mnie już  zbyt wyrafinowana.
Na planie miasta opisano najważniejsze budynki
Każde łóżko ma tutaj swoją lampkę na ścianie przy poduszce. To dobre rozwiązanie, bo kto chce spać już o g. 20.oo, to nie gasi ogólnego światła decydując za wszystkich,(jak robiły to Cinki), tylko gasi swoje, a kto nadal czyta lub pisze, nie przeszkadza śpiochom, bo światło w zagłębieniu łóżka nie przeszkadza innym osobom. Niektórzy robią sobie parawany z ręczników kąpielowych i śpią za taką zasłonką. Ja aż takiej izolacji nie potrzebuję.
W Melbourne jeżdżą tramwaje. W tle widać wieżowiec Eureka Tower.
Śpiochów w hostelach jest sporo. Niektóre turystki nie opuszczają łóżka przed 9.oo, a są takie,  co śpią do 12.oo w południe. Może po to właśnie wyjechali z domu, żeby odpocząć i wreszcie porządnie się wyspać?Każdy realizuje swoje potrzeby. Ja też śpioch. Wstaję o 8.oo.
.....i dorożki konne, jak w Wiedniu.
Najpierw poszłam kupić coś do jedzenia, żeby przyrządzić sobie posiłek. Nic prawie nie jadłam od wyjazdu z Adelajdy. Przez takie właśnie sytuacje chudnie się w podróży w przyspieszonym tempie. Wróciłam do hostelu i zrobiłam sobie śniadanie, a potem poszłam zwiedzać miasto. Melbourne, to duże miasto, posiada prawie 4,5 mln mieszkańców i wymaga poświęcenia  więcej  czasu na zwiedzanie, niż Adelajda.
Melbourne nocą
Melbourne znajduje się w stanie Victoria. Kiedyś, w latach 1901-1927 było stolicą kraju, zanim wybudowano Canberrę. A Canberrę wybudowano podobno dlatego, że Melbourne nie zgadzało się na przeniesienie stolicy do Sydney. Zastosowano więc taki mały kompromis lub jak kto woli, utarto nosa obu kłócącym się miastom i stworzono trzecie.
Viktoria Market, w pobliżu niego mieszkam
Miasto Melbourne zostało założone  nad rzeką Yarra w 1838r przez wolnych ludzi, osadników, podobnie, jak Adelajda, a nie przez zesłanych na kontynent więźniów, jak np.Sydney. Anglicy przez długi okres traktowali Australię jedynie jako miejsce zsyłki ludzi skazanych za drobne przestępstwa. Chyba dlatego, że nikt dobrowolnie nie chciał do tej nowej kolonii angielskiej jechać, a trzeba było kolonię zasiedlić swoimi ludźmi. Liczy się, że ogółem zesłano do Australii 160 tys. ludzi z Anglii, za karę za popełnione przestępstwa.
Market krótko jest czynny i w nie wszystkie dni tygodnia, ale warto tam pójść i go zobaczyć.
Potem ludzie zaczęli dobrowolnie przyjeżdżać na Antypody i osiedlać się..Osadnicy założyli trzy miasta: Adelajdę, Melbourne i  Perth. Teren pod budowę miasta wykupiono od Aborygenów za koce, noże i topory. To musiały być wspaniałe czasy, gdy do transakcji handlowych nie potrzebowano pieniędzy! Miasto szybko się zaludniło, gdy w połowie XIXw odkryto tu złoża złota. Masowo przybywali w te strony nowi ludzie i zaczęła się gorączka poszukiwaczy złota. Aborygeni tyle lat na złocie mieszkali i takiej gorączki nie zaznali.
Dokładnie na przeciwko tego kamiennego zabytkowego kościoła stoi mój Hostel
Gdy temperatura umysłów spadła, bo zasoby złota się skończyły, poszukiwacze nie opuścili gwałtownie miasta, jak to bywało z innymi miasteczkami powstałymi dzięki poszukiwaczom, Duża część ludzi tu została, osiedliła się na stałe, ponieważ miasto oferowało im inne interesujące zajęcia. W Melbourne zbudowano największy port w kraju. Jak jest port, to jest stocznia, handel i wszystko, co z tym się wiąże. Różne firmy, sklepy. Miasto się rozwijało.
Zdjęcie zrobił mi muzyk mający próbę w kościele..............
W Melbourne narodził się i zyskał wielką popularność futbol australijski, którego mecze odbywają się co tydzień. Jest tutaj najwięcej drużyn futbolowych w całym kraju. Na ogromnym stadionie sportowym MCG mieszczącym 100 tys widzów odbywają się co roku najważniejsze mecze, "Wielki Finał" i "Day Clash", najpopularniejsze rozgrywki futbolowe w Australii. Od 1905r odbywają się tutaj również „Australian Open", mecze tenisowe.
....a potem sam mi zapozował.
W Melbourne zachowało się piękne budownictwo kolonialne w stylu wiktoriańskiej Anglii. Naprawdę jest na co popatrzeć chodząc po mieście. Szkoda tylko, że jest bardzo zimno. Melbourne znane jest z tego, że w okresie zimy, czyli w lipcu i sierpniu odnotowuje się w nim  najniższe temperatury. Były lata, że temperatura sięgała poniżej zera. Minusowa temperatura stanowi jednak ewenement na tym kontynencie i zdarza się nadzwyczaj rzadko.
Teatr "Princessa"
Atrakcją Melbourne jest oglądanie miasta z wysokości. Znajdują się tu bowiem dwa najwyższe w kraju wieżowce, wieża Eureka 297m i jeden z dwóch bliźniaczych wieżowców Rialto 251m na którego 55 piętrze na wysokości 231m umieszczono platformę widokową do podziwiania miasta. Dzielnica wieżowców nazywa się South Bank, a za najbardziej atrakcyjną ulicę uważa się Flinders Street, chociaż ja tutaj widziałam inne, również piękne i atrakcyjne.
Mieszkam na cichej spokojnej ulicy Howard, ale w tle mam wieżowce miasta.
Melbourne już kilka razy z rzędu zdobyło nazwę miasta najbardziej przyjaznego dla ludzi. Z tego względu przyciąga ono wiele imigrantów, mimo dokuczliwego zimowego okresu pogodowego. Znane też jest z dobrej i urozmaiconej kuchni, dzięki imigrantom właśnie. Można tu spróbować przysmaków z bardzo wielu różnych krajów. Są drogie restauracje, ale również tańsze lokale, gdzie można smacznie i tanio zjeść dobry posiłek.
Zabytkowa zabudowa miasta w stylu angielskim.
Pod względem kulturalnym Melbourne zajmuje pierwsze miejsce w kraju. Organizują tu bardzo dużo festiwali przez okrągły rok. W mieście znajduje się  wiele galerii sztuki, teatrów, sal koncertowych, scen muzycznych i muzeów. W mieście, w którym przez cały rok trwa sezon kulturalny, trudno się nudzić. Już sama architektura miasta, murale, instalacje artystyczne, to jak otwarta galeria sztuki, po której chodzi się z zadartą do góry głową i podziwia.
Hotel Windsor
Czasami nawet w takim przyjaznym dla ludzi mieście zdarzają się nieprzewidziane i nieprzyjemne dla ludzi przypadki. Turystom w szczególności, bo w hostelach skupiają się w jednym miejscu ludzie z różnych stron świata, różnych kultur i obyczajów. No,cóż, przypadki chodzą po ludziach więc i mnie w końcu kiedyś muszą dotknąć.  
Stadion sportowy
Ukradli mi świeżo zakupione jedzenie na weekend. Opisywałam sposób przechowywania żywności w hostelach YHA i tak właśnie miałam je schowane. W swojej czerwonej mini torbie-lodówce, z nalepioną firmową kartką z nazwiskiem, numerem pokoju i datą wyjazdu.
Latem musi być ładnie w Marinie. Dzisiaj hula tu wiatr, aż mi aparat z rąk wytrąca.
Obok tej torby w reklamówce stała butelka z mlekiem i kartonikiem z jajkami. Były w nim jeszcze cztery jajka! Na reklamówce również była przylepiona kartka z danymi. Też ją ukradli. Proszę osobę z obsługi i panią z recepcji o jakąś radę, komentarz, a ona mówi: trudno.
Zatoka zabudowana kolorowymi domami i wieżowcami
Trudno? Przecież to jest wasz wymóg zostawiania żywności w lodówkach i na półkach, nie wolno jej brać do pokoju, gdzie samemu można by dopilnować swego dobytku, jak w guesthousach, to coś by z tym należało zrobić, prawda? Trudno? tylko  tyle?
Na promenadzie dużo barów, kafejek i punktów sprzedaży świeżych soków
Nie dawałam za wygraną. Z kobietą z obsługi przeszukałam każdą lodówkę, odsuwając wszystkie torby, zaglądając w każdy kąt. Po prostu nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Jak można zabrać cudze jedzenie! opisaną torbę-lodówkę! Niesłychana sprawa.
Z lewej strony widać długi most, na wprost statek wycieczkowy
Poprzedniego dnia, pomna doświadczeniem, że w weekend nic w miastach australijskich nie można kupić do jedzenia, bo wszystkie sklepy są pozamykane i stragany żywnościowe również, poszłam do sieciowego marketu i zrobiłam zakupy. Dwa rodzaje świeżej wędliny, biały ser z mango, sałatka ziemniaczana, puszka tuńczyka w sosie własnym. Z poprzedniego zapasu było w torbie jeszcze pół słoika dżemu miętowego.
To też jest budynek. Mieści się w nim pijalnia soków owocowych.
Torba-lodówka to było dla złodzieja za mało, zabrał również stojącą obok reklamówkę z mlekiem i jajkami, bo była opisana tym samym nazwiskiem. Zabrał wszystko! Menagerka zaprowadziła mnie do półki w lodówce gdzie leżą przydatne, ale zostawione przez turystów  produkty żywnościowe, żebym sobie coś na śniadanie wybrała.
Wieżowce w dzielnicy biznesowej nad zatoką
Zapędziłam się bowiem z miską płatków kukurydzianych z suszonymi owocami, żeby nalać sobie mleka, gdy odkryłam tą kradzież. Mleka jednakże w „produktach zostawionych do ogólnego użytku” nie było, natomiast znalazłam tam swoją sałatkę ziemniaczaną. Była już przeze mnie w części nadjedzona, więc złodziej ją zostawił łaskawie, aby inni się pożywili. Upewniłam się, że to moja po naklejce z ceną na denku. Moja, dokładnie!
Nad zatoką w Melbourne
Resztę, oryginalnie zamkniętej żywności zabrał. Po chwili znalazłam swoją mini torbę-lodówkę zgniecioną i wrzuconą do kartonu pod półkami, przy koszu na śmieci, ale pustą. Działanie z premedytacją. Zabrałam, umyłam i schowałam swoją mini-lodówkę. Nie będę tutaj już nic do niej wkładała. Ale udowodniłam, że na torbie naklejka z danymi była!
Melbourne, kolorowe i zabawne czasami
Musiał mnie sobie ten złodziej wcześniej upatrzeć, wiedzieć, że nie mówię po angielsku, to się nie wykłócę i zabrał mi wszystko. Inni mają luzem na półce w lodówce położone produkty, byle jak i nic im nie zabrano. Menagerka mówi, że musiałam kartki z danymi nie nalepić. Jak to?
Czy to są kamienne namioty? Taka ozdoba osiedla.
Proszę nie szukać we mnie winy, powiedziałam, bo widać, że kartka na torbie była nalepiona i na reklamówce również, a nawet osobna na butelce z mlekiem! Zabrałam swoją ziemniaczaną sałatkę i podziękowałam za obce jedzenie. Chcę swoje, powiedziałam. Na szczęście została mi płócienna torba na półce z suchym prowiantem.
Architekci mogą się w tym mieście wykazać własną pomysłowością i talentem wizjonerskim
Druga pracownica przyniosła swoją reklamówkę, w której miała świeże zakupy i chciała mi dać żółty ser i coś tam jeszcze, ale się po prostu oburzyłam na coś takiego. Niczego nie wezmę, nie o to chodzi, że z tego powodu z  głodu tu umrę lub że nie stać mnie na zakup nowego jedzenia. Chodzi o zasadę, regulamin i bezpieczeństwo naszych rzeczy w tym hostelu.
Po promenadzie też biegają. Pod wiatr.
Skoro wymaga się od turystów zostawiania żywności w ogólnie dostępnych miejscach, ktoś powinien za te rzeczy odpowiadać. Jeżeli nie jesteście w stanie tego upilnować, to trzeba brać przykład z innych hosteli, gdzie w lodówki do przechowywania żywności wyposażony jest każdy hostelowy pokój.
Instalacja artystyczna. "Miting".
Wtedy sami będziemy pilnować swoich rzeczy w pokoju, gdy coś zginie, poszukamy złodzieja między sobą. Między trzema, czterema, góra sześcioma osobami. Złodziej tak szybko nie zje całego zapasu jedzenia, więc się znajdzie chociaż część skradzionych rzeczy i ustali sprawcę.
Takie małe pojazdy cały dzień jeżdżą po mieście i sprzątają ulice
Machnęłam ręką i poszłam zjeść to, co miałam w suchym prowiancie. Schowałam tam  masło, bo gdy na początku było w lodówce, na drugi dzień nie mogłam go rozsmarować na chlebie. Były tam również pomidory i cebula z obawy, że pomidory będą w lodówce miały za zimno.
I takie motorowe, co wjadą w każdy kąt i wymiotą wszystko. Czystość, to wizytówka miasta.
No i był tam chleb, dwie pełnoziarniste bułki oraz kawa i śmietanka w proszku do niej i herbata. Powiedziałam recepcjonistce, że wiem iż regulamin tego zabrania, ale zabiorę tą torbę do pokoju, bo tutaj do jutra może wszystko zginąć i pani znów mi powie, no trudno....nie oponowała. To już była przesada z mojej strony, ale musiałam jakoś odreagować złość.
Pomnik białej papugi
Płatki kukurydziane na powrót wsypałam do torebki, bo suchych nie będę jadła. Kupię jutro mleko, to będę tym się żywić już do końca pobytu w hostelu, pod nazwą „YHA Metro”. Nic innego już nie kupię do jedzenia, bo pieniądze przeznaczone na żywność do końca pobytu w Melbourne zostały już wydane wczoraj w markecie. Szkoda, że tak się stało, bo to w gruncie rzeczy porządny hostel i pod każdym innym względem mi się tutaj podobało.
Stare na tle nowego
Będę jadła chleb z masłem, pomidory z cebulą i te płatki. Myślę, że wytrzymam do wyjazdu. Wyjeżdżam za cztery dni, w czwartek. Teraz siedzę w ogólnej jadalni i piszę na laptopie. Może mnie ten złodziej obserwuje? Nigdy nie wiadomo, kto do takich hostelów trafia. Generalnie są to przyzwoici i mili turyści, ale nieraz trafi się jakiś nieturystyczny typek i narobi zamieszania.
Muzeum Imigrantów
Powinni mieć zainstalowane kamerki. Chyba nawet mają, ale nie w kuchni.Teraz, to aż strach iść za ścianę do kuchni, żeby zrobić sobie kawę, bo może mi ktoś laptop zabrać ze stołu, a pani w recepcji powie, no cóż, trudno...........
Klub Masoński
.....I tu będzie miała rację, bo mam świadomość, że laptopa i innego sprzętu oraz dokumentów i pieniędzy to już sama muszę pilnować. Trzeba z tym wszystkim chodzić do kuchni i do łazienki, skoro wiadomo, że w hostelu bezkarnie grasuje złodziej.
Wszystko to oglądam z zabytkowego tramwaju turystycznego
Zjadłam pełnoziarnistą bułkę z masłem i wypiłam kawę. Apetyt minął i nic już przełknąć nie zdołałam. Wróciłam do pokoju, zebrałam wszystkie brudne rzeczy z ręcznikiem, piżamą i płóciennym plecaczkiem z Filipin z napisem „Cebos” włącznie i zjechałam windą do laundry, które mieści się na zerowym poziomie budynku. Wzięłam też swój proszek do prania, żeby nie płacić za niego dodatkowo w recepcji. W Australii płaci się dosłownie za wszystko.
Teraz idę już pieszo, żeby trochę pospacerować na świeżym powietrzu
Za jednorazowe pranie płaci się tutaj 3 $. To lepiej, niż było wcześniej, gdzie żądali po 5 $ za jeden wkład. Dzisiaj prałam na dwie pralki naraz, ponieważ osobno musiałam wyprać polarowe kurtki, skarpetki i tiszert podejrzewany o farbowanie, a osobno pozostałe rzeczy. Do pralek wrzuciłam po 3 x po dolarze i się prało.
Wejścia na pomosty jachtowe są zamknięte na kłódkę. Jest po sezonie.
Po 35 minutach wyprane rzeczy wrzuca się do suszarek i znowu, żeby je uruchomić trzeba w przedziałki włożyć 3 x po 1 $ i dosunąć zawias. Ja już sobie darowałam to suszenie, bo to dla mnie za drogo wychodzi. Zabrałam rzeczy do pokoju, rozwiesiłam część na wieszakach, a część na poręczach łóżka.
Bloki mieszkalne-szeregowce przy samej Marinie.
Jedno, za co muszę pochwalić „YHA Metro”, to za fakt, że pokoje są ogrzewane, a nawet przegrzewane. Ponieważ wywieszka przy kaloryferach mówi, żeby nie grzebać nic przy nich, nie kręcę pokrętłami lecz uchylam lekko okno, aby wpuścić trochę świeżego powietrza. Wszystko za godzinę będzie suche, tak ciepło mamy w pokoju. Po bardzo zimnych pokojach w Adelajdzie, to miła odmiana. Dogrzewam się.
Fantazja architektów nie ma ograniczeń w Melbourne
Oglądam często w Australii i częściowo czytam (są po angielsku) kieszonkowe przewodniki Peta „With Safari Pete,s Guide to Backpacking….” I tu dopisane jest odpowiednio, Australia, Tasmania  lub konkretnie jakiś region w Australii ciekawy turystycznie.
La Trobe przy ulicy swego imienia.
Np. Victoria (z Adelajdą), Queensland (z Cairns, gdzie zawsze jest ciepło), Northern Territory (z Uluru i Kings Canyon), South Australia (z Kangaroo Island, Adelajdą i Perth)  Bardzo ciekawie i zabawnie przedstawia w nich różne atrakcje turystyczne i podaje przydatne adresy internetowe oraz numery telefonów.
Edna, kimkolwiek by nie była. Nawet pomniki w Melbourne są kolorowe.
Jego osoba w lekkim płóciennym ubranku wczasowicza, w kolorowym, letnim kapelusiku na głowie występuje na okładkach i przy każdym opisie. Pete w różnych zabawnych pozach, zawsze z szerokim uśmiechem, zabawną miną na widok czegoś, co nam pokazuje i jego komentarz w chmurce. To coś takiego, co kiedyś oglądałam w tvp, „idiota w podróży”, jak dobrze pamiętam. Bardzo zabawne. Informacje są natomiast bardzo konkretne i przydatne.
Artystka w czerwonych szpilkach.
Dla podróżujących samotnie, w szczególności. Na wewnętrznej rozkładanej okładce znajduje się mapka Australii (lub Tasmanii, w zależności od tego, który przewodnik trzymamy w ręku), w tylnej rozkładanej okładce jest zawsze mapka miasta, które w danym przewodniku jest najważniejsze.
Ja z Melbą. Tutaj to tylko ja jestem kolorowa.
Wewnątrz przy opisywanych atrakcjach, również pokazane są mapki, a na nich te atrakcje zaznaczone. Bardzo dokładnie podaje adresy, ceny i opisy hosteli i tanich hoteli da backpackersów i zaznacza na mapkach miast ich położenie. Opisuje ciekawe święta i obchody w danym mieście i regionie, według miesięcy, w których się one odbywają.
Johny, piosenkarz australijski, chyba jakiś ich dawny  idol. 
Na końcu każdego przewodnika podaje adresy stron internetowych do ambasad, konsulatów, pogotowia ratunkowego, punktów wynajmu samochodów, policji, biura imigracyjnego, taxi, informacji turystycznych i jeszcze kilku innych przydatnych agend oraz oczywiście strony internetowe wszystkich hosteli w danym mieście.
Biblioteka Narodowa
Korzystam z tych jego mini-przewodników w zakresie, w jakim mi jest to potrzebne, przede wszystkim z adresów hosteli i zdobywania wiedzy na temat atrakcji w danym miejscu, o których bez tego przewodnika bym się nie dowiedziała.
Obecnie gości w niej wystawa rysownika przedstawiającego czasy kolonialne.
Te jego przewodniki rozprowadzane są przez australijskie hostele za darmo i ja mam te miasta, które mnie szczególnie interesują, bo książeczki są lekkie, małe i można spokojnie ze dwie-trzy z sobą wozić, a chodząc po mieście, mieć odpowiednią w podręcznym plecaczku.
Mini przewodniki Pana Pete
Gdy przyjechałam do Melbourne, spotkałam pana Pete w swoim „Metro Hostel”. Siedział w jadalni przy stoliku, na którym leżały jego przewodniki oraz foldery miejsc, do których organizowane są wycieczki z jego udziałem. Był ubrany dokładnie tak, jak przedstawiany jest w książeczkach i miał ten kolorowy płócienny kapelusik na głowie.
Pan Pete gości w Hostelu Metro YHA w każdy poniedziałek
Otóż pan Pete w rzeczywistości jest przewodnikiem turystycznym. Ponieważ prezentuje przewodniki dla backpackersów, organizuje spotkania w hostelach, bo głównie w nich niskobudżetowi turyści plecakowcy się zatrzymują. Ma jednak ciężką pracę, ponieważ zainteresowanie tymi wycieczkami jest w hostelach znikome.
Wystawa rysunków i starych fotografii jest udostępniona bezpłatnie
Przewodniki, owszem, są dobrze opracowane i free , ale już wycieczki są bardzo drogie. Być może dla ludzi z Australii na takie drogie nie wyglądają, bo oni tu inaczej zarabiają (chociaż mniej pracują. W popołudnia, wieczory i weekendy nic się tutaj nie kupi, ani nie załatwi, bo Australijczycy wypoczywają. Nawet agencje i informacje turystyczne są zamknięte!).
Chodząc otwartymi galeriami na pietrach, widać czytelnię biblioteki w dole
Dla Europejczyków to są ceny nie do zaakceptowania w zasadzie. Tylko dla bogatych, co z pieniędzmi liczyć się nie muszą, ale tacy nie nocują przecież w hostelach.
Zanim wbudowano wewnętrzne windy, wchodzono na galerie takimi  żelaznymi schodami
Zauważyłam, że nawet Niemcy (uznawani ogólnie za bogatych), nie kupują tych wycieczek. Pojedyncze osoby się zapisują czasami (spotkania są w każdy poniedziałek od g.20.oo, gdy już wszyscy wrócą ze zwiedzania i zalegają na kanapach pod ścianami lub siedzą przy stolikach i spożywają kolację). Większość jednak tylko rozmawia, dopytuje, lecz nie kupuje.
Fotografie i rysynki prezentowane są na filarach galerii
Dzisiaj na przykład pan Pete najpierw poczęstował nas winem. Osobiście na tacy roznosił je po sali. Do mnie również przyszedł, chociaż siedziałam na uboczu, pod oknem  i pisałam na laptopie (bo tylko tam jest kontakt). Popijam więc sobie teraz  winko i piszę. Z grzeczności co pewien czas popatruję na pana Pete, który opowiada o tych wycieczkach.
Wystawa ma tytuł: "Victoria"
Kto kupi w hostelu jego wycieczkę, ma zniżkę 50%, ale i tak ciężko one się sprzedają. Przykładowe ceny wycieczek pana Pete: 4 dni w Cairns z nauką języka angielskiego- 540$, po zniżce 265$, 3 dni Uluru, Kata Tjuta i Kings Canyon- 595$, po zniżce 245 $, 2 dni Kangaroo Island – 425$, po zniżce 275$. Dolar australijski trzeba pomnożyć przez 3, żeby wiedzieć ile to jest naszych polskich pieniędzy.
Przedstawiono historię Australii od czasów jej skolonizowania
Zniżka 50% to duża zniżka, pokazuje ona, jak ciężko te wycieczki się sprzedają, skoro tak dużą zniżkę zastosowano. Dano też sporo czasu kupującemu wycieczkę na jej realizację, bo aż 6 miesięcy, w których zakupiony voucher zachowuje ważność.
Różne osobowości i fakty składają się na historię Australii
Jeśli chodzi o zniżki w Australii tak w ogóle, to są one zawsze duże, jeśli już są. Teraz, w sezonie zimowym większość sklepów zastosowała 50% zniżki na bardzo atrakcyjne towary. Można nieraz naprawdę coś ładnego i porządnego tanio kupić. Też bym kupiła kilka rzeczy, gdyby nie konieczność zwiększenia przez nie bagażu, podczas gdy ja muszę go zmniejszać, a nie zwiększać. 
Już wtedy jeździł tramwaj między Flinders Street, a Elizabeth Street
Wniosek z tego taki, że życie organizatora i menagera turystycznego nie jest łatwe. I chociaż coraz więcej ludzi podróżuje po świecie, w większości samodzielnie organizują sobie dojazdy i noclegi po trasie, bo ich to taniej wynosi. Nawet w sytuacji, gdy wynajmują samochód lub camper.
I wystawiał sztuki  "Princess Theatre"
Znowu muszę kupić nową walizkę i tym razem kupię już trochę większą. Wszystko dlatego, że dotychczasowa się rozlatuje. Póki jeszcze pękały i rwały się rączki, sytuacja była do opanowania. Naprawiałam to jakoś sama, sznurowałam, zalepiałam taśmami i jechałam z nią dalej. Ale tym razem zajechało się kółko na amen! a drugie idzie już w jego ślady.
Stare fotografie obrazujące codzienne życie miasta w XIX i XXw
Po prostu się zużyło, zrobiło się bardzo malutkie, jakieś trójkątne, obręcz z niego spadła, bo jego część gdzieś w ogóle znikła. Walizka nie chce jechać po ziemi, wywraca się.
Oglądając wystawę, schodzi się co rusz piętro niżej. Dochodzę do parteru.
Z połataną walizką mogę jeździć, ale bez kółek się po prostu nie da. Przecież nie będę jej dźwigała w ręku, bo nie dam rady. To prawie 20 kg! Próbowałam znaleźć punkt naprawy takich rzeczy, zapasowe kółka gdzieś kupić, ale nic takiego nie znalazłam. Nic tu takiego nie funkcjonuje. To nie Azja. Tam potrafili naprawić wszystko i każdą część wymienić w walizce.
"Sorry" i jestem na parterze, w czytelni
To już chyba moja trzecia walizka w tej podróży! Wczoraj oglądałam walizki w „Central Market Victoria” gdy szłam do marketu po mleko. Mogę kupić za 45 -65 $ sporą walizkę i na dużych kółkach, na co muszę zwracać uwagę, żeby kantem walizki nie szorować po ziemi, jak to już kiedyś z jedną walizką mi się zdarzyło. Ale na jak długo ona wytrzyma? nie wiem.
Ruch tu panuje nieustannie. Ludzie czytają z papieru i z ekranu komputerów
Zaraz jutro po nią pójdę, bo po prostu muszę ją kupić, więc nie ma co zwlekać z decyzją. Przy mnie, turystyczny pan z panią kupili dwie takie walizki na raz, może są dobre? Oczywiście są lepsze, po 165 $ i po 180 $, ale to dla mnie za drogo. 
Metalowy mężczyzna "The men from Ironbark" z 1974r i zabytkowa maszyna
Poza tym myślę, że w moim przypadku i taka za 180 $ zepsuje się niebawem, ponieważ ja bez przerwy ją użytkuję, ciągam co kilka, kilkanaście dni po świecie, a one robione są chyba na jednorazowy w roku wyjazd urlopowy. Walizki psują mi się regularnie i skutecznie. Obliczyłam, że jedna walizka wytrzymuje 6-8 miesięcy w podróży, czyli raz w roku muszę ją zmieniać.
Dzieci też mają tutaj swoją czytelnię
Pomimo, że jest law sezon i zimno na dworze, turystów w Melbourne jest dużo. Codziennie do południa chodzę w nowe rejony miasta. Jest to naprawdę ładne i czyste miasto, przyjazne dla ludzi. Dlatego też ludzi na mieście sporo. Spacerują, fotografują, siedzą na ulicznych ławkach i przy stolikach przed kawiarniami i restauracjami.
Widzicie tych ludzi z gołymi nogami? w takie zimno!
To jest taka ciekawostka australijska, że mimo zimna, ludzie wolą siedzieć na ulicy, niż wewnątrz lokalu. Chodzą i biegają po mieście w krótkich spodenkach i podkoszulkach, aż mnie w wełnianej czapce i szaliku dreszcze przechodzą z wrażenia na ich widok. Może to jest jakaś moda na takie gołe spacerowanie, o której ja nie wiem?
Ten letniak ma przynajmiej czapkę na głowie. Pani w szpilkach też z gołymi stopami.
Bary i restauracje ustawiają na ulicach między stolikami urządzenia grzewcze. Mówią, że mieszkańcy Melbourne tak są rozgrzani letnimi upałami, często przekraczającymi 40 oC, że teraz zimą ,schładzają się cały czas i ciągle jest im jeszcze ciepło. Ale dla turystów trzeba wystawiać ogrzewacze, bo im tutaj zimno jest. I śmieją się z nas.
Przed biblioteką można rozegrać partyjkę szachów.
Pod określeniem miasto przyjazne dla ludzi rozumiem też łatwość w poruszaniu się po mieście, dobre oznakowanie i tablice informacyjne wskazujące ciekawe miejsca do zobaczenia, mnóstwo porozstawianych ławek i różnych murków do odpoczynku, dużo ścieżek rowerowych oraz pasów dla ludzi biegających.
w Centrum Informacji Turystycznej  można  naładować komórkę lub laptop.
Jak również szerokie chodniki bez dziur, gęsta sieć bardzo czysto utrzymanych publicznych toalet za darmo i dużo wokół wskazówek, jak szybko znaleźć do nich drogę. Duża ilość miejsc z Wi-Fi free, wewnątrz lokali i na wolnym powietrzu, co kilkadziesiąt metrów tablice z planem miasta, zaznaczonym miejscem, gdzie jestem, żeby łatwo złapać orientację, jak trafić do wybranego przez siebie celu.
Kolorowa Marina Melbourne
Najbardziej jednak zaskoczyły mnie tramwaje. Od pierwszego dnia mam kartę za 6$ z początkową kwotą na jeden przejazd za 3 $, przykładam ją do urządzeniu w tramwaju i nic się nie dzieje. Zła karta, czy co? A pasażerowie mówią mi, że maszyna nie kasuje należności, ponieważ jazda w granicach centrum miasta jest darmowa i biletów się nie kasuje. Jak to darmowa? naprawdę? Dziwię się.
Tramwaje w Melbourne są na wielu odcinkach za darmo (ten wiśniowy zawsze darmowy)
Na mapce, którą trzymam w ręku, pokazują mi obszar, po którym mogę jeździć za darmo. Przecież to jest całe miasto, które mam zamiar zwiedzić! Do dzielnic mieszkalnych na peryferiach przecież nie będę jeździła. Pokazali mi również, że na przystankach jest taka zielona tabliczka mówiąca o tym, że jeździ się za free. Jak takiej tabliczki na przystanku nie będzie, wtedy będę musiała bilet skasować. Tam, gdzie ja jeździłam, wszędzie była.
Z turystycznego tramwaju nr.35 wygodnie zwiedza się miasto
Poza tym cały czas, czyli siedem dni w tygodniu jeździ taki ładny staroświecki, wiśniowo-żółty tramwaj nr. 35. To jest darmowy tramwaj wożący ludzi określoną trasą po mieście, gdzie są najciekawsze dla turystów miejsca i obiekty. Jeździ co 15 minut.
Parlament Melbourne
Można wysiąść, gdzie się chce, bo nr.35 zatrzymuje się na normalnych przystankach, a po zwiedzeniu, znowu wsiąść do następnego takiego tramwaju i w ten sposób spokojnie sobie zwiedzić całe miasto za darmo, bez męczenia własnych nóg. Potem wysiąść na przystanku najbliższym od swojego hostelu i wrócić do domu. Niesamowita sprawa! w Australii za darmo!
Informacja o trasie i czasie jazdy zabytkowego, darmowego tramwaju
Przy Parlamencie, to motorniczy ogłosił nawet, że jest 10 min przerwy, możemy wysiąść i zrobić zdjęcia. Tak też uczyniliśmy i z powrotem do tego tramwaju wróciliśmy, żeby jechać dalej. W tramwaju jest stojak z mapkami, reklamówkami różnych wycieczek i  miejsc turystycznych, a przez automatyczny megafon guide informuje o mijanych obiektach.
Przy kabinie motorniczego jest stojak z darmowymi mapkami i foderami
Czy to nie wspaniałe? Takie właśnie między innymi rzeczy powodują, że jakieś miasto można uznać za przyjazne dla ludzi. Dużo turystów zagranicznych i australijskich korzysta z tego tramwaju, wszystkie siedzące miejsca są w zasadzie zawsze zajęte, ale jedni wsiadają, inni wysiadają, jest rotacja, więc miejsce zawsze się znajdzie.. 
Długi i cały przeszklony budynek
Tramwaj jeździ od g.10.oo do 18.oo, a w pewne dni nawet do 21.oo. Można z niego oglądać najbardziej atrakcyjne miejsca w centrum miasta i sporo się o mieście dowiedzieć.
Ładne, chociaż dziwne budynki oglądam z zabytkowego tramwaju
W hostelu internet jest dostępny jedynie w sali jadalnej i wydzielonym z tej sali kąciku wypoczynkowym. Siedzi tu więc zawsze dużo ludzi, przy okazji integrując się towarzysko.
Ścieżek rowerowych jest tutaj mnóstwo. Często idą środkiem jezdni.
We wnęce sali jadalnej jest bar, gdzie ci turyści, którzy nie chcą sami przyrządzać sobie śniadań, mogą je kupić gotowe, jak również soki, herbatę i kawę. Kilku kupuje, głównie mężczyzni i ci, co na jeden, dwa dni przyjechali, bo nie opłaca im się robić zakupów na tak krótki czas. Bar o godzinie 10.oo jest zamykany kratą. Koniec jedzenia.
Statek w Marinie i krowa na drzewie
Większość turystów jest tu dłużej, robią duże zakupy w marketach i gotują sobie codziennie porządne posiłki, pełne obiady, gorące kolacje. Ja nie gotuję tu żadnych zup, nie smażę mięsa, ani nie obieram ziemniaków. Z kuchenki korzystam jedynie wtedy, gdy gotuję lub smażę jajka, a obiad przynoszę sobie z baru azjatyckiego gotowy.
Codziennie na śniadanie jem płatki zbożowe z mlekiem i normalny chleb
Generalnie jem pieczywo (jest tu normalny chleb!) z masłem, pomidory, wędlinę, gotowe sałatki kupowane w małych pojemniczkach i płatki zbożowe z mlekiem. Wystarczy.
Chrupiącej bułeczki z miętową konfiturą już niestety nie będzie, bo ktoś mi ją zabrał.
W hostelu przebywa kilka osób w moim wieku i jeszcze starszych. Podziwiam taką jedną panią z siwym małym koczkiem na głowie. Ona jest tutaj już długo, robi niesamowite zakupy, chociaż jest jedna. Gotuje pracochłonne potrawy, robi różne sałatki, no, normalnie, jak w domu. Ale niektórzy młodzi ludzie również lubią gotować i długi czas w kuchni spędzają, szczególnie po południu. Potem siedzą godzinami przy stole, jedzą i rozmawiają. Jest przyjemnie. 
Mała księżniczka w zabytkowym tramwaju
Z radia sączy się cały czas nastrojowa, łagodna muzyka, a czasami country. Przyjemnie się tu siedzi i pracuje na komputerze. Sporo osób dużo pisze, podobnie jak ja. Chyba też prowadzą blogi. Pilnujemy sobie nawzajem laptopów, gdy idziemy do łazienki lub do kuchni zrobić sobie kawę czy jakąś przekąskę. Niektórzy po prostu siedzą i czytają gazety lub książki.
Wnętrze zabytkowej katedry
Jedna starsza pani codziennie po obiedzie zagłębia się w fotel przy oknie i czyta książkę. Jest tu biblioteczka stworzona z książek, które zostawiają turyści. Siłą rzeczy te książki są w różnych językach. Ja też po przeczytaniu swoich książek, zostawiałam je w hostelach, żeby dalej ich nie dźwigać. Żeby turyści z Polski mogli sobie poczytać, gdy pogoda zmusi ich do pozostania w hostelu.
Wreszcie trafiłam na czynny "Victoria Market"
Teraz nie mam już papierowych książek, tylko w czytniku elektronicznym. Moja synowa Monika dosłała mi trochę świeżej lektury, na razie mam jednak mało czasu na czytanie. Odbiję to sobie na Filipinach, gdzie będę raczej leniuchowała, a nie zwiedzała.
Ceny owoców, w $ oczywiście
Kupiłam w końcu tą nową walizkę, bo czas się już pakować i jechać dalej, do Sydney. Zrezygnowałam z tych najtańszych i kupiłam za taką średnią cenę, 80 $ z nadzieją, że dłużej mi wytrzyma. W tym ogromnym markecie można płacić kartą, więc zapłaciłam, żeby już nie wyciągać tu pieniędzy z bankomatu.
Owoce i warzywa są takie dorodne, duże. Wszystko tu jest duże.
Walizka jest czarna, ma większe kółka i wyżej ustawione, co sprawia, że toczy się łatwo i jej ciężar nie powoduje tarcia brezentem o ziemię. Może z rok wytrzyma. Jedzie na czterech kółkach, a nie tylko na dwóch, może to bardziej stabilizuje ciężar i zwiększa wytrzymałość?
Warzywa. Wśród nich mini kapusta.
Taką mam nadzieję. Jest czarna i bez żadnych bajerów, jak poprzednie, typu: boczne kieszonki na zamki błyskawiczne, wewnętrzne schowki itp. ma tylko jedną wewnętrzną płaską  kieszeń na pokrywie, na dokumenty i mapy oraz jedną główną komorę.
Wina z tutejszych winnic mają bardzo dobrą opinię
Szkoda, że na blogach podróżnicy nie dzielą się doświadczeniami z wytrzymałości walizek i toreb podróżnych, może bym wybrała w końcu zdecydowanie najlepszą walizkę na długie podróżowanie. Nie czynią tego chyba dlatego, że przeważnie podróżują z plecakami. 
W Victoria Market znajduje się bardzo duże i dobrze zaopatrzone stoisko polskie
Tak wynika z moich obserwacji. Duży z tyłu, mniejszy z przodu i idą. Ja niestety nie mogę już dźwigać tyle ciężaru na sobie. Mój średni plecak i tak jest zawsze zbyt ciężki, bo mam w nim laptop i kable, śpiwór, ręcznik i przybory toaletowe, jak również dokumenty i jeszcze kilka niezbędnych w podróży drobiazgów. Na mnie wisi również torba z aparatem fotograficznym.
Jest tu zaskakująco dużo typowo polskich produktów.
Nie chciałam wieczorem przeszkadzać współlokatorkom w pokoju, więc dopiero dzisiaj rano, zaraz po śniadaniu zaczęłam pakować się do nowej walizki. O rany! ile to roboty! ale wszystko się zmieściło. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że na sobie mam sporo rzeczy, jak długie spodnie, sweter, kamizelka i kurtka polarowa, które to rzeczy w cieplejszym klimacie będą musiały pójść do walizki. 
Kapela uliczna
Ale przy pakowaniu zauważyłam, że nazbierało się sporo drobiazgów i prezencików dla rodziny, które z Filipin (bo tam najtaniej) wyślę paczką do domu i w walizce znowu się trochę poluzuje. Jest ok! Jutro o g.10.oo muszę opuścić pokój. Bagaże zostawię w recepcji i pójdę do miasta, bo autobus do Sydney mam dopiero pod wieczór. Noc będzie w podróży.
Królowa Wiktoria patronuje tej dzielnicy handlowej Melbourne

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz