Patronat medialny



Miło mi poinformować, że moja wyprawa została objęta patronatem medialnym przez portal Link to Polnad www.linktopoland.com

wtorek, 30 czerwca 2015

Indonezja - Komodo - Warany, płaszczki i nietoperze

Pływanie między wyspami, to największa atrakcja na Komodo
Zebraliśmy się wszyscy rano przed kantorkiem przy Bajo Hotel, w którym wykupiliśmy wycieczkę. Organizator nas przeliczył i zaprowadził  na przystań. Szliśmy pieszo, bo to przecież jest  bardzo blisko, jak wszystko w mieście Labuan Bajo. Na przystani czekała na nas łódź o szumnej nazwie „Armada”, mająca od tej chwili stanowić dla nas dom przez dwie doby.
Nasza łódź "Armada" trochę skromniejsza, ale zobaczymy to samo.
Było nas siedem osób. Para małżeńska z Francji z chłopcem może 10-cio, 12-to letnim o imieniu Mateo, dwie dziewczyny Scotland i England, chłopak z Anglii, Charles i ja z Polski. Mix people, jak to określiła załoga łodzi.
Wchodzimy po kolei na łódkę
Z dziewczynami to było tak. Gdy poprzedniego dnia załatwiałam wycieczkę w kantorku  i Filip, guide o włoskim typie urody z kruczo czarną fryzurą afro na głowie, tłumaczył mi wszystko cierpliwie, pojawiły się one. Dwie ładne, młode blondynki z ogromnymi czarnymi plecakami na sobie.
Na dwa dni zostawiamy ląd za sobą
Filip zastygł na chwilę w bezruchu, po czym z zaciekawieniem uniósł wyżej głowę i zapytał skąd przybywają. Z England, powiedziała jedna, Scotland, powiedziała druga. Jesteście razem czy osobno? razem, zapiszczały dziewczyny i Filip postanowił popracować nad nimi, żeby wykupiły wycieczkę.
Płyniemy między wieloma wyspami
Spojrzał na mnie, powiedział sorry i zaczął opowiadać wszystko od początku, co mi bardzo odpowiadało, bo utrwalałam w sobie informacje i upewniałam się, czy aby za pierwszym razem dobrze wszystko zrozumiałam. Wszyscy mówią tu przecież po angielsku.
Spotykamy po drodze różne statki. Niektóre całkiem duże.
Dziewczyny wysłuchały wszystkiego w skupieniu i milczeniu, wynotowały sobie, co trzeba, powiedziały, że się jeszcze namyślą, uśmiechnęły się i sobie poszły. Ja kupiłam tą wycieczkę.
Morze jest tego dnia spokojne i pogoda piękna
Powiedziałam do Filipa, że Scotland i England jakieś takie niezdecydowane są, chyba już nie wrócą. Filip mi na to odpowiedział, że one myślą, że gdzieś taniej te wycieczki dostaną, ale nie dostaną. Na pewno tu wrócą, zapewnił pokazując lśniący bielą garnitur zębów w szerokim uśmiechu. Rzeczywiście wróciły i wykupiły tą samą wycieczkę, co ja.
Widoki, jak malowane obrazy artystów
Na początku trochę się przeraziłam, że nieodpowiednio się do tej wycieczki przygotowałam. Scotland z England oraz Francuzi mieli ze sobą duże plecaki. Na łodzi wypakowali polary, buty trekkingowe, skarpety, długie spodnie, czapeczki, kostiumy kąpielowe, nocną bieliznę, kremy przeciwsłoneczne, ręczniki i aparaty fotograficzne.
Nasza łajba skromna, ale rejs przyjemny
Ja miałam z sobą jedynie lniany woreczek na sznurkach z napisem „Cebo”, a w nim kostium kąpielowy, pareo, skarpetki w razie chłodu nocą, kilka porcji kawy rozpuszczalnej, szczoteczkę do zębów, miniaturowe pojemniczki z kremem, mydłem w płynie i papier toaletowy. Na nogach miałam sandały.
Indonezyjskie wyspy, to same góry, na dodatek łyse
Aparat fotograficzny miałam również, wraz z dwoma zapasowymi bateriami gdyż nie sądzę abym miała gdzie na łodzi ładować baterie. Pamiętałam o kremie przeciwsłonecznym, przewidując cały czas pobytu na otwartej przestrzeni. Dlaczego nie wzięłam pełnych butów i polara? Tej cienkiej bluzy przynajmniej z długimi rękawami, którą zawsze mam w podręcznym plecaku, głównie z powodu notorycznego wyziębiania pasażerów w samolotach. Teraz by się na łodzi przydała na wieczór.
Dużo wysp  jest niezamieszkałych przez ludzi
Wiedziałam, że będziemy dużo chodzić, a potem spać na łodzi. Noce są chłodne, czego zupełnie nie zauważam śpiąc w hotelach, w których zawsze jest za gorąco. Dnie są również zawsze upalne, więc chyba dlatego nawet nie pomyślałam, że może w tej części świata być kiedykolwiek i gdziekolwiek zimno. Na morzu może tak być.
Tata z synem ulokowali się na dziobie łodzi
Dobrze, że chociaż wzięłam skarpetki. Założę je do sandałów, żeby chroniły mnie przed kamieniami, korzeniami i innymi utrudnieniami na drodze w czasie trekkingu.
Na szlaku wodnym sporo statków i łodzi z wycieczkami
Trochę się uspokoiłam, gdy zobaczyłam, że Charles jest również tylko z małym plecaczkiem, bez polara, na dodatek w klapkach i bez innych butów na zmianę. Gdy robimy coś głupiego zawsze jest dla nas pocieszeniem jeśli zobaczymy, że inni zrobili coś podobnego. Ok, nie ma odwrotu, jakoś przeżyjemy.
Nasza łódka mała, ale można na niej siedzieć lub leżeć na materacu na dnie łodzi
Ja to chyba sobie tą łódź wyobrażałam inaczej. Większą i z kabinami, skoro mamy na niej nocować. Tymczasem była to mała łódka. Po obu stronach miała wąskie ławeczki do siedzenia. Jedyną kabiną na łódce była mała wąska kabina kapitana i mini ubikacja na końcu łódki. Wszystko inne znajdowało się w wolnej przestrzeni łodzi. Kuchnia też.
Brak monotonii w krajobrazie, bo wszędzie naokoło są wyspy indonezyjskie
Nie wiedziałam, jak my tu będziemy spać i w jaki sposób można się na tej łódce umyć. Nie zawracałam sobie długo tym głowy. Jakoś to muszą mieć zorganizowane, skoro wożą takie wycieczki. Nie widziałam zaniepokojenia na twarzach Francuzów i młodzieży, więc przestałam o tym myśleć.
Niektórzy odpoczywają, inni wpatrują się w morze
Zaraz na początku dziewczyny przebrały się w kostiumy kąpielowe, nasmarowały kremami i weszły na daszek budki kapitana, żeby się opalać. Francuzi ulokowali się na dziobie łodzi i trwali tam przez dłuższy czas. Ja i Charles siedzieliśmy na bocznych ławeczkach. Mateo tylko nosiło, więc bez przerwy się przemieszczał i nie mógł sobie miejsca znaleźć. Załogę stanowił kapitan, kucharz i majtek.
Majtek na dziobie wpatrzony w dal
Płynęliśmy między wieloma wyspami, głównie bardzo małymi, stromymi, niezalesionymi i niezaludnionymi. Mijały nas inne łodzie turystyczne i rybackie. Podróż trwała długo, więc położyłam się na ławce na małą drzemkę. Majtek, młody bardzo miły i uczynny chłopak, przyniósł mi poduszkę, żebym miała wygodniej.
Na morzu spory ruch
Przy okazji zobaczyłam, że pod podłogą jest pomieszczenie-magazyn, gdzie składowane są materace, koce i poduszki, bo stamtąd majtek przyniósł mi poduszkę. Było to pocieszające, że nie zmarznę nocą przykryta jedynie cienkim pareo.
Ciekawe ukształtowanie górzystych wysp
Pod okienkiem budki kapitana stał mały stolik nakryty obrusem w kratę. Obrus był sznurkami przywiązany do specjalnych haków, aby nie sfrunął. Na ten stół majtek przyniósł plastikowe talerze, kubki i sztućce, a kucharz ustawił potrawy. Podano obiad.
Owoce, kawę, herbatę, wodę, mamy cały czas do dyspozycji
Wszyscy po kolei podchodzili do stołu, brali talerz i sztućce, nakładali sobie wszystkiego po trochu z przygotowanych potraw, po czym wycofywali się na ławeczkę lub siadali po prostu na materacach rozłożonych na podłodze i trzymając na kolanach talerz, spożywali obiad.
Jemy, gdzie się da. Najważniejsze, że smakuje.
Każdy brał ostrożnie, kulturalnie, aby dla innych starczyło, potem podchodziliśmy po dokładkę, bo jedzenia było wystarczająco dużo. Zawsze jeszcze coś zostawało na półmiskach i wracało do kuchni. Kucharz gotował smacznie i wszystko było świeże.
Jedzenia wystarcza nawet na dokładkę dla każdego. W tym żółtym pojemniku jest ryż.
Najczęściej było do jedzenia to, co jem w Azji zawsze, czyli rice and chicken, ale w różnych odmianach smakowych. Na obiad smażony ryż (nasi goreng), curry, wieczorem biały ryż w łagodniejszym sosie i z innymi dodatkami. Do tego podawano smażony makaron (mee goreng). (Do ryżu podawali makaron, naprawdę!), było też tofu, jakaś sałatka z białej kapusty i zielsko niezidentyfikowane przeze mnie, ale smaczne.
Życie na łódce nawet mi się podoba
Raz nawet była całkiem smaczna sałatka ziemniaczana, co mnie bardzo zaskoczyło, bo tutaj ziemniaki, to rarytas. Wprawdzie nie są w sklepach pojedynczo zawijane w miękkie koszulki, jak jabłka, ale są drogie i bardzo rzadko stosowane w tanich kuchniach straganowych. Tego typu kuchnię mieliśmy przecież na łodzi.
Mijamy bezludne wysepki i plaże
Na śniadanie kucharz serwował naleśniki (nasi lemak) z bananami polane nutellą i owoce. Nie wydzielał określonej ilości sztuk na osobę, można się było najeść. Na to byłam przygotowana, bo wiem, że nie jedzą tu chleba na śniadania i kolacje, jak ma to miejsce w Europie. Na kolacje było coś podobnego, jak na obiad. Bazą zawsze jest ryż.
England i Scotland podczas przyjacielskiej pogawędki.
Pod stolikiem stała turystyczna lodówka, w której między kryształkami pokruszonego lodu chłodziły się małe butelki z wodą mineralną. Każdy mógł brać ile mu potrzeba. Gdy się kończyły, majtek przynosił z magazynu następne i wkładał do lodówki, aby się chłodziły.
Tym pomostem wchodzimy na teren Parku Narodowego Rinca
Za każdym razem majtek troskliwie dopytywał, czy naprawdę już mamy finisz w jedzeniu, po czym sprzątał ze stołu i na powrót ustawiał na nim duży termos z gotowaną wodą na kawę i herbatę oraz kubki, cukier i puszkę mleka skondensowanego do kawy, które były w stałym użyciu.
Schodząc na ląd najpierw trzeba się dowiedzieć, czego wnosić z sobą nie wolno
Zawsze też kładł na stole owoce. Banany lub pokrojone w łódeczkę arbuzy. Kawa była indonezyjska, sypana, niezbyt smaczna. Miałam ze sobą własną kawę rozpuszczalną, dlatego korzystałam tylko z wrzątku i mleczka.
Urzędnicy wyjaśniają rodzaje obowiązujących opłat.
Francuzi i dziewczyny kupili sobie jeszcze na lądzie piwo, które schłodzili w łódkowej lodówce i wieczorem wypili. Ja nie wpadłam na ten pomysł, a szkoda. Gdy następnego dnia przepływaliśmy w pobliżu zamieszkałych wysepek, w pewnej chwili zobaczyłam człowieka wyłaniającego się zza burty.
Można ataku serca dostać z powodu takiej niespodziewanej wizyty
To dziwne uczucie zobaczyć nagle kogoś wspinającego się na burtę, gdy wokół cały czas ma się nieprzebrane morze i żadnej ludzkiej twarzy na horyzoncie.
Piwko? bardzo proszę, za 50 tys rupii butelka
Miejscowi przypłynęli łódką z piwem i pamiątkami na sprzedaż. Piwo mieli w półlitrowych butelkach i sprzedawali je po 50.000 rupii. Francuzi kupili. Ja lubię wypić sobie piwo wieczorkiem, ale nie jestem aż tak zdesperowana, żeby płacić za butelkę 50 tys rupii.
Między Wyspą Rinca, a Komodo
Pół litrowa butelka piwa na lądzie kosztuje 30 tys rupii. Poza tym, dla mnie pół litra, to za dużo na raz. Zwykle kupuję puszkę piwa za 16 tys rupii i tak właśnie zrobię, gdy wrócę na ląd. Pływający sprzedawcy mieli też w ofercie naszyjniki z muszelek i drewniane warany, które nie budziły niczyjego zainteresowania. Przypłynęliśmy, żeby oglądać tutaj prawdziwe.
Zacumowaliśmy przy takiej zabudowanej łódce
Integrowaliśmy się. Najbardziej młody majtek z Mateo. Gdy wykonał już wszystkie swoje obowiązki na pokładzie, siadał na dziobie łodzi z Mateo, a ten uczył go francuskich słówek. Majtek powtarzał je chyba pokracznie, bo zaśmiewali się przy tym do łez, ale wytrwale uczyli się nadal.
Mateo uczy załogę francuskich słówek
Potem z ciekawości dołączył do nich kucharz. Kucharz był starszy i cały czas chodził w zielonym sarongu. Jeśli przy każdej obsługiwanej wycieczce znajdzie się taka osoba, jak Mateo, chłopaki załoganci mają szansę nauczyć się obcych języków w czasie rejsów.
Sporo łodzi zakotwiczyło przy Isla Rinca
Po południu Francuzi, Charles i dziewczyny grali w karty. Namawiali mnie, abym do nich dołączyła, ale ja nie znałam zasad tej gry i podziękowałam. W takich między innymi momentach odczuwa się brak znajomości języka, którym mówią pozostali. Gdyby było inaczej, szybko by mi wyjaśnili, w czym rzecz i mogłabym z nimi zagrać. Moja strata.
Schodzimy na ląd.
W wolnych chwilach Francuzka i dziewczyny czytały książki zabrane z sobą z kraju. Każdy oczywiście w swoim ojczystym języku. Mix na łódce. Charles też miał książkę i czasami czytał. Częściej wpatrywał się w morze. Francuzka dodatkowo co pewien czas robiła notatki. Pewno coś napisze o tej wycieczce na fejsie, a może też pisze bloga?
Na pokładzie łódki, kto miał, to czytał książki. Inni rozmawiali.
Ja myślałam wcześniej o tym, aby zabrać z sobą czytnik elektroniczny, mając na uwadze długi wieczór na łódce (o g.18.oo robi się tutaj zupełnie ciemno), ale w końcu zrezygnowałam, bo wszystko właściwie mam już w czytniku przeczytane.
Nasz Guide radosny, nasza wycieczka nie wie jeszcze, w jakim powinna być humorze
Muszę poprosić Oliwię lub moją synową, Monikę, aby mi przegrały i przysłały do laptopa ze dwie nowe książki, to sobie do czytnika przerzucę. Są w podróży takie chwile, kiedy z przyjemnością poczytałoby się dobrą książkę we własnym języku.
Na drążku czaszki zwierząt, które padły ofiarą waranów
Pierwsze zejście na ląd mieliśmy po kilku godzinach spokojnego rejsu łodzią po morzu. Zakotwiczyliśmy przy brzegu wyspy Rinca i poszliśmy zwiedzać National Park na wyspie. Parki w tym obszarze obejmują część morza i lądu.
Pierwszego nie zauważyłam. Leżał plackiem na ziemi. Moja czaszka mogła dołączyć na drążek.
W morzu na terenie Parków można zobaczyć ogromne płaszczki, żółwie i różne gatunki egzotycznych ryb oraz uprawiany jest snorkeling. Na lądzie zaś znajdują się warany, małpy, czarne dzikie świnie, jelenie i bawoły oraz różne gatunki ptaków. Ja wypatrzyłam na Komodo białą kakadu, co uświadomił mi ranger, gdy wskazałam mu ptaka siedzącego na czubku drzewa.
Za to wypatrzyłam białego kakadu na czubku gałęzi
Najpierw jednak trzeba było kupić bilety. Opłaty obowiązują za wszystko. Płaci się za cały pakiet w jednym miejscu, przy wejściu na teren Parku Narodowego, niezależnie od którego Parku zaczynamy zwiedzanie.
Nasza wycieczka sceptycznie słuchała wywodów urzędnika
Otrzymujemy cztery bilety, które pan łączy zszywką, żebyśmy się w nich nie pogubili i wchodząc na teren obiektu, okazuje się odpowiedni bilet lub nie. Za grupę ręczy guide, więc zazwyczaj nie sprawdzają biletów poszczególnym uczestnikom grupy.
Wybieramy trasę. Krótka, średnia czy długa? jednogłośnie, długa!
Pieniądze z biletów idą na utrzymanie Parków, w tym, na wynagrodzenie guide i rangerów. Od siebie nic już im się nie daje. Zresztą, na końcu ulatniają się dyskretnie i tak szybko, że nawet nie zdążylibyśmy uzgodnić między sobą, zebrać i wręczyć im typowego w takich sytuacjach dowodu uznania za ich rzetelnie wykonaną pracę.
W pobliżu biura Parku, spacerują sobie sarny
Zarówno guide, jak i ranger naprawdę się starają. Są przez cały czas w dobrych humorach, serdeczni i troskliwi da turystów, wyczerpująco udzielają odpowiedzi na zadawane pytania. Zachowują się tak, jak by naprawdę się bardzo cieszyli, że mogą nas poznać i oprowadzić po swoim Parku. Jacyś pasjonaci.
Na terenie Parku można zanocować w takim domku
Ceny biletów wstępu są takie: Za wstęp do National Park Rinca - 50.000 rupii, za snorkelling w morzu -15.000 rupii, wstęp do National Park Komodo–150.000 rupii, za trekking–5.000 rupii. Ogółem koszt biletów wstępu wyniósł nas po 220.000 rupii od osoby (63 zł). Żadnych zniżek dla obcokrajowców nie przewidziano.
Ale dziękuję bardzo! Można niechcąco nadepnąć na wylegujące się tutaj warany!
Po Parkach Narodowych nie można chodzić samodzielnie. Zawsze trzeba być z grupą, która otrzymuje do towarzystwa i opieki rangera i guide. Ranger, to pracownik Parku, który uzbrojony w długi kij z rozwidleniem na końcu, pilnuje, aby waran lub małpa nie zrobili nam krzywdy i określa, na jaką odległość możemy podejść do zwierząt. W razie niebezpieczeństwa wie, jak tym rozwidlonym kijem unieruchomić np. smoka na Komodo.
Jestem przy żywym waranie, w pozie gotowej do ucieczki
Wprawdzie to już nie są całkowicie dzikie zwierzęta. Odkąd ludzie weszli na ich teren i na swoją modłę przystosowali dziki obszar przyrodniczy do swoich potrzeb, pierwotni mieszkańcy pól i lasów musieli się z tym pogodzić i oswoić. Niemniej są to nadal dzikie zwierzęta, żyjące na wolności i trzeba być bardzo ostrożnym w obcowaniu z nimi.
W bezpiecznej odległości pozujemy, ale robiąc w ten sposób zdjęcie, wychodzi, że jesteśmy blisko
Zwierzęta przyzwyczaiły się do tego, że ludzie pobudowali tu swoje domy na biura i schroniska dla turystów, że ciągle i wszędzie jest tu pełno ludzi kręcących się po ich terytorium. Ale wiedzą, że nikt im tu krzywdy nie zrobi, więc zaakceptowały sytuację. Utrzymują jednak rezerwę i nie pozwalają za blisko do siebie ludziom się zbliżać.
Tu jestem z Irsanem uzbrojonym w długi kij dla obrony przed waranem
Warany są szczególnie niebezpieczne, ponieważ niby leżą zupełnie bez życia, jak kłoda  spróchniałego drewna, a w sekundzie potrafią się zerwać i złapać ofiarę. Na terenie Parku ustawiono drągi, na których pozawieszano czaszki różnych zwierząt.
Czasami te leniuchy zrywały się niespodziewanie i biegły
To ofiary waranów. Często większe od nich i zwinniejsze, ale gdy zawiódł ich instynkt i za bardzo się do warana zbliżyły, to nawet bawoły nie miały szans w walce z jaszczurem. Na tej pokazowej ściance z drągów nie ma czaszki człowieka.
Wędrowaliśmy wytrwale po lesie, a guide co rusz pokazywał nam coś ciekawego
Guide opowiadał, że nie tak dawno waran rzucił się na jego przyjaciela, który jest przecież doświadczonym pracownikiem Parku, a jednak. Na szczęście przyjaciel  przeżył tą przygodę, bo od razu go koledzy ratowali.
Palma zrosłą się na trwałe z leśnym drzewem i dokonają już w takim uścisku swojego żywota
Inne zwierzęta, jak widzą nadchodzących ludzi, to szybko czmychają w gęstwinę lasu, mniejsze, jak na przykład małpy, uciekają na drzewa, a taki waran co ma zrobić? Ciężki, zwalisty, z maleńkimi nóżkami, bez skrzydeł ?
Bawół opił się wody i wraca w gąszcz lasu
W jaki sposób ma szybko uciec przed człowiekiem? Obronić się przed niebezpieczeństwem ze strony innych intruzów? W przyrodzie panuje tylko jedna zasada. Nie zjesz wroga, to wróg zje ciebie. (w życiu ludzi, też).
Ku przestrodze. Patrz gdzie idziesz, aby nie dołączyć do tego towarzystwa.
Często jaszczur wykorzystuje nieuwagę i roztrzepanie ludzi i innych stworzeń. Idzie taka ofiara losu i nie patrzy pod nogi, a waran w kolorze ziemi i kory drzew, leży nieruchomo tuż przed nim i tylko czeka, aby go sięgnąć w odpowiedniej chwili.
Na otwartej przestrzeni upał zwalał z nóg
Jego atutem są mocne szczęki i szybkość w działaniu. Dlatego leży sobie tak nieruchomo dla zmyłki, jakby nieżywy był, a gdy tylko ofiara zbliży się na odpowiednią odległość, w sekundzie ją złapie i skonsumuje.
Czasami wycieczka mi uciekała....
To, że na zdjęciu widać, jak blisko warana jestem, to też tak dla zmyłki, żeby wrażenie na znajomych w Polsce zrobić i rodzinę wystraszyć. Przewodnik doświadczony w robieniu atrakcyjnych zdjęć turystom, zrobił je, leżąc z aparatem niemal na ziemi.
........gdy coś ciekawego dopominało się fotografowania

Wtedy na zdjęciu zatraca się odległość i widać, jakbym tuż przy waranie była. A byłam w bezpiecznej odległości, w miejscu, które patykiem wyznaczył mi ranger Irsan. Ani centymetr za wyznaczoną kreskę. Pracownicy Parku nigdy nie zaryzykują życia turystów. Irsan był bardzo troskliwy i budził moją ufność, dlatego waran nie był dla mnie straszny.
Na końcu trasy odpoczynek i możliwość podkarmienia się
Po zakupie biletów odbyła się narada. Guide przedstawił nam plan i trzy różnej długości i różnej trudności trasy, żebyśmy wybrali, którą chcemy pójść. Wybraliśmy najdłuższą, bo po to tu przyjechaliśmy, aby jak najwięcej zobaczyć, a przede wszystkim warany.
Irsan pokazuje, że było ok! ja też tak twierdzę.
Szlak, którym poszliśmy był bardzo interesujący krajobrazowo, ale chwilami trudny. Chodziliśmy często pod górę, ścieżki raptem się kończyły, trzeba było iść po śladach poprzedników, przechodzić przez powalone drzewa, a czasami przez strumienie, na których nie było kładek. Duże też było tempo wycieczki, ale nie narzekałam.
Guide odpoczywają pod drzewem nie rozstając się z obronnymi kijami
Sandały dobrze trzymały się podłoża, nie ślizgałam się po żwirze i mokrej ziemi przy korytach strumieni, jak Charles w swoich klapkach. Nie zostawałam w tyle, chyba, że przystawałam, aby zrobić zdjęcie.
Warany dziękują nam za odwiedziny
Wtedy Irsan, również się zatrzymywał tuż za mną z tymi swoimi widłami i czekał. Nigdy nie przeszedł do przodu, zawsze zabezpieczał tyły, a co się dzieje z przodu, to widział, żeby na czas zareagować. Szybko doganiałam wycieczkę i znowu łapałam krok.
Płyniemy do drugiego Parku na Komodo
Nieraz zatrzymywaliśmy się na chwilę, jeśli coś ciekawego o danym miejscu, drzewie, roślinie czy zostawionych przez zwierzynę śladach chciał nam opowiedzieć guide. To były jedyne chwile odpoczynku. Upał był niemiłosierny. Na otwartej przestrzeni piekliśmy się, jak ryby na patelni. Niemal skwierczało.
National Park Komodo wita nas
Na szczęście większa część trasy prowadziła przez zacienione drzewami i zaroślami obszary. Mieliśmy z sobą butelki z wodą mineralną. Bawoła zobaczyłam znienacka. Ogromny i majestatyczny z imponującym porożem. Stał u wodopoju.
Odprawa guide przed wyruszeniem na szlak
Gdy nadeszliśmy obejrzał się na nas, po czym spokojnie przeszedł na drugą stronę strumienia i wolno się oddalił. Zwierzyna płowa zupełnie taka sama, jak w naszych polskich lasach, ukazywała się często podczas naszej wędrówki. Natomiast dziki są tutaj smoliście czarne, aż błyszczące. Pierwszy raz widziałam tak intensywnie czarne dziki.
Czarny dzik
Zrobiliśmy pętlę i doszliśmy do miejsca, skąd wyruszyliśmy. Popłynęliśmy na wyspę Komodo. Tam wybraliśmy trasę  średniej długości, bo przewidziane trasy były bardzo długie, o wiele  dłuższe, niż na Rinca i nie zdążylibyśmy nimi przejść. Tam właśnie zobaczyłam tą białą kakadu i małe waranki wędrujące na linii lasu i plaży.
Mały waranek wędruje wzdłuż plaży
One chyba nie były takie małe, raczej normalne, ale po zobaczeniu tych ogromnych cielsk jaszczurzych na Rinca, ujrzane na Komodo wydawały się małe. Tutaj też dostaliśmy dla ochrony rangera i guida, który po angielsku wszystko nam opowiadał.
Następny waran na porannym spacerku
Po trekkingu dla urozmaicenia zrobiono przystanek, aby trochę ponurkować w wodzie dla przyjemności, odpoczynku i podziwiania świata podwodnego. Na Komodo jest wiele odpowiednich miejsc do snorkelingu i tak w ogóle, do kąpania się.
Do takiego żwawego lepiej się nie zbliżać
Woda jest czysta, przejrzysta, jaskrawo seledynowa na płyciznach. Wszak to Park Narodowy, więc dba się tutaj wyjątkowo o czystość i na lądzie i na morzu. Potem znowu pływaliśmy po morzu między wieloma wyspami, podziwiając przyrodę indonezyjską.
Smok z Komodo. Czujny i ciekawy.
Pod wieczór kapitan zatrzymał łódź w pobliżu takiej wyspy, z której gromadnie wylatują nietoperze na nocny żer. Oglądaliśmy ten spektakl tuż po zachodzie słońca, gdy niebo oblane było mieniącymi się odcieniami czerwieni, chowającej się za widnokręgiem  tarczy słonecznej.
Nasz guide na wyspie Komodo
Nietoperze leciały ogromnymi stadami, które rozpraszały się w powietrzu szybując na tle rozżarzonego czerwienią nieba. Co chwilę wylatywała następna partia nietoperzy. Nie leciały tak pięknie zwartym kluczem jak te na Borneo, które sfotografował Krzysztof Świercz, ale ich widok i tak był zachwycający.
Nietoperze całymi stadami wylatują na nocny żer
Na noc majtek rozłożył na dnie łodzi materace wyciągnięte z magazynku znajdującego się pod podłogą i już widział, że się nie pomieścimy. Wzięli chyba na tą wycieczkę więcej ludzi, niż powinni, bo kapitanowi szczęki drgały ze złości, że majtek bezradnie stoi, nie mając gdzie położyć ostatnich dwóch materacy, a my na to patrzymy.
Zachód słońca rozsnuwa wokół czerwoną poświatę
Kazał złączyć wszystkie materace do kupy, nakryć razem wspólnymi kapami. Wręczyli każdemu poduszkę i cienki kocyk do przykrycia się. Niech się ludziska lokują na wspólnym posłaniu, jak na wykładzinie dywanowej w holu lotniska. Było ok. Żal tylko majtka, bo przecież to nie jego wina, że kapitan dla większego zysku wziął więcej ludzi.
Na morzu noc zapada inaczej. Wyspy podświetlane są słońcem chowającym się za wielką wodą
Wyspałam się wybornie, mimo, że ciągle ktoś się kręcił po materacach przechodząc przez śpiących, do ubikacji. Może dlatego, że spaliśmy na świeżym powietrzu, pod gołym niebem, kołysani łódką do snu na lekko falującym morzu. W każdym razie spało się zdrowo. Problem mycia odpadł, bo nie było jak i gdzie się porządnie umyć i przebrać.
Poranek przywitał nas pięknym widokiem na maleńką plażę
Gdy wieczorem wzięłam swój mini ręczniczek, mydło i szczoteczkę do zębów i zapytałam majtka, gdzie mogę się umyć, zaprowadził mnie do tego miniaturowego kibla, w którym nawet obrócić się nie było jak (ale wisiał na drucie papier toaletowy) i wskazał na beczkę z wodą wciśniętą w kąt między kiblem, a zakończeniem burty.
Wyspałam się znakomice na świeżym morskim powietrzu
Już samo przejście do kibla było nie lada sztuką i w każdym momencie groziło wpadnięciem do morza, ponieważ trzeba było przejść bardzo wąskim przesmykiem między wysoką drewnianą ścianką kabiny kapitana, a burtą sięgającą zaledwie do kostek. Trzeba się było trzymać ściany, na której nie było żadnej poręczy, a przed nami rozpościerała się niezmierzona toń wody. Najgorzej było nocą. Na szczęście trzymali w przesmyku zapalone światło.
Płytkie i wąskie przejście na zaplecze łódki
Tak więc łazienka była między kiblem, beczką, a głębią morską. Majtek obrazowo mi pokazał, jak mam się namydlić, rondelkiem nabrać wodę z beczki i spłukać się, a woda ze mnie spłynie wprost do morza. Tutaj? Upewniałam się, na oczach wszystkich pasażerów? Tak, potwierdził z rozbrajającym uśmiechem. ok? zapytał i co było robić? Ok, ok, potwierdziłam z westchnieniem. Na morzu, moi kochani, życie jest surowe.
Odpływamy
Następnego dnia kapitan uruchomił łódkę, nim jeszcze siedliśmy do śniadania. Każdy się jakoś na swój sposób odświeżył, majtek błyskawicznie uprzątnął materace i pościel. Łódź odzyskała przestrzeń. Gorąca kawa usunęła ostatnie oznaki snu, rozruszaliśmy się, bo wróciła nam energia po śniadanku złożonego z nasi lemak, czyli z cienkich indyjskich placuszków z bananami i owoców.
Leniwe chwile na łodzi
Zdążaliśmy w kierunku wyspy Kanawa, wokół której również znajdują się świetne warunki do nurkowania. Załoganci intensywnie wpatrywali się w toń morską, a po chwili podekscytowani wskazywali nam ręką pewne miejsca na morzu. Szybko, szybko, powtarzali. Nie mogłam początkowo załapać w czym rzecz. Patrzę się i patrzę, w końcu widzę ogromne ciemne plamy przemieszczające się tuż pod powierzchnią wody.
Nagle na lustrze wody pojawiły się duże czarne plamy
To były płaszczki, manty, czarne, płaskie i ogromne. Gdy jedna z nich machnęła rozłożystą płetwą, rozpryskując wodę tuż pod moim nosem, chwyciłam za aparat fotograficzny.
To płaszczki. Wszyscy, jak na komendę rzucili się do wody
Australijczyk Roy, Anglik Charles, Francuzi oraz England i Scotland błyskawicznie zrzucili z siebie okrycia, chwycili maski, rurki i wskoczyli niemal jednocześnie do wody.
Taniec z płaszczkami
Pogonili za płaszczkami w otwarte morze. Najdłużej je gonił Roy, robiąc im jednocześnie zdjęcia maleńkim elektronicznym aparacikiem przystosowanym do fotografowania w wodzie. Ja i Francuzka wraz z załogą obserwowaliśmy wszystko z pokładu.
Płaszczek było dużo. Otoczyły naszych nurw
Kapitan co rusz pokazywał nam miejsca, gdzie podpływały płaszczki. Biegałyśmy od jednej burty, do drugiej. Na zdjęciach nie wyszło to tak spektakularnie, jak się odbywało w rzeczywistości, bo aparat nie nadążał za ruchem tych ciekawych, ale niezwykle szybkich stworzeń morskich, ale przeżycie było duże.
Z załogą łodzi i Francuzką oglądałam ten spektakl z pokładu
Po pewnym czasie wycieczka wróciła na pokład łodzi i oglądaliśmy zdjęcia zrobione pod wodą przez Roya. Niesamowite, prawie ich dotykał! Płynął nad nimi, jakby go niosły na swoim cielsku. Innym razem, raz on płynął za nimi, raz one za nim i tak tańczyli płynnie i rytmicznie w morskiej toni. Roy wyglądał na szczęśliwego człowieka.
Patrząc z łódki miałam wiele uciechy, co dopiero oni pod wodą! wyobrażam sobie!
Gdy kapitan krzyknął, że znowu są, słychać tylko było, chlup, chlup, chlup, to nasi tak błyskawicznie wskakiwali do wody jeden po drugim i zabawa zaczynała się od początku. Tym razem Francuzka dołączyła do nich, emocje nie pozwoliły jej na bierną obserwację.
Pływający sprzedawcy pamiątek nawet na morzu dopadną turystów
Skacz Sofia, wołali, skacz! Mowy nie ma, kręciłam przecząco głową. W tą głębię? Ja nie umiem pływać! Mogę tylko snorkować na płyciźnie. Uświadomiłam sobie, jaka ułomna jestem, ile przyjemności mnie omija. Języka nie znam, w karty nie gram, nie pływam, kaleka jakaś ze mnie wyrosła. Ale na nic w życiu nie jest za późno, póki się żyje.
Na snorkeling przypłynęło w to miejsce więcej łódek
Obiecałam sobie w tym momencie, że jak tylko wrócę na Filipiny, nauczę się pływać i nurkować. Są tam przy plażach takie małe szkoły, specjalistyczne grupy fachowców, którzy podejmują się nauczyć tych czynności takie ofiary losu, jak ja (które zdobycie tych umiejętności dotychczas zaniedbali), aby w pełni mogli oni korzystać z wszystkich przyjemności, jakie oferuje ten piękny kraj, otoczony morzami.
England w czasie porannych ćwiczeń na pokładzie
Tymczasem popłynęliśmy do Kanawy. Kanawa, a właściwie obszar wodny wokół tej wyspy, uznany został za jedno z najlepszych miejsc do nurkowania w regionie Azji Południowo-Wschodniej. Oprócz koralowców można tu pod wodą oglądać żółwie i najróżniejsze gatunki ryb. No, i te ogromne, czarne płaszczki. Przyjeżdżają tu zapaleńcy nurkowania z całego świata.
Niektóre łodzie podpłynęły bliżej plaży
Gdy ukazała się w oddali wyspa z żółtą plażą, podpłynęliśmy bliżej, ale nie za blisko. Szkoda, bo bym chętnie zeszła na plażę i pokąpała się w płytkiej wodzie. Znowu Ci, co potrafią pływać, wskoczyli do wody i popłynęli na ląd, a ja zostałam na łodzi. Roy to nawet wdrapał się tam na wielką górę i stamtąd oglądał okolicę po widnokrąg, kiwając do nas zwycięsko.
Nasi rzucili się wpław i dopłynęli na ląd
Ja i Charles, który został tym razem na pokładzie, odmachiwaliśmy mu przyjaźnie. Po powrocie opowiadali, że oprócz restauracji nie ma tam kompletnie nic, co zatrzymałoby ich dłużej na wyspie, niż piętnaście minut. Przy restauracji działa też hotel. Chyba tylko jacyś odludkowie wybierają takie miejsce na urlop. Nie ma tam kompletnie nic !
Są już na dzikiej plaży
Nic? A ja myślę, że amatorzy nurkowania chętnie zatrzymują się na tej wyspie. Cała ich przyjemność polega przecież na obserwowaniu życia pod wodą. Odpoczywać mogą na pustej, czystej plaży, a potem potrzebują już tylko restauracji do pożywienia się i hotelu do wyspania się. To wszystko właśnie na tej wysepce znajdują.
Wracamy do Labuan Bajo
Dla jednych nic, znaczy nieraz dla innych, wszystko. Mogą jeszcze wdrapać się na szczyt góry, jak Roy i oglądać z wysokości inne wyspy i statki oraz łódki pływające w pobliżu, bo tędy prowadzi trasa wycieczek turystycznych. To tak dla rozrywki.
Dopływamy do portu
Gdy odkrywcy bezludnych plaż wrócili wpław do łodzi, popłynęliśmy do domu. Inne, większe łodzie i statki, ciągnęły za sobą łódki, którymi transferowali pasażerów z pokładu na ląd takich wysepek i z powrotem. Myśmy takiej łódki nie mieli. 
Cumujemy prz budynku portowym
Nawet pontonów ratunkowych nie było, ale co tam. Była to bardzo przyjemna wycieczka, którą długo będę mile wspominała. Zadowoleni wracaliśmy do Labuan Bajo, do swoich hoteli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz