Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

sobota, 25 lipca 2015

Australia-missing in The Kings Canyon


Wyruszamy w Kings Canyon, Australia. 
Naszym kierowcą, przewodnikiem i jednocześnie kucharzem był Tom. Wyglądał, jak młody kowboy z amerykańskich filmów. Na głowie miał artystyczny nieład nakrywany okresowo wełnianą czapką na zmianę z płóciennym kapeluszem z szerokim rondem.
 Tom na wprost, pod białym drzewem. W kapeluszu. 
Nie tryskał humorem, chociaż wprowadzając w temat próbował na koniec coś dowcipnego powiedzieć, aby rozśmieszyć wycieczkę. Wyglądał na lekko zestresowanego, co było dziwne, ponieważ będąc przewodnikiem turystycznym, winien już dawno przywyknąć do obcych ludzi.
Nasz busik na postoju. W przyczepce gary, żywność, a na górze brezentowe śpiwory.
Na trasie zatrzymywaliśmy się w miejscach specjalnie przygotowanych dla turystów, w których znajdowały się ogromne stoły, duże kuchnie gazowe, pod które podłączało się własną butlę z gazem. Były tam ujęcia wody, ogromne zlewozmywaki, pojemniki na śmieci, sanitariaty.Wszystko, co turystom potrzebne jest do przeżycia w pustynnym interiorze.
Na postojach mamy jeszcze eleganckie WC. Potem już ich nie będzie.
Tom rozkładał na stole produkty, z których przygotowywał dla nas posiłki. Ochotnicy mu w tych czynnościach pomagali. Potem Tom ustawiał dwa plastikowe pojemniki z wodą, do jednego z nich wlewał płyn. Każdy podchodził, mył i płukał swój blaszany talerz, kubek, sztućce i odkładał na miejsce. 
Nasza zastawa stołowa. W garze gotuje się woda na kawę.
Tom to wszystko zbierał i znowu pakował do przyczepki samochodu i jechaliśmy dalej. Jedzenie było z półproduktów, więc przygotowanie nie zabierało wiele czasu, tym bardziej, że zawsze mu ktoś pomagał. Spożywanie również odbywało się błyskawicznie i jechaliśmy dalej.
Tom omawia każdy szlak i mamy wybrać, którym chcemy iść.
Wchodząc do Kings Canyon ma się do wyboru trzy szlaki o różnym stopniu trudności i różnej długości trasy. Wybraliśmy średni szlak oznakowany kolorem niebieskim. Tom prowadził, wycieczka podążała za nim. Widoki niesamowite i te kolory!
Wybraliśmy niebieski szlak o długości 5,5 km. Średniej trudności.
Ja z Victorią urodzoną w Niemczech, ale znającą język polski ( rodzice wyemigrowali z Polski, ale w domu uczono ją języka polskiego), zostawałyśmy ciągle z tyłu i musiałyśmy potem doganiać wycieczkę.Trudno tak biec bez przerwy, gdy wokolo tyle piękna naturalnego.
Tom prowadzi
Trochę się buntowałyśmy, uznając, że Tom powinien dać nam więcej czasu na podziwianie tych przepięknych tworów natury i na robienie zdjęć, a nie tylko przepędzać nas szlakiem, aby zaliczyć atrakcję. Zawsze jednak pilnowałyśmy, aby nie tracić z oczu wycieczki i dogonić wszystkich w odpowiedniej chwili.
Często musiałyśmy doganiać wycieczkę, ale miałyśmy ją zawsze na oku.
W pewnym jednak momencie ludzie zniknęli z naszego obszaru widzenia. Spokojnie podążałyśmy dalej, mając nadzieję, że gdzieś się zatrzymali i czekają, aż wszyscy dobiją do grupy. Wcześniej widziałam, jak Tom przeliczał co pewien czas ludzi, żeby sprawdzić, czy zgadzają mu się sztuki. Z pewnością już się doliczył, że brakuje mu dwóch turystek.
W kanionie było pięknie
Szłyśmy i szłyśmy, ale naszych dalej nie było. Po drodze robiłyśmy jeszcze zdjęcia miejsc, które zadziwiły nas, zachwyciły, ale coraz częściej nasłuchiwałyśmy i  rozglądałyśmy się wokół czy nie widać gdzieś ludzi. Nie było nikogo widać, ani słychać. Ani naszych, ani obcych.
Byłyśmy we dwie z Victorią i beztrosko robiłyśmy sobie nawzajem zdjęcia
Zostałyśmy same, na dodatek skończył nam się szlak. To znaczy tak pomyślałyśmy, bo w pewnym momencie nie było dalej ścieżki tylko przepaść, ale musiałyśmy już wcześniej zejść ze szlaku i dlatego nikogo nie było w pobliżu widać, ani słychać.
Raz Victoria mnie fotografowała, a raz ja ją. Tu widać, że jesteśmy jeszcze na szlaku.
Aż dziwne, przecież nie tylko nasza wycieczka szła tym szlakiem, szło też kilkanaście turystów indywidualnych parami lub po kilka osób. I raptem nie ma nikogo? dziwiam się.
Chyba już się zgubiłyśmy, ale jeszcze tego nie wiemy.
Tutaj nie ma żywej duszy, powiedziałam. Stwierdziłyśmy, że żarty się skończyły. Schowałyśmy aparaty fotograficzne, rozejrzałyśmy się przytomniej wokół i wybrałyśmy kierunek, który wydawał nam się podobny do tego, którym wcześniej wszyscy szliśmy z wycieczką. 
Każda płaszczyzna, którą mogłyśmy przejść, kończyła się przepaścią.
Wydawało nam się, że wracamy tą samą drogą. Doszłyśmy do krańca skał, ale dalej znowu była przepaść. Żadnego, nawet trudnego przejścia nie ma. Trzeba zawrócić. Z daleka zobaczyliśmy trzy niewielkie palmy w szczelinie skalnej.
Na te palmy wyszłyśmy, ale zobaczyłyśmy je z góry, stojąc na szczycie skały.
Pamiętasz? mówi Victoria, szliśmy z Tomem obok tych palm. Oczywiście, pamiętam, robiłam im zdjęcia. Te trzy palmy pośród nagich skał. Ale jak do nich dojść? Było bardzo stromo, skały nierówno się układały. 
Raptem wszędzie są przepaście
Trzeba ostrożnie stawiać nogi, wczepiać się butami w niewielkie wklęsłości, aby dostać się parę kroków wyżej po pionowej skale. I mocno trzymać się wystających skał. Damy radę. Musimy dać, bo tylko na siebie jesteśmy tu zdane. Wytrwale wspinałyśmy się w górę.
Widoki zapierają dech w piersiach, ale trzeba szukać zejścia
Przypomniałam sobie, jak facet z naszej wycieczki doszedł na brzeg stromej skały, żeby zrobić atrakcyjne zdjęcie, a Tom w milczeniu chwycił go za fraki i odstawił na bok mówiąc, aby tego więcej nie robił. 
Chodziłyśmy po takich stromiznach, że drugi raz bym się już chyba nie odważyła.
Pomyślałam teraz sobie, co by Tom zrobił widząc nas wiszące nad przepaściami na maleńkich wgłębieniach w skalnej ścianie? Najważniejsze, to nie patrzeć w dół, powiedziałam do Victorii. I nie panikować. Musimy dać radę. Napewno znajdziemy swój szlak przy tych palmach.
Skoro tu doszłyśmy, to znaczy, że jakieś prejście musi być. Tylko gdzie?
Z trudem dotarłyśmy na drugą stronę skały, aby zobaczyć, że te trzy palmy stoją, ale po przeciwnej stronie głębokiej przepaści. Trzeba wracać. Znowu pokonać ten ciężki odcinek po pionowych skałach. Miałam już podrapane do krwi ręce. Jak to się mogło stać, że te palmy znalazły się po drugiej stronie przepaści? Przecież nie przefrunęłyśmy tutaj. Musi tu w pobliżu być jakieś przejście.
Wokół jest pięknie, ale gdzie jest nasz niebieski szlak?
Na szczęście miałyśmy jeszcze wodę w swoich butelkach. Coraz bardziej niepokoiło mnie to, że nie zdążymy przed zmierzchem odnaleźć tego szlaku. Gdy coś mnie niepokoi przypominam sobie podobne sytuacje zapamiętane lub zasłyszane od ludzi. I to mnie jeszcze bardziej niepokoi. Głośno nie wypowiadam swoich obaw, żeby nie straszyć Victorii.
Każdy kawałek płaszczyzny dawał nam nadzieję, że już dojdziemy
Lisanne i Kris, młode Holenderki zaginione na zawsze w Panamie, w Boquete, w drodze na Pianistę. One nie przeżyły. Byłam tam, gdy jeszcze trwały poszukiwania. Potem znaleziono ich szczątki. Chodziły słuchy, że zabłądziły, zastała ich noc i rozszarpały je pumy.O rany!
Ale ciągle dochodziłyśmy do krawędzi przepaści
Nikt nie wspominał, aby tutaj, w Kings Canyon w Australii były pumy. Jakieś zwierzęta żyją jednak w Wielkim Kanionie, widziałam po drodze odchody zwierząt. Nic Victorii o Lisanne i Kris nie wspomniałam, ani o zwierzętach, ani o ich odchodach, aby jej nie straszyć. Rozmawiałyśmy tylko o tym, w którą stronę iść, gdzie spróbować się przedostać, podjąć próbę wspinania się na skałę, czy próbować ją obejść.W prawo, czy w lewo itd.
Mimo niebezpieczeństwa cieszyłyśmy oczy takimi widokami
Jakie myśli targały Victorią, trudno dociec, ale była dzielna i spokojnie szukałyśmy przejścia dalej. Szłyśmy nie zatrzymując się, nie odpoczywając. Na moment przystawałyśmy, aby zdecydować, czy idziemy w tę, czy w inną stronę i znowu szłyśmy, jednocześnie rozglądałyśmy się, czy nie widać jakiegoś człowieka na sąsiednich skałach, ale nikogo nie było.
Znowu przepaść, ale co za widok!
Gdzie są ci wszyscy ludzie, któych ciągle było widać na szlaku, w górze i w dole. Wszyscy raptem zniknęłi. Gdy pokonałyśmy jedne strome skały, weszłyśmy na następne, gdzie znowu zamknął nam drogę głęboki wąwóz, w który w żaden sposób zejść nie było można, ani go nijak ominąć. Co jest u diabła? Przecież jakoś tu weszłyśmy nie przeskakując żadnego wąwozu, a teraz wokół same przepaście? Skały się za nami zamknęły, czy co?
W końcu z góry zobaczyłyśmy parking i samochody, ale jak tam dojść?
Zatrzymałyśmy się i stwierdziłyśmy, że sprawa robi się poważna. Najważniejsze, abyśmy nie wpadły w panikę. I żeby zbyt szybko nie zrobiło się ciemno. Nic nie widząc, nie będziemy w stanie ruszyć się z tych kamieni. Żadna z nas nie miała latarki. Moja polarowa kurteczka i  krótka obcisła kurteczka jeansowa Victorii nie gwarantowały nam ciepła. Noce są teraz potwornie zimne w Australii. O dzikich zwierzętach już nie wspomnę.
Nasi wybawcy, turyści australijscy, Scot i Rainer
Nie możemy wpaść w panikę, powiedziałam do Victorii. Przecież to niemożliwe, żebyśmy nie mogły się stąd wydostać. Nad nami latał helikopter. Victoria machała rękoma i wołała help! help! Nie wołaj ich Victoria, nie chcemy helikoptera. Ty wiesz ile sobie potem każą zapłacić za taką akcję ratowniczą? Nie będziemy w stanie tego zapłacić. Znajdziemy same drogę.
Musiałyśmy zrobić sobie z nimi zdjęcia. Ale Victoria się cieszy! jesteśmy uratowane!
Znowu szłyśmy. Zgodnie, bez paniki. Raz w kierunku, który mi się wydawał dobry, innym razem, który wskazała Victoria, gdyż wydawał jej się do pokonania. Coś sobie przypominała, kojarzyła. Szłyśmy. Rezultat był dokładnie taki sam. Okrążone byłyśmy przepaściami, których nie było można pokonać ze względu na niedostępną stromiznę terenu.
Na dole przejęły nas służby ratownicze. Victoria patrzy, co ten facet tak pisze w zeszycie.
Kluczyłyśmy. Widziałam, że wracamy do tych samych miejsc, gdzie już byłyśmy. Ze wszystkich stron miałyśmy zamkniętą drogę przepaściami. Kręciłyśmy się w kółko. Chwila odpoczynku. łyk wody. Rozejrzałyśmy się w koło. Dosyć dobre wejście było na najwyższą skałę. Wejdżmy tam, powiedziałam do Victorii. Wiem, że nie przejdziemy, ale rozejrzymy się z góry po okolicy.
Wycieczka czekała na nas. Nikt się na nas nie złościł. Przywitali nas brawami.
Może ustalimy, gdzie jesteśmy, lub zobaczymy szlak, albo ludzi? Wykonałyśmy jeszcze jeden wysiłek i wdrapałyśmy się na szczyt najwyżej położonej skały. Rzeczywiście zobaczyłyśmy w dole parking z samochodami, autokarami, a wszystko to małe, jak zabawki. Chodzili tam ludzie! Żywi ludzie, naprawdę!  Ludzie zawsze pomogą, powiedziała Victoria.
Idąc szlakiem, można cały czas czytać jego historię
Rozejrzałyśmy się na cztery strony świata. Z jednej strony było widać w dole ludzi na szlaku, do którego my nie mogłyśmy dojść ze względu na te otaczające nas przepaście. Victoria zaczęła do nich wołać help! help! i machała rękami. Ja wyjęłam swój pęk kluczy, przy których miałam gwizdek i zaczęłam przeraźliwie gwizdać i tak na zmianę.
Miejsca postojowe, gdzie się spożywa posiłki i śpi na ziemi w svag.
Victoria wołała, ja gwizdałam. Znowu Victoria wołała, ja gwizdałam i nic. Ludzie sobie szli dalej po szlaku. Może oni myślą, że my żartujemy i dla zabawy wołamy do nich? To niemożliwe, stwierdziła Victoria. Wyraźnie widać, że wzywamy pomocy. Ale ja słyszałam o takich przypadkach, że ludzie ginęli, ponieważ nie brano ich wołania o pomoc poważnie.
Krajobraz Outbacku
Wiedziałam już, że z tej góry nie możemy zejść, bo to jedyne miejsce, skąd widzimy ludzi i oni muszą w końcu nas również zobaczyć. Gdy zejdziemy z tej skały, ludzie znikną nam z oczu i my ponownie znikniemy wśród skał, z których nie ma wyjścia. Znowu latał helikopter. Boże, żeby tylko nie po nas, myślałam. Nie chcę helikoptera!
Ta tabliczka daje info o tworzeniu się kanionu
Widzimy ludzi na szlaku i na dole przy samochodach! Oni muszą nas usłyszeć i zobaczyć. Poza tym, Tom chyba nas szuka? Chyba już zauważył, że zgubił część wycieczki? Teraz najważniejsze jest, aby nie zapadł nagle zmrok, żeby jak najdłużej mieć widok na tych ludzi. W końcu któryś z nich zobaczy nas, usłyszy nasze wołanie i pomogą nam się stąd wydostać.
Na szlaku w trudniejszych miejscach zbudowano kładki i schody. Jordan ciągle za nami.
Znowu wołałyśmy, machaliśmy i gwizdałyśmy. Przypomniałam sobie guide na Komodo, gdy szliśmy oglądać warany. On nie pozwolił nikomu zostać w tyle. Oczywiście, ja tam też ciągnęłam się w ogonie z dwiema innymi osobami, ale on nie prowadził wycieczki dalej, dopóki nie dobiliśmy do grupy. Stał z tym swoim ogromnym kijem (na warany, nie na nas) i czekał. Byłam zła na Toma, ale miałam nadzieję, że nas w końcu znajdzie.
Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Wielki Kanion nas nie pochłonął
W pewnym momencie wyrósł przed nami w pewnej, ale niezbyt dużej odległości, człowiek. Stał na skale poniżej, a ja w pierwszej chwili nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę żywy człowiek. Stójcie tam, powiedział i nie ruszajcie się z miejsca. Idę po Was. Jesteśmy uratowane! Zobaczył nas człowiek! Usłyszał nas! Victoria! Jesteśmy uratowane! Ale się ucieszyłyśmy!
Tak właśnie trzeba napawać się pięknem, w spokoju,  a nie gonić po trasie.
Razem z nim był drugi mężczyzna, którego z początku nie widziałyśmy, bo zasłaniała go skała. Ten pierwszy miał na imię Scot, drugi Rainer. To australijscy turyści. Scot rzeczywiście doszedł do nas i przeprowadził nas na szlak wąskim przejściem, odkrytym przez siebie, gdzie sami właśnie stali i skąd usłyszeli najpierw wołanie Victorii, potem moje gwizdanie.
Na dole jest bezpiecznie, ale już nie tak pięknie.
Australijscy turyści, nasi wybawiciele prowadzali nas szlakiem w dół, w stronę parkingu, gdy spotkaliśmy na ścieżce dwóch zawodowych ratowników idących w naszą stronę. Szukamy Was, powiedział jeden z nich. Drugi nic nie mówiąc, wyjął duży notes na podkładce i zaczął coś w nim pilnie pisać.
Nasz busik po prawej. Pobocza przy szosach są tu szerokie. Jest płasko.
Zobacz Victoria co on pisze, poprosiłam. Pisał raport z wyprawy ratowniczej. Raport! Coś takiego? Sofia? Zapytał, podnosząc głowę z nad notesu, potwierdziłam. Victoria? Zwrócił się do Victorii. Wszystko miał tam wynotowane o nas i teraz spisywał raport z odbytej akcji.
Nasza wielonarodowa grupa wycieczkowa
Potem wszyscy ruszyliśmy gęsiego dalej. Dobrze, że was znaleźliśmy, powiedział jeden z nich, gdy dotarliśmy na dół. Jak to? byłam zaskoczona. Wy nas nie znaleźliście, tylko przejęliście od tych, co nas znaleźli. Powiedz im to wyraźnie po angielsku, Victoria, powiedziałam.
Kowy, konie i wielbłądy pasą się zgodnie na tej wyschniętej ziemi
No, popatrz tylko, co to ludzie nie wymyślą. To są mężczyźni, którzy nas znaleźli, powiedziałam i wskazałam na Australijczyków. Oni nas uratowali i sprowadzili na szlak! Żeby to było wszystkim wiadomo. Przecież nawet nie reagowaliście na nasze wołanie i gwizdy, tylko szliście sobie szlakiem, powiedziałam.
Nasze śpiwory zatarasowały wnętrze busika, mój plecak z ręcznikiem utkwił między nimi.
Nie słyszeliście nas? Zapytałam. Nie, odpowiedział ratownik. Takiego przeraźliwie głośnego gwizdka nie słyszeliście? Upewniłam się i żeby zademonstrować, gwizdnęłam z całych sił, aż się ratownicy rozpierzchli na boki z wrażenia. Gdybyście nasłuchiwali, to byście usłyszeli.
Znosiliśmy suche gałęzie, a Tom łądował je na przyczepkę.
Nasi wybawcy usłyszeli głos Victorii, która jest drobną dziewczyną i nie ma przecież zbyt mocnego głosu, a ratownicy nas nie słyszeli. Victoria zapytała jeszcze, czy nie będziemy czasem musiały coś płacić za ich akcję ratowniczą, ale odpowiedzieli, że nie. 
Wszyscy nie ociągając się,  zbierali susz.
Na koniec pożegnałyśmy się z naszymi australijskimi wybawicielami, wyściskałam ich, serdecznie im podziękowałyśmy i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Zawodowi ratownicy czekali w milczeniu. Scot powiedział, że chyba mogliby już zostać prawdziwymi ratownikami, bo zdali egzamin praktyczny. Możemy poświadczyć, że tak! Z całą pewnością! Zapewniłyśmy.
Ognisko będzie bardzo opóźnione przez to nasz zaginięcie w kanionie.
Byłyśmy ciekawe, jak przywita nas wycieczka i Tom. Tom spieszył się, bo mówił, że o jakiejś określonej porze, w określonym miejscu mamy jeść posiłek. No to ten posiłek opóźnił im się całkiem sporo, o kilka godzin. Może są wkurzeni, że przez nas nie zjedli jeszcze obiadu? Że opóźniłyśmy wycieczkę, a być może mieliśmy zdążyć na zachód słońca? Z daleka już ich zobaczyłam, jak milcząco stali wszyscy w zwartej grupie.
Ja też zbierałam, chociaż miałam poranione ręce na skałach. Całe w plasterkach.
Gdy doszliśmy, wycieczka przywitała nas gromkimi brawami! No nie, wszystkiego się spodziewałam, ale brawa? Że się znalazłyśmy? Że nie zginęłyśmy? To była niespodzianka. Wspaniała wycieczka, wspaniali ludzie! Ani jedna osoba nie zgłosiła do nas żadnych pretensji. Tylko Tom nie podszedł do nas, błąkał się gdzieś po bokach i popatrywał na nas z daleka.
Victoria, to niespożyta energia i radość życia
Może miał wyrzuty sumienia, że nas nie dopilnował? Że nas zgubił? Victoria opowiadała wycieczce po angielsku, jak zgubiłyśmy szlak i jak nas odnaleźli dwaj australijscy turyści. Oni z kolei powiedzieli nam, że Tom zgłosił nasze zaginięcie służbom ratowniczym i oni poszli na poszukiwania, a wszyscy z wycieczki czekali w tym miejscu, bardzo martwiąc się o nas.
Przyczpka pełna. Jedziemy na miejsce noclegu.
Miałyśmy wielkie szczęście, że Scot z kolegą nas usłyszeli, znaleźli i pomogli zejść ze skał na szlak. I nie spisywali z tego wydarzenia raportu. Robiło się ciemno i mogłyśmy tam utknąć na całą noc, a może i na resztę życia. Teraz można to nazwać przygodą, ale wtedy do śmiechu nam nie było. Jednak nie spanikowałyśmy. Byłyśmy przekonane, że przeżyjemy.
wokół ogniska rozłożyliśmy swoje brezentowe śpiwory (svag) do spania.
Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Żyjemy. Jesteśmy całe i zdrowe. Pojechaliśmy minibusem na miejsce biwakowe, gdzie wszyscy zbieraliśmy suche gałęzie na ognisko. Wreszcie można się było rozgrzać przy ogniu. Siedzieliśmy wokół ogniska, każdy na takim wielkim rulonie brezentu, które Tom z Jordanem wyrzucili z przyczepki samochodowej na ziemię.
Tom z Jordanem przygotowali nam kolację. Tom w krótkich spodniach i wełnianej czapce.
Te brezentowe rulony okazały się być naszą noclegownią. Każdy miał swój rulon. Zjedliśmy wspólnie przygotowany posiłek, zmyliśmy naczynia  i rozwinęliśmy na ziemi te rulony. Były to brezentowe śpiwory, w których mieliśmy nocować.
Siedzimy na swoich śpiworach i jemy ciepły posiłek, grzejąc się przy ognisku.
Brezentowe, duże śpiwory z wszytym na spodzie materacem, które kładzie się na gołej ziemi i wchodzi w nie w swoich śpiworach z materiału! Kto nie miał własnego, Tom wypożyczał mu śpiwór firmowy, ale one były również cienkie, takie, jak mój. Na tropiki, nie na zimę. Brezenty nad głową mają daszek, taką klapę. Jak wieje, naciągasz to na siebie i oddychasz szparką.
Jest potwornie zimno. Gdyby tak można spać w obrębie palącego się ogniska, byłoby ok!
Nazywają je tutaj svag. Są one bardzo popularne wśród australijskich turystów, ponieważ są to najtańsze miejsca noclegowe. Żadne tam namioty, czy bungalowy. Leżysz na gołej ziemi i widzisz nad sobą mnóstwo gwiazd na granatowym niebie. Twarz tężeje z zimna.
Rano Tom zawiózł nas tam, gdzie są publiczne darmowe łazienki, żebyśmy mogli się umyć
Było tak przeraźliwie zimno, że trudno było zasnąć. Nie było łazienek, nie można się było umyć, a za potrzebą chodziło się w krzaki, a krzaki tu rzadkie, gałązki kłujące i dzika zwierzyna swobodnie sobie chodzi wszędzie. Wszak to jej teren.
Można na trasie wynająć nocleg w takim brezentowym domku
Mimo to musisz jednak wygrzebać się ze swojego, ogrzanego własnym ciałem śpiwora, następnie z brezentowego, sztywnego od zimna śpiwora i iść po ciemku na stronę, innej rady nie ma. Trzeba tylko uważać, aby nie wpaść na sąsiada, co również za taką potrzebą wyszedł. Nie majaczy nawet cień. Noce są tutaj czarne, jak otchłań piekielna. Tylko w górze skrzą się gwiazdy i ta jedna największa, najjaśniejsza, ale światła na ziemię nie dająca.
Lub w drewnianym bungalowie, albo w murowanym hotelu, ale to już droższa opcja
Survivalowa wycieczka dla najbardziej wytrzymałych! Szkoła przetrwania! Wytrzymaliśmy wszyscy, ale na samą myśl, że będę tak marzła jeszcze jedną noc, ciarki mnie przechodziły po plecach. Wczesnym rankiem, o szarówce, Tom dał sygnał do wstawania. Wydobył jeszcze trochę żaru z ogniska i podrzucił gałązek, żebyśmy rozgrzali ręce. Wschodu słońca nie było widać, bo świt był pochmurny.
Tutaj były darmowe sanitariaty, czyste kabiny prysznicowe, ale woda w nich zimna.
Zebraliśmy się szybko, ponieważ ani się myć, ani ubierać nie było potrzeby. Jak chodziliśmy, tak spaliśmy, jak spaliśmy, tak wstaliśmy. Każdy zwinął swój brezent, zabrał własny śpiwór i byliśmy gotowi do drogi.
Po rześkiej kąpieli i śniadaniu, pojechaliśmy do National Park Kata Tjuta
Tomowi we wszystkim pomagał wytrwale Jordan z Francji. Być może miał taką potrzebę lub czuł się uprzywilejowany siedząc w samochodzie przy kierowcy i tym samym zobowiązany, aby kierowcy-przewodnikowi pomagać. Lub był po prostu z nim zaprzyjaźniony. To był duży, silny facet, który wraz z Tomem wyjmował z przyczepy różne rzeczy.
Jestem bardzo warstwowo ubrana, wszystko mam na sobie, co tylko dało się włożyć.
Żeliwne gary, patelnie, blaszane niebieskie talerze i kubki (wszystkie poobijane niemiłosiernie), butle gazowe, jedzenie, pojemniki z wodą. Wyrzucał na ziemię wały brezentowe, a potem wrzucał je na powrót na przyczepę. Ramię w ramię z Tomem wykonywał po prostu różne czynności. I pilnował turystów. Nadprogramowo chyba.
Znów wybieramy trasę, ale już zmęczeni wybraliśmy najkrótszą.
Dlaczego ten Jordan chodzi za nami krok w krok, dziwiła się Victoria, gdy następnego dnia zwiedzałyśmy  świętą górę Aborygenów, Uluru. Pilnuje nas, abyśmy nie robiły zdjęć, tam gdzie nie wolno, czy co? ale zauważyłam, że sam robi zdjęcia wszędzie.
Tym razem staramy się trzymać grupy
Rzeczywiście szedł raz za nami, innym razem parę kroków przed nami, gdy się zatrzymywałyśmy, on również stawał i czekał. Jednak tam, gdzie by się nam przydał, abyśmy nie zginęły, to go raptem w pobliżu nie było. Tak to bywa w życiu.
Chociaż tutaj nie chodzimy już po górach, ani żadnych skałach. Trzymamy się ziemi.
Wieczorem poprosiłam Toma, abym tą drugą noc mogła spać w samochodzie. Zgodził się. Weszłam w swój śpiworek i chociaż w samochodzie nocą też było zimno, to jednak już nie tak przeraźliwie i przejmująco. Po bokach chroniły mnie blaszane  ścianki samochodu i miałam dach nad głową. W upalne lato być może byłoby miło tak nocować na ziemi  pod rozgwieżdżonym niebem, ale zimą?
Góry mają tutaj owalne kształty i są nagie.
Przetrwałam. Potem dowiedziałam się, że Australijczycy często wypoczywają w ten sposób bez względu na pogodę. Wypoczywają? Zdziwiłam się. To męczarnia, tortury, katorga jakaś, a nie wypoczynek. Wszyscy się poprzeziębiali, kichali, mają zapchane nosy i gardła. Wypoczynek w australijskim stylu!
Jest pięknie i bezpiecznie
Ale tak jest rzeczywiście. Australijczycy nawet po ulicach chodzą w krótkich spodenkach z gołymi nogami i w tiszertach z krótkimi rękawami, podczas gdy zagraniczni turyści okutani są w co tylko się da i co tylko zdołali wygrzebać ze swoich plecaków. Omotani różnymi szalami, w wełnianych czapkach na głowie i w rękawiczkach. Tylko im okrągłe ze zdziwienia oczy widać spod tych warstwowych okryć na widok półnagich mieszkańców tego kontynentu.
Chociaż to podejście do łatwych też nie należało. Było zbyt gładkie.
Gdy takiego jednego w tych krótkich płóciennych spodenkach zobaczyłam po raz pierwszy na ulicy, pomyślałam, że to turysta przybyły od strony tropików, czyli od Darwin, który nie przewidział takiego zimna w Australii, albo że mu w hostelu spodnie ukradli. Ale nie, to był Australijczyk, mieszkaniec tego miasta.
Przy takim marszu robi się ciepło, nawet w tej australijskiej zimie.
Nawet gęsiej skórki nie miał na nogach, ani rękach. Potem widziałam jeszcze wielu takich rozebranych Australijczyków chodzących sobie spokojnie po ulicach miast w to przenikliwe zimno. Co kraj, to obyczaj. Ale wytrzymałość na zimno godna podziwu! My wyglądaliśmy tak, jak Afrykanie w Warszawie na wycieczce w styczniu.
Schodzenie po drugiej stronie masywu jest jeszcze trudniejsze
Tom zawiózł nas w inne miejsce biwakowe, gdzie oprócz ogromnych stołów i żeliwnych kuchenek gazowych do przygotowania gorącego posiłku, znajdowały się również toalety i kabiny prysznicowe. Były też kontakty do ładowania komórek i innego sprzętu elektronicznego. Poszliśmy się wykąpać, a Tom z Jordanem przygotowali nam śniadanie.
Dziewczyny trzymały się za ręce, żeby się nie przewrócić
Takie zorganizowane pola biwakowe znajdują się w wielu miejscach na bezkresach outbacku  w Australii. Ogólnodostępne i darmowe. Można się wykąpać, wyprać coś sobie, zagotować. Świetne latem. Zimą też oczywiście, ale woda w prysznicu zimna, więc przy naszej trzęsawce po spaniu w svagu, średnia przyjemność. Ważne jednak, że w końcu mogliśmy się umyć. 
Victoria pozuje, ja z mozołem pokonuję górę.
Na tej wycieczce zweryfikowałam swoją opinię o Chinkach. Pozytywnie. Były wśród nas trzy Chinki, które na każdym kroku chciały się mną  zaopiekować. A to brały mi z rąk talerze po jedzeniu, że umyją razem ze swoimi, a to czekały przy trudniejszym przejściu, aby podać mi rękę i sprowadzić bezpiecznie, a to oferowały swoją wodę do picia, gdy moja się skończyła.Pomagały przy przygotowaniu posiłków, a mnie kazały wypoczywać.
Wędrujemy otoczeni czerwonymi górami

No, normalnie jak bym jakąś staruszką, czy kaleką była. Trudno się było jednak na nie       gniewać, chciały jak najlepiej.One mają wrodzony i wpojony od dzieciństwa szacunek do    starszych ludzi. Zreperowały mi zamek w śpiworze, gdy się zaciął i mało go ze złości nie      rozerwałam. Były urocze. Nauczyły Victorię robić zdjęcia w taki sposób, aby powstawał ciąg panoramiczny na tle czerwonej góry Uluru.                                                                           

Z Victorią wśród skał
Ustawiają się na przykład trzy osoby w pewnej od siebie odległości na tle góry. Inna osoba stoi naprzeciw i fotografuje, nagrywa. Najpierw biegnie jedna osoba wokół następnej, po czym nieruchomieje w określonej przez siebie pozie.
Wesołym minibusem jedziemy na Uluru! po prawej: Monique.
Go! Daje znać fotografująca i następna osoba biegnie, zawija się wokół stojącej i nieruchomieje w swojej pozie. Go! I tak samo czyni następna. Wychodzą z tego bardzo ciekawe rzeczy. Chinki nauczyły nas czegoś nowego. Victorii to się bardzo spodobało i nauczyła się tego w mig, po czym kilkakrotnie taką sesję z sobą w roli głównej nagrała.
Oto trzy opiekuńcze Chinki. Imiona nie do wymówienia, ale ważne są osoby.
Zabawa była świetna. To były wyjątkowo miłe Chinki, nie zajęte tylko sobą, lecz otwarte na innych ludzi. Wyjątkowa sprawa, jeśli chodzi o Chińczyków. Bardzo je obie z Victorią polubiłyśmy.
Nakładamy na talerze posiłek przygotowany przez Toma. W tle krąży Jordan, jak zły duch.
Z kolei Francuzka, Monique, trzymała się niby na dystans, ale przy pożegnaniu podała mi karteczkę ze swoim imieniem i nazwiskiem oraz treścią: „If You need anything in Melbourne, call me…..i tu podała numer swojego telefonu, po czym dodała: Nice to meet You! Safe travels”
Tom opowiada, wycieczka słucha, ja robię zdjęcia bo i tak nie pojmuję, co On mówi.
Bardzo miłe są takie gesty i bardzo doceniam je w ludziach spotykanych na swej drodze w podróży. Dzięki Moniko, ale ja nie mam telefonu. Spróbuję znaleźć Cię na facebooku.
Po drodze zwiedzamy Centrum Kultury Aborygenów
Tom porozwoził nas wszystkich do hoteli i na tym tour się zakończyło. Widziałam wszystko, co ciekawego w okolicy (w obrębie 400 km!) Alice Springs można zobaczyć. Wszystko było bardzo interesujące, a przyroda fascynująca mimo niespodziewanego zimna.
Historia i sztuka przeplatają się w wyrobach Aborygenów
Czekała mnie dalsza podróż, do Adelajdy. Najpierw jednak musiałam wziąć klucz od nowego pokoju (nr.13 !) i iść pod prysznic.Od trzech dni nie kąpana, w tych samych rzeczach!
Taka kilkudniowa wycieczka na dobre i na złe, bardzo integruje ludzi. Polubiliśmy się.
Z samego rana wyjeżdżałam, nie mogłam więc zrobić prania, bo nic by mi nie wyschło. Odłożyłam pranie na Adelajdę. Tam doprowadzę wszystko do porządku. Rzeczy są brudne od czerwonej ziemi i śmierdzą spalenizną od ogniska.
Wreszcie Uluru. Góra kojarzona z Australią nawet przez tych, którzy nigdy tu nie byli.
Świeżo kupione spodnie za ciężkie 70$ wyglądały, jak portki robotnika budowlanego po miesiącu pracy na błotnistej budowie. Gorący prysznic dobrze mi zrobił, ale przez kilka następnych dni męczył mnie katar i ból gardła. Zażyłam lekarstwa.
Uluru można obejść pieszo lub objechać rowerem. To tylko 8 km
Życie podróżnika nie jest łatwe, ale jest przyjemne i ciekawe. Czuję, że coraz bardziej jestem zorganizowana w podróży. Przywykłam do dzielenia pokoju z innymi podróżniczkami i nie muszę zawsze mieć private room.
Przykre, że ludzie nie chcą uszanować świętości Aborygenów, żeby nie wchodzić na górę.
W tanich krajach wolę mieć pokój tylko dla siebie i swoją łazienkę, ale od czasu do czasu przyjemnie jest pomieszkać z innymi dziewczynami. Prawie każda jest z innego kraju, ale jakoś się dogadujemy, chociaż czasami jest zabawnie. Są jednak takie osoby, które nie chcą nawiązywać kontaktu i cały czas wpatrują się w swoją komórkę. Ok, też potrafię to uszanować.
Gapimy się, jak zauroczeni na Uluru, świętą górę Aborygenów w środku Australii.
Mogą więc być dla mnie hostele na całej trasie. Ważne tylko, aby to nie był mix room i żeby łazienka była blisko naszego pokoju. I żeby był free internet w hostelu. Tak właśnie zazwyczaj mam w YHA. Dziwne, że w tej Australii nie ogrzewają pomieszczeń w hostelach w to zimno.
Kobieca część Uluru. Tego w zasadzie nie wolno fotografować, ale nie wiedziałam o tym.
Trzeba jakoś wytrzymać. Ruszam dalej poprzez zimną Australię, najzimniejszy kraj, jaki spotkałam na swojej drodze od niemal dwóch lat podróżowania po świecie. Chociaż rozmawiając z ludźmi, dowiaduję się, że to najlepsza pora na zwiedzanie Australii. Dla nas, nienawykłych do wielkich upałów, a przyzwyczajonych do zim. I dla ludzi w pewnym wieku, gdy wielkie upały mogą szkodzić zdrowiu.
Tutaj też nie wolno nam wchodzić, ani się fotografować na tle. To miejsce Aborygenów.
Dlatego tak dużo jest teraz w Australii turystów z różnych krajów. Niedawno dziwiłam się, że spotykam tak dużo podróżników w starszym wieku, a to dlatego! Podobno latem jest tak gorąco, że turyści z Europy nie wytrzymują. Chociaż mi się wydaje, że w australijskie lato turystów ze świata bywa jeszcze więcej.
Można tak godzinami się wpatrywać w ten cudny twór natury
Latem bywa tu ponad 40 stopni C dzień w dzień. Powiedziała mi to Ela, którą spotkałam w Darwin. Ela, trochę młodsza ode mnie, podróżuje ze swoim partnerem, Andrzejem. Chyba o nich wspominałam w poście o Darwin. Bardzo sympatyczni ludzie. Na stałe mieszkają w Wiedniu, w Austrii. Pochodzą z Polski.
Z "Cultural Centre" dojechaliśmy busikiem, ale dalej już szliśmy szlakiem pieszo.
Gdy w "Central YHA" w Adelajdzie zaczepiła mnie po imieniu w stołówce, nie mogłam wyjść ze zdziwienia. To Świat jest taki mały? i pamiętała nawet moje imię! Sympatycznie.
Sama sobie też zrobiłam zdjęcie
Poszli rozpakować się do przydzielonego pokoju i wrócili do ogólnej sali, gdzie pisałam na laptopie. Zrobiliśmy sobie kolację i nie mogliśmy się nagadać, co w międzyczasie widzieliśmy i jakie są nasze dalsze plany. Bardzo sympatyczni ludzie, cieszę się, że ich poznałam.
Sesja fotograficzna trwa w nieskończoność. Uluru, jak modelka.
Ela z Andrzejem wykupili w tej samej firmie, co ja (poznaję po specjalnych firmowych kopertach plastikowych z logo "World Backpackers", w które pakują nam dokumenty) objazd Australii, ale w o wiele większym zakresie, niż ja. Właśnie tego wieczoru dowieźli ich na nocleg do naszego hostelu w Adelajdzie i następnego dnia o świcie ruszają w dalszą drogę.
Uluru z każdej strony inna, ale zawsze piękna...
Niestety, ja na taką opcję nie mogę sobie pozwolić. Ela przyznała, że koszt tego Tour wyniósł ich 4 tys Euro od osoby (to chyba 16 tys.zł, chociaż nie wiem, po ile teraz jest euro w Polsce).
.......i zadziwiająca
Ela twierdzi, że to im się opłaca, bo zwiedzą bardzo dużo i właściwie wszystko, co najważniejsze w Australii. No tak, ale Ela z Andrzejem mieszkają w Austrii. Inne tam dochody i z pracy i z emerytury. Nie możemy się tu porównywać. 
Ociepliło się. Jeden polar już z siebie zdjęłąm i widać, jak się cieszę. Że tu jestem.
Ja jestem bardzo zadowolona ze swojego Tour po Australii i uważam, że też dużo zobaczyłam i jeszcze zobaczę na tym kontynencie. Tak krawiec kraje, jak materii staje. I tak uważam że finansowo szarpnęłam się wyjątkowo na tą Australię. Ale to wspaniała sprawa, że mogłam do Australii przyjechać i zobaczyć te cuda natury i piękne, zadbane, nowoczesne miasta.
Spontaniczności, entuzjazmu i radości Victorii, nikt nie dorówna..
Na koniec zrobiłam Victorii serię zdjęć, które w wolnej chwili wyślę jej mailem. Sama też się tak cieszyłam, jak Victoria, ale tak jak Ona, to ja już nie podskoczę z radości. Nawet na Uluru.
Przygotowania do wspólnego zdjęcia na pożegnanie wycieczki
Jestem również na wspólnym zdjęciu, które zrobił nam Tom, ale można je tylko zobaczyć na facebooku Toma, gdzie obiecał je umieścić. Jeszcze tam nie zaglądałam z braku czasu, ale niebawem sprawdzę, jak tam wyszliśmy wszyscy w komplecie. Ja się wprawdzie na murek z logo "Alice Springs" nie wdrapałam, ale stoję obok, przy końcu murku.
Po odrodze zahaczamy o lotnisko. Niektórzy wracają do domu!
W powrotnej drodze skręciliśmy na lotnisko znajdujące się w pobliżu Uluru. Część bowiem osób miała stąd bilet powrotny do swoich domów. Również Victoria. Prosto z Uluru do samolotu, no, no... W większości jednak wracaliśmy do swoich hoteli, skąd w różne strony rozjeżdżaliśmy się następnego dnia. Była to bardzo udana wycieczka, mimo naszego zaginięcia. Szczęśliwie nas odnaleziono, całe i zdrowe cieszymy się z pobytu w Australii.
Adres Toma na facebooku.Jeśli go prawidłowo odczytam, zobaczę nasze wspólne zdjęcie.
Tom napisał na szybie samochodu swój adres na facebooku, żebyśmy sobie nasze wspólne zdjęcie zrobione na pożegnanie zobaczyli. Nie wiem, czy uda mi się prawidłowo ten adres rozczytać. Myślę, że to jest: Roch Town Tom Tom. Może Oliwia sprawdzi, czy to jest tak?
Firma Toma, z którą zwiedzałam sam środek Australii

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz