Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

wtorek, 4 sierpnia 2015

Australia - Adelajda

Adelajda w zimowej szacie
Z samego rana opuściłam Alice Springs bez większego żalu, ze względu na to przenikliwe zimno, ale zadowolona, że zobaczyłam wszystko, co sobie zaplanowałam. Gdyby chociaż można było się rozgrzać w pokoju hostelowym, ale hostel nie jest ogrzewany, jest w nim również bardzo zimno.
Hostel YHA, w nim się zatrzymałam.
Może nie tak, jak w svag, ale wchodząc do pokoju czuje się powiew bardzo zimnego powietrza. Trzeba spać w kangurce nałożonej na piżamę i w skarpetkach. Niektóre współlokatorki śpią w polarach, Chinki mają puchowe śpiwory (one mają zawsze z sobą bardzo dużo bagaży, chyba ich limit nie dotyczy), ale w skarpetkach wszyscy śpią regularnie.
Nasza jadalnia w YHA
Najważniejsze, że byłam na Kings Canyon i na Uluru, to były dla mnie dwa najważniejsze miejsca, które bardzo chciałam w Australii zobaczyć. Teraz już spokojnie będę zwiedzała miasta, które od dawna mnie interesowały. Mam nadzieję, że będzie robiło się coraz cieplej. I pomyśleć, że teraz w Polsce są upały!
Tutaj się wypoczywa, rozmawia lub gra w ping-ponga. Wszystko lśni czystością.
Autobus Greyhound z Alice Springs do Adelajdy wyjeżdżał o g.10.30, spokojnie się wyspałam, bez włączania budzika, zjadłam śniadanie i zamówioną przez recepcję taksówką za 8 $ dojechałam z bagażami na terminal autobusowy. Tak lubię.
W Adelajdzie jest dużo parków. Czyż nie pięknie maszerują te ptaki?
Najgorsza dla mnie opcja jest wtedy, gdy muszę nastawiać budzik na 4 lub 5 godz. rano, żeby zdążyć na dworzec lub lotnisko. Uważam, że tak wczesne zrywanie się z łóżka jest wbrew ludzkiej naturze. Po to stwórca Ziemi wymyślił dzień i noc, że jak jest ciemno, to się śpi, a wstaje, gdy na Ziemi zrobi się jasno.
Pan karmiący ptaki nie jest Polakiem, ale wiedzę o Polsce ma dużą
Następną noc spędziłam w autobusie, ponieważ z Alice Springs do Adelajdy jest bardzo daleko, 1535 km. Jedzie się ponad 20 godzin z kilkoma 15-minutowymi przystankami i jednym dłuższym na gorący posiłek (ponad godzinę). Bilet autobusowy kosztuje 190 $ australijskich.
Droga do Adelajdy
Podróż z Northern Territory do South Australia jest atrakcyjna, być może nie dla wszystkich, ale nawet setkami kilometrów ciągnące się bezkresne połacie czerwonej australijskiej ziemi, z rzadka porośniętej krzewami i karłowatymi drzewami, nie znudziły mnie. Na szosie tłoku nie ma. Nikt tutaj chyba nie wie, co to są korki samochodowe.
australijski krajobraz interioru
Po drodze mijaliśmy ludzkie osady i małe miasteczka i to mnie zadziwiało, jak ci ludzie żyją w takim oddaleniu od całego świata. Widocznie tak lubią. Pierwsi imigranci zaczęli przybywać do Adelajdy z Anglii. Na tym terenie zamieszkiwali Aborygeni z plemienia Kaurna. Anglicy utworzyli tu pierwszą osadę przybyszów z Europy.
Na przystankach wszystko jest w jednym miejscu, benzyna, sklep,bank, poczta, bar.
Ludzie Kaurna nazywali tą ziemię Krainą Czerwonych Kangurów. Europejczycy nazwali ją, Adelajde, od imienia żony ważnej osoby. Taka wówczas była moda, że miastom nadawano imiona zasłużonych ludzi, ich żon lub kochanek.
Niby nic wokół nie ma, a jednak ludzie tu wsiadają i wysiadają. Życie bowiem jest wszędzie.
To byli pierwsi prawdziwi imigranci, przybywający tu z nadzieją na lepsze życie, a nie zsyłani do Australii przestępcy, jak to było w innych miastach, np. w Sydney. Potem przyjeżdżali jeszcze tutaj ludzie z różnych krajów, prześladowani za swoje poglądy polityczne lub religijne lub uciekający przed wojną.
Te skupione punkty usługowe służą głównie mieszkańcom, pasażerom przy okazji.
Do emigracji na Antypody zachęcano nie tylko Anglików, ale również mieszkańców innych państw europejskich. Najwięcej przybyło tutaj imigrantów z Niemiec (od 1842r). Potem, w połowie XXw przybywali tu Włosi, Grecy i Polacy, a w latach 60-tych XXw zaczęli masowo się tutaj osiedlać imigranci z krajów azjatyckich. Oczywiście, podobnie  jak w innych krajach i miastach, jest tutaj spora dzielnica Chinatown.
Ludzie wtopili się tutaj w przyrodę. Dostosowali się, bo są w mniejszości. Jest dziko.
Angielski pułkownik Wiliam Light stworzył to miasto. Miejsce wybrał ładne, na wzgórzach w pobliżu rzeki Torrens. Miasta zawsze powstawały w pobliżu rzek ze względu na ujęcia wodne. Nieraz te rzeki sezonowo wysychały ze względu na bardzo wysoką temperaturę. W Europie, gdy jest 35oC, to klęska upałów. Tutaj bywa i 50oC.
W Adelajdzie dużo jest solidnych, kamiennych domów.
Australijskie miasta są charakterystyczne. Powstawały na zupełnie pustym terenie, budowane od zera. Plany miast tworzono przeważnie na podstawie kwadratu z ulicami przecinającymi się pod kątem prostym. Wszystko równo, pod sznurek i na Krzyż.
Factory, Adelajda
Zawsze w planach uwzględniano tereny zielone w formie zadrzewionych pasów i parków w różnych częściach miasta. Domy budowano parterowe. Jedynie kościoły były kiedyś wysokie..
Stadion sportowy, Adelajda. Gościli tutaj Olimpiadę w 2000r
Teraz budują niskie kościoły, przestronne, takie trochę puste, bez wyrafinowanej stolarki, bez skomplikowanych szczegółów w ołtarzach. Adelajda jest bardzo zielonym miastem. Ma mnóstwo parków, większych i mniejszych skwerków, zadrzewione ulice i ogród botaniczny. Jest tutaj bardzo dużo kościołów różnych wyznań.  
Pamiątka po Olimpiadzie
Zachęcając ludzi do zasiedlania terenów South Australia, gwarantowano im wolności osobiste i religijne. Przybywali więc do Adelajdy ludzie różnych wyznań i budowali swoje kościoły anglikańskie, protestanckie, katolickie, buddyjskie, islamskie i inne. Nie ma nieporozumień na tle religijnym. Panuje pod tym względem całkowita tolerancja.
Kościół Greko - Ortodoksyjny, Adelajda
Adelajda słynie też z dobrego wina. Winnice w okolicy Adelajdy założyli Niemcy. To oni przywieźli w XIXw na australijską ziemię pierwsze sadzonki winorośli, uznając ten klimat za właściwy dla plantacji winnic. I się nie pomylili.
Biały kościół Anglikański na końcu małej uliczki
Winnice znajdują się 60 km od miasta Adelajda i stały się atrakcją turystyczną, dokąd obecnie organizowane są wycieczki. Miejsce to nazywa się Barossa Valley i zostało po raz pierwszy odkryte również przez budowniczego miasta,  pułkownika Wiliama Lighta, ale miasteczko Bethany w Barossa Valley i winnice to stworzyli już Niemcy.
Wina stoją na ścianie od strony ulicy. Piecyk elektryczny. Pod wieczór będzie tu dużo ludzi.
Wina z Barossa Valley pod nazwą Salters, Jacobs czy Tolleys są bardzo znanymi na świecie markami i winnice do dnia dzisiejszego prosperują znakomicie. Niemców było w Barossa tak dużo, że utworzono dla ich dzieci szkołę niemiecką oraz wydawano niemieckojęzyczną gazetę.
St.Peter,s Catedral, Adelajda
Barossa przeżyło też swoją „gorączkę złota”. W 1860r  znaleziono tam w pobliżu rzeki  całkiem pokaźne ilości tego szlachetnego kruszcu. Świat szybko się dowiedział o tym złocie i do Barossa przyjechało 4 tysiące poszukiwaczy złota. Miasto się rozwinęło. 
W katedrze Pan Jezus jest czarny
Powstały, jak zawsze w takiej sytuacji, hotele i bary, sklepy kolonialne i rozwinęły się różnego rodzaju usługi. Poszukiwacze wygrzebali wszystko, co się tylko dało, do ostatniego okruszka i koniunktura się skończyła. Wrócili do swoich domów, a mieszkańcy Barossa doszli do wniosku, że winnice, to pewniejszy interes i wrócili do pracy na swoje pola i do produkcji win.
Urocze miejsce. Wiele jest takich w Adelajdzie.
Zauważyłam, że wśród turystów w hostelu YHA, przeważają Niemcy. Sporo jest Francuzów, dużo Azjatów, ale najwięcej jednak Niemców. Nie spotkałam tu jeszcze Polaków, ale z pewnością są. 
Arkady w Adelajdzie są piękne i ogromne wewnątrz
Przez mój pokój przewijają się tylko Niemki i Azjatki. Przeważnie jadą do Alice Springs, czyli poruszają się w odwrotnym kierunku, niż ja. Od Sydney do Darwin. Mają fajnie, bo zajadą do Darwin i będą miały lato. Ja jadę w zobaczyć zimę w Sydney.
Kawiarnie i pijalnie czekolady mają ustawione stoliki w przeszklonym holu
Najbardziej suchym miesiącem w Adelajdzie jest luty, a najbardziej deszczowym  czerwiec. W Australii klimat i pogodę trzeba rozpatrywać na każdy region osobno, bo są ogromne różnice klimatyczne w kraju. Adelajda ma klimat śródziemnomorski.
Zaszalałam. W pijalni czekolady uraczyłam się churros i gorącą czekoladą.
Zima jest tutaj deszczowa i chłodna, a lato suche i upalne. Podczas mojego pobytu (druga połowa lipca) niemal każdego wieczoru padał deszcz. Dnie były bez deszczu, często słoneczne, ale chłodne, jak u nas w Polsce we wrześniu. Na moje szczęście nie było tak przenikliwie zimno, jak w Alice Springs. Spacery były przyjemne.
Bloki mieszkalne w Adelajdzie są kolorowe i często przeszklone na zewnątrz
W zasadzie, w obecnych czasach, w hostelach zawiera się mało znajomości, nawet w porównaniu z 2009r, kiedy to podróżowałam po Azji Środkowo-Wschodniej. Młodzi ludzie nie widzą, nie słyszą, nie śmieją się, nie rozmawiają nawet między sobą.
Adelajczycy lubią kolorowe murale. Jest ich dużo w mieście.
Uwiązani są słuchawkami do komórek, wpatrzeni w tablety, laptopy i świat poza tymi urządzeniami dla nich nie istnieje. Nawet przy jedzeniu w stołówce. Są niewyspani, bo do późnej nocy wpatrują są w swoje urządzenia. O której godzinie w nocy bym się nie obudziła, na łóżkach z boku i powyżej świecą się światełka ekranowe komórek.
Taki gotowy dom można kupić i zawieźć na działkę. Jest kuchnia, salon, sypialnia i łazienka.
Zwlekają się z łóżek  między godziną  11, a 12 w południe i pierwsze, co robią, włączają swój sprzęt, który ładował się podczas ich snu. Oni chyba nie mają czasu zwiedzać miejsc, do których przyjechali. Jakiś cel muszą jednak realizować, skoro podróżują.
Wejście do China Town. Nie ma chyba miasta na świecie, żeby nie miało chińskiej dzielnicy.
Mimo to poznałam trzy miłe Azjatki. Jedną z Hongkongu, jedną z Malezji i Japonkę. Ta z Malezji ma na imię Lin i pomogła mi potem w trudnej sytuacji, wymagającej interwencji.
Tutaj należy się tylko cieszyć, bo pracują  w weekendy, gdy w mieście wszystko zamknięte.
Otóż mój wykupiony w Darwin, w World Backpackers Travel (u tego sympatycznego Patryka, co go tak wychwaliłam) pakiet na podróż, na wszystkie środki transportu, tour  i hostele, zawiódł w pewnym momencie.
Piwo zamknięte na kłódkę. Nie mogłam powstrzymać śmiechu prosząc o nie przy kasie.
Z trzech Azjatek, właśnie Lin była tą, która jechała do Melbourne tego samego dnia i tym samym pociągiem, co ja. Nie wiem czy już pisałam, ale w hostelu wisi taka kartka na tablicy, na której wpisuje się (kto chce oczywiście, przymusu nie ma) nazwisko i imię, numer swojego pokoju, datę wyjazdu, z którego dworca autobusowego, kolejowego lub lotniska i o której godzinie.
Po bokach różni sprzedawcy jedzenia, a stołówka jedna, ogólna.
Potem się patrzy, czy ktoś wpisał takie same dane i razem się jedzie taksówką na terminal, dzieląc koszty między siebie. Wpisów było sporo, ale okazało się, że tylko my dwie wpisałyśmy takie same dane, więc razem pojechałyśmy na dworzec, co o 50% obniżyło nam koszty taxi.
W jakiej części świata bym nie była i tak jestem skazana na rice and chicken. Ale lubię to.
Na terminalu kolejowym bagaż główny nadaje się, jak na lotnisku i również nie może on przekraczać 20 kg. Jeśli przekracza, trzeba dopłacić. Mój ważył 18,7 kg, uff ! Po nadaniu bagażu poszłyśmy jeszcze na kawę, a gdy otworzono gate, wpuszczano nas na peron po okazaniu biletu, na którym wpisywano numer siedzenia. Mnie zatrzymano w przejściu, bo powstał problem z moim biletem.
Stołówka hostelowa. Ja i trzy sympatyczne Azjatki. Z Malezji, Hongkongu i Chin. Z lewej, Lin.
Lin stała przy mnie. Lin, co się stało? Niech tobie powiedzą, bo ty znasz angielski. Okazało się, że nie mam opłaconego biletu. Jak to? Zdziwiłam się i wystraszyłam jednocześnie.
Po śniadanku, przy kawie przeglądam mapkę atrakcji do zwiedzenia
Przecież zapłaciłam za wszystko razem, mam tu kwit. Kwit kwitem, ale pieniądze z World Backpackers Travel nie zostały przelane na rachunek linii kolejowej  i trzeba po raz drugi zapłacić za bilet 79 $, bo inaczej nie pojadę.
Uczelnia Artystyczna, Adelajda
Biegiem z powrotem do budynku, do kasy biletowej. Szczęście, że miałam gotówkę i nie musiałam szukać bankomatu, przy którym moja karta często zawodzi. Jedne bankomaty dają mi pieniądze, a inne nie dają. Działają wybiórczo. Nigdy nie wiadomo, jak się dany bankomat zachowa. Taką nerwówkę mi tu często fundują.
Adelajda, miasto przyjazne dla ludzi. Jest gdzie spacerować i gdzie spocząć na chwilę.
Starszy pan w kasie wstukiwał jednym palcem do komputera moje dane, a ja przestępowałam z nogi na nogę z niecierpliwości, że mi pociąg odjedzie. Lin cały czas była przy mnie, żeby szybko po angielsku reagować na sytuację i odpowiadać na ewentualne pytania.
Samoobsługowa Informacja Turystyczna. Bierze się mapki i foldery z szufladek.
Również ryzykowała, że pociąg ją zostawi. Nasze bagaże główne były już w wagonie bagażowym. Bałam się, że pojadą bez nas. Mundurowy dający batutą znak do odjazdu, czekał na nas i nie dawał tego znaku maszyniście, dopóki nie wróciłyśmy z biletem. Wpisał mi numer siedzenia 35 i ruszyliśmy w podróż.
Deptaków w mieście jest kilka. Wszystkie bardzo uczęszczane przez mieszkańców i turystów.
Miałyśmy dużo czasu na rozmowę. Pokazałam jej papiery z World Backpackers Travel z Darwin i wizytówkę Patryka z numerem telefonu. Zadzwoniła do nich z komórki (właśnie w takich i podobnych sytuacjach nagłych, komórki są bardzo przydatne) opowiedziała, co się stało i podyktowała mój e-mail, na który zobowiązali się do mnie napisać, gdy wyjaśnią sytuację.
W Adelajdzie chodzi się na wprost i na skos skrzyżowania. Dla mnie, to nowość.
Nic innego w tej sprawie nie mogłyśmy zrobić, znajdując się w pociągu. Trzeba czekać i mieć nadzieję, że sprawa zostanie załatwiona korzystnie dla mnie. Że też nic nie może normalnym trybem się toczyć, tylko muszą dotykać mnie takie niespodziewane i nieprzyjemne przypadki psujące mi humor i zabierające mi czas na ich rozwiązanie.
Czy to nie urocze? siedzą tak często. Wyglądają, jak zapisana kartka zeszytu nutowego
Wracając do tematu Adelajdy, muszę wspomnieć o życiu w hostelu YHA, bo to obrazuje życie i obyczaje danego kraju. Otóż toczyło się ono spokojnie, chociaż było urozmaicone. Na ogromnej tablicy w holu wypisane było kredą, co w każdy dzień tygodnia hostel proponuje swoim lokatorom.
Konie w ubrankach, bo przecież zima w Australii
Były  wycieczki po mieście z wolontariuszami, BBQ, wycieczki do konkretnych miejsc turystycznych, historycnych i rekreacyjnych proponowane przez hostel, jakieś spotkania integrujące, zajęcia dla dzieci, bo sporo rodzin z dziećmi wybiera hostel na pobyt w mieście.
Widok z mostu. Oba brzegi rzeki ładnie zagospodarowane.Po rzece pływają łódki.
Jednego wieczoru urządzano przyjęcie świąteczne. Do dzisiaj nie załapałam, o co właściwie chodziło. Wróciłam z miasta, a tu słyszę kolędy w wykonaniu Elvisa Presleya i innych piosenkarzy z tamtych pięknych czasów lat 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku.
Przygotowania do świątecznego wieczoru w naszym hostelu
Bardzo lubię słuchać kolęd w wykonaniu tych świetnych piosenkarzy, sama mam je nagrane w laptopie, ale słucham je tylko w grudniu i w styczniu, a nie w lipcu. Co jest grane? Pytam chłopaka hostelowego uwijającego się z innymi przy dekoracjach w sali jadalnej. Będzie przyjęcie świąteczne, mówi i się śmieje. Mary Christiams!
Adelajda, piękny most z 1889r
Sala pięknie udekorowana, stoły zestawione i okryte białymi obrusami, dziewczyny i chłopaki rozkładają talerze, wnoszą różne potrawy, a każdy z nich ma na głowie czerwoną czapeczkę świętego Mikołaja. 
Również w szczegółach i symbolach. Pod każdą lampą na moście jest takie logo.
I te piękne kolędy w tle. Bardzo nastrojowo się zrobiło. No proszę, takie tu mają pomysły. Codziennie coś dla mieszkańców hostelu było organizowane.
Z pewnością ZOO w Adelajdzie jest ciekawe.......
Oczywiście nic za darmo, bo wszystko kosztuje i wymaga pracy, ale opłaty były naprawdę symboliczne (np. BBQ, 5$ od osoby) i kto  miał ochotę mógł w tym uczestniczyć. Trzeba tylko wcześniej wiedzieć, czytać te ogłoszenia na tablicy i zawczasu wpisać się w recepcji na listę oraz uiścić opłatę. Ja wcześniej o tym nie wiedziałam, więc nie uczestniczyłam w tym.
...ale cena biletu zwaliła mnie z nóg.Toż to 100 zł polskie! Widzicie mnie w szybie?
W australijskich hostelach YHA śniadań w cenie nie ma. Jest duża kuchnia i w niej wszystko co niezbędne, aby sobie posiłki przygotować i produkty spożywcze przechowywać. Ale na tablicy było napisane, że w poniedziałki od godz.8.oo am do 9.oo am można dostać gorące placuszki panacake za darmo.
Odpuściłam sobie ZOO i skupiłam się na Ogrodzie Botanicznym. Rozłożysty figowiec.
Ja nigdy nie schodziłam do stołówki przed g. 9.oo rano, bo nim wstałam, wzięłam prysznic, ubrałam się, zebrałam z tym swoim sprzętem fotograficznym, zapakowałam plecaczek na cały dzień zwiedzania, itd. zawsze już było po dziewiątej. Raz się jednak pofatygowałam, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście. I rzeczywiście.
Wstęp do Ogrodu Botanicznego jest za darmo
Chłopak hostelowy stał przy kuchence i smażył równiutkie, chrupiące, okrągłe placuszki, a chętni w kolejce czekali już na nie z talerzem w ręku. Do placuszków był podany cukier trzcinowy lub syrop klonowy, co kto lubi. Świetna sprawa.
Czasami trzeba trochę sobie posiedzieć na ławce, odpocząć i poobserwować
Jadło się, ile się chciało, placuszki nie były wydzielane na sztuki. Chłopak cały czas je smażył do g.9.oo, po czym sprawnie wszystko sprzątnął i po śniadanku. Komu się nie chciało zwlec wcześniej z łóżka, tego placuszki nie doszły.
W Ogrodzie Botanicznym jest dużo egzotycznych drzew, krzewów, roślin i ptaków.
Pilnowano również porządku w produktach żywnościowych turystów i bardzo dobrze, bo inaczej to by ogólny chlew się zrobił w tych szafkach i lodówkach. Sposób dyscyplinowania mieszkańców jest taki sam we wszystkich hostelach w sieci YHA.
To jest bardzo stary, piękny budynek z historią
Na każdej torbie czy pojemniku z jedzeniem musi być nalepiona specjalna naklejka z nazwiskiem, numerem pokoju i datą, kiedy się hostel opuszcza. Gdy po tej dacie torba z jedzeniem nadal stoi, zostaje to wszystko przejrzane i co się nadaje, odkładane jest do specjalnego kartonu, a reszta jest wyrzucana. Półki są regularnie myte.
Opisano jego historię na pamiątkowej tablicy
Ten specjalny karton, to jest na dobre jedzenie, które już właścicielowi nie jest potrzebne, bo wyjeżdża i nie chce tego z sobą zabierać oraz na to dobre, zostawione przez właściciela, który wyjechał i po sobie nie sprzątnął. Pracownicy przed wyrzuceniem, to co jeszcze dobre, tam właśnie wkładają. Ktoś, kto nie ma już co jeść, może stamtąd sobie zabrać, co potrzebuje lub uzupełnić swoje braki.
Australijczycy schładzają się po upalnym lecie i mimo zimna, wolą siedzieć na zewnątrz
Ja uzupełniłam swoje braki i dobrałam sobie z kartonu sos ostro-kwaśny w saszetkach, gdy moja potrawa była taka jakaś bezsmakowa, ale też do kartonu odłożyłam trzy swoje produkty, które były dobre, ale nie miałam już na nie ochoty. 
Murali tu nie mniej, niż w Meksyku
Trzy pączki z dziurką zniknęły w oka mgnieniu, nim zdążyłam do stołu swojego wrócić. Uważam, że taka wymiana jest bardzo dobra i żywności nie jest wyrzucana do kosza.Trzeba jednak przyznać, że Australijczycy są bardzo wyczuleni na to, co się je, skąd ta żywność pochodzi i jak jest przechowywana.
Bardzo dużo hoteli mieści się w zabytkowych budynkach
Począwszy już od chwili przekraczania granicy ma się tą świadomość. Nie wpuszczą nikogo na teren swojego państwa z jakąkolwiek żywnością z zewnątrz. Skontrolują naprawdę dokładnie, jak na Bali pod względem narkotyków. Mają dużo sklepów i lokali z organiczną żywnością.
Byłam zaskoczona taką instalacją. Mają tu ludzie pomysły...
Wewnątrz kraju wymagają wprost sterylnej czystości tam, gdzie żywność się znajduje. W hostelach ciągle myją te ogromne lodówki. Wyjmują wszystkie produkty na stoły, myją półki, oszklone drzwi i na powrót układają te torby i pojemniki na półkach.
Dojechałam Metrem do końca, bo z ciepłego wagonu lepiej ogląda się miasto
Jeśli jakaś torba nie ma wymaganej naklejki z nazwiskiem i datą zakończenia pobytu, odkładają ją na bok. Gdy właściciel zgłosi, że mu jedzenie zginęło, odda mu się pod warunkiem, że je opisze.Nieświeżą żywność wyrzucają i nie ma dyskusji.
Stacja Kolejowa znajduje się w centrum miasta i jest ogromna
Ścierki do wycierania naczyń są codziennie prane i wykładane czyste. Nad zlewami wiszą pojemniki z płynem dezynfekującym ręce i pojemniki z cienkimi gumowymi  rękawiczkami higienicznymi. Kto woli przyrządzać jedzenie bądź myć naczynia w rękawiczkach, ma je do użytku za darmo. 
Błękitna restauracja ze zdrowym jedzeniem
Na zlewach stoją płyny do naczyń, a gąbki co kilka dni wymieniane są na świeże. Po pobycie w Kambodży, każdy by się takimi sprawami cieszył, jak ja.
Na ulicach sprzedaje się świeżo wyciskane z owoców soki
Turyści myją po sobie naczynia, garnki i patelnie, a pracownicy hostelu kilka razy na dzień myją blaty kuchni elektrycznych i stołów oraz podłogi. Wszędzie stoją pojemniki na segregowane śmieci tak, że nie trzeba ich szukać, bo zawsze są pod ręką. Każdy wrzuca śmieci według opisu na pojemniku, co tam wrzucić można.
Z kawiarni można kawę kupić bezpośrednio z ulicy
To samo jest z sanitariatami. Bez przerwy widać tam pracowników z wiadrami,  mopami i ścierkami, którzy sprzątają i myją te pomieszczenia. Zarówno kabiny prysznicowe, jak i ubikacje. 
Hostel YHA od frontu
Nigdy nie brakuje papieru toaletowego, ani mydła w płynie przy umywalkach. Elektryczne suszarki do rąk zawsze są sprawne. W tych pomieszczeniach cały czas pachnie świeżością. Tego wszystkiego brakowało mi w Azji.
Jest tak zimno, że musiałam założyć wełnianą czapkę
Czystość jest chyba obsesją Australijczyków. Tutaj wszędzie jest czysto. Na ulicach, w każdych zakamarkach, na tyłach budynków, w nieużywanych częściach podwórek, przy opuszczonych posesjach, na poboczach dróg, na chodnikach.
Organizacja charytatywna rozdaje jedzenie i gorącą kawę zmarzniętym mieszkańcom
Po prostu wszędzie. To chyba jakiś nakaz odgórny, którego nieprzestrzeganie grozi karą, bo nigdzie nie widziałam np. takiej czystości w Chinatown, jak w miastach australijskich.
Smażą jajka w okrągłych obręczach. Wychodzą, jak pękate babeczki
Po ulicach i placach przez cały dzień jeżdżą takie małe elektryczne pojazdy czyszczące, nieraz trzeba im się usuwać z drogi, ale oni muszą sprzątać i nie zwracają na to uwagi czy ludzie są zadowoleni, czy nie, że im się pod nogami kręcą.
Nie obrazili się, że robię zdjęcia, tylko poczęstowali mnie kawą i jajkiem (na rogu, to moje)
Widziałam, jak mieszkaniec wyszedł z wiadrem z wodą i płynem na ulicę i mył ścierką swoją bramę i zewnętrzne żaluzje od okien na parterze. No, czegoś takiego, to ja nigdzie nie widziałam, żeby myć bramę.
Ten Hostel za darmo udostępnia rowery. Kilka takich miejsc w mieście widziałam.
Mieszkańców z Kambodży trzeba by tu przywozić grupami, żeby zobaczyli, jak to się robi, żeby  żyć w czystości i że można, bez dużych nakładów finansowych utrzymywać czystość wewnątrz i na zewnątrz budynków.
W środku miasta stworzyli sobie sztuczną plażę. Dla poprawy humoru zimą, chyba.
Także na ulicach. Tylko wtedy oni by z pewnością nie chcieli już do Kambodży wracać, więc to jest ryzykowna taka nauka.
Wszędzie jest czysto. W budynkach, na ulicach i w innych miejscach publicznych
Podoba mi się u Australijczyków dbałość o szczegóły. W ubikacji, czy to hostelowej czy publicznej, których jest tutaj dużo (i są bezpłatne), zadbano nie tylko o ciągłą czystość, przyjemny zapach (gdy się spuści wodę, słychać takie trzykrotne psyt, psyt, psyt, to się automatycznie włącza odświeżacz muszli klozetowej)
W zaułkah nie zalegają śmieci, tylko są one tak i podobnie wykorzystywane
Ale również o wygodę korzystającego z pomieszczenia. Kabiny są odpowiednio duże, są wieszaki wewnątrz pomieszczeń do powieszenia torby lub kurtki, są nakładki jednorazowe na deski sedesowe i nie ma przypadku, aby zabrakło papieru toaletowego.
Niektóre ulice przypominają mi Nowy Świat w Warszawie
Oszczędza się natomiast na wodzie i prądzie. Woda leci chwilę i sama się zamyka, żeby na próżno nie była wylewana, trzeba ją kilkakrotnie uruchamiać, a światło włącza się po przekroczeniu progu i natychmiast wyłącza, gdy wychodzimy z pomieszczenia.
Ze starej stacji kolejowej Bowden zrobili ciekawą kawiarnię. Pociągi ciągle tu kursują.
Podoba mi się w Australii szacunek dla osoby chodzącej pieszo. Jeszcze dobrze nie dojdę do pasów, lub w ogóle do krawężnika, chcąc wejść na jezdnię, a samochody już się zatrzymują, aż ja na tą  jezdnię wejdę i przejdę na drugą stronę ulicy. 
Wewnątrz małe i duże rodzinne stoły, atmosfera domowa
To się rzadko zdarza, żeby w jakimkolwiek państwie tak dobrze traktowano pieszego. Czasami nie wiem, jak reagować, bo idę sobie spokojnie, pięć razy zdążyłby samochód przejechać, zanim dospaceruję do pasów, a on już się zatrzymuje i czeka na mnie. Niesamowita sprawa.
W dalszej części lokalu siedzi się wśród worków z kawą i cukrem.
Z początku myślałam, że to pojedynczy przypadek, ale przekonałam się, że tak jest zawsze i w każdym mieście Australii. Kierowcy samochodów przestrzegają prawa pieszego do pierwszeństwa. Dziwne to, ale bardzo przyjemne. W ogóle mieszkają tutaj bardzo mili ludzie.
Siedzi się wewnątrz i na werandzie, a na stołeczkach oczekuje się na wolny stolik
Jeżeli tak się nie zachowają, a wręcz odwrotnie, wymuszą pierszeństwo i śmigną Ci koło nosa, aż spojrzysz w dół, aby upewnić się, czy masz jeszcze swoje stopy, bądź pewien,że był to obcokrajowiec w wynajętym samochodzie.
Adelajda Backpackers Hostel
Miasto w większości jest parterowe i ogólnie uznawane za prowincjonalne. Są oczywiście wieżowce i to bardzo, bardzo wysokie i nowoczesne, ale nie jest ich tak dużo, jak w znanych metropoliach europejskich. Adelajda liczy ponad 1.200.000 mieszkańców, to bardzo dużo, ale na co dzień tego nie widać. Ulice często są puste.
Ciekawy architektonicznie budynek
Główną, centralną część miasta spokojnie można obejść pieszo, co też często czyniłam, bo chodząc pieszo, więcej zauważa się szczegółów, na które w innym przypadku nie zwróciłoby się uwagi. Sporo tutaj zabytkowych pokolonialnych budynków. Wiele odbudowanych, ale wiernie oddających styl zabudowy.
College Off The Art, Adelajda
Nie będę opisywała poszczególnych obiektów, ale na zdjęciach pokażę te interesujące pod względem architektonicznym, bądź pod względem użyteczności publicznej, usługowej lub artystycznej.
Adelajda,jeden z dziwnych budynków na przedmieściu.Kino.
Samo miasto leży w pewnym oddaleniu od brzegu morza, ale posiada dzielnicę Glenelg, które jest bardzo znanym i lubianym przez mieszkańców i turystów, kurortem. W Adelajdzie nie ma w zasadzie tramwajów. W zasadzie, bo jest jedna jedyna linia tramwajowa łącząca miasto z tą waśnie dzielnicą – kurortem Glenelg.
Kangur, jako symbol Australii,  często gości na murach  budynków
Glenelg oddalone jest od centrum miasta o 12 km. Z Rudle Mall, turystycznej ulicy Adelajdy (deptak) do Moseley Square w Glenelg, jedzie się tym tramwajem 25 minut. Sama jazda z pewnością jest już przygodą.
Kangurów w przyrodzie jest niestety coraz mniej
Nazwa Glenelg pochodzi od nazwiska angielskiego ministra ds. kolonizacji, bo jak już wspominałam, nazwy miast i różne inne nadawano od nazwisk znanych ludzi. Pan Glenelg był ważną osobistością w ówczesnej Anglii, zajmował się kilkoma resortami, w tym kolonizacją zamorskich krajów, więc został upamiętniony na Antypodach.
Kamienne domy i kościoły pięknie się komponują z naturalną przyrodą
Glenelg było tym miejscem na kontynencie australijskim, na którym w 1836r  po raz pierwszy postawili stopę ludzie przybyli na kontynent i osiedlili się pierwsi koloniści. Historyczny kawałek ziemi. Kolonię brytyjską proklamowano tutaj 28 grudnia 1836r.
Malowidła wkomponowane w stare i nowoczesne budowle rozweselają miasto
Przed Glenelg Brytyjczycy byli już w pobliżu, na Wyspie Kangura. Na kontynencie wylądowali po raz pierwszy właśnie w Zatoce St.Vincent w 1836r, w miejscu, gdzie obecnie rozciągają się plaże i znajduje się wiele hoteli i restauracji. 
Adelajda niemal prowincjonalna, ale śliczna.
To teraz komercyjne miejsce, ale można tam oglądać tańce delfinów i piękne zachody słońca.
Nie pojechałam tam, ponieważ teraz jest zima, a Glenelg atrakcyjne jest jedynie latem. Plaża otoczona jest wieżowcami, co bardzo ładnie wygląda na pocztówkach, ale w naturze wolę w pobliżu plaż niską zabudowę.
Wielki ptak na Riverbank Bridge otwartym w zeszłym roku. Nowa atrakcja miasta.
Biznes odegrał tutaj chyba swoją rolę, bo mieszkania w takich wieżowcach z widokiem na morze, zatokę, żaglówki itp. Można o wiele wyżej wycenić i korzystnie sprzedać. Myślę, że Adelajdę lepiej jest jednak zwiedzać latem, co bardzo polecam, ponieważ to bardzo przyjemne i interesujące miasto.
Z Roy Rene,znanym komikiem australijskim z lat 20-30-tych XXw, na Hindley Street

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz