Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

wtorek, 7 lipca 2015

Indonezja - Makassar


Brzydszego i bardziej zaniedbanego miasta od Makassar (Sulawesi, Indonezja) już dawno nie oglądałam. Zatłoczone, brudne, szare, bez wyrazu. Z doświadczenia wiem, że nawet w najbrzydszym mieście można znaleźć coś ciekawego, gdy się dobrze poszuka. Byłam optymistycznie nastawiona.
No cóż, najładniejsze co w Makassar zobaczyłam, to te liliowe, wesołe kobiety muzułmańskie.
Może dlatego, że znalazłam dobry, tani, czysty i wygodny hotel. Nazywa się „Mutiara Sari”, podobnie, jak ten w Labuan Bajo, który był bez dodatku „Sari”. Warunki tutaj są o wiele lepsze, mimo, że hotel jest tańszy, niż oba hotele, w których nocowałam w Labuan Bajo. Być może ze świadomości, że mają takie brzydkie miasto, to czymś chcą turystów przyciągnąć?
Gdyby to nie było publiczne śmietnisko, to całkiem ładne miejsce mogło by być.
Przez Labuan Bajo bez przerwy przewijało się dużo turystów, więc i ceny były pod nich ustalane, bo przecież z turysty trzeba wycisnąć, ile się da. W Makassar turystów nie ma, chyba że przejazdem, gdy przesiadają się do Yajapury na Papua, gdzie ja się również wybierałam, ale zmieniłam plany. Hotelarze chcą chyba, aby turyści zostali trochę dłużej u nich i bardziej się starają, ale miasto niestety, nie. Brud, brud i brud dosłownie wszędzie.
Stary statek na tle nowoczesnego wieżowca w otoczeniu śmietnika i ścieków nieczystości
Aż wstyd pokazywać na zdjęciach, ale dlaczego?  w najbardziej atrakcyjnych, historycznych miejscach, jak to ze starym zardzewiałym statkiem z czasów II wojny światwej. Inne miasto już by z tego zrobiło ciekawostkę turystyczną w ładnym, czystym otoczeniu, Australia pobierała by jeszcze opłaty za możliwość obejrzenia tej staroci, ale nie władze Makassar!
Przystań łódek. Jak to teraz porównać z przystanią łódek na Filipinach?
Zupełnie tego nie rozumiem. Dotychczas starałam się omijać obiektywem brzydkie, zaniedbane miejsca, ale teraz zmieniłam zdanie. No, bo właściwie dlaczego to ja mam się czuć nieswojo oglądając takie widoki, a nie czują się źle ludzie, którzy ten bałagan robią i nie wstydzą się żyć w takim otoczeniu? Może się w końcu zawstydzą i sprzątną?

Wszyscy tu się żywią na ulicy, jak to w Azji.  Że też im ten syf i smród nie przeszkadza.
Zmieniłam plany, ponieważ gdy w końcu dorwałam się tutaj do internetu, znalazłam w poczcie e-maila od Krzysztofa, którego wraz z jego żoną, Anią poznałam na Borneo (tego od pięknych zdjęć z wylotu nietoperzy). Krzyszof napisał, żebym lepiej odpuściła sobie Papuę, bo tam jakaś wyjątkowo złośliwa malaria panuje.
Sprzedawca kokosów. I pomyśleć, że nam się kokosy kiedyś kojarzyły z bogactwem.
No, to odpuściłam sobie. Postanowiłam w Makassar nadrobić zaległości w blogu i uporządkować zdjęcia, na co ciągle brakowało czasu, bo miejsca do zwiedzania były ciekawe, lub towarzystwo było ciekawe i nie było kiedy usiąść przy laptopie.
Wreszcie miejsce, gdzie jest względnie czysto. Meczet.
W Makassar znalazłam tylko dwa ciekawe miejsca. Fort Rotterdam i lotnisko. Jest jeszcze taka bardzo długa ulica na nadbrzeżu, na której pod wieczór rozkładają stoły i jedzą. Trudno tamtędy przejść, bo cały chodnik zajęty jest przez konsumujących ludzi.
Wierni Allachowi i żebracy
Ale nie wiem, czy to jest taka ciekawa rzecz. Żeby jeszcze ta woda i miejsca wokół niej były czyste. Ale nie są. To nie Singapur, gdzie z przyjemnością siedziało się nad wodą. W Makassar zupełnie nie przeszkadza spożywającym posiłek, ani brud, ani smród. Kończąc jedzenie, zostawiają po sobie jeszcze gorszy syf.
Ulica przygotowuje się do wieczornego przyjęcia zgłodniałych mieszkńców miasta
Natomiast hotel „Mutiara Sari” jest super. Tani i bardzo czysty. Bez przerwy tu myją posadzki, sprzątają, pucują wszystko. Internet jest free, ale tylko w stołówce obok mojego pokoju lub na dole, w recepcji, gdzie są stoliki, kanapy, krzesła, można wygodnie usiąść i pisać. Ale pod wieczór tną tam komary. Zawsze musi być jakaś niewygoda.
Ludzie skupiają się na nadmorskiej promenadzie. Tutaj jest przyjemnie i nie żądają opłat.
Zauważyłam, że internet włączył się, gdy byłam w pokoju. Więc głównie pracuję teraz w pokoju i tylko w momentach, gdy on zanika, wychodzę z laptopem na zewnątrz. Jest ok. W pokoju mam klimatyzację i telewizor z programami Discovery, więc pisząc trochę podglądam. Komarów tu nie ma. Mam swoją łazienkę i wszystko działa bez zarzutu.
Mój pokój w Makassar jest bez zarzutu
I to wszystko za 148 tys rupii za noc. Jestem zaskoczona, że mam to wszystko za taką niską cenę. Na dodatek w cenie są śniadania i to nie takie, jak w Labuan Bajo (dwa tosty pomazane dżemem, lurowata kawa, herbata i koniec) lecz pełne, syte śniadania.  
Jest jednak jakaś atrakcja w Makassar. To Fort Rotterdam.
Prawie takie, jak obiady. Jest ryż z tofu i jakieś inne coś opiekane w jajku, czego nie mogę rozszyfrować, ale smaczne oraz fasolka i szczypiorek. Ryż nieraz jest smażony z jajkiem i też te same dodatki do niego. Kawa i herbata, a do niej dopiero tosty i dżem i to nie wydzielane po 2 szt, a ile się chce. Można się najeść, naprawdę. Bardzo polecam ten hotel podróżnikom, którzy z jakiegoś powodu trafią do Makassar.
Zachowały się budowle na obszernym terenie Fortu
W pokoju są podstawowe meble, dwa stoliki, szafa z wieszakami, nocny stolik, krzesła, lampki nad łóżkiem, a łóżko ogromne i wygodne do spania. Jest czysto po kątach. Przyjemnie. Wymieniam wszystko dlatego, że w niektórych poprzednich hotelach nie było tych rzeczy, co bardzo utrudniało życie.
W Muzeum
Z tego też powodu postanowiłam zostać w tym brzydkim mieście i popisać trochę do bloga, bez żalu, że siedzę w hotelu, zamiast zwiedzać. Na zwiedzanie przeznaczyłam tylko dwa dni. Pierwszego dnia pojechałam na lotnisko sprawdzić, czy mam stąd jakieś połączenie do Australii i za ile.
Replika żaglowca
Ledwo wyszłam z hotelu na główną ulicę, natknęłam się na stojący niebieski busik z napisem aiport. To druga miła niespodzianka. Gdy po zejściu z promu dowiadywałam  się w informacji, czym można dostać się na lotnisko, powiedzieli, że tylko taksówką za 150 tys. rupii. Natychmiast podeszłam do busika i popytałam o szczegóły.
Ja na terenie Fortu Rotterdam
Bilet kosztuje 27 tys rupii i busik kursuje praktycznie bez przerwy, z krótkimi postojami. Zatrzymuje się w kilku miejscach w mieście, zbierając pasażerów, a potem już bez przerwy jedzie na lotnisko. Nie przepłacajcie na taxi. W każdym hotelu powinni wam powiedzieć, gdzie zatrzymuje się busik lub zadzwonią do kierowcy i po drodze on po was podjedzie.
tym minibusem, niemal spod samego hotelu pojechałam na lotnisko
Jeśli nie zapytacie, gdzie zatrzymuje się minibus jeżdżący do Aiport, tylko spytacie, czym dojechać na lotnisko, zawsze odpowiedzą, że taxi. Z centrum do airport jest ok.30 km. Ten przystanek w pobliżu mojego hotelu Mutiara Sari jest pierwszym, z którego busik rusza i ostatnim, do którego wraca. Lepiej być nie może. Potem po mieście zbiera ludzi spod hotelów.
Za murami Fortu, biały minaret jednego z wielu tu meczetów
Pojechałam na lotnisko w celach informacyjnych i spędziłam tam kilka godzin ustalając najkorzystniejszy lot do Australii. Kupiłam bilet i polecę do Darwin 3 lipca tanimi liniami „Lion” i „Air Asia”, z przesiadką na Bali.
Pierwsi ludzie na tej Ziemi i ich narzędzia pracy oraz wyroby ozdobne
Jak by nie próbować się dostać z tego krańca Świata do Australii, zawsze trzeba przesiadać się na Bali. Już od dawna z zaciekawieniem stukałam  palcem w miejsce  na mapie o nazwie Darwin. Ciekawa jestem tego miasta.
Historyczne rękopisy
Stamtąd będę mogła jechać dalej, do Alice Springs, Adelajde i dalej, wzdłuż wschodniego wybrzeża, do Melbourne i Sydney. Sama nie wiem, czy mi się uda zrealizować te plany, ale pomarzyć nie zaszkodzi.
Tym tunelem przechodzono i wytaczano działa na mury Fortu. Wesołe Makassarki.
Następnego dnia poszłam zwiedzić Fort Rotterdam. Zaraz na wstępie, przy bramie trzeba zapłacić za wejście, ale nie dają biletu, tylko wpuszczają. Obeszłam fort dookoła, pochodziłam po starych murach, zrobiłam zdjęcia.
na terenie Fortu zachowały się budynki i dawne mury budowli
Chciałam wejść do środka, ale zażądali opłaty, to się zbuntowałam, bo już raz przecież zapłaciłam. To nie wchodzę, powiedziałam i poszłam sobie. Dwa razy za to samo mam płacić?

Niespodziewanie odkryłam Galerię malarską
Przy końcu budynku były otwarte drzwi do wnętrza, to weszłam, a tam było muzeum. Obejrzałam sobie wszystko dokładnie. Wychodziłam drugą stroną budynku, gdzie ta kasa była, w której nie chciałam kupić biletu. No, proszę bardzo, to właśnie było wejście do Muzeum La Galigo.
Zajrzałam przez otwarte okno, a tam pracował artysta
Dziwna sprawa, że z jednego końca budynku żądają opłaty, a z drugiego końca, nie. Gdy wracałam z Fortu, robiło się już ciemno i cała ulica przekształciła się w ogólno miejską stołówkę. Ale ci ludzie w tej Azji jedzą! Ciągle i wszędzie, jedzą. To chyba najważniejsza dla nich (po spaniu) czynność, której oddają się z wielką przyjemnością.
Zaprosił mnie do środka. Obejrzałam pracownię-galerię i przyglądałam się jego pracy
Fort Rotterdam został zbudowany w 1667r przez kolonizatorów holenderskich. Ładnie się zachował do dzisiejszych czasów. W czasie II wojny światowej w murach Fortu mieścił się japoński obóz jeniecki. Ciekawe miejsce do zwiedzenia. Muzeum również.
Młodzi na swoich motorach. Nie ma tu gdzie jeździć, ale posiedzieć można
Fort Rotterdam mieści się w środku miasta przy bulwarze nadmorskim i bardzo łatwo tam dojść pieszo. Wystarczy iść bulwarem, a z pewnością się do niego trafi. Nawet w tak brzydkim mieście znalazło się coś ładnego do zwiedzenia. 
Pracownia artystyczna na terenie Fortu. Aż dziw, że w tak brzydkim mieście jest tyle artystów.
Polecam również Galerię, która jest zarazem artystyczną pracownią malarza. Można za darmo obejrzeć obrazy, porozmawiać z artystą lub zlecić wykonanie portretu. Jedno, czego nie dostaniecie w sklepach Makassar, to piwo. Po prostu go nie sprzedają w sklepach, a gdy o nie zapytałam, patrzyli na mnie ze zgorszeniem.
 Przyglądamy się położeniu Makassar na mapie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz