Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

czwartek, 2 lipca 2015

Indonezja - promem do Makassar



Tym ogromnym promem popłynę do Makassar
Prom na  Celebes, do Makassar odpływał z Labuan Bajo dopiero o g.15.00, miałam więc sporo czasu, aby spakować się po śniadaniu (zazwyczaj robię to dnia poprzedniego, ale skoro mam tyle czasu…), wziąć jeszcze prysznic i wypić kawę. Pokój musiałam zdać najpóźniej o g.12.oo.Widziałam już dziewczyny, które na ten pokój czekają, szef je przyprowadził, aby sobie go obejrzały, ale uprzedził, że dopiero o 12.oo będzie wolny, więc się nie spieszyłam, żeby za długo potem w porcie nie czekać.
Narazie czekam cierpliwie w poczekalni i wypatruję jakiegoś turysty
Z hotelu do portu mam 5 minut drogi pieszo. Po drodze wstąpiłam do warungu i zjadłam obiad. Nigdy tu jeszcze nie jadłam. Tam gdzie chodziłam, trzeba się było zazwyczaj wspinać wysoko schodami, bo to były restauracje z widokami w bonusie. Teraz byłam z bagażami, więc weszłam do pierwszego lepszego na parterze, ale jedzenie było świeże. Kupiłam też dużą butelkę wody, ale nie wypiłam nawet połowę, jak ją potem zgubiłam gdzieś przy wchodzeniu na prom.
Znaleźli się turyści! Najpierw Jessi  z Kanady (z prawej), potem Grzegorz z wujkiem z Polski.
Pływałam już promami, co opisywałam w poprzednich postach, więc myślałam, że takim właśnie promem popłynę. Zaskoczenie było spore, gdy zobaczyłam kilkupiętrowy, ogromny statek. Najpierw przyszłam do portu, dopytałam, do której rampy ten mój prom podpłynie, żeby odpowiednio się ustawić z bagażami i czekać. Pan powiedział, że mam czekać tutaj, gdzie ludzie, bo oni wszyscy płyną do Makassar.
Oto "Wilis", na którym spędzę trzy dni. On cały nie mieści się w kadrze!
Ludzi siedziało w poczekalni dużo, a część jeszcze okupowała murki na zewnątrz. Mieli z sobą ogromne torby, kartony, reklamówki. To typowe dla Azjatów. Zawsze podróżują z dziećmi i z kartonami. Rozejrzałam się po wszystkich w sali szukając wzrokiem jakiegoś turysty. Nikogo takiego nie było. Wyszłam na zewnątrz, obeszłam portowy budynek i nic. Sami tubylcy. Zawsze czuję się raźniej, gdy mam świadomość, że jadą lub płyną ze mną inni turyści.
Już my i nasze bagaże jesteśmy razem i tak zostanie do końca podróży
No to się pięknie urządziłam, pomyślałam sobie i natychmiast przypomniały mi się wszystkie wypadki indonezyjskich promów, o których słyszałam lub czytałam w internecie. Dlatego turyści nie pływają tymi promami. Trudno, nie mam odwrotu, płynę. Dochodziła godz.15.oo, ale nic się nie działo, promu nie było, ludzie spokojnie siedzieli lub leżeli na ławkach i drzemali, dzieciaki biegały przed budynkiem. 
Na początek zajęliśmy te materace, ale chłopaki poszli szukać czegoś lepszego
W pewnym momencie zobaczyłam dużego, rosłego blondyna, który zdążał prosto w moją stronę, ale był bez bagaży, to chyba nie turysta. Podszedł i zapytał, czy płynę do Makassar? Bo on tu nikogo z turystów nie widzi, więc może ja? Bo on tam płynie. A jednak! No właśnie. O tym samym cały czas myślę od pół godziny! Cieszę się, że również płyniesz. To był Jessi z Kanady. Ale mi ulżyło! 
Przenosimy się na III poziom. Grzegorz załatwił dla nas kabiny
Nie będę taka zupełnie sama, wprawdzie nie znam języka, więc nasze rozmowy będą lakoniczne, ale zawsze będzie raźniej. Usiądziemy obok siebie, popilnujemy swoich bagaży w razie potrzeby, wypijemy piwko w swoim towarzystwie i będzie ok. Płyniemy przecież trzy dni!
Cała kabina dla mnie! w kabinie obok jest Grzegorz z wujkiem. Jessi wyżej,  u Vipów.
Jessi poszedł po swoje bagaże, a wrócił z jeszcze jednym młodym mężczyzną, którego spotkał po drodze. To Sofia, też z Polski, powiedział do niego. Przywitaliśmy się. Ale mam farta! Nie dość, że płyną turyści, to na dodatek też z Polski! Bardzo mi to ułatwi sytuację na promie i cieszę się, że mogę swobodnie rozmawiać z kimś w swoim języku.
Ostatnie spojrzenie na Port Labuan Bajo i płyniemy
Młody Polak, to Grzegorz. Podróżuje z wujkiem. Są z Poznania. Wujek też niebawem do nas dołączył i zrobiło się swojsko. Było nas już czworo turystów płynących do Makasar i ta ilość się już nie zmieniła. Troje Polaków i jeden Kanadyjczyk. Grzegorz płynnie mówi po angielsku. Jest inżynierem, pracował za granicą i długo go w Polsce nie było. Przyszedł moment, że rzucił pracę i postanowił pojeździć trochę po świecie. Są już kilka miesięcy w podróży. Potem wybierają się z wujkiem do Japonii.
Płyniemy
Jessi również już długo podróżuje, chce objechać cały świat. Pokazał nam w internecie komórkowym mapkę, jaką sobie sporządził. Czerwona linia przebiega na tej mapce po krajach, które już odwiedził. Imponująca długość linii. Z Makassar pojedzie do Jayapury na Papuę, a potem do Chin. Powiedziałam, że ja też tam się kieruję, bo z Jayapury są podobno połączenia lotnicze do Sorong, a stamtąd płynie prom do Waisai, skąd już jest całkiem blisko do tej ślicznie położonej miejscowości, Raja Ampat.
Zwiedzam statek na górze
Grzegorz ostudził mój zapał dla Raja Ampat, bo to rzeczywiście ładne tropikalne miejsce, ale nie o tej porze roku. Będę rozczarowana. Skoro masz zamiar lecieć do Australii, to kieruj się tam od razu, poradził. Zapytałam Jessiego, co takiego ciekawego jest w Jayapurze, że tam jedzie? może poprzestanę właśnie na tym miejscu? Jessi z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że nie wie. To dlaczego tam jedziesz? Żeby czerwona linia na mapce objęła też Papuę. Rozbawił nas ten Jessi. Ludzie tak nieraz podróżują. Bez określonego celu. Podróż sama w sobie jest dla nich atrakcją i tak jest z Jessim. Podobnie, jak ze mną.
Niby nie wolno, ale panowie pozwalają mi na chwilę tu zostać i robią mi zdjęcie
Mam problem, bo muszę chyba zmienić plany. Dotarcie do Raja Ampat, to zmiana kilku środków transportu, kilka przesiadek i związane z tym koszty. Skoro teraz cały czas tam leją deszcze, a jedyną atrakcją Raja Ampat jest przecież plaża i morze, to rzeczywiście szkoda czasu i pieniędzy na pokonywanie tylu trudności, aby tam dotrzeć.
Dostaliśmy jedzenie, wodę i soczki. Mam kontakt! mogę ładować swój sprzęt.
Zostanę parę dni w Makassar i się zastanowię, co dalej. Na terenie Indonezji mogę przebywać tylko do 16 lipca. Żeby lecieć do Australii i tak trzeba wrócić na Bali. Z Makassar na Bali płynie prom, ale tylko 1 lipca, potem dopiero za dwa tygodnie, to już po terminie mojej wizy. Jeszcze się zastanowię nad Papuą. Podobno z Jayapyry latają samoloty do Australii. Muszę to sprawdzić, ale od tygodnia nie mam dostępu do internetu. Ot, dylematy podróżnika. Poproszę Grzegorza, żeby sprawdził to w swoim internecie, komórką.
Tak zapamiętale pisałam na laptopie, że nie zauważyłam, że to już Bima.
Była już g.16.00, a my nadal siedzieliśmy w porcie czekając na prom. Pracownik portu z komórką przy uchu powiedział nam, że prom mija już właśnie wyspę Komodo i niebawem powinien zawinąć do portu w Labuan Bijo. No, pięknie. Azjatyckie poczucie czasu ma swoją specyfikę. O g.17.00 zobaczyliśmy płynący w naszym kierunku prom. Ludzie ze swoimi pakunkami zgromadzili się w miejscu, gdzie prom miał zacumować.
Pochowałam wszystko i wyszłam na pokład
Miejsca są chyba numerowane? Zapytałam, nie rozumiejąc dlaczego ludzie się tak cisną. Chłopaki roześmieli się. Miejsca? Tam nie ma miejsc, bo tam się nie siedzi. O rany! zdziwiłam się, to się stoi trzy dni i dwie noce? A może siedzi się na podłodze? Leży się na materacach, powiedział Grzegorz. Cisną się, bo każdy chce znaleźć dla siebie jak najlepsze miejsce. Prom podpłynął i zaczęli z niego wychodzić pasażerowie, którzy przypłynęli do Labuan Bajo.Jedni wychodzą, następni wchodzą. Nie ma sprzątania. Tak to wygląda.
Bima, to jedyny przystanek na trasie do Makassar
Nie było tak, jak na Filipinach. Nie nadawało się bagażu na kwit, marynarze nie chowali naszych bagaży do luku. Każdy wchodził z wszystkimi swoimi bambetlami na prom i ustawiał je obok materaca, który udało mu się zająć.Trzymaliśmy się razem, żeby się w tym tłumie nie pogubić. Ludzie próbowali nas wypchnąć, ale stewardzi stojący przy trapie odgarnęli ich i kazali nam przejść na statek. W ogóle nie wiedziałam gdzie iść. Ludzie rozbiegali się w różnych kierunkach na boki, na dół i na górę. Zorientowani.
Na przystani w Bimie sprzedają jedzenie. Można wyjść i kupić coś.
Grzegorz powiedział, że to ogromna jednostka i łatwo można tutaj się zgubić. Znaleźliśmy się w jakimś ogromnym pomieszczeniu, całym zasłanym materacami. Rzuciliśmy plecaki na pięć wolnych pod rząd, zaczynając od końcowej ściany pod telewizorem. Z przodu i po środku wszystkie już były zajęte, a ludzie ciągle przychodzili.
Wspaniale wszystko widać z górnego pokładu. Mój punkt obserwacyjny.
Wujek stwierdził, że tu będzie dobrze, bo za nami jest otwór ze świeżym powietrzem, blisko jest do toalety i do schodów. Nie trzeba będzie przez ludzi przechodzić Obok telewizora są jeszcze dwa kontakty. Grzegorz z Jessim powiedzieli, abyśmy tu zostali i pilnowali bagaży i tych materacy, a oni rozejrzą się jeszcze za czymś lepszym.
Sporo pasażerów wysiadło w Bimie, ale sporo weszło nowych
Gdy wrócili, okazało się, że Jessi wynegocjował dla siebie kabinę. Grzegorz poszedł dalej szukać. Mówię do wujka, ciekawe ile taka kabina kosztuje. Wujek na to, że chyba nie drożej jak 100 tys rupii. To niemożliwe, mówię, żeby tak tanio bo by więcej osób taką kabinę sobie wykupiło. No, nie może chyba więcej kosztować, niż bilet na całą podróż, upierał się wujek. Dlaczego nie? Pytam, uważam, że może.
Chłopaki zeszli na ląd, bo będziemy tutaj dosyć długo stali
Jessi powiedział, że zapłacił 400 tys.rupi. Bilet promowy do Makassar kosztuje 264 tys. Ale potem dowiedzieliśmy się, że Jessi załatwił sobie z pracownikiem promu jego osobistą kabinę. Może nawet należy ona do samego kapitana? Na pewno do któregoś z wyższych oficerów. Pełen wypas. Jest tam łóżko i kanapa wypoczynkowa, telewizor i lodówka, wentylator, własna łazienka. Spryciarz z tego Jessiego.
Na platformie widokowej ekonomy class. Piętro wyżej, u vipów pusto.
Tymczasem Grzegorz zatrzymał przy schodach śliczną młodą stewardessę i tak ją czarował, dopytywał, przekonywał, że zaprowadziła nas  na poziom z kabinami i dała dwie za darmo. Wróciliśmy do wujka, który pilnował tych materacy z naszymi bagażami i mówimy, że się przenosimy. Opowiedziałam mu, jaki czaruś z tego Grzegorza.
Ciekawy widok dla tych na statku i dla tych, na ziemi
Tym sposobem również mamy kabiny. Jest w nich okno, stolik, światło i kontakty. Są prycze, a na nich materace, a nie same materace na podłodze. Położyliśmy sobie po dwa materace, żeby było wygodniej spać, bo one jakieś takie cienkie są. Gdy już się zakwaterowaliśmy w swoich kabinach, dowiedzieliśmy się, że prom wypłynie z portu dopiero o g.19.oo (planowo mieliśmy wypłynąć o 15.00, a była już 17.00), Grzegorz powiedział, że schodzą w takim razie na ląd i idą do miasta po piwo, bo w bufecie promowym będzie z pewnością bardzo drogie, jeśli w ogóle będzie. Zapytali czy dla mnie też kupić. Oczywiście!
Wyludniło się na peronie. Zostali tylko sprzedawcy jedzenia
Z piwem, to nigdy nic nie wiadomo Jeśli trafi się do lokalu lub marketu znajdującego się w rękach muzułmanów, to piwa się nie dostanie. Tam, gdzie obsługują Indonezyjczycy lub imigranci z innych krajów, piwo jest. Nie wiemy do kogo należy ten prom, poza tym, że nazywa się „Wilis”.Przed zejściem na ląd Grzegorz powiedział, abym dała mu na chwilę swój bilet, to przyniesie mi jedzenie, które mamy zapewnione w cenie, bo widział, że właśnie wydają. No, proszę, jak ja teraz mam dobrze z Polakami. Przyniósł mi pojemnik z kolacją i zeszli na ląd po zakupy.
Zdejmują cumy, chyba wreszcie popłyniemy
Bilet na prom jest jednocześnie talonem na posiłki i trzeba zawsze mieć go przy sobie. Po okazaniu, wydają pojemnik z jedzeniem. Potem, gdy już płynęliśmy, zawsze ktoś  z pasażerów-sąsiadów ofiarował się przynieść mi posiłek, dawałam swój bilet, który mi oddawano wraz ze styropianowym pojemnikiem z jedzeniem. Dlatego ciągle nie wiem, skąd to jedzenie się przynosi. Przynoszą mi po dwa pojemniki dania podstawowego, na które składa się zawsze ryż z kluskami i dwoma kawałkami ryby lub tofu smażonego w cienkim naleśniku oraz dwie małe butelki wody mineralnej. Czasami dodatkowo jest ciasteczko.
Odpływamy z Bimy
Powiedziałam tej uprzejmej kobiecie z małym chłopczykiem, która przyniosła mi rano jedzenie, że ja jestem tu one person, więc jedna tylko porcja mi się należy, ale ona powiedziała, że jest ok. Zajrzałam do kabiny chłopaków, którzy spali po intensywnie spędzonej nocy (szczególnie Grzegorz) i zobaczyłam, że im też przynieśli wszystkiego podwójnie. Przy każdym stały po dwa pojemniki jedzenia, po dwie butelki wody i po jednym ciasteczku. Widocznie tak ma być. Nie upierałam się dalej, zjadłam, co dali.
Bima widziana z promu
Głównie cieszę się z wody. Swoją 1½ litrową butelkę zgubiłam w tym ścisku przy  okrętowaniu się na statek, a zapłaciłam za nią na lądzie całe 5 tys rupii. Zdążyłam wypić może 1/3 butelki. Zaraz na początku, gdy jeszcze warowaliśmy przy materacach, kupiłam w barze taką samą butelkę wody, już za 10 tys rupii. Ceny na statku są podwójne. To było do przewidzenia! Bez wody jednak trudno wytrzymać w tym upale. Dodatkowo ja sporo zużywam wody do gotowania, na kawę i herbatę. Mam tu kontakt, to gotuję.
Młodzi zawsze weseli. Przynieśli swoje materace na zewnątrz. Tu jest czym oddychać.
Cieszę się, że dają tu przy każdym posiłku po dwie butelki. Chociaż małe, ale zawsze to już coś. Trochę pieniędzy się zaoszczędzi. Ile kosztuje piwo, jeszcze nie wiem, bo korzystam z zapasu zakupionego dla mnie przez Grzegorza i Jessiego na lądzie. Jestem teraz panisko. Na jednej pryczy leżę ja, na drugiej moje bagaże. Cała kabina moja, jak pokój w hotelu. Pewnie, że daleko naszym kabinom do komfortu  vipowskiej kabiny Jessiego, ale o niebo lepiej, niż na podłodze ze wszystkimi pasażerami w ogromnej hali, jak stadion sportowy. Mamy tu trochę intymności, chociaż nie za dużo, bo kabiny nie posiadają drzwi.
Wygłupiają się i pozują mi do zdjęcia. Lubią być fotografowani.
Kabiny mamy obok siebie. Grzegorz z wujkiem oraz Jessi, palą papierosy. Co jakiś czas wychodzą na górny pokład na papierosa, a ja wtedy pilnuję plecaka Grzegorza, tego z najważniejszymi rzeczami. Stoi on w mojej kabinie. Gdy ja chcę wyjść, niosę do ich kabiny swój plecak z najważniejszymi rzeczami i idę sobie spokojnie do toalety lub do bufetu. Nie wiem dlaczego kabiny nie posiadają drzwi. Zupełnie tego nie pojmuję.Piwa tu nie sprzedają.
Obeszłam naokoło ten ogromny statek. Z jednej strony są nawet ławki.
Jessi zajął swój apartament, zostawił tam rzeczy i cały czas jest na naszym poziomie  pokładu, w economy class, w kabinie Grzegorza i wujka, lub są na górze i palą papierosy. Ja u siebie piszę, ale trochę kołysze. Przerywam co pewien czas pisanie, gdy niepokoją mnie głuche uderzenia dna statku o coś w morzu. To nie jest zabawne. Myślę w takich chwilach, jak tu się w razie czego ratować. Indonezyjskie promy słyną z tego, że są niebezpieczne. Na górze widziałam tylko dwie łodzie ratunkowe. Nie pomieszczą wszystkich. Może mają gdzieś schowane koła ratunkowe i kamizelki? Nie widać ich.
Wesoła para pasażerów. Poza nami, nie ma tu żadnych turystów.
Nic nam o tym nie powiedzieli, nie poinstruowali co robić w razie niebezpieczeństwa, jak robią to w samolotach. Nie ma żadnych ulotek obrazkowych na ten temat. Późnym wieczorem, gdy skończyłam pisanie na laptopie, ułożyłam się do snu. Lniany plecaczek pod podgłówek, aparat fotograficzny z boku pod ścianą, plecak z laptopem pozamykany na kłódeczki w nogach łóżka. Wszystko przez to, że tych drzwi kabiny nie mają. Przebrałam się w nocny strój i nakryłam pareo. Wentylatora nie ma, ale jest wyciąg, jak w kominie. Wieje.
Sporo dzieci w różnym wieku płynie, nawet niemowlęta.
Nie wyciągałam z plecaka śpiwora, ponieważ gorąco było nawet pod cienkim pareo. Czuję jak schodzi na mnie błogi sen, zaczyna się już nawet coś śnić miłego, gdy tu nagle ryk, który natychmiast postawił mnie na równe nogi. W pierwszym momencie straciłam z tego wszystkiego orientację, gdzie ja właściwie jestem? Co się dzieje? to muezin rozdarł się na cztery głośniki we wszystkie strony świata ze swoim zawodzeniem modlitewnym. No, jak cię mogę, taki ryk w nocy? Na statku? Takie zaśpiewy wzmocnione głośnikami niosą się nad wyraz głośno po całym mieście. Wyobraźcie sobie coś takiego na o wiele mniejszym jednak od miasta, promie. 
To dziecko bardzo ruchliwe i ciekawskie. Mama bez przerwy za nim chodzi.
Chyba wszystkie rekiny pouciekały w popłochu ze szlaku, którym płyniemy. Potem, bo przecież te zaśpiewy muezina powtarzały się przez cały rejs o określonych godzinach, zauważyłam, że to są nagrane na taśmach modlitwy, puszczane na cały regulator przez głośnik na górnym pokładzie. Panowie biegną wtedy sznureczkiem i po drabince wchodzą na górę. Tam jest ich meczet. Rano obudziło mnie pianie kogutów. To ja jeszcze w hotelu jestem? przemknęło mi przez półsenny mózg, spóźniłam się na prom? W „Mutiara Hotel” zawsze piały koguty. Chodziły po całym patio a czasami usiłowały wejść do pokoju.
Zostawiamy za sobą Bimę i bierzemy kierunek na Makassar.
Gdy oprzytomniałam, ucieszyłam się, że nie przespałam podróży i dowiedziałam się, że na promie pasażerami są również koguty! Siedzą pod pokładem statku i pieją, jak zawsze i wszędzie o tej porze. Ot, Indonezja, egzotyczny kraj. Problemem na tym promie są toalety. Znalazłam tylko jedną na niższym poziomie, tam, gdzie ludzie leżą na materacach rozłożonych na dnie pokładu, ciasno obok siebie, jak w szpitalu polowym. Zaduch panuje tam niesamowity, a do ubikacji i prysznica są przez cały czas kolejki. Jedna wąska kabina jest z ubikacją, obok druga z prysznicem. Jak to dobrze, że mamy swoje kabiny!
Na morzu
Gdy poszłam tam rano z ręcznikiem i mydłem, to zobaczyłam dużą kolejkę ludzi, w tym  sporo kobiet z maleńkimi dziećmi. Do południa tu będę stała, pomyślałam i postanowiłam poszukać czegoś innego na własną rękę. Obeszłam górny pokład, jeszcze wyższy, ale nic nie znalazłam, bo na górze mają widocznie łazienki w pokojach, a nie w korytarzach. Przy naszych kabinach też są łazienki z wejściem od pokoju, ale zamknięte i powyjmowane są klamki, żeby tam nikt nie wchodził. Następny znak zapytania. Dlaczego to robią? Tak dużo pasażerów biorą na prom w trzydniową podróż, a łazienki zamykają przed nimi?
Taka długa wspólna podróż integruje ludzi
Wracając do swojej kabiny, natknęłam się na Grzegorza. To Ty już nie śpisz? zapytałam, dopiero siódma rano jest. Ja jeszcze nie śpię, powiedział Grzegorz. To już siódma rano jest? Śmieliśmy się. Grzegorz całą noc spędził z załogą kuchni i obsługą promu. No, nie! Niesamowicie kontaktowy i towarzyski chłopak. Podobno cały czas przegadali, pijąc przy tym różne trunki i najadając się pysznościami (tymi przygotowanymi dla vipów), że Grzegorz obawia się teraz, aby się nie rozchorować z przejedzenia.
Żadne zakazy nie obowiązują. Każdy siedzi gdzie chce, na własną odpowiedzialność.
To teraz, gdy jest dzień, będziesz odsypiał, zauważyłam i nie będziesz nic ciekawego widział podczas rejsu. Grzegorz się uśmiechnął i powiedział, teraz Zofia, to nie będzie nic ciekawego na trasie, tylko wielka woda dookoła. Najciekawsze to było właśnie nocą, w kuchni i pokiwał lekko głową, jakby z politowaniem, że ja takiej oczywistości nie wiem. Powiedziałam mu o kłopocie z łazienką. Problem? Wziął scyzoryk i w sekundzie otworzył drzwi w łazience w mojej kabinie. Kąp się Zofia, tylko zaraz potem zatrzaśnij te drzwi, żeby nikt nie zauważył, że się tu dostałaś, ok? Działał prysznic i działała ubikacja. Byłam szczęśliwa.
Więcej tu pływa towarowych statków, niż osobowych.
Bardzo szybko się wykąpałam, zebrałam wszystko z haczyków i rzuciłam na łóżko, żeby jak najszybciej zatrzasnąć te drzwi. Z tego powodu, że pokój nie posiada drzwi od strony korytarza, wszystko jest widać, co ja tu w swoim pokoju wyprawiam, więc trzeba szybko się uwijać. Potem wyjęłam z plecaka czajniczek elektryczny, zaparzyłam kawę i jeden kubek zaniosłam Grzegorzowi, który jeszcze się nie położył. Po takiej nocy parę łyków gorącej kawy powinno dobrze mu zrobić. Całą noc bowiem pił jedynie napoje zimne.
Mijamy lądy
Jessiego nie było nocą z Grzegorzem w tej kuchni. Poszedł pomieszkać trochę w swoim luksusie i chyba szybko zasnął. Grzegorz musiał jeszcze tylko wysłuchać uwag wujka, który nie był specjalnie zachwycony nocną balangą swojego siostrzeńca, po czym zasnął snem kamiennym. Po śniadaniu i kawie, zapakowałam laptop w plecak i zaniosłam do kabiny chłopaków, którzy już zdążyli zasnąć. Położyłam plecak na łóżko wujka, w zagłębieniu między szafą, a jego nogami, a sama z małym lnianym plecaczkiem z napisem „Cebu” i aparatem fotograficznym poszłam na zwiedzanie pozostałych pięter statku.
Łódka taka, jak na Filipinach, z bocznymi płozami.
Akurat zawinęliśmy do portu w Bima. Z górnego pokładu promowego miałam świetny widok na port, na ludzi czekających na swój rejs i miasteczko w oddali oraz na inne statki cumujące w porcie. Zrobiłam trochę zdjęć. Jeden z oficerów pokładowych pozwolił mi nawet wejść na najwyższy, służbowy pokład, abym robiła zdjęcia. To tam właśnie są te luksusowe kabiny vipowskie i załogi promu. Widziałam złote tabliczki na drzwiach, typu second oficer” itp. W jednym z tych kabin śpi Jessi. Indonezyjska obsługa statku dorabia, jak się da. Skoro trafia się Kanadyjczyk i płaci, żeby wygodnie się wyspać, to czemu nie? 
Część wspólnej sali, gdzie pierwotnie mieliśmy spać.
Na promie już nas wszyscy znają. Pozdrawiają mnie ludzie na każdym poziomie pokładowym. Good morning, Sofia, how are you, Sofia, hello Polandia. W końcu cały statek tutejszych ludzi i tylko czworo cudzoziemców rzucających się w oczy, wśród których większość stanowi Polandia. Wszystkim uprzejmie odpowiadam, uśmiecham się, spaceruję, robię zdjęcia. Niektórzy proszą mnie, aby ich sfotografować, czemu nie? Robię zdjęcie i pokazuję im na monitorze.Cieszą się. Niektórych ja proszę, aby zrobili mi zdjęcie i jest ok. 

Gregorz ze wszystkimi się brata. Towarzyski gość.
Grzegorz odsypiał tą szaloną noc spędzoną w kuchni do samego Makassar. Wujek nie był zadowolony. Na dodatek, gdy dopłynęliśmy do celu, Grzegorz nie mógł się zebrać. Powiedział, że zostaje na statku, aż się lepiej poczuje, a czuł się fatalnie, co wyraźnie było  po nim widać. Wujek się gotował ze złości, ale milczał. Powiedział, że zdany jest na swojego siostrzeńca, bo sam nie zna języka i nie dałby sobie rady w podróży. Musi czekać.
Co oni? w komórki grają? kart nie mają?
Grzegorz to bardzo sympatyczny chłopak, ale tej nocy chyba przeholował trochę. Nie wiem, nie znam go, czy wcześniej mu się takie sytuacje zdarzały. Wujek wie, to może oceniać. Jessi pytał, czy zdecydowałam się na Yajapurę? bo on tam jedzie, a potem do Chin. Nie, ja się nie zdecydowałam. Zostanę kilka dni w Makassar i potem zdecyduję gdzie dalej. Do Chin, to już z pewnością nie, bo Chiny to ja mam w każdym kraju, który odwiedzam.
Widok o poranku
Pożegnaliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę, jak to w podróży. Każdy podróżnik  realizuje swoje plany. Jednak miło było ich poznać. I korzyść wielka. Gdybym płynęła sama, z pewnością nie miałabym swojej kabiny i takich dobrych warunków do pisania, spania i kąpania się. Trzymajcie się chłopaki i realizujcie swoje marzenia.
Makassar. To już koniec naszej podróży.
Pierwsze co zobaczyliśmy w Makassar, jeszcze ze statku, to meczety. Potem dopiero  dowiedziałam się, że nigdzie w mieście nie dostanę piwa. Gdy o nie pytałam, kelnerki  kiwały przecząco głową, rozglądając się wokół w popłochu, czy ktoś nie słyszał mojego pytania. W żadnych marketach też go nie było. No cóż. Co kraj, to obyczaj. Zatrzymałam się w hotelu o tej samej nazwie, jak w Labuan Bajo, Mutiara.148 tys rupii za noc. Taniej tutaj.
Pokój duży, widny z własną łazienką, klimatyzacją i ze śniadaniem.
Ale o Makassar będzie już następny post.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz