Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

wtorek, 30 czerwca 2015

Indonezja - Labuan Bajo City



Labuan Bajo położone jest na wzgórzu. Z każdego miejsca rozciąga się widok na morze
W Labuan Bajo zatrzymałam się w  „Bajo Hotel” przy głównej ulicy Soekarno Hatta. Prawdę mówiąc, to jest główna i jedyna ulica w mieście. W bok od niej odchodzi kilka małych uliczek zamieszkałych przez ludzi i i to wszystko.Na tej znajdują się głównie hotele, restauracje, spa, szkoły nurkowania i agencje turystyczne organizujące wycieczki.
Na dole jest tylko jedna ulica. Domy ulokowały się na zboczach gór
Miasto przygotowane jest na krótkie pobyty turystów, przybyłych tu głównie dla zobaczenia  waranów i dla nurkowania. Z Labuan Bajo wyrusza się łodziami na inne większe i mniejsze wysepki, gdzie znajdują się Parki Narodowe, dogodne miejsca do snorkelingu. Niektórzy zatrzymują się tutaj czasami na miesiąc, aby uczęszczać do szkoły nurkowania.
Na głównej ulicy są hotele, agencje turystyczne i wypożyczalnie sprzętu nurkowego
Główna ulica z jednej strony ma w dole zatokę, w której stoją statki, motorówki i łodzie, co wgląda bardzo malowniczo, a z drugiej strony opiera się o górę, na którą częściowo weszły domy, do których trzeba wspinać się stromymi schodami.
Do Warungu "Mama" trzeba wejść takimi stromymi schodami, dwa razy zawijanymi
Główne atuty miasta, to lotnisko i port, które działają pełną parą ze względu na położenie miasta w pobliżu tych właśnie Narodowych Parków i kilku dobrych miejsc do nurkowania, chętnie odwiedzanych przez turystów z całego świata. Lotnisko oddalone jest od miasta niecałe 3 km.
Airport Labuan Bajo. Z samolotu przychodzi się tutaj pieszo po płycie lotniska.
W mieście jest kilka taksówek. Swoje usługi proponują również moto-taxi. Ale gdzie tutaj jeździć taksówkami? Po tej jednej ulicy? Jedynie na to lotnisko, jeśli ma się ciężkie bagaże lub ewentualnie można zwiedzać nimi resztę wyspy.
Hotel "Bajo" ma swoją budkę agencji turystycznej. Można do niej wejść od podwórka.
Tylko po co, skoro taniej wyjdzie opłacenie wspólnej wycieczki z innymi turystami, z guidem,  w jednym z wielu biur podróży działających w Labuan Bajo. Nazywają się te biura Informacjami Turystycznymi, ale to myląca nazwa. Żadnej informacji tam turysta nie otrzyma, nawet mapki miasta, ani mapek innych wysp z atrakcjami turystycznymi.
Guidowie w oczekiwaniu na robotę grają sobie w karty. Ten z czerwoną klamerką w uchu, to Filip
W każdej  „Informacji Turystycznej” sprzedawane są jedynie wycieczki oraz wyprawy na nurkowanie i snorkelingowanie. Jest też biuro, gdzie można kupić bilety na inne wyspy w Indonezji, ale tam, gdzie ja chcę, lotów nie ma. Bilety na promy i statki sprzedawane są wPorcie Labuan Bajo, znajdującym się gdzieś tak po środku ulicy Soekarno Hatta.
Widok z góry na przystań promową
Chcąc podróżować promami, trzeba wcześniej zdobyć informacje, ponieważ promy nie pływają codziennie. Do różnych miejscowości pływają w ściśle określone dni. Ja miałam opłacony hotel do 22 czerwca i tego dnia chciałam opuścić Labuan Bajo i popłynąć dalej, ale musiałam pobyt przedłużyć, ponieważ do Makasar na Sulawesi, gdzie się wybieram, prom popłynie dopiero 26 czerwca.
Rozkład rejsów na czerwiec. Prom dopiero 26.06. Popłynie do Makassar przez Bimę.
Kupiłam bilet, przeniosłam się do tańszego hotelu i czekam. Z hotelami tu raczej problemu nie ma. Jest ich sporo, jak na takie miasto z jedną ulicą, ale są stosunkowo drogie. Głównie jednak problem tkwi w ludziach, którzy je prowadzą. Nie są uczciwi i trudno się z nimi dogadać. Podam przykład.
Centrum dla nurków w Labuan Bajo.
Umówiłam się z właścicielem pierwszego hotelu „Bajo Hotel” na konkretny pokój. Obejrzałam go i powiedziałam ok, biorę ten. Wróciliśmy do pokoju recepcyjnego, wypełniliśmy druk z moimi danymi, zapłaciłam gotówką, bo kart tu nie respektują, wzięłam bagaże i idę za tym facetem, bo on ma klucz i co? Prowadzi mnie do innego pokoju, o wiele gorszego.
Można tu wypożyczyć sprzęt, kupić zimne napoje lub tiszerty i inne drobiazgi 
Jak to? Pytam, przecież umawialiśmy się na tamten pokój. Tamten zarezerwował inny turysta, on na to mi odpowiada. Kiedy? Pytam, to ja go zarezerwowałam, bo mi go sam zaproponowałeś. Ok, mówi, dam ci taki sam. Wracamy. Stawiam bagaże w recepcji, bo nie mam siły ich dźwigać na próżno po całym patio. Facet bierze inny klucz, idziemy.
Obok, w "Osteria del Mare" można zjeść dania z owoców morza
Ten dostaniesz, tylko poczekaj, aż go sprzątną, bo dopiero co został zwolniony. Jak długo? Pytam. Pół godziny. Ok, mówię, ten jest dobry, taki, jak ten pierwszy. Bagaże zostawiłam w recepcji, nie rozstając się jedynie z małym plecaczkiem. Moim sejfem.
Propozycje wycieczek
Czekając, uzgadniam tuż obok w kantorku wycieczkę do Narodowego Parku Przyrodniczego na wyspie Komodo, jednym okiem śledząc postępy w sprzątaniu pokoju, który jest otwarty na oścież. Wracam do recepcji i proszę o klucz do pokoju, bo widzę, że chłopak sprzątający już wyszedł, a facet mi mówi weź ten pokój obok, bo tamten jest zarezerwowany.
W niektórych agencjach klientów przyjmują już następcy właścicieli
Myślałam, że go zabiję. Nie wytrzymałam, uniosłam się. Co ty wyprawiasz, pytam. W recepcji cały czas kręci się trzech facetów i każdy mówi co innego. Który z was jest szefem, pytam. Kto właściwie tu rządzi?  Każdy może zmieniać decyzje po zapłaceniu za pokój?
Miałam ochotę na ten hotel, ale nie byłam w stanie wspiąć się tak wysoko z bagażami
Wielcy biznesmeni z bożej łaski, za grosz profesjonalizmu! Tak się nie załatwia klientów! Filip, guide z fryzurą afro na głowie, który wyjaśniał mi trasy wycieczek, przysłuchiwał się cały czas awanturze, po czym porozmawiał w bahasa indonesia z szefem. Ten dał mi klucz od wcześniej obiecanego pokoju. Ok, ok, powtarzał i pomógł mi wnieść bagaże.
Agencja turystyczna przy Hotelu Bajo od strony ulicy.
Czegoś tak dziwnego jeszcze nie miałam przy wynajmowaniu pokoju. Teraz wiem, że to indonezyjska norma. Potem, gdy wiedziałam już, że muszę w Labuan Bajo zatrzymać się jeszcze kilka nocy, czekając na swój prom, postanowiłam zmienić hotel, bo Bajo Hotel jest dla mnie za drogi na dłuższy czas. 250.000 rupii za noc (70 zł).
Mapa atrakcyjnych turystycznie miejsc na i wokół Flores
Facet od wycieczek o imieniu Fandy, podpowiedział mi, żebym przeniosła się do hotelu "Mutiara" naprzeciwko, jest tani i ok. Przyszłam, pogadałam, obejrzałam pokoje i zgodziłam się na room nr.5 za 100.000 rupii (28 zł). Zarezerwowałam od następnego dnia, gdy kończył mi się pobyt w Bajo. Osobiście napisałam flamastrem na tablicy informacyjnej w patio swoje imię i nazwisko oraz datę, od kiedy ten pokój biorę i kiedy go opuszczę.
Hotel na dole, po lewej agencja turystyczna, na górze restauracja, gdzie jest free internet, ale droga
Następnego dnia o umówionej godzinie przeszłam z bagażami na drugą stronę ulicy z „Bajo Hotel” do„Mutiara”, a facet prowadzi mnie do innego pokoju. Tamten zajęty mówi. Myślałam, że go pogryzę. Powtórka z rozrywki. Po prostu kipiałam ze złości. Zaprotestowałam. Umówiliśmy się na pokój nr.5 i chcę tamten pokój, wycedziłam.
Po południu wystawiane są przez tour operatorów tablice z planem wycieczek na przyszły dzień
W końcu powiedział ugodowo, abym tutaj przespała jedną noc, a rano przeniosą mnie do piątki. Podziwiam tupet tych ludzi i brak wstydu za swoje krętactwo, za oferowanie podłych  warunków, przy żądaniu normalnej ceny. Żadnego zażenowania, nic. Beznamiętny spokój w przekazywaniu nieprzyjemnych dla klienta informacji. I żadnego rabatu.
Idąc ulicą dalej,  kończą się obiekty dla turystów, a zaczynają domy mieszkańców miasta
To mi się w głowie nie mieści, że można tak załatwiać turystów w mieście, gdzie niemal tylko z turystów się żyje (obok rybołówstwa). Nie zapłaciłam wcześniej za pokój. Powiedziałam, że zapłacę jutro, jak przeniosę się do właściwego pokoju. Poinformowałam bossa, że nie podoba mi się taki sposób załatwiania spraw, ale nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia.
Niektóre domy są bardzo ładne. Na dole przeważnie sklepy lub stołówki
Pokój, w którym muszę wytrzymać jedną noc jest tak okropny, że nawet nie będę go opisywała. Przypomina celę w więzieniu Denpasar, w którym zmarnowano życie i zaprzepaszczono całą młodość pewnej młodej Australijce, o której pisałam w którymś z postów.Tak właśnie jej więzienna cela wyglądała na zdjęciu. Dokładnie. Widocznie to taki indonezyjski styl, że cele więzienne od cel hotelowych wcale się nie różnią. Różnica polega tylko na tym, że za celę hotelową trzeba zapłacić.
W prześwicie wąskiej uliczki widoczny meczet z dwiema kopułami
W „Bajo Hotel” miałam internet w pokoju. Tutaj internetu nie ma. Niższa cena, niższy standard, ok. Na górze, na tarasie jest restauracja i tam podobno jest darmowy internet. Jutro pójdę, aby to sprawdzić. W tym okropnym nie moim pokoju, wykorzystuję czas na pisanie postu, to może uda mi się niebawem wkleić go do bloga.
Dziewczynki  proszą o zdjęcie
Potem jeszcze muszę wybrać i wkleić zdjęcia. Szybko więc post się nie ukaże, ale te parę dni czekania na prom jest dobre dla wykorzystania czasu na pisanie postów i wytypowanie zdjęć. Nic już nie będę tu zwiedzała, bo co chciałam, to zobaczyłam.
Chłopcy również chcą, aby zrobić im zdjęcie
Wykupiłam wycieczkę łączącą interesujące mnie atrakcje. Trudno było się dogadać w szczegółach, ponieważ nie mają tutaj żadnych folderów z opisem, z wypunktowaniem miejsc do zwiedzania, cenami, planem wycieczki, ani żadnych mapek obrazujących trasę. Człowiek siada z kartką i długopisem w ręku i po prostu opowiada. Potem bierze się tą kartkę z jego bazgrołami i się analizuje, zanim podejmie się ostateczną decyzję, która wycieczka nam najbardziej odpowiada. A były takie:
Każdy lokal buduje tarasy bo dzięki górom, z każdego miejsca jest widok na morze
1) Labuan Bajo – Rinca (trekking 2 godziny) – Isla Komodo (warany, plaża, pływanie, snorkeling) – Isla Kalong. Posiłki i nocleg na łodzi. Przez cały czas na łodzi dostępna kawa, herbata i woda mineralna. Koszt 800 tys rupii (220 zł), osobno płatne bilety wstępów na ogólną kwotę 250 tys rupii (70 zł). Wycieczka dwudniowa. Start spod hotelu godz.8.00 rano, powrót godz.17.00 dnia następnego.
W Labuan Bajo jet kilka sklepów z odzieżą i sprzętem turystycznym
2) Labuan Bajo – Rinca – Kelor – wyjazd o 7.45 powrót o 17.oo tego samego dnia. Koszt 350 tys rupii plus koszt biletów wstępu 225 tys rupii, total 575 tys rupii (167 zł).
3) Labuan Bajo – jakieś miejsce widokowe, ale nie mogę rozczytać nazwy miejscowości – Kanawa – Labuan Bajo. Czas trwania i koszt podobne do drugiej wycieczki.
Hostel, organizacja wycieczek na nurkowanie oraz wypożyczalnia sprzętu, w jednym miejscu.
Wybrałam tą pierwszą. Wprawdzie najdroższa, ale za jednym zamachem zobaczę wszystko, po co tu przyjechałam i nie muszę się rozdrabniać, ani tracić czasu i pieniędzy na następne wycinkowe wycieczki. Potem posiedzę trochę w hotelu, żeby nadrobić zaległości w blogu. Po wyjeździe z Labuan Bajo mogę nie mieć na to czasu.
Mówią tutaj w różnych językach, również po polsku!
Cała wyspa Flores nie przekracza 360 km długości, a w poprzek, w najszerszym jej odcinku ma niewiele ponad 70 km. To górzysta wyspa, jak zresztą wiele innych w tym regionie. Góry są strome, z rzadka porośnięte roślinnością. W zasadzie bezdrzewne. Drzewa rosną w najniższym piętrze gór. Drogi wiją się górami i dolinami, skąd rozciągają się piękne widoki na morze i położone poniżej wioski.
W tej części miasta są już skromniejsze warungi z jedzeniem
Labuan Bajo to w większości muzułmańskie miasto. Jest tutaj kilka meczetów. Jeden duży, z błyszczącą w słońcu zieloną kopułą  w ciapki, z jednej strony miasta, czyli ulicy Soekarno Hatta, drugi mniejszy, z dwiema srebrnymi kopułkami w drugiej części miasta (ulicy) i kilka jeszcze zupełnie małych meczecików stojących gdzieś tam, w bocznych uliczkach, wśród domów rybaków bądź na górach, na których również mieszkają ludzie.
Czystość nie jest najmocniejszą stroną mieszkańców.
O określonych godzinach rozlega się w mieście zawodzenie muezinów, wzmacniane donośnie czterema głośnikami umieszczonymi pod kopułami meczetów. Najdłuższy seans trwa o godzinie15.oo. Niewiele krótszy o 18.00 i 19.00. Zawodzą też rano, ale chyba bardzo wcześnie, bo ja nie słyszę. Nad ranem śpię najmocniej. Wstaję tutaj o godz.8.oo-8.30, jeżeli nie jadę na wycieczkę zorganizowaną.
Przystań łódek pasażerskich. Po prawej stronie pływają śmieci.
Gdy śpiewa jeden człowiek, jest to nawet przyjemne. Śpiewa długo, melodyjnie, jak jakąś pieśń regionalną. Bywa jednak, że z obu stron ulicy muezini śpiewają jednocześnie. Wówczas ich głosy nakładają się na siebie, a każdy śpiewa na inną nutę i w innym rytmie.
Dzieci bawią się na rozwieszonyh sieciach rybackich
Miasto zatapia się wówczas w powstałym w powietrzu chaosie, gdzie z dwóch końców ulicy nastawione na maxa głośniki zakłócają spokój mieszkańców, rycząc nie wiadomo co. Nieraz muezini śpiewają na zmianę. Gdy jeden cichnie, śpiewa drugi, gdy ten na chwilę się zawiesza, śpiewa ten pierwszy i tak na zmianę. Wtedy to wychodzi ładnie.
Sprzedaż uliczna. Turyści tu się raczej nie zapędzają.
Labuan Bajo to chyba wyjątek, bo ogólnie Flores uważana jest za jedyną wyspę indonezyjską, na której większość stanowią katolicy. Ja tutaj jeszcze na kościół katolicki się nie natknęłam. Być może gdzieś jest. Może któregoś dnia zobaczę go na spacerze. W innych miastach na Flores nie byłam, więc nie wiem, czy tam są.
Jest. To koścół Sant Angela. Znalazłam prawie już za miastem.
W Labuan Bajo nie ma jeszcze supermarketów i markowych sklepów ze światowymi produktami, ale to tyko kwestia czasu. Gdzie jest dużo turystów, tam sieciowe wielkie sklepy wejdą. Podobnie, jak banki. Operatorzy sieci komórkowych już tu są.
Kobiety muzułmańskie, może w dziwnych strojach, ale w kasku na głowie jeżdżą skuterami
Są już dobrej klasy sklepy ze sprzętem i odzieżą dla nurków, jest włoska restauracja z pastą i pizzą własnej receptury. Jest sporo skuterów. Młodzi szpanują na tych skuterach, ujeżdżając tą jedną główną ulicę miasta. Nie dość, że jest jedna, to jeszcze jednokierunkowa. W odwrotnym kierunku jedzie się na wyższym poziomie góry.
Włoska Restauracja "La Cucina"
W Bakery można dostać za 15.000 rupii bagietkę i nawet pączki po 16.000 rupii sztuka. Tyle, co mała puszka piwa. Kupiłam z ciekawości i naprawdę pączek smakował, jak pączek. Dziwię się dlatego, że z reguły wśród ogromnej ilości wypieków, jakie mają w azjatyckich piekarniach i cukierniach, trudno trafić na coś normalnego dla nas, do czego przywykliśmy w Europie.
U Włocha można też kupić pieczywo i ciastka na wynos
Zazwyczaj jest to, nazwane przeze mnie pieczywo puchowe, jednakowe w smaku, można nawet powiedzieć, że bez żadnego smaku. Różni się jedynie kształtem lub rodzajem nadzienia. Weźmie się to do ręki i ono zanika, zamieniając się w cienki ciągnący się plasterek. Podobnie, jak chleb tostowy. Albo są torty ociekające kremem.
I zejść stromymi wąskimi schodkami wprost na brzeg morza
Tymczasem tutaj znalazłam normalnie wypieczone bagietki i bułki razowe oraz te pączki, które mnie zadziwiły, bo nawet w Europie nie w każdym kraju są znane. Wiem, że mieszka tu Polka o imieniu Ola, zajmująca się budową łodzi i organizacją wycieczek turystycznych, krajoznawczych i dla nurków.
Przy końcu ulicy znalazłam miejsce, gdzie budują łódź. To musi być firma Polki!
Ale żeby tu się osiedlił jakiś piekarz z Polski lub innego kraju Europy, to nie słyszałam. Jest Włoch prowadzący restaurację „ La Cocina”,ale ceny tam są wysokie. To lokal dla innego rodzaju turystów, nie dla backpackersów. Najczęściej jadam obiady w „Matahari” lub w „Warung Mama”.
Po przeciwnej stronie budowanej łodzi stoi dom inny od wszystkich w city. Być może to dom Oli.
Nie opisuję, gdzie dane lokale, sklepy, czy hotele się znajdują, bo jak już mówiłam,  Labuan Bajo, to jest tylko jedna ulica idąca wzdłuż morskiego brzegu i wszystko, co istotne, znajduje się właśnie przy niej, przy Soekarno Hatte.
Z Matahari widok w stronę ulicy, na domy stojące poniżej
W Matahari znalazłam to, co lubię, czyli tanie azjatyckie dnia (30-40 tys), smaczne soki ze świeżych owoców (20 tys), miłą obsługę i piękny widok z sali jadalnej umieszczonej na tarasie wysoko zawieszonym nad zatoką. Cóż więcej do szczęścia potrzeba umęczonemu zwiedzaniem turyście? W tle słychać tam czasem spokojną muzykę.
Dzieci od wczesnych lat pływają same łódkami
Łódki i małe stateczki stoją sobie w rozproszeniu na gładkiej toni morskiej, a właściciele dopływają do nich mini tratwami, na których mieści się z ledwością dwoje ludzi. Krótkim wiosłem prowadzą tratwę do łodzi i w ten sam sposób wracają na ląd.
Przyjemnie spożywać posiłek, mając przed sobą taki widok
Bardzo pomysłowe rozwiązanie, dzięki czemu łódki nie muszą gnieździć się ciasno przy brzegu, tłukąc się o siebie, lecz stoją swobodnie na wodzie, tworząc przy okazji śliczny widok w zatoce.
Oryginalny Dom Selini  - kawiarnia i sklep retro
Wracając z obiadu, wstąpiłam do fryzjera, bo znowu moje gęste włosy dogrzewały mnie w upalnym i wilgotnym powietrzu. Strzyżenie kosztuje 20 tys rupii (niecałe 6 zł). Śniadanie po śniadaniu hotelowym jadłam już dwa razy w „Casa Seliny”.
Wnętrze Cafe Selini
To Cafe połączona ze sklepem, takim butikiem ciuchowym o oryginalnym wzornictwie w stylu retro. Spodobał mi się wystrój lokalu i jego położenie. Ceny posiłków również są do przyjęcia. Bardzo interesujący lokal. Trochę taki we francuskim art deco.
Takie wnętrze z widokiem na morze zachęca skutecznie do konsumpcji
Ciekawie też jest w „Warung Mama”, ale trzeba wspiąć się bardzo stromymi kamiennymi schodami na górę. Dom stoi bowiem po przeciwnej od morza stronie ulicy, wsparty na górze. Trud wspinaczki wynagrodzi nam piękny widok na morze i stojące na wodzie kolorowe łodzie. U Mamy potrawy leżą wzdłuż lady.
Wejść do "Mamy" nie jest łatwo, ale trud wynagradza piękny widok z góry na łódki
Pokazujemy po kolei potrawy, które chcemy, aby nałożono nam na talerz. Właściwie to talerzy tam nie używają. Dania dostajemy w koszyczku wiklinowym. Kładą na koszyczek szarą, nieprzemakalną serwetkę papierową i na nią nakładają potrawy.
Danie w koszyczku na papierowej serwetce u Mamy
W jaki sposób obliczają należność, to już jest tajemnica Mamy. Dziewczyna nas obsługująca pokazuje szefowej zawartość koszyczka, ta przenikliwym wzrokiem wpatruje się przez chwilę w jadło, po czym krótko wyrokuje, 30, lub 35 i dziewczyna nabija cenę na kasę, a klient płaci. Menu z cenami opracowano jedynie na napoje.
Warung "Mama" to stary lokal z tradycją rodzinną i wspomnieniami
U Mamy mamy do wyboru trzy rodzaje ryżu, pieczone udka kurczaka, małe smażone w całości rybki, owoce morza, tofu, smażone zielsko ( nie wiem co to jest, ale w każdej kuchni to mają i ja biorę, żeby trochę witamin złapać), sałatka z białej kapusty, zielona fasolka gotowana aldente i to wszystko, ale jest niedrogo i można się najeść.
Najprzyjemniej siedzi się tutaj po zachodzie słońca, które nie świeci już prosto w talerz
Najlepiej usiąść przy długim, wąskim stole, takim parapecie na całą długość sali, przodem w stronę morza. Podczas posiłku cały czas można obserwować, co dzieje się na dole na ulicy, w barach po przeciwnej stronie ulicy i na morzu, gdzie zawsze stoi dużo statków i łodzi. Piękny widok. Piwa i świeżych soków u Mamy nie dostaniemy.
W Labuan Bajo nie ma plaży, ale jest betonowa ścieżka spacerowa wzdłuż brzegu
Labuan Bajo jest tak małe, że mieszkańcy są w stanie zapamiętać każdego turystę, który chociaż raz z nim rozmawiał. Szczególnie sprzedawcy. Gdy weszłam do Bakery po bagietkę, a jej nie było, sprzedawczyni powiedziała, że o g.1.oo p.m bagietki będą, bo się właśnie robią i niebawem będą się piekły.Powiedziałam, ok, jak będę wracała, to wstąpię. Na g.12.oo byłam umówiona z krawcem, który skracał mi pokrowiec na walizkę i łatał dwie dziury, które w nim zrobiły kółka od walizki z tej właśnie przyczyny, że pokrowiec był za duży.
To już prawie koniec miasta, czyli ulicy nadmorkiej
Byłam jeszcze na poczcie, w banku i u tego krawca. Wracam, a pani wybiega z Bakery i woła, abym przyszła, bo bagietki właśnie się upiekły i ona odłożyła dla mnie jedną. A może chcę dwie? Nie, mówię ze śmiechem, chcę jedną. Dziękuję.  Miło się tu mieszka. Bagietki były jeszcze gorące i pachniały tak pięknie, jak tylko pachnie chleb.
Trochę inny świat, ale bardzo przyjemnie
Idąc dalej ulicą, gdy minie się już pocztę i banki, wchodzi się w trochę inny świat. Ulica upodabnia się do naszej Saskiej Kępy. Po obu stronach ulicy rosną stare drzewa, których korony tworzą nad nią tunel z prześwitami słońca. Po bokach  stoją stare tradycyjne domki mieszkalne, w różnym stanie, ale o ciekawej architekturze.
Ulice górzyste i wszystkie wiodą do morza
Tu mieszkają muzułmanie. Kobiety i dziewczęta chodzą tu w długich sukienkach i chustach na głowie. Mężczyźni w długich białych sukmanach i małych wyszywanych złotą nitką toczkach na głowie. Ruch w tej części miasta jest duży. Samochody i skutery wznoszą bezustannie kurz na jezdni.
Wzdłuż ulicy stragany ze wszystkim, co się da sprzedać
Na chodnikach stoją stragany z różnym towarem oraz z owocami i warzywami. Dużo tu jest również ulicznych jadłodajni, głównie z ich tradycyjnymi potrawami, na miejscu i na wynos. Zupy i sosy noszą tutaj w plastikowych woreczkach. Dużo ryb jest w jadłospisach, bo przecież to miasto rybaków. Życie toczy się na ulicy. Mało tu turystów.
W mieście o jednej głównej ulicy, rower, to najwygdniejszy środek transportu
Chociaż widziałam jeden hotel, ale generalnie turyści kręcą się po tej części ulicy, gdzie są punkty organizacji wycieczek, sklepy ze sprzętem, markety spożywcze z jedzeniem i piwem, kafejki, restauracje w stylu europejskim oraz gdzie znajduje się przystań promów i łódek wycieczkowych. Tutaj jest najwięcej hoteli i turystów.
Wprawdzie dalej od centrum, ale jest tu całkiem przyzwoity hotel
Warto jednak przejść się po tej malowniczej, muzułmańskiej części miasta-ulicy, gdzie z jednej strony zobaczymy stojące w zagęszczeniu tradycyjne drewniane domy, a z drugiej strony dużo kolorowych łódek rybackich zacumowanych na morzu.
Rybacy do swoich łódek dopływają tratwami
Tam też jest usytuowany market rybny, czyli targowisko, na które ryby są bezpośrednio dostarczane od rybaków. Market sięga rampy nadmorskiej, do której podpływają łódki i wyładowują towar. Rybacy dostarczają na targ również ryby suszone na słońcu. Zapach na tym markecie nie jest specjalnie przyjemny, ale ruch na nim panuje duży.
Domy są lepsze lub gorsze, ale wszystkie ozdabiane krzewami i kwiatami
Jak na muzułmański kraj przystało jest tutaj dużo dzieci. Dzieci są radosne, swobodne i bardzo kontaktowe. Nie uciekają przed turystami, wręcz odwrotnie. Zagadują, pytają skąd jestem. Nigdy nie proszą o pieniądze, ale często chcą, aby zrobić im zdjęcie.
Dzieci mają dużo czasu dla siebie i bawią się grupowo
Oglądają je z ciekawością na monitorze aparatu i mimo, że mają świadomość, że nie mogą zdjęcia dostać, dziękują, że się im to zdjęcie zrobiło. Nieraz widzą to matki znajdujące się w pobliżu i uśmiechają się do mnie z pełną aprobatą, również dziękując. Rzadko spotykane zachowanie. Zazwyczaj ludzie odwracają się od fotografującego tyłem, jakby się czegoś wstydzili, a dzieci przeciwnie. Lubią być fotografowane.
Dzieci są wesołe i bardzo śmiałe, ale grzeczne
Najciekawsze zachowanie odnotowałam pewnego dnia, gdy idąc chodnikiem, podbiegły do mnie dwie małe dziewczynki i ze śmiechem chwyciły mnie z obu stron za ręce. Szły tak sobie ze mną jakieś 100 - 150 m, po czym puściły moje dłonie i perliście się śmiejąc, zawróciły do domu. Taki sobie spacerek po prostu ze mną zorganizowały.
Wesołe łobuziaki
Gdy wracałam, były przed swoim domem i machały do mnie ręką, jak stare znajome. Przemiłe dzieciaki. Takie naturalne, z zachowaniem odpowiednim do ich wieku. Jaka to różnica między tymi dziećmi, a na przykład dziećmi z Kambodży.
Labuan Bajo, Flores
Tutejsze dzieci mają prawdziwe, radosne dzieciństwo i robią to, co w swoim wieku robić powinny. Bawią się beztrosko. Chwała rodzicom za to, że nie każą im w tym wieku pracować, handlować ani nagabywać turystów o pieniądze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz